Dodaj do ulubionych

DOMINIKANA - co warto tam robić, jak spędzać czas

18.01.04, 19:49
Ponieważ nie mam wciąż czasu wrzucić tego na jakąś stronę, chwilowo
postanowiłam umieścić tu, na forum trochę moich wspomnień z Dominikany.
Opowiadanko trochę długie :P, ale szybko się czyta ;) Nie jest to jeszcze
całość naszej "carribean story", brakuje jeszcze 2 albo 3 dni z jedną
naprawdę super wycieczką, ale nie bardzo mam kiedy wklepać to do kompa :(
Tak czy inaczej, mam nadzieję, że ci, którzy wybierają się na Dominikanę, nie
będą żałować swojego wyboru i wrócą z równie wspaniałymi wspomnieniami...

W linku poniżej kilka fotek z Dominikany.

pozdrawiam
Kasia
Obserwuj wątek
    • corrina_f1 Berlin- Puerto Plata 18.01.04, 19:51
      Polska nie ma bezpośrednich połączeń z Dominikaną, korzystaliśmy więc z usług
      niemieckiego biura FTI, będącego jednym z największych touroperatorów w
      Niemczech. Najbliższym miastem, z którego mogliśmy wyjechać był Berlin.
      Niektóre niemieckie biura (w tym FTI) oferują w cenie pakietu również dojazd do
      lotniska pociągiem lub innym środkiem transportu publicznego na terenie
      Niemiec. Nie ma wtedy znaczenia odległość. W naszym przypadku byłoby to ok.100
      km dzielących polsko-niemiecką granicę od Berlina. Mimo to zdecydowaliśmy się
      na jazdę samochodem, ponieważ po powrocie zamierzaliśmy spędzić jeszcze kilka
      dni w Berlinie.
      Wyjechaliśmy dzień wcześniej i przenocowaliśmy w jednym z najtańszych, (jeśli
      nie najtańszym) hotelu w pobliżu obwodnicy Berlina. Aktualna cena noclegu
      (styczeń 2001) w Formule 1 w Brandenburger Park to 41 DM za 2-osobowy pokój z
      umywalką i telewizorem. Maksymalna cena pozostałych hoteli w tej sieci w
      innych niemieckich miastach wynosi 59 DM.
      Po przyjeździe do hotelu zostawiliśmy rzeczy w pokoju i pojechaliśmy
      zlokalizować lotnisko, które znajduje się niecałe 20 minut jazdy od hotelu. Na
      lotnisku (Schönefeld) dowiedzieliśmy się wszystkich istotnych szczegółów i
      zlokalizowaliśmy parking, na którym następnego dnia pozostawiliśmy samochód.
      Cena parkingu przed halą odlotów to wydatek rzędu 69 DM za 2 tygodnie. Tuz obok
      znajduje się kryty parking piętrowy, na którym zostawić można auto za 100 DM
      (za 2 tygodnie). My, ze względu na niepewną listopadową pogodę, wybraliśmy tę
      drugą opcję.

      16 listopada 2000

      Kiedy wstajemy, jest jeszcze zupełnie ciemno. Na lotnisku musimy być
      standardowo 2 godziny przed wylotem. Wydawać by się mogło, ze jest to
      wystarczający czas, aby załapać się na jakieś wygodne miejsca w samolocie. Choć
      do odprawy zgłaszamy się zaledwie 15 minut po jej rozpoczęciu, o miejscach przy
      oknie możemy zapomnieć.
      Na pocieszenie kupujemy jednorazowy wodoszczelny aparat do zdjęć podwodnych i
      trochę śpiący oczekujemy na samolot podziwiając przez okno piękny wschód słońca.
      Dziesięć godzin lotu wydaje się ciągnąć w nieskończoność. Jedyną zaletą
      odległości jest zmiana czasu. Po przylocie na Dominikanę należy cofnąć zegarki
      w lecie o 6, w zimie o 5 godzin.
      Po dotarciu w okolice lotniska w Puerto Plata musimy kołować nad nim przez
      dodatkowe 20 minut z powodu burzy i zbyt dużego ruchu na pasie startowym.
      Wyjście z mocno klimatyzowanego samolotu okazuje się „lekkim” szokiem.
      Natychmiast czujemy różnicę temperatury i bardzo wysoką wilgotność powietrza, a
      nasze ręce w ciągu dosłownie ułamka sekundy stają się mokre jak po wyjęciu spod
      kranu.
      Na szczęście już po chwili znów znajdujemy się w klimatyzowanym budynku, gdzie
      czeka nas odprawa.
      Polacy nie potrzebują wizy, ale na lotnisku trzeba wykupić rodzaj karty
      turystycznej za 10 UDS, która upoważnia do pobytu na wyspie. Kartę trzeba
      koniecznie zachować, ponieważ potrzebna będzie przy wylocie. Jeśli się ją
      zgubi, trzeba będzie zapłacić kilkadziesiąt dolarów. Ponadto obowiązuje
      dodatkowa opłata 10 USD przy wyjeździe. Jednak nie dotyczy to wszystkich
      pasażerów. Okazuje się, że my płacić nie musimy. Niektórzy przewoźnicy mają
      podpisane umowy z rządem dominikańskim, dzięki czemu ich pasażerowie nie są
      zobowiązani do uiszczania dodatkowych opłat. Tak było w przypadku Air Brittania.
      Po wypełnieniu wszystkich rubryk w karcie podążamy do wyjścia, gdzie szybko
      udaje nam się odnaleźć jednego z rezydentów naszego biura.

      16.11.2000, 14:00 LOTNISKO W PUERTO PLATA

      Przed budynkiem lotniska panuje niesamowite zamieszanie i przepycha się mnóstwo
      ludzi, zupełnie jak na jakimś ogromnym bazarze. Tłoczno, głośno i straszliwie
      duszno. Dziesiątki bagażowych pragnących zarobić na napiwkach. Już po chwili
      docieramy do autokaru, kierowca niosąc nasze torby, uprzedza: ”I expect tips”.-
      „Nie mamy pesos”- odpowiadam -Nie szkodzi, mogą być dolary, marki, co tylko
      macie”.

      Hotel-Punta Goleta Beach Resort należący do sieci Barcello znajduje się 30 km
      od Puerto Plata. Jadąc autokarem mijamy po drodze miedzy innymi miejscowość
      Sosua. Pierwsze dominikańskie widoki wydają się być nieco przytłaczające. Przez
      okna autokaru obserwujemy straszną biedę, która drastycznie kontrastuje z
      przepychem hoteli. W Sosua mijamy również przechodzący główną ulicą korowód
      pogrzebowy - nie wiem, czemu, ale uwieczniony w naszym filmie, jako pierwsza
      scena na dodatek. Nieźle się zapowiada ;)

      W hotelu zostajemy „zaobrączkowani” pomarańczowymi bransoletkami z plastiku
      pozwalającymi na korzystanie z wszelkich dobrodziejstw all inclusive. Ponieważ
      jest już popołudnie (ok.16.00) trafia się tylko kawa i ciasto (kawa bardzo
      dobra, z ciepłym mlekiem, a ciasto trochę za słodkie).
      O 18:00 ( to już 24:00 w Polsce!) zasiadamy do kolacji w prawdziwie wielkim
      stylu. Później będziemy żałować wyboru hotelu all inclusive, bo nasza waga
      przez kilka następnych lat nie powróci już do dawnego stanu, ale w końcu
      jesteśmy na wakacjach, nikt się tym teraz nie będzie przejmował.
      Zjeść można tyle, ile się zmieści - sałatki, sery, kilka rodzajów mięs i ryb.
      Całość uprzyjemnia bardzo gustowne młode wino. Po raz pierwszy udaje mi się
      zjeść posiłek składający się z 3 dań, podczas którego nie odczuwam żadnego
      przejedzenia. Wręcz przeciwnie- towarzyszy mi miłe uczucie sytości. Świeże
      owoce dopełniają dzieła.

      Jest 19:27. Najwyzsza pora na ... sen. W końcu jeszcze wczoraj o tej porze
      byłby już następny dzień!
      • corrina_f1 Cabarete 18.01.04, 19:54
        17.11.2000 JESTESMY NA KARAIBACH!

        Zmiana czasu robi swoje. Przed 5 rano obudził mnie śpiew ptaków, czy raczej
        hałas jaki wydawały przez ponad godzinę. Całą noc padało. A po wschodzie
        słońca...
        Pogoda jak drut. Temperatura na oko (bo termometru brak) to jakieś 25 C.

        Prawdziwą przyjemnością, której nigdy nie zapomnę, są dominikańskie śniadania.
        Rzecz jasna, tylko te w hotelach, bo nie wyobrażam sobie Dominikańczyka
        zajadającego się takimi specjałami. Dzisiejsze śniadanie trwa „zaledwie” 45
        minut a nie rzadko w następne dni przeciąga się do godziny. Dopiero tu
        dostrzegłam, czym różni się delektowanie posiłkiem od tego co w pośpiechu w
        ciągu liczonych z zegarkiem w ręku 5 minut jadam w domu.

        O 9:00 jedziemy na spotkanie informacyjne do Tropical Garden. Spotkanie
        prowadzi Wiktor-Rosjanin pracujący jako rezydent dla FTI. Mówi trochę łamaną
        polszczyzną z wyraźnymi tendencjami do zmieniania wszystkiego na rosyjski,
        przez co trudno go czasem zrozumieć. Poza tym mówi tez nieźle po niemiecku,
        angielsku, hiszpańsku i trochę po czesku. Tropical Garden to faktycznie
        prawdziwy, wielki tropikalny ogród. Sam hotel zaś składa się z kilkudziesięciu
        domków, między którymi płynie szarawy strumyk, vel kanałek. Kolor wody może
        niezbyt zachęcający, ale za to pływają w niej ogromne stada ryb. Jest nawet
        kilka żółwi. W ogrodzie rośnie przynajmniej kilkanaście gatunków palm, kaktusy,
        bambus i inne cuda natury, których nazw niestety nie znam.
        Na pocieszenie odkrywam po południu, że w naszym ogrodzie, (choć nie
        zaprojektowanym z takim rozmachem, to też naprawdę ładnym) zamiast
        wszechobecnych w Polsce wróbli latają...kolibry. Naprawdę są bardzo małe,
        niektóre niewiele większe od motyli i piją nektar z kwiatów rosnących na
        drzewach.
        Dokładnie w południe, czyli wtedy, kiedy nie powinno się tego robić, idziemy na
        plażę. Słońce nieprawdopodobnie gorące i trudno oswoić się z myślą, ze to druga
        połowa listopada. Kąpiel w oceanie zostawiamy na następne dni – jest czerwona
        flaga z powodu zbyt wielkich fal.

        Po południu postanawiamy wybrać się do Cabarete w celu wymiany pieniędzy i
        zlokalizowania jakiejś internetowej kafejki. Idziemy piechotą i jest to
        niestety duży błąd. Średnio co minutę zatrzymują się przy nas samochody,
        taksówki, motory - a ich nadzwyczaj kierowcy proponują podwiezienie. Naturalnie
        nie za darmo. „Uczynni” kierowcy są jednak tylko „bułką z masłem” przy pewnej
        kobiecie, która zaczepia mnie na głównej ulicy Cabarete. Proponuje zrobić mi na
        głowie coś, co jest tu dość popularne, głównie wśród turystek, (ale również
        Dominikanek), czyli warkoczyki zakończone małymi kolorowymi paciorkami.
        Warkoczyki te można robić, na co najmniej kilkadziesiąt sposobów. Istnieją
        nawet specjalne katalogi fryzur. Nie jest ważne czy ma się długie, czy krótkie
        włosy, ponieważ w każdej chwili można je dosztukować syntetycznymi włosami w
        przeróżnych kolorach. Zawsze znajdzie się kolor identyczny (lub prawie
        identyczny) z włosami ich właścicielki. Zauważyłam, że nawet panowie-o zgrozo-
        też nie stronią tu od takich pamiątek.
        Spotkanie z panią oferującą swoje fryzjerskie usługi jest dla mnie chyba
        najnieprzyjemniejszym doświadczeniem na Dominikanie. Kobieta dosłownie łapie
        mnie na ulicy i wyrywając kosmyk włosów, które miałam spięte spinką, zaczyna po
        prostu zaplatać mi warkoczyka, nie pytając mnie wcale o zdanie. W tym samym
        momencie podbiega druga, starsza kobieta z plastikowym albumem - katalogiem
        zdjęć z przykładowymi fryzurami, zachwalając jednocześnie zdolności manualne
        swojej młodszej koleżanki, zapewne pracownicy.
        Kiedy pytam o cenę, starsza nie chce mi powiedzieć. Odpowiadam, że przejdziemy
        się trochę po Cabarete i może wrócimy. Ona na to, że wtedy powie mi, ile mam
        zapłacić. Jednocześnie zaczyna coś mówić po hiszpańsku do młodszej i po chwili
        obydwie krzyczą na siebie donośnym głosem. Postanawiam dyskretnie się wycofać.
        Starsza uznaje to za wielka obrazę, zaczyna krzyczeć to na młodszą, to na mnie,
        w końcu uderza młodszą, a potem popycha mnie.
        Zszokowani tym zachowaniem odchodzimy kilka metrów. Tymczasem młodsza, pomimo
        zakazu, biegnie za nami jeszcze kilka metrów i z uporem maniaka namawia mnie
        na zmianę fryzury. Jakiekolwiek negowanie z mojej strony nie daje pożądanych
        rezultatów. Po chwili znowu podbiega do nas starsza z katalogiem i wszystko
        prawdopodobnie zaczęłoby się od początku, gdyby Krzysiek nie krzyknął do niej
        stanowczo 2 niecenzuralnych nieco słów, które zadziałały jednak jak magiczne
        zaklęcie, bo w końcu od nas odeszły.
        Chyba nie zniosłabym kolejnego spotkania z nimi lub im podobnymi dlatego do
        hotelu postanawiamy wrócić plażą.
        Kraby, które często można spotkać wieczorem na plaży, mieszkają w małych
        wykopanych przez siebie dziurkach. Biegają bardzo szybko, tak, że ma się
        wrażenie, jakby leciały nad powierzchnią piasku.

        A na kolacje...pieczony prosiak!
        • corrina_f1 Jaskinie koło Cabarete 18.01.04, 19:54
          18 – 19.11. 2000 SŁODKIE LENISTWO

          Kolejne 2 dni spędzamy na plaży rozkoszując się do woli najwspanialszymi
          walorami Dominikany - słońcem, oceanem i ...jedzeniem. Niestety, z fatalnymi
          skutkami, jeśli chodzi o słońce. Moja skóra, w każdym calu, wola o pomstę do
          nieba!

          Jaszczurki są wszędzie. Dziwie się, ze jeszcze nie wchodzą nam do pokoju. Za to
          zamiast nich mamy od 2 dni bardzo miłego gościa. Jest nim czarny kot, który co
          rano (5:00-6:00 !) przychodzi pod drzwi naszego balkonu. Miauczy tak głośno i
          skutecznie, że trzeba mu otworzyć. Wchodzi wtedy do środka, czując się przy tym
          jak u siebie, i po porannej toalecie trwającej do 45 minut, kładzie się w
          pobliżu mojego łóżka i śpi. Tak długo, dopóki nie wyprosimy go wychodząc na
          śniadanie.

          20.11.2000 – JASKINIE KOŁO CABARETE

          Dziś pierwsza dawka dominikańskiej przyrody.
          W 6 (właściwie 8, licząc dwójkę małych dzieci naszych sąsiadów) osób
          wynajmujemy taksówkę, która z hotelu zawozi nas do wspaniałego miejsca
          położonego zaledwie 1 km na południe od Cabarete. Jaskinie, które się tam
          znajdują, należą do parku narodowego El Choco.
          Po drodze, która odbija z głównej szosy i prowadzi do jaskiń, spotykamy się z
          prawdziwym ubóstwem mieszkających tam ludzi. Ich domy to jakby lepianki, tyle,
          że nie z gliny. Materiałem budulcowym najczęściej używanym jest oczywiście
          drewno palm oraz ich liście służące do krycia dachu lub uszczelniania
          konstrukcji. Przestrzeń dookoła domów pozostawia wiele do życzenia. Nikt nie
          myśli tam o sprzątaniu, chyba, ze jest to naprawdę niezbędne. Dzieci chodzą na
          bosaka, czasem nago, a razem z nimi psy i kury. Dookoła pasą się chude, bardzo
          małe konie i osły. To prawdziwy obraz nędzy i rozpaczy, którego bardziej
          spodziewałabym się w krajach afrykańskich niż na Karaibach.
          Po kilku minutach jazdy po piaszczysto błotnistych wertepach docieramy na
          miejsce. Wszelkich niezbędnych i ciekawych informacji udziela nam przemiły
          Kanadyjczyk pracujący w parku od kilku lat. Prawdziwą przyjemnością jest
          rozmowa z kimś kto posługuje się normalnym angielskim, bez potrzeby domyślania
          się, co chciał lub próbował nam powiedzieć (tak na ogół kończą się rozmowy z
          rodowitymi mieszkańcami Dominikany). Kanadyjczyk wręcza nam w latarki i
          przyjmuje po 195 pesos (14 USD) za wejście.
          Po chwili zjawia się miejscowy przewodnik Pedro, który przez następne 2 godziny
          oprowadzać nas będzie po parku ścieżką dydaktyczną.
          Zwiedzamy 4 jaskinie, ale podobno jest ich tu więcej. Większość z nich
          poszczycić się może wspaniałymi stalaktytami i stalagmitami. Są tu również
          jaskinie obrzędów Boo Doo (które od Voo Doo różnią się tym, że są „dobrymi”
          czarami nie mającymi na nic wpływu), jest także jaskinia Indian z dużą ilością
          przedmiotów i narzędzi, jakich najprawdopodobniej używali. A wszystkie jaskinie
          liczą sobie ponad 5 milionów lat.
          W przedostatniej jaskini, do której trzeba zejść omszałymi schodkami 25 metrów
          pod ziemię, znajduje się spore jeziorko, głębokie na 3 metry, ze stałą
          temperaturą 23C. Prawdziwą atrakcją jest możliwość orzeźwiającej kąpieli. Bez
          zastanawiania się skaczę pierwsza z zamkniętymi oczami. Wrażenie nie do
          opisania i z całą pewnością nie do zapomnienia.

          Najciekawsze jest jednak obejrzenie w warunkach naturalnych tych wszystkich
          owoców, które znamy tylko z półek w supermarketach. Pedro po kolei pokazuje nam
          poszczególne gatunki drzew opowiadając szczegółowo, do czego używane są, poza
          zwykłą konsumpcją, ich owoce lub liście. Oglądamy więc mango, drzewo chlebowe,
          awokado, pospolite banany, ananasy, cytryny i całą masę innych bliżej
          niezidentyfikowanych gatunków. Zabawnym „odkryciem” okazuje się pospolita
          gwiazda betlejemska, którą tak dobrze znamy z małych doniczek w okresie
          przedświątecznym. Dominikańska poisencja w warunkach naturalnych jest drzewem
          osiągającym 3-5 metrów, zielonym w dolnych partiach, wiecznie czerwonym u góry.
          Jest to dość kontrastujący to widok w tropiku, zważając na to, że nam -
          Europejczykom kojarzy się wyłącznie z Bożym Narodzeniem, a więc i śniegiem.
          Przy panujących tu temperaturach myślenie o śniegu wydaje się czymś całkowicie
          nierealnym.
          Pokonując fragment dżungli widzimy też długie liany, których soki używane są
          przy leczeniu chorób oczu oraz ogromne kaktusy i całkiem małe, jak się okazuje,
          ananasy. Każdy, komu wydaje się, że te słodkie owoce rosną na wysokich
          drzewach, jest w błędzie. Dojrzewają bowiem na sięgających zaledwie 60-80 cm
          krzakach o ostro zakończonych długich, przypominających trochę szable liściach.
          Dowiadujemy się również, jak wielkie znaczenie ma na Dominikanie medycyna
          naturalna. Ponad 80 % mieszkańców wyspy nie stać na wizytę u prawdziwego
          lekarza a co dopiero na leczenie nowoczesnymi metodami. Dlatego tez niezliczona
          ilość gatunków roślin i ziół służy z powodzeniem jako lekarstwa. Tak było
          zawsze i tak chyba pozostanie pomimo wkraczającej do miast cywilizacji.
          • corrina_f1 Puerto Plata 18.01.04, 19:57
            PUERTO PLATA

            Za 600 pesos, do spółki z naszymi sąsiadami z Łodzi wynajmujemy taksówkę do
            Puerto Plata. Sylwia i Marek jadą ze swoimi synkami - 2 letnim Mikołajem i 4
            letnim Markiem juniorem. Obydwaj chłopcy to prawdziwe „żywe srebra”. Kierowca
            to młody chłopak, góra 25 letni Jose, który za wspomniane wcześniej 600 pesos
            nie tylko zawozi nas do oddalonego od Cabarete o prawie 30 km miasta i przywozi
            do hotelu, ale również obwozi po najciekawszych miejscach Puerto Plata, do
            których raczej sami byśmy nie trafili.

            Pierwszym punktem programu, który zaplanował nam kierowca, jest stuletnia
            fabryka słynnego na całej Dominikanie rumu Brugal. Nie ponosząc żadnych opłat
            za wstęp możemy dowoli przechadzać się po antresoli, oglądając sobie przy tym
            dokładnie całą produkcję, robiąc zdjęcia i filmując cały proces powstawania
            tego boskiego napoju. Zaraz po wyjściu zostajemy poczęstowani cudownie
            zmrożonym cytrynowym rumem, co powoduje (z pewnością zamierzoną przez
            sprzedawców) chęć zakupienia 2 butelek. Jest to, jak się potem okazuje,
            prawdopodobnie najtańszy rum, jaki kupiliśmy - każdy inny sklep nakłada dość
            wysokie marże. Taka sama butelka w Santo Domingo kosztuje dokładnie 2 razy tyle.
            Po fabryce rumu jedziemy do fortu znajdującego się w parku nad samym morzem.
            Fort Św. Filipa to kamienna forteca z 16 wieku zbudowana, jak wszystkie forty w
            czasach Kolumba, jako ochrona przed atakami Francuzów i Anglików, nazywanych w
            tamtych czasach „piratami”. W nieco późniejszych czasach forteca służyła jako
            więzienie polityczne a dziś już tylko jako muzeum militarne, częściowo oddające
            ducha przeszłości. Część kamiennej konstrukcji pokrywa warstwa wszechobecnej na
            całej wyspie rafy koralowej, będącej całkiem pożytecznym budulcem.
            Niestety i tutaj na każdym kroku kręcą się żądni choćby najmniejszego zarobku
            tubylcy. Chcą sprzedać wszystko, do czego można przykleić cenę - od tandetnych
            pamiątek po czerwone kwiatki zerwane przed chwilą z najbliższego krzaka. Dopada
            nas grubas ze śmiesznie ubranym osłem. Napastuje nas o 10 pesos za zrobione
            ukradkiem zdjęcie. Sposobów na wyciągniecie pieniędzy od turystów jest wiele. I
            prawie każdy skuteczny.
            Podobnie wygląda kupowanie pamiątek w sklepach. José wiezie nas do
            jakiegoś „centrum handlowego”, które w praktyce okazuje się średniej wielkości
            sklepikiem. Jego jedyną zaletą jest nastawiona na mrożenie klimatyzacja. W
            miejscu tym znajduje się praktycznie wszystko to, co w każdym innym sklepie z
            pamiątkami, czyli straszna, odpustowa tandeta. Kiczowate olejne obrazki,
            figurki i maski bliżej niezidentyfikowanych stworzeń - wszystkie za cenę 3-
            krotnie wyższą od rzeczywistej. Targowanie się przynosi naturalnie swoje efekty
            i pomaga, ale nie jest zasadą. Tutaj sprzedawca wcale nie jest dumny, jak jego
            kolega z Egiptu czy Tunezji, kiedy klient próbuje zbić cenę do 1/3 wartości.
            Czasem się zgodzi, czasem nie. Nie wiadomo, gdzie znajduje się granica
            licytacji. Można odejść z kwitkiem. Nie kupisz ty, kupi następny.
            Kolejnym etapem programu jest osławione przez internet i bilboardy w całej
            okolicy Muzeum Bursztynu, gdzie znajdują się nawet okazy z Bałtyku. Bilet
            kosztuje 50 pesos i jest to nieco wygórowana cena, za którą możemy za to przez
            kilka minut przebywać w mocno klimatyzowanych pomieszczeniach. Oprócz nas nie
            ma żywej duszy, możemy więc do woli, pomimo zakazu, fotografować i filmować 
            Ostatnim punktem wycieczki do Puerto Plata okazuje się być osławiona przez
            wszystkie pocztówki i foldery góra Isabelle de Torres. Bilet na kolejkę
            kosztuje 100 pesos w 2 strony i natychmiast po odejściu od kasy znajduje się
            grupka panów w różnym wieku, pragnących „sprzedać” nam swoje usługi
            przewodnickie. Rozbieżność usłyszanych cen jest znaczna a przecież tak naprawdę
            w ogóle nie potrzebujemy przewodnika. Niestety, jeden z nich upatrzył sobie
            naszą czwórkę i nie odstępuje nas już na krok.
            Po kilkunastu minutach oczekiwania na kolejkę, która wyglądem do złudzenia
            przypomina słynne wagoniki na Kasprowy, wspinamy się 800 m n.p.m. Po drodze
            delektujemy się wspaniałymi widokami, jakie roztaczają się w dole. Pod nami
            ciągnie się wiecznie zielony dywan lasu tropikalnego z plantacjami bananów i co
            najmniej kilkunastoma innymi gatunkami palm w różnych odcieniach zieleni. Na
            wolnych przestrzeniach między drzewami pasą się krowy i konie, które na wyspie
            są nieodłącznym elementem krajobrazu.
            Kiedy docieramy na szczyt, wita nas „szara rzeczywistość” spowodowana
            nagromadzeniem się chmur , które przemieszczają się na szczęście na tyle
            szybko, ze już po kilku minutach odkrywamy, co kryje szczyt. Jest to wielka
            figura Chrystusa, dokładnie taka sama, jaka stoi w Rio de Janeiro i Lizbonie,
            trochę tylko mniejsza. To już trzecia, o jakiej słyszałam i druga, którą
            widziałam. Poza figurą warto zafundować sobie spacer po ogromnym ogrodzie
            botanicznym znajdującym się na południowym stoku. Właściwie ogród botaniczny to
            pojecie względne. Jest to po prostu zwyczajny las tropikalny. Jego zwiedzanie
            zajmuje nam około 2 godzin. Na północnym zboczu znajduje się strome urwisko, z
            którym kilka lat temu zderzył się niewielki samolot pasażerski kursujący miedzy
            wyspami.
            • corrina_f1 Santo Domingo (dłuuugie) 18.01.04, 19:58
              22 /11/2000 SANTO DOMINGO

              Wracając z Puerto Plata umówiliśmy się z José na dzisiejszą wycieczkę do Santo
              Domingo - stolicy Dominikany, która często nazywana jest pierwszym miastem
              Nowego Świata.
              Choć wcześniejszy wyjazd jest w naszym przypadku wskazany ze względu na
              odległość, postanawiamy zjeść jeszcze szybkie śniadanie i o 7:30 spotykamy się
              przy samochodzie. Jedziemy w 6 osób ( 3 pary-my, Beata z Adamem z Koszalina i
              Małgosia ze Zbyszkiem z Sochaczewa).Dwa bardzo mile małżeństwa, „trochę” od nas
              starsze, bo z 15 letnim stażem. Już do końca wyjazdu spędzamy wspólnie prawie
              każdy wieczór.
              Jazda zajmuje ok. 2,5 godziny i jest naprawdę interesującym doświadczeniem.
              Sama w sobie ciekawa jest trasa, którą jedziemy, a zwłaszcza jej „dzikie”
              fragmenty.
              Jadąc na zachód od Cabarete przejeżdżamy wzdłuż rzeki Isabela, w której kobiety
              robią właśnie pranie, a niewiele dalej jakiś mężczyzna przeprowadza przez wodę
              2 osły. Niekończące się łąki w dziesiątkach odcienie zieleni dopełniają obrazu
              w tle. I taką chyba zapamiętam Dominikanę: zieloną, z ciągnącymi się wśród
              masywu Cordiliera Septentrional soczystymi łąkami porośniętymi od czasu do
              czasu palmami. Na łąkach często pasą się krowy i konie. Dookoła tylko góry,
              łąki, palmy, trawa. A wszystko w tylu odcieniach zieleni, że trudno to sobie
              wyobrazić, że tyle w ogóle istnieje.
              Na taki widok można patrzeć godzinami. Nie dziwie się, ze Dominikańczycy są
              tacy spokojni i opanowani, niczym się nie przejmują, w niczym nie dostrzegają
              problemów – jeśli prawdą jest, że kolor zielony uspakaja, mamy tu absolutne
              potwierdzenie tej teorii.
              Pomiędzy tymi swoistymi preriami, które często ciągną się kilometrami, co jakiś
              czas wyłaniają się małe lub większe miasteczka i wioski.
              Większość drogi prowadzi przez wspomniane góry Cordiliera Septentional.
              Niektóre jej fragmenty są naprawdę trudne dla niewprawionego kierowcy.
              Momentami ubogi asfalt przechodzi w wyboistą drogę szutrową lub piaszczystą, by
              po kilku kilometrach znów wić się kamienno-asfaltową nawierzchnią pełną
              niezliczonych dziur i nierówności.
              Przez część drogi towarzyszy nam deszcz, którego nikt się nie spodziewał. José
              zapewnia nas jednak, że gdy dojedziemy na miejsce, deszczu już nie będzie. I ma
              rację (przynajmniej częściowo).
              Miasta, które mijamy po drodze to m.in.: Moca, La Vega i Bonao. Sensacja! Mniej
              więcej w połowie drogi, na wysokości La Vega marna szosa zamienia się w
              autostradę! (to fragment jedynej w kraju autostrady Santiago - Santo
              Domingo).Teoretycznie nawet przypomina ona autostrady europejskie. W praktyce
              obowiązują tu jednak te same przepisy co na drogach lokalnych, czyli ŻADNE.
              Każdy jedzie tak, jak chce, z prędkością dowolną, wyprzedzając na przemian z
              lewej lub z prawej strony, na ciągle migających światłach awaryjnych. Kierowcy
              używają klaksonu bez powodu, a wieczorem...jeżdżą w ogóle bez świateł !
              W drodze powrotnej postanawiam zapytać José:
              Dlaczego jeździcie po ciemku bez świateł?
              On na to:
              Jeśli zdasz egzamin 20 na 20, to znaczy, ze masz bardzo dobry wzrok i nie
              potrzebujesz świateł.
              Ale przecież chodzi o to, żeby kierowcy widzieli się wzajemnie i pieszych! –
              ripostuję.
              Jeśli masz wzrok „twenty-twenty” to widzisz wszystko- uśmiecha się José.
              Tak, tak – myślę - szczególnie, jeśli używacie tych soków z lian, o których
              mówił Pedro. A może widzicie też w podczerwieni?
              Docierając do Santo Domingo zbliżamy się jednocześnie od „prawdziwej”
              cywilizacji. Na przedmieściach pojawiają się pierwsze sklepy, wśród nich
              supermarkety, warsztaty samochodowe, cała masa wulkanizatorów i sklepów z
              oponami. Na mojej twarzy pojawia się uśmiech, kiedy dostrzegam znajome logo
              Carrefour’a - naprawdę jesteśmy w dużym mieście! Kolejnym na to dowodem są
              narastające korki na wszystkich większych i mniejszych arteriach. Utkwiwszy w
              jednym z nich, dostrzegamy ulicznych handlarzy krążących między stojącymi
              samochodami. Sprzedają absolutnie wszystko: od owoców (banany, pomarańcze,
              papaje) i pasków do spodni (supermodne, oczywiście wszystkie „oryginalne”
              Levisa i C. Kleina), przez wycieraczki samochodowe, po pokrowce na komórki.
              Wracając z pracy, po zaliczeniu kilku takich skrzyżowań można załatwić całe
              zakupy nie wysiadając z samochodu.
              Jadąc uroczą promenadą (Avenida George Washington) ciągnącą się wzdłuż
              wybrzeża Morza Karaibskiego przemieszczamy się w kierunku ZONA KOLONIAL, czyli
              strefy kolonialnej (dominikański odpowiednik naszych starówek).
              Po drodze mijamy szereg 5-gwiazdkowych hoteli z kasynami. Na jednym z
              hotelowych parkingów obok drogich limuzyn stoi...helikopter. Hotele tuż po
              zmroku zaczynają tętnić życiem, w kasynach do wczesnych godzin rannych turyści
              amerykańscy wygrywają i przegrywają ogromne sumy. Podobno atmosfera prawie jak
              w Las Vegas, może nie jest tylko tak kolorowo.

              Parkujemy samochód w podziemnym płatnym garażu na Calle Arzobispo Merino,
              nieopodal strefy kolonialnej. Po kilku minutach spacerku tą bardzo ładną ulicą
              docieramy na główny plac Zona Colonial, gdzie znajduje się najsłynniejsza
              katedra w mieście - Santa Maria la Menor. Katedra, jak wszystko w Santo
              Domingo, była oczywiście pierwszą w Nowym Świecie. Głównym budulcem zbudowanej
              w 1521 roku katedry jest rafa koralowa, a jej konstrukcja zawiera całą masę
              typowych elementów gotyckich. Portal zdobiony jest figurami świętych oraz
              pierwszych mieszkańców wyspy, m.in. samego Kolumba.
              Zanim wejdziemy do katedry spotykają nas pewne trudności związane z
              nieodpowiednimi strojami, przez które strażnik nie chce nas wpuścić do środka.
              Ale już po chwili znajduje się „wybawca”, który za 20 pesos od osoby otwiera
              swoja przenośną szafę używanych ubrań, chcąc nam je wypożyczyć. Ubrania są
              okropne i niewiadomego pochodzenia, ale w końcu dajemy się namówić. Właściciel
              przenośnej szafy znajdującej się w kilku plastikowych workach dla każdego z nas
              znajduje odpowiedni ciuch pasujący krojem, rozmiarem i kolorem do danej osoby.
              Obsługa na poziomie Marks & Spencer!
              Jednak 20 pesos to nie jedyna opłata, jaką musimy uiścić za zwiedzanie tej
              osobliwej katedry. Przy wejściu strażnik, który wygląda jak policjant, inkasuje
              od naszej szóstki kolejne pieniądze. Po kilkuminutowych pertraktacjach ustalamy
              sumę 130 pesos (z upustem 10 pesos-„po znajomości”). Zauważam potem, że dla
              każdej grupy wymyśla inna kwotę. W zamian za niecałe 50$ (symbol peso jest
              prawie taki sam jak dolara) możemy teraz dowoli rozkoszować się pięknem Santa
              Maria la Menor (MB Morskiej, lub jak kto woli Marii od Morskiej Toni), która,
              choć istotnie jest urokliwa, nie należy wcale do najpiękniejszych, jakie w
              życiu widziałam.
              W prawej nawie natrafiamy na kaplicę poświęconą naszemu największemu Rodakowi -
              Janowi Pawłowi II. Jedną ze ścian zdobi ogromny obraz przedstawiający wizytę
              papieża w asyście biskupów i innych duchownych w tymże kościele w roku
              1974.Obraz jest naprawdę ładny i człowiekowi robi się nagle jakoś miło na
              duszy, kiedy przebywa w takim miejscu. Po sfotografowaniu co ciekawszych
              zakątków kościoła opuszczamy przyjemny panujący tam chłód i udajemy się
              na „patelnię” placu przed katedrą. Cienia tam jak na lekarstwo i dopiero teraz
              czuć prawdziwy dominikański upał, który na plaży odczuwany był mimo wszystko
              jako znacznie przyjemniejszy.
              Wchodzimy na chwilę do mini - fabryki cygar. Słowo fabryka wydaje się znacznie
              przesadzone, ale tu każdy, nawet najmniejszy sklep z cygarami ma swoją „cigar
              factory” –choćby tylko (lub głownie) dla turystów. Robię sobie zdjęcie z
              panem „skręcaczem” cygar, który wcale nie produkuje ich na udach młodej
              dziewicy tylko na zwykłym stole pełnym połamanych liści tytoniu. Zaskakujące,
              że nikt nie każe mi zapłacić za to zdjęcie, ani nawet na siłę nie wciska cygar.
              • corrina_f1 Samana, Cayo Levantado 18.01.04, 20:00

                24.11 SAMANA

                Słońce dopiero co wstało, a my już na nogach. Pod hotelem czeka już na nas 8
                osobowy van a w nim Sylvio z przemiłym, jak się wkrótce okaże kierowcą, Remo.
                Śniadanie jemy w jednym z najurokliwszych miejsc, jakie widziałam na
                Dominikanie. Jest godzina 7:00 a my po niecałej godzinie jazdy docieramy do
                drewnianej restauracji (?) otoczonej wypielęgnowanym ogrodem. Jest po prostu
                przepiękny. Soczyście zielony trawnik wygląda jak miękki dywan, dookoła jakby
                wystawa wspaniałych bajecznie kolorowych odmian storczyków innych tropikalnych
                kwiatów. Z tyłu, za okrągłym domkiem, w którym znajduje się maleńka
                restauracja, pośród bardzo wysokich palm kokosowych znajduje się mała sadzawka
                a w niej wśród różowych grążeli pływają złote karasie. Miejsce to jest na swój
                sposób bardzo szczególne i śniadanie w takim otoczeniu smakuje wybornie.
                Spędzamy tu niecałą godzinę i z żalem wyruszamy w dalszą drogę. Za chwilę
                znajdziemy się w miejscu o wiele piękniejszym niż kolorowy ogród z bajki.
                Zatrzymujemy się na małym nieoznaczonym parkingu i nic nie wskazuje na to, aby
                miejsce to miało jakikolwiek szczególny charakter. Remo i Sylvio proszą abyśmy
                poszli za nimi kilkanaście metrów. Tak też czynimy i… dech zapiera w
                piersiach ! Stoimy na szczycie kilkudziesięciometrowej skarpy nad samym
                brzegiem oceanu. Jest to prawdopodobnie najpiękniejsze miejsce, jakie dotąd w
                życiu widziałam. Wielkie fale rozbijają się z hukiem o skały, turkusowo
                szmaragdowa woda pięknie komponuje się z soczystą zielenią drzew i trawy
                rosnącej w górnych partiach skarpy. Można tu stać w nieskończoność….
                Po kilku minutach wsiadamy jednak do vana i udajemy się w dalszą drogę. Razem z
                nami jedzie jeszcze 6 pasażerów. Choć każda z 3 par pochodzi z innego kraju,
                wszyscy mieszkają w Niemczech takim językiem posługuje się cała nasza
                wycieczka. Jest małżeństwo Polaków od kilkunastu lat mieszkające w Hanowerze,
                są Czesi i Słowacy, również na stałe rezydujący w Niemczech i my,
                jedyni „odszczepieńcy”. W dalszej części dnia bardzo się wszyscy zaprzyjaźnimy.
                W miarę przejechanych kilometrów krajobraz zmienia się z rozległych pól
                ryżowych w osobliwą aleję palmową, która przechodzi w końcu w regularne
                plantacje kokosów. „Kokosowa autostrada” biegnie wzdłuż oceanu i wygląda na
                kolejne bajeczne miejsce. Tu właśnie ma miejsce nasz następny przystanek.
                Zwiedzamy tzw. tradycyjną dominikańską chatę wykonaną z drewna palm, pokrytą
                naturalnie palmowymi liśćmi i pomalowaną charakterystyczną zielono-seledynową
                farbą. Chata składa się w zasadzie z jednego pomieszczenia, w którym znajduje
                się niewielki stół i kiwające się krzesła, na ścianie wisi stary kalendarz, w
                rogu niewielka kuchenka gazowa, kilka kubków i sztućce. Myślę, że tak naprawdę
                nikt tu nie mieszka, choć wcale nie wątpię, że tak właśnie wyglądają
                dominikańskie domostwa. Dookoła domu biegają maleńkie kurczaki, które swoim
                piskiem robią wiele zamieszania. Wychodzimy na zewnątrz, wprost na plażę, gdzie
                po chwili gospodarze częstują nas mlekiem kokosowym z uprzednio rozbitego
                kokosa, który naturalnie spadł z drzewa niewiele wcześniej.
                Po kilkunastominutowej przerwie udajemy się już bezpośrednio w kierunku naszego
                celu, Półwyspu Samana. Mijamy po drodze liczne drewniano– tekturowe wioski
                ciągnące się wzdłuż „kokosowej autostrady”, która w rzeczywistości jest szeroka
                na tyle, aby wyminęły się bez obaw 2 jadące z naprzeciwka autobusy.
                Jeszcze jeden przystanek, ostatni przed docelowym. Tuż przed miastem Samana
                czeka nas miły przerywnik na jeszcze jednej skarpie, tym razem już może nieco
                mniej okazałej, ale tym razem z widokiem na granatowe Morze Karaibskie. Ponoć
                tu właśnie w marcu przypływają na gody wieloryby. Wielka szkoda, że to nie
                marzec…
                Remo woła nas do samochodu, ale wcale nie po to, żeby już jechać. Otwiera
                bagażnik, z którego wyjmuje turystyczną lodówkę, a z niej… rum Brugal i colę !
                A raczej pepsi, bo niestety tylko pepsi króluje właśnie na Dominikanie.. A
                więc celem przerwy okazała się szklaneczka cuba libre. Czy to nie wspaniałe ?
                W dobrych nastrojach mijamy Samarę, w której Sylvio pokazuje nam przez okno
                długi most łączący ląd z 2 prywatnymi wyspami, które kupił kiedyś jakiś bogacz.
                Docieramy do miejsca, w którym wsiadamy do motorowej łodzi. Już po kilku
                minutach docieramy do raju. Cayo Levantado zwane popularnie wyspą Bacardi
                zawdzięcza tę nazwę reklamie rumu, którą kręcono tu kilka lat wcześniej. Wyspa
                jest nieduża, spokojnie można ją obejść dookoła spacerem. Poza plażami z
                cudownie białym piaskiem wyspa porośnięta jest niezliczoną ilością palm
                kokosowych – w miejscu tym należałoby raczej nakręcić reklamę Bounty.
                Przy plaży każdy z nas dostaje powitalnego drinka – do wyboru w ... kokosie
                albo ananasie. Drink kokosowy to popularne coco-loco, rum z dużą ilością
                naturalnego mleka kokosowego i słodkiego mleka (kokosowego) z puszki. Drink
                ananasowy to oczywiście słynna pina colada.
                Jest pora lunchu, zaraz po drinkach, które można uzupełniać stojącym na stole
                rumem, porządnie już głodni pochłaniamy rybę z ryżem i udajemy się prosto na
                plażę. Przed nami kilka godzin absolutnego, totalnego, wspaniałego lenistwa.
                Możemy dowoli zażywać gorącego karaibskiego słońca, oglądać przez maskę
                podwodny świat pełen kolorowych rybek, zbierać muszelki, podziwiać nurkujące
                jak pociski w wodzie pelikany i utwierdzać się w przekonaniu, że życie czasem
                potrafi być naprawdę piękne, a dla chwil takich, jak te, warto żyć, choćby
                czasem trzeba było czekać długo na coś, co trwa tak krótko…
                Postanawiamy również „zwiedzić” wyspę i udajemy się na krótki spacer. Późnym
                popołudniem dobiega końca nasza sielanka. Wracamy do łodzi, która zabiera nas
                do Sylvia i Remo. W drodze powrotnej zatrzymujemy się przy (prawdopodobnie)
                hotelu, gdzie znajduje się basen. Nie byłoby w nim nic nadzwyczajnego, gdyby
                nie fakt, że basen jest w istocie słodkowodnym, bardzo zimnym jeziorkiem
                ograniczonym z jednej strony skałą, z drugiej przypominającym faktycznie
                prawdziwy basen. Po skale spływa małymi kaskadami lodowata woda. Wygląda na to,
                że gdzieś na górze znajduje się źródło tego osobliwego basenu. Postanawiam
                skorzystać z możliwości kąpieli, ponieważ po całym dniu spędzonym w słonej
                wodzie czuję się jak po liftingu ściągającym skórę. Przepływam 2 długości
                basenu i czuje się wystarczająco orzeźwiona na dalszą podróż. Jeszcze tylko
                jeden mały drink z magicznej lodówki w bagażniku i możemy jechać.
                Zanim dojechaliśmy do Cabarete, takich przystanków mamy jeszcze kilka. Kiedy
                skończyła się zawartość lodówki, Remo zatrzymywał się kilkakrotnie przy
                ulicznych sklepach, gdzie zaopatrywaliśmy się w lokalne piwo, które trzeba na
                Dominikanie pić na sposób amerykański – w papierowej torebce. Te przystanki
                wspominać będziemy na pewno jeszcze długo, bo przerodziły się w pewnym momencie
                w wielką fiestę. W jednym ze sklepów Remo inicjuje w rytm płynącej z radia
                muzyki merengue mały konkurs tańca. Wszyscy bawimy się jak małe dzieci, ale czy
                nie po to właśnie tu jesteśmy ? W cudownych nastrojach wracamy do hotelu na
                spóźnioną kolację. Szkoda, że dzień już się skończył…
    • Gość: Dave Re: DOMINIKANA - co warto tam robić, jak spędzać IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.01.04, 17:45
      Świetnie się to czyta :)
    • Gość: camell Re: DOMINIKANA - co warto tam robić, jak spędzać IP: 213.186.93.* 19.01.04, 19:05
      Mozesz podac jakieś bliższe szczegóły tej wyprawy...z jakiego biura była ta
      wycieczka, jaki koszt, ile około wydaliście poza tym co w biurze?? Rozumiem ze
      wolny czas sobie sami organizowaliście ??
      PozdrooFka, camell@interia.pl
      • Gość: czekajacy Re: DOMINIKANA - co warto tam robić, jak spędzać IP: *.chello.pl 19.01.04, 19:47
        tez przylaczam sie do prozby o szczegoly.
        Z jakim biurem i za ile?
        • Gość: corrina_f1 Re: DOMINIKANA - co warto tam robić, jak spędzać IP: *.aster.pl / *.acn.pl 19.01.04, 22:07
          Witam

          Jak już pewnie wiecie, wyprawa miała miejsce w 2000, a więc 4 lata temu. Były
          to te wspaniałe czasy, kiedy Karaiby nie koniecznie musiały oznaczać wypranie
          kieszeni. Te 2 tygodnie na Dominikane kosztowały nas po 3.000 zł od osoby
          (dodam, że Kuba była wtedy jeszcze tańsza, już za 2600-2700 zł !! a Meksyk był
          też koło 3 tys z groszami..).
          Wyjazd wykupiliśmy w warszawskim biurze BIS Touriustik na Tamce (wtedy i chyba
          aż do dziś przedstawiciel FTI). Nie wiem, jak BIS radzi sobie dzisiaj, ale ja
          nie miałam do nich najmniejszych zastrzeżeń. Jednak czytałam na
          pl.rec.turystyka.zorganizowana dość niepochlebne opinie. Cóż, czasy się
          zmieniły, wtedy było na piątkę ! :)
          Prawdę mówiąc nie pamiętam zupełnie, ile wydaliśmy na miejscu, ale zasadniczo
          tylko tyle co na wycieczki kupowane na miejscu i kilka pamiątek. Będąc w all
          incl. wszelkie dodatkowe wydatki są praktycznie zbędne ;)

          Jeśli macie jeszcze jakieś pytania, zapraszam oczywiście, choć tak jak mówię,
          detali , przynajmniej niektórych, mogę już nie pamiętać ;)
          Kasia
          • Gość: S.Wawelski Re: DOMINIKANA - co warto tam robić, jak spędzać IP: 169.207.178.* 23.01.04, 17:07
            Wspomnienia napisane sa ewidentnie przez milosnika podrozy i wnikliwego
            obserwatora nie mowiac juz o polocie pisarskim. Czy w ciagu ostatnich 4 lat
            byliscie jeszcze gdzies w jakichs innych stronach?

            S.W.
            • corrina_f1 Re: DOMINIKANA - co warto tam robić, jak spędzać 23.01.04, 19:31
              Bardzo dziękuję Ci za miłe słowa i tak sympatyczny komentarz. Bardzo poprawił
              mi nastrój na koniec tygodnia :)
              W tym czasie byliśmy 2 razy na Krecie i raz w Egipcie (czerwiec 2003), do
              którego wybieramy się prawdopodobnie ponownie na wiosnę.

              Chwilowo polecam lekturę zaledwie maleńkiego fragmentu wyjazdu do Egiptu, jakim
              była wizyta w Kairze :
              www.wakacje.pl/wsp_info2.phtml?id_wspomnienia=371
              Zupełnie nie mam czasu wklepać do kompa Krety i reszty Egiptu, a wszystko
              bardzo dokładnie spisane ! :)
              Jak to kiedyś poczynię, niewątpliwie dam znać :)
              pozdrawiam
              Kasia
              • corrina_f1 Re: odbiegając od tematu ;) 23.01.04, 19:36
                Właściwie tutaj mój Kair wyglada to lepiej ;)
                www.egipt.republika.pl/reportaz.html
                • corrina_f1 Re: odbiegając od tematu ;) 23.01.04, 19:59
                  A tu kilka słów naprędce skleconych o Krecie - dziś napisałabym to zupełnie
                  inaczej, ale ktoś prosił kiedyś na grupie, więc napisałam :
                  www.tripstop.com/?fdn=KKKK382S541sKKKKalb
    • corrina_f1 Re: DOMINIKANA - co warto tam robić, jak spędzać 28.01.04, 12:50
      up

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka