Dodaj do ulubionych

TO NIE JEST TRUDNA MIŁOŚĆ

02.11.07, 12:59
To chyba nie ma nic wspólnego z miłością. A więc co to jest? Już
chyba wiem. To jakiś monstrualnych rozmiarów swór, którego sama
przez parę lat tworzyłam. Wielki i mocny pomnik zbudowany na
konstrukcji ze złudzeń, wyobrażeń, pragnień, nie mających nic
wspólnego z rzeczywistością. To coś czym obudowałam własne ja,
skorupa, która teraz zaczyna pękać. Boję się z niej wyjść, boję się,
ze zrzucenie jej przypominało będzie stanie nago na środku rynku.
Nie czuje się silna, lecz już wiem, ze nie chcę dalej tkwić w
związku, który mnie niszczy. I wiecie co, myślę, ze odnajdę siłę.
Pierwszy raz w życiu chcę być sama. Moje małżeństwo od jakiegoś
czasu przypomina pudrowanie trupa. wszystko co zgniłe pudrujemy i na
pierwszy rzut oka to nawet nieźle wygląda. tylko, zę ja zaczełam
pragnąć dla siebie i mojej córki czegoś lepszego. i nie chodzi tu
wcale o nowy związek bo ja nikogo takiego nie mam i narazie mieć nie
chcę. Chodzi o spokój, spełnienie, odbudowanie poczucia własnej
wartości i szacunku do samej siebie. Tak naprawdę to przez długi
czas mnie nie było. Było ogromne poczucie winy, lęk, splątany kłębek
żalu, bezustanne poszukiwanie wyjścia, kompromisów, znajdowanie
usprawiedliwień dla czyjegoś postępowania. To własnie ja.
Teraz gdy patrzę na swój związek widzę go w całości. Nie dzielę go
jak kiedyś na okresy: przed i po ślubie, przed i po urodzeniu
córeczki, w ciąży itp. Nie wiem czemu sama zaczęłam ogarniać go cały
i pierwsza myśl, która się nasuwa to ta: NIGDY NIE BYŁO DOBRZE. U
nas nie było zdrady, nie było też kłamstw. Zawsze były kłótnie i
awantury. Od początku za wszystko winna byłam ja. Mój małżonek tak
skutecznie zakorzenił we mnie poczucie winy, ze stałam sie
niewolnicą tego obarczania sie o wszystko. Podsawowe pytanie które
codziennie sobie zadaję: Czy to naprawde moja wina? Czy ja jestem
normalna?Mam dość tego pytania. Bo wina leży po mojej stronie gdy:
Wyzywał mnie od suk i szmat, gdy ciągnął mnie za włosy, popychał,
zostawiał na całe wwekendy samą z dzieckiem i wychodził bez słowa.
To jest moja wina, bo jego zdaniem prowokuję go do takiego
postępowania. Prowokacja miewa różne formy. Np wczoraj wkurzyłam się
za to, że będąc na spacerze mój mąż przechodzi z wózkiem przez
ruchliwą jezdnię gdzie są dwie linie ciągłe gdy 20 m dalej jest
przejście dla pieszych. Dodam tylko, ze zdaża się to nagminnie.
Rozmawialiśmy na ten temat wiele razy. Czy to dziwne, ze boję się o
swoje dziecko? Sprowokowało go to do tego by zostawić mnie na środku
ulicy, zwymyślać, po raz setny przypomnieć mi, ze ma mnie w d., a
pozatym to: "Wszystkie kobiety to kreatury. Z pierwszym lepszym
poszłabyś się pieprz... gdybyś tylko mogła, gdyby miał kasę, gdybyś
była trochę pijana itp" Nigdy go nie zdradziłam i nie dawałam
najmniejszych powodów by tak sądził. Nie wiem dlaczego tak mówi. A
najlepsze jest to, ze po jakimś czasie np 2h twierdzi, że nic
takiego nie mówił. Może to zabrzmi dziwnie ale ja wyszłam za mąż z
miłości. Od początku wiedziałam, ze nie jest różowo, lecz była we
mnie wiara. Wierzyłam w to, że zdołam go zmienić, ze miłość może
wszystko. Jeśli się kogoś kocha to trzeba wybaczać. No i wybaczałam,
wyzwiska, przemoc, bezustanne gnojenie, obrażanie, samotne weekendy
i noce, brak pomocy w domu i 0 zaangażowania. Ogromną ilość
bolesnych słów. czy któraś z was słyszała od męża, że ją nienawidzi,
że chcciałby zeby znalazła sobie faceta, że wyobraża ją sobie
skatowaną leżącą w kałuży krwi i że ta myśl sprawia mu przyjemność,
że w każdej chwili może wymeldować mnie z mieszkania bo to jego
własność? Powiedział mi również, ze siedzę w domu i się opieprzam
(mamy ponad roczne dziecko, zajmuję się domem), ze nigdy nie znajdę
pracy, nigdy nic nie osiągnę, nie założę swojej firmy, moje
wykształcenie nie ma żadnej wartości(on ma niższe odemnie). A ja
jestem w domu tylko z tego powodu, ze mamy dziecko i zwyczajnie nie
mam możliwości by iść do pracy. On wraca do domu o 19. Całe dnie
poświęcam domowi i dziecku. Naprawdę się staram i nie mam czasu na
nic. Teraz piszę bo moja córeczka śpi, inaczej nie dałabym rady.
Myślę o rozstaniu także ze względu na małą. Nie chcę żeby widziała
swoją matkę jako domowe popychadło, kłębek nerwów, zestresowane
mymło. Jeśli on zdołał mnie przekonać, ze jestem nikim przekona
także ją. nie chcę by myślała ze w rodzinie to tak jest i już. Wolę
całe życie być sama niz sprawic by córaka powtarzała nasze relacje
gdy będzie dorosła. Nie chcę by nie miała do mnie szacunku...

Wiele razy tłumaczyłam mu, że ludzie się kłócą i możesz się ze mną
nie zgadzać ale nie obrażaj mnie, nie wyzywaj nie popychaj nie
podnoś na mnie ręki, nie pozbawiaj mnie godności. Dla niego słowa to
wiatr...

To straszne, ze cały czas boję się to zakończyć. Tkwię w tym a czas
mija nieubłaganie. Lęk nie pozwala mi patrzec jasno na to wszystko.
Jeśli zdecyduję się na rozwód to w jakiej formie i czym te formy
różnią. Jeśli zdecyduję się na ten krok to chciałabym żeby wszystko
odbyło się szybko. Mieszkanie jest jego sprzed małżeństwa. Nie ma
się w zasadzie czym dzielić. Jestem w trochę trudnej sytuacji bo nie
wiem, gdzie sie mam podziać z córką a przecież narazie nie
zarabiam.czy jest jakieś wyjście z tego układu? Pomóżcie proszę:)
Obserwuj wątek
          • kolejna2 Re: TO NIE JEST TRUDNA MIŁOŚĆ 02.11.07, 14:04
            jak dobrze Cie rozumiem...rok temu uciekłam z identycznego układu,
            wytrzymalam kilkanaście lat(małe dzieci-3, itd, rozbudowa domu) aż w
            końcu pękło i wszystko zostawiłam, obecnie chodze do psychologa,
            jestem ofiarą przemocy psychicznej (zadarzyło sie i fizycznej,
            mogę Ci doradzić..na już - idź do psychologa (ja chodzę darmowo na
            terapię do ośrodka pomocy rodzinie)
            no i gadaj o tym, nie wstydź się, ja to ukrywałam-bo chciałam być w
            porządku, odzyskałam szacunek do samej siebie
            obecnie jestem sama z dziećmi na wynajętym mieszkaniu ale jestem
            szczęśliwa, tyle ze mam prace i kilka studiów (mój ex- zawodowe choc
            mi to nie przeszkadzało)
            proszę Cie walcz...nie pozostawiaj tak tego-lepiej nie będzie
    • ginestra Re: TO NIE JEST TRUDNA MIŁOŚĆ 06.11.07, 15:01
      Gatonegro!
      Jestem pod wrażeniem Twojej jasności umysłu i samoświadomości. Oby nigdy Cię nie
      opuszczała! Jeśli mogę Ci coś powiedzieć - walcz o siebie, o córkę - do końca!
      Pomału, tak jak potrafisz, ale nie pozwól się niszczyć. Uwierz, że może być
      lepiej! U mnie było podobnie jeśli chodzi o problemy, ale pamiętam, że nie
      miałam aż takiej świadomości jak Ty i wiele rzeczy w kierunku wyzwolenia się z
      tego robiłam na wiarę, jakby wbrew sobie, w poczuciu, że jestem postawiona pod
      ścianą, z myślą żeby tylko położyć kres temu co złe, żeby stworzyć jakąś
      przestrzeń dla ____naprawy związku____, w którą bardzo wierzyłam. Dla mnie było
      wielkim problemem to, że kochałam męża cały czas, nawet jak mnie źle traktował,
      nawet jak składałam pozew, nawet na rozprawie, po rozwodzie itp. I owszem,
      postawiłam granice, wywalczyłam normalność, ale też długo trwało nim
      zrozumiałam, że do naprawy związku trzeba dwojga - a więc też w moim uczuciu
      było więcej złudzeń niż prawdy. Teraz, w tym co jest, w tym co nowe, usiłuję się
      odnaleźć i dalej żyć tak jak potrafię najlepiej. Tobie życzę z całego serca,
      żebyś doświadczyła spokoju, dobrego życia i miała zawsze silne poczucie
      wartości. Oby wszystko się ułożyło po Twojej myśli!

      A jeśli masz zdrowy dystans i zdrowe widzenie rzeczywistości (jak widzę) - na
      pewno zrobisz to co słuszne, co pomoże Tobie i córce, a także siłą rzeczy
      skonfrontuje męża z tym co robi - niewykluczone, że i on podejmie chęć zmiany,
      chociaż mało jest takich przypadków.

      Jeśli na razie nie wiesz technicznie co zrobić - poszukaj pomocy, porady. Bardzo
      popieram to co pisała przedmówczyni, żeby pójść porozmawiać z psychologiem,
      ułożyć w głowie i w uczuciach to wszystko co być może zaplątane. Może wejdź na
      stronę niebieskiej linii, tam znajdziesz dużo wiedzy i wskazówek. Dobrym
      pomysłem jest też poradnia, w takich miejscach są również często dyżury
      prawników, bezpłatne - na pewno taka kompetentna osoba pozna Twoją sytuację i
      doradzi Ci w sprawie rozwodu czy separacji, różnych form, o które pytałaś. Na
      pewno jest wiele dróg wyjścia pod względem prawnym, tylko trzeba je poznać.

      Trzymaj się ciepło i nie poddawaj!
    • zawsze.malina06 Re: TO NIE JEST TRUDNA MIŁOŚĆ 19.12.07, 22:15
      HEJ byłam 9 lat z mężem tylko u mnie nie było rękoczynów i wyzwisk.
      Od początku wiedziałam że nie będzie łatwo, starałam się bralam winę
      na siebie, to długa i trudna historia. Wiem jedno teraz dopiero
      odżyłam , psycholog uświadomił mi że tak bardzo chciałam mieć
      rodzinę że zapomniałam o swoich potrzebach. Jeśli chcesz to napisz
      do mnie meila.
    • anka_1979 Re: TO NIE JEST TRUDNA MIŁOŚĆ 20.12.07, 17:01
      witam.to niesamowite ze ktos zyje jak ja, ze nie tylko moje
      malzenstwo to zludzenie. mam 4 letniego synka i okrutnego meza. U
      mnie niestety na wyzwiskach i szarpaniu za wlosy sie nie konczylo,
      dwa razy bylam u lekarza..poza tym zdrady, wiele samotnych dni i
      nocy, zaczelam juz wierzyc ze to normalnosc, ze tak widocznie musi
      byc.. ale brakuje sil. Teraz jeszcze swieta , wigilia, poprzednia
      wigilie spedzilam sama bo maz juz dzien wczesniej poszedl w tany i
      zapomnialo mu sie o wigili, rodzinie , swietach . Wrocil grubo po
      swietach i nie mialam prawa pytac gdzie byl.. w sumie tez nigdy
      dobrze nie bylo ale ostatni okres to koszmar. Postanowilam odejsc,
      obiecal ze wyprowadzi sie po swietach, szukam pracy. Zastanawiam
      sie tylko jak sie rozwiesc czy za porozumieniem stron czy moze
      szarpac sie z orzekaniem o winie bo mam w sumie dowody. Czy ktos z
      was byl w podobnej sytuacji??
      pozdrawiam:-)
      • gatonegro1 Re: TO NIE JEST TRUDNA MIŁOŚĆ 10.01.08, 00:12
        Witam Was!!! Dziękuję za wszystkie posty!!! Chciałabym móc napisać,
        że mój małżonek i ja dostaliśmy nagłego olśnienia. Nasza miłość
        kwitnie, planujemy drugie dziecko, znowu z zapałem dbam o dom,
        przeczesuje książki kucharskie, znalazłam pracę którą lubię.
        Wieczorami planujemy, marzymy, nocami kochamy się, czasem się
        kłócimy i nie zgadzamy, lecz w gruncie rzeczy jesteśmy jak dawniej
        przyjaciółmi, szukamy kompromisów i znajdujemy je (tylko czasami idę
        na ustępstwo). To niestety brednie:( Ostatni mój wpis miał miejsce w
        listopadzie, teraz mamy styczeń a za 10 dni skończę 29 lat...Tyle
        ostatniego czasu uciekło mi przez palce...Tyle energii poświęciłam
        na prostowanie swojego związku. Energię oddałam w pustkę. Jestem
        totalnie wściekła na siebie a jednocześnie bezsilna w tej
        złości!!!!!!! Bo grudzień był dla mnie jak d. wołowa i jestem w
        takim stanie, że choć chce mi się wyć i gdybym wyciskała spod powiek
        łzy to i tak nie uroniłabym ani słonej kropelki. Bo łez na ten temat
        już nie ma. Popłynęły w dal i wsiąkły w ziemię...Może na wiosnę
        trawa będzie zieleńsza a fiołki fiołkowsze:))) Czuję się jak
        wygotowane i wykrochmalone prześcieradło...Taki emocjonalny
        wypraniec i sztywniak. Parę dni temu zwinęłam manele i wraz z córką
        powróciłam do rodzinnego domu. Nie wiem co będzie, bo tak naprawdę
        jestem rozbita na milion kawałków. Moja jedna noga stoi tam, druga
        tu, prawa ręka na córce, lewą próbuję kombinować powrót, głowa ją
        powstrzymuje prawą półkulą mózgu, lewa półkula odmawia wspólpracy bo
        jest przyzwyczajona. Jak złączę obie, co niezbyt częst mi się udaje,
        planuję przyjemną i szczęęśliwą przyszłość bez niego i rzeczywistość
        przestaje mnie przerażać...Chciałabym żeby tych chwil było w moim
        życiu coraz więcej. Teraz, gdy jestem tu, w domu, z którego zawsze
        chciałam zwiewać to czuję, że zaczynam żyć. Już po paru dniach. Nie
        wiem czy dlatego, że nie jestem sama, mam przy sobie bliskich czy
        dlatego, że zmieniłam się i nie ma JEGO. Jestem tym wszystkim
        zmęczona, gdyż nigdy w tak krótkim czasie nie nie doznałam tak wielu
        wewnętrznych przemian i wachań naraz. Jeśli chcecie wiedzieć, to jak
        zwykle wybaczyłam ten listopad... Nic się oczywiście nie zmieniło
        oprócz mnie...Cały grudzień oprócz Wigilii spędzonej u moich
        rodziców stanowił jedną wielką awanturę. Przepychanki, groźby
        odejścia z jego strony, łzy z mojej, wyzwiska. I nic mnie nie
        upokorzyło bardziej niż fakt, że na koniec to ja, największa
        przeciwniczka tego typu zachowań zaczęłam operować podobnym
        słowem...Podobnie jak on do mnie pzrestałam mieć szacunek do swojego
        męża w słowach. Upadłam bardzo nisko...Wstydzę się tego i nie chcę
        taka być. Nie chce być też szarpana. Nie chcę lądować na podłodze,
        być popychana, podduszana, wyzywana od kurew i kołtunów. Nie chcę
        słyszeć, że się do niczego nie nadaję, ze nie mam poczucia humoru,
        że jestem oziębła, i mam psychiczny defekt.Nie chcę w to uwierzyć.
        On ma wielką siłę przekonywania...A ja chcę wykorzystać tą resztkę
        siebie dla świata. świata tak naprawdę bardzo mi przychylnego, bo:
        mam kochającą rodzinę, wspaniałych przyjaciół, wykształcenie o które
        się postarałam, parę niezłych umiejętności którymi mam nadzieję
        zarobić na życie, niegdyś stabilną osobowość którą postanowiłam
        uleczyć. I zrobię to bo mam taką chęć...A z nim nie wiem...Jutro o
        19 pierwsza wizyta u psychologa tzn. ja sama:))Boli mnie to, że
        odkąd się wyniosłam ani razu nie zadzwonił nawet żeby spytać cię o
        dziecko. Ja dzwoniłam. Całkiem spokojnie i odniosłam wrażenie, że
        dla niego nic się nie stało i że wyjechałam tylko na chwilę.
        Powiedział zebym odpoczęła i wracała, że on też odpoczywa. I nigdy
        nie przyjedzie do mnie bo oczerniłam go i zrobiłam rodzinną
        awanturę..Tylko, że mi tu naprawdę dobrze, córeczce jeszcze lepiej a
        on też zrelaksowany...A jako ciekawostkę napiszę, ze przeczytał moje
        listopadowe i wcześniejsze posty. Nie wiem jak to się stało człowiek
        omylny jest:))Bo wykasowywałam z historii wszystko. Przez tydzień
        był bardzo miły...Ale to był tydzień. Wprost nie mogłam uwierzyć.
        Pierwsza sprzeczka i słowa: "Może opiszesz to na forum!!!" Opisuję
        więc:( Szkoda, że mam taką chęć bo wolałabym kwitnąć:))))Napiszcie
        coś. Będzie mi miło:)))Pozdrawiam serdecznie.
          • ginestra Re: TO NIE JEST TRUDNA MIŁOŚĆ 11.01.08, 00:02
            Gatonegro!
            Fajnie, że się odezwałaś. :) Znów widać, pomimo opisanego cierpienia ostatnich
            miesięcy, również Twoją wiarę w siebie, prawdziwy ogląd rzeczywistości
            (przychylny świat!) i wiele nadziei na lepsze życie.

            Co do miłości i tej plątaniny uczuć, to może wkleję Ci taki link, który
            znalazłam niedawno? Mi ten tekst wyraźnie pomógł zrozumieć pewne rzeczy
            (zwłaszcza związane z miłością i więzią i tą plątaniną uczuć). Jest on długawy,
            ale czyta się ciekawie. Chciałabym zwrócić uwagę na fragment o tym, że jeśli
            ktoś (Twój mąż) jest osobą, która jakby "rozdzieliła się wewnętrznie", to życie
            z taką osobą zaburza tę drugą osobę, której całe jestestwo pragnie spójności i
            zintegrowania, a nie może się to dokonywać, bo ta pierwsza ją właśnie rozbija. I
            tego, według mnie, doświadczyłaś: mówisz, że w jakimś momencie zaczęłaś
            zachowywać się tak jak nie chciałaś, że czujesz się pokawałkowana (znam to i
            ja). I ta niezgoda na to co jest oraz na dalszą Twoją degradację (bo ona będzie
            postępować jeśli ten stan będzie trwał), a także przeczucie, że może być inne
            życie, takie jakie opisałaś na początku postu, to - według mnie - ważne myśli,
            których można się uchwycić i mocno trzymać. I chcieć znów połączyć swoje ciało i
            duszę, odzyskać spokój, wiarę w siebie, energię i siły do życia.

            Autorka napisała w tym artykule o upokorzeniu jakie odczuwa osoba, która starała
            się o życie w wierności sobie, swoim zasadom, która chciała rozwoju, jakiejś
            spójności, normalności, a poprzez dłuższy kontakt z osobą rozdwojoną musiała
            upaść na niższy stopień (bo bycie krzywdzonym, wykorzystywanym jako worek do
            bicia i odzieranym z godności na różne sposoby degraduje i upokarza). Wiem, że w
            uczuciach zamęt, ale tak myślę, że starając się o spokój i integrację można
            naprawdę bardzo się uleczyć i - ja ciągle tak mówię, nie wiem dlaczego, nawet po
            tych złych doświadczeniach - kto wie, może mąż też zechce się zintegrować
            wewnętrznie jak zabraknie mu kogoś na kim rozładowywał napięcia. Mówi, że kocha,
            ale niestety tak mówi jego jedna część, a druga Cię niszczy i ma niestety taki
            imperatyw, że ma zniszczyć do końca. Musiałby to ZOBACZYć i zechcieć podjąć
            pracę nad sobą, a jest to praca naprawdę duża i wymagająca od niego dużo trudu,
            odwagi i wytrwałości. Wydaje mi się, że nie ma innej opcji.
            Fajnie, że idziesz do psychologa.
            Powodzenia! Trzymam mocno kciuki!
            A oto link:
            horoskop.wp.pl/kat,37200,title,Zdrada-samego-siebie,wid,9394122,wiadomosc.html?ticaid=15280
              • dorotaniejest Re: TO NIE JEST TRUDNA MIŁOŚĆ 24.01.08, 12:37
                gatonegro,
                żeby wytrwac w swoim postanowieniu i nie dac się podstępnym
                myslom : "a może jednak...", wyobraż sobie, że takie małżeństwo
                przydarzyło sie Twojej córce.
                czy miałabys jakiekolwiek wątpliwości co do tego, co powinna zrobić?
                dziecko kochasz i chcesz dla niego jak najlepiej.
                siebie musisz równiez kochać, także dla dziecka.
                bądź dla siebie dobra.
    • sienmuza Re: TO NIE JEST TRUDNA MIŁOŚĆ 07.03.08, 15:31
      Gatonegro! Twoje życie z mężem to koszmar. Dla mnie tym bardziej
      przykry, że czytam jakby swoją historię. Jakby ktoś nas podglądał i
      opisał. Dochodzę do wniosku, że tacy mężczyźni zachowują się według
      jednego schematu. To, że czujesz się winna, że on o wszystko Cię
      obwinia, jest też częścia schematu. To współuzależnienie. Od
      prześladowcy. Nie czujemy satysfakcji z tego związku, jako jedyne
      czujemy się odpowiedzialne za los dziecka, jesteśmy poniewierane a
      jednak nam go szkoda. Tego oprawcy. Bo przecież on jest taki
      nieszczęśliwy, nie miał taty, nie zrobił studiów, bo... i dlatego
      tak się zachowuje. Do Twoich opisów dodałabym jeszcze z mojego życia
      fakt wyzywania mnie przy córce, podnoszenie ręki na mnie w obecnosci
      dziecka, wyzywanie i bicie(kopanie) dziecka, doprowadzanie mnie do
      stanu wyczerpania psychicznego i robienie mi zdjęć. Chciałam się
      Ciebie zapytać czy przypadkiem Twój mąż nie ma gorszego niż Twoje
      wykształcenia, czy jest lubiany przez otoczenie, czy ze wszystkimi
      zadziera? Czy są powody, dla których może się czuć gorszy od Ciebie
      i dlatego zachowuje się w sposób, który da Ci odczuć, że to on jest
      lepszy i ważniejszy? Obecnie mieszkam sama z córką. Odeszłam rok
      temu. Nie jest mi łatwo. Nie mam swojego mieszkania ale podjęłam
      dodatkową pracę i jakoś sobie radzę. Córka próbuje wywrzeć na mnie
      presję, zachowuje się czasem podobnie do ojca. Potrafi mnie
      molestować słownie o jedną rzecz nawet przez kilka dni, mając
      nadzieję, ze się w końcu ugnę i ulegnę jej prośbom, szantażowi. Za
      dużo widziała. Wie, że jestem czasem słaba. I próbuje to
      wykorzystać. Uczę ją normalnego życia. Wierzę, ze mi się uda. Jest
      dobrym dzieckiem. Gatonegro, ja też chodziłam na psychoterapię. Moja
      córka też. Dużo mi to pomogło. Uwierzyłam w siebie od nowa. Nie
      jesteśmy gorsze, ani przegrane. Przepraszam, że Cię pytam, ale
      zauważyłam tez taką prawidłowość, że często poniewierane w
      małżeństwach kobiety są atrakcyjne. Są ślicznym dodatkiem do męża,
      gdy chce się pochwalić jaką ma kobietę. To nieważne, że pamięta o
      tym tylko wtedy, gdy jest w nowym towarzystwie. Drugi raz do tych
      samych ludzi niechętnie nas weźmie. Albo wcale. Gatonegro, mamy ze
      sobą wiele wspólnego. Napisz, jaką decyzję podjęłaś, bo jeśli
      liczysz na to, że on się zmieni, to nic ztego. To typ aspołeczny,
      który się nie zmienia. Niestety. Pozdrawiam.

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka