Dodaj do ulubionych

Notatki z Brazylii (i okolic) 1

13.11.06, 16:48
Pozdrawiam z wakacji w Brazylii i pozwalam sobie tu wkleic moje -prawie
biezace- notatki z podrozy, ktore zamieszczam na innym forum. Tchau tchau :))

*****************************************************************************


------------------------------------------------------------------------------
--
Dzien w Chicago podly. Ulewa. Temperatura lekko wyzej zera.
Z O,Hare do centrum jedziemy miejska kolejka.
Jak ja za komuny psioczylem, ze musze w Warszawie tluc sie oblesnym
podmiejskim pociagiem! Fakt, byl oblesny, jednak nie tak wiele znow gorszy,
niz ten dzisiejszy w Chicago.
Pociag wlecze sie ok. godziny nim dobija do downtown. Po drodze popisuje sie
widokami jak z trzeciego swiata. Szkaradne sypiace sie domy, ulice bez
charakteru przypominajace niegdysiejszy bazar Rozyckiego. Wszystko jakies
takie rozklekotane, brudne lub niedomote, identyczne i deprymujace.
Stacyjki jakby na szybko sklecone, dolepione do torow jak gniazda jakiegos
skundlonego ptactwa- z blota, patykow i smiecia.
Amerykanskie kontrasty po tylu latach czestych odwiedzin za miedza nadal mnie
szokuja.

W centrum ladnie, wrecz okazale, mimo ze dzien parszywy. Gmachy przy
Magnificent Mile wspaniale. Wiezowce tak nowe, jak te pamietajace Al Capone,
robia wrazenie, tak jak zamierzono.
Sears Tower, niestety, widac tylko cwierc- reszta okutana szarymi galganami
chmur.

Opatuleni na cebule ubraniem gotowym na tropiki przemykamy ulicami
pospiesznie, z musu, walczac ze strugami deszczu splywajacymi po nosach i z
wiatrem godnym niana the Windy City.
Czesto wpadamy to do kawiarni, to do knajpy, by przelknac cos cieplego,
ogrzac sie i nieco osuszyc.

Jeszcze robimy runde wokol centrum kolejka, ktorej tory prowadza wysoko nad
ulica jak dzieciecy roller-coaster jakim jechalismy z Xurkiem i Piranha w
montrealskim lunaparku- i uciekamy na lotnisko ucinajac zwiedzanie Chicago o
ponad trzy godziny.

O'Hare -bede ogledny- nie olsniewa. Lata jego glorii minely ze trzy dekady
temu.
Padamy ze zmeczenia -jestesmy na nogach od czwartej rano- a samolot do Sao
Paulo dopiero o dziesiatej. Zmieniamy przemoczone szmaty. Walczymy ze snem
koczujac na niedoswietlonym i tlocznym lotnisku.

Wreszcie w samolocie zasypiamy niemal natychmiast po starcie, nie musze nawet
sie wspomagac zwyczajowymi na dlugich lotach nasennymi pigulami.
Raz tylko, nad Kuba budza mnie jakies makabryczne turbulencje, po czym znow
spie ciurkiem az pod Sao Paulo.


Ach, Sao Pualo. Po odebraniu bagazu przebieramy sie klopie w krotkie majtki
i letnie fatalaszki.
Dzien w Chicago nagle nabiera sensu- byl po to by zwiekszyc rozkosz wejscia w
pozna brazylijska wiosne, i palmy przy lotnisku, i plachty dzikich
tropikalnych chaszczy.

Na lotnisku jeszcze, leccy i rzescy jak skowrony, przywracamy sie zyciu
szatanska brazylijska kawa.
Nie, to nie Paryz pije kawe w naparstkach- tak kawe pija Brazylia.

Siostra Braza wiezie nas nas prosto do domu, gdzie zmywamy z siebie
wspomnienia konca pazdziernika stref polnocnych i zasysamy potezny lunch.
Gdy dobija Brazowy szwagier, pakujemy sie do samochodu i ruszamy do Oceanu,
do miasteczka Guaruja obok Santos, gdzie odbywac bedziemy szesciodniowa
aklimatyzacje w hotelu, w ktorym huk fal z pozoru ma nam odbierac sen. Ale
nie odbiera. Za oknem szostego pietra tylko plaza i ocean.

By dojechac z Sao Paulo do Oceanu, przebyc trzeba chyba jedna z najbardziej
olsniewajacych autostrad swiata- wykuta w gorach tunelami, betonowymi
sznurkami rozwieszona nad gorska dzungla.
Wieksza czesc drogi do Oceanu jedziemy doslownie w chmurach, w gestej
wilgotnej mgle, przy minimalnej widocznosci. Dopiero w drodze powrotnej do
SP moglem sie w pelni napawac uroczyskiem- kotlinami daleko w dole
gdzieniegdzie zakrytymi lachami chmurnych oparow, mijanymi przy drodze
plachtami, kosami, baldachimami, wachlarzami i dzidami dzungli z
przypadkowymi wysepkami dzikich bananowcow.

Guaruja- kompletne i bezwstydne rozpasanie. Plaza, zarcie i picie, zegarki
porzucone w hotelowej szufladzie, nielad w rozumie i stan polbezmyslnosci.
Sen wsrod bryzgow fal pod oknem i przebudzenia przed ekranem tego samego okna
z wyswietlanym nieustannie tym samym glupowym i szmirowatym filmikiem- ocean
i plaza, plaza, ocean i palmy.

Juz pierwszego dnia dalem sie sloncu bolesnie poparzyc, by szukac ulgi w
hopsasach po falach, ktorym z kolei dalem sie tluc, podrzucac, przytapiac i
tarmosic na wszelkie dopuszczalne i niedupuszczalne sposoby.

Ktoregos dnia na plazy znalazl sie martwy pingwin. Zdarza sie niekiedy, ze
pingwiny dobijaja z Antarktydy na brzegi Brazylii. Wiele z nich umiera z
wycienczenia straciwszy zapasy tluszczu w tak dlugiej drodze. Te
szczesliwsze doprowadzane sa do porzadku i odsylane samolotem i statkiem
spowrotem do domu.

Guaruja to miasto na warunki brazylijskie niewielkie, mile, spokojne i
niebiedne. Tu rekreuje sie –i emerytuje- paulistanska klasa srednia.
(Santos obsluguje w weekendy warstwy posledniejsze). Populacja lokalna wiec
fluktuuje w porywach letnich przekraczajac nawet milion.
Jest czysto i bezpiecznie. I –na warunki Zachodnie- tanio.
Po glowach wiec uporczywie laza nam emerytalne pomysly...

Szwagrowie wracaja do SP po dwoch dniach i zostajemy sami. Wpadamy do
Santos, gdzie Braz odwiedzic ma gimnazjalnego kolege- dzis lekarza.
Nie ma go jeszcze w domu. Wita nas jego matka oraz siostra wlasnie konczaca
nostryfikacje dyplomu lekarskiego po studiach w Boliwii.

Matka nawija krzykliwie bez ustanku, glosna i skrzekliwa. O pierdolach tylko
ja interesujacych. Po 20 minutach sycze do Braza, ze jeszcze chwila a babe
zatluke. Siostra kolegi pol-omdlala pol-lezy na sofie, pol-obecna, w
nieladzie, oczy bez wyrazu i zainteresowania, jak morfinistka albo suchotnca.
Po mieszkaniu uwija sie kobieta do robot domowych. Ma taka w Brazylii kazda
rodzina klasy sredniej. Jakby jazgoczace babsko nie moglo ruszyc zadnicy i
samo sie wziac do roboty. Syn robi na 3 etatach, ciagle sie doksztalca,
wspomaga finansowo siostre-morfinistke i jeszcze braciszka studiujacego
weterynarie, a babsko dzwoni wlasnie do niego z lista zakupow do zrobienia
nim wroci do domu. Wdowa po wyadku przed laty, ze szramka na nodze,
manipulujaca calym swym przychowkiem.
Taka to sniegu nago!

Przybywa wreszcie kolega ze swa dziewczyna, tez z medycyny. Gadka szmatka z
babskiem w roli glownej. Ze tez nie mozna wyjsc, jak nalezy, do knajpy na
piwo!
Glupawo sie usmiecham, cos tam probuje po angielsku, po francusku, ale nie
idzie. Cala ta elita, burzuazja po uczelniach ni be ni me w jezykach.
Siostra omdlala na sofie wyznaje, ze po latach studiow w Boliwii nawet
hiszpanskiego na prawde nie opanowala.

Na szczescie lekarz ma kolejny dyzur, wiec sie zegnamy. Z ulga wychodzimy na
hukliwa glowna arterie Santos obok plazy.

Gdzies w drodze powrotnej do promu (Guaruja jest wyspa) Braz sie niecierpliwi
na dlugo czerwonych swiatlach dla pieszych. Wiec go pouczam z glebi mej
madrosci: chlon chwile, baranie, juz wkrotce w mroznym Montrealu bedziesz
wspominal z tesknota ten moment niecierpliwy i te swiatla na wieczornym
bulwarze w Santos.

Pierwsze cztery dni listopada spedzamy spowrotem w Sao Paulo.
W zaduszki jedziemy na cmentarz na grob matki brazowego szwagra. Ulica
prowadzaca na cmentarz przez bolesnie uboga dzielnice jest zapchana
samochodami, po bokach szpaler handlarzy, wiele dzieci, sprzedajacych
swieczki, wience i kwiaty.
Na cmentarzu tlumnie, jak w Polsce, odbywa sie tez kilka pogrzebow. Drzwi do
niewielkich pogrzebowych kaplic otwarte, widac nieboszczykow w otwartych
trumnach i czuwajace rodziny.
Cmentarz jest polozony na gorze i oferuje panoramiczny widok na miasto- na
odlegle wiezowce w centrum i rozlegle obszary nedzy, na fawele.



Obserwuj wątek
    • chris-joe Notatki z Brazylii (i okolic) 2 13.11.06, 16:53
      Z cmentarza jedziemy na 2 dniowa ekskursje tuz za granice stanu Sao Paulo, do
      Pocos de Caldas w stanie Minas Gerais, czyli do wod.
      Pocos de Caldas polozone jest w cudo okolicy, gorki, pagorki, rzeczki i
      strumyczki- i zrodla zdrowotne. Zazywamy wiec kapieli w z lekka sypiacej sie
      lazni z poczatku ubieglego wieku, pijemy radioaktywne wody i wogole stawiamy
      trzy zdecydowane kroki w kierunku niesmiertelnosci. Po czym dwa kroki w tyl-
      przechodzimy na piwo i cashase.

      Pocos de Caldas kaze mi myslec o jakims Karlsbadzie, upadl, zszedl na dziady
      pod zlymi rezymami. Czas chwaly Pocos minal, slady swietnosci z okresu art
      deco i art nouveau zesniedzialy, farba oblazla, zarowki sie wypalily. Ale duzo
      wdzieku zostalo.
      W upadlych miastach wdziek umiera najpozniej. Niekiedy zas –perwersyjnie-
      dekadencja dodaje wdziekowi nowych smakow.

      Wieczorem cale miasto paraduje wokol glownego skweru przy lazni miejskiej.
      Nawet fryzury i ubrania nosi sie tu jak w Karlovych Varach za Husaka.

      Tu musze wreszcie wyznac z wyzyn mego snobizmu, ze Brazylia nosi sie fatalnie.
      Kobietynie maja fryzur wcale, badz maja ich archaiczne karykatury. Faceci ujda
      w tloku, bo krotki wlos latwiej tuszuje niedobre przyciecie. Ubrania szare i
      bure, niemodne badz w zadnym stylu. Wszyscy niemal jednacy. Jakby panowal
      zakaz choc cienia ekstrawagancji, fantazji, indywidualnosci. Widze to na
      ulicach, ale i w lepszych knajpach i drogich centrach handlowych, gdzie klasa
      srednia przenosi ogladacza do glebokiej prowincji lat 70ych.
      Nie potrafie pojac tego fenomenu, zwlaszcza, ze Buenos Aires i Montevideo skrza
      gustem, fantazja, charakterem i wyczuciem mody. Tylko ta Brazylia we
      wlosiennicy!

      W drodze powrotnej z Pocas de Caldas zatrzymujemy sie w Sao Joao da Boa Vista,
      uroczym miasteczku u zrodel, gdzie aplikujemy sobie kawe i kolejny zastrzyk
      atomowych wod.

      W sao Paulo glownie zakupy. Wozi sie mnie, prowadza, tlumaczy i pokazuje.
      Samemu po miescie sie nie poruszam- taka jest niepisana umowa. Rano tylko moge
      wyjsc do sklepu za rogiem po swierze pieczywo i soki do sniadania.
      Poruszanie sie po SP to skoki z wyspy do wyspy dostatku wsrod przewazajacej –
      lub przerazajacej- biedy.

      Rozmowy glownie rodzinne, czyli po portugalsku. Coraz bardziej sie wyslizguje
      gromadzie. Jestem do niej przyszyty, lecz coraz mniej do niej naleze. Tu i
      owdzie dostaja mi sie rozmow okruchy: „wlasnie mowimy o...”, albo „on mowil,
      ze...”, ale sa to okruchy uprzejmosci raczej niz zaproszenia. Moje proby
      rozmow sa coraz rzadsze. Wsrod portugalskiej wrzawy me angielskojezyczne proby
      sa grochem o sciane, rzadko siegaja celu, to pudlo za pudlem w grze w statki.
      Nikogo o to nie obwiniam, rozumiem swietnie te mechanizmy, jak i najlepsza wole
      gromady. I pelen zrozumienia coraz glebiej sie zsuwam w obszary osobnosci i
      milczenia.

      Po 4 dniach w SP zostaje zawieziony na lotnisko. Nawet tam, tuz przed moim
      odlotem, jestem ledwo dostrzegany przez gromade. Lecz tak jak Chicago mialo
      sens, by nadac znaczenia Brazylii, tak czas spedzony w SP na obrzezach grupy
      przygotowuje mnie do wycieczki solo.
      W samolocie do Porto Alegre odnajduje w sobie z latwoscia porzucona niegdys
      osobnosc –by uniknac dramatyzmu slowa „samotnosc”. Odnajduje skrawki mysli tam
      pozostawionych, dawne nastroje i zwolniony oddech. Swiat odzyskuje dawny
      ksztalt „zewnetrznosci”, z ktora musze odbudowac porozumienie milczacego
      obserwatora.

      Przez pare godzin, poznym juz wieczorem snuje sie po lotnisku Porto Alegre w
      oczekiwaniu na nocny lot. Kupuje ostatni numer „The Economist”, wracam do
      niedokonczonej krzyzowki w przedwyjazdowej „The Montreal Gazette”.

      W Montevideo przesuwam wskazowke do przodu i nagle jest prawie 3 nad ranem.
      Lotnisko MV to afera lekka tylko okazalsza od dawnego Okecia.
      Bankomatu zrozumiec nie potrafie, nawet wyjsc z kabiny bankowej nie potrafie i
      robie raban. Jestem bez grosza. Troche sie awanturuje. Jakis facet otwiera
      klodke do kanciapy, skacze przez lade i wyciaga przestarzaly suwak do karty
      kredytowej. Tym sposobem kupuje bilet na taksowke do centrum.
      Hotel, w ktory celowalem jest pelen, pukam jeszcze na prozno do dwoch kolejnych
      hoteli przy glownej ulicy, Avenida 18 de Julio, i dopiero za trzecim podejsciem
      udaje mi sie zadekowac w calkiem niezlym 4 gwiazdkowym hotelu. Pakuje sie do
      lozka o 4:30 rano.
      Budze sie po sniadaniu, nadal nie mam gotowki, proby wyludzenia debitu w kilku
      bankomatach koncza sie porazka. Hiszpanskie opcje daja mi jedynie wejscie do
      lokalnych koneksji, badz w karte kredytowa.
      Duza czesc centrum jest zablokowana. Akurat dzisiaj w MV odbywa sie jakis
      ultrapowazny sabat prezydentow regionu.
      Glodny, decyduje wreszcie sprobowac wyciagnac kase na kredyt i dopiero wtedy
      odkrywam, ze wejscie w karte kredytowa daje mi nie tylko opcje
      angielskojezyczna, ale i wejscie do mojego debitu.
      W pierwszej restauracji za bankiem rzucam sie na olbrzymiego krwistego steka i
      kupe przystawek.

      Po poludniu zaczyna lac i leje do poznej nocy. Uzbrojony w parasol i
      przemoczone buty nie daje za wygrana i snuje sie po miescie cieszac sie
      odzyskana swoboda ruchu.

      Kolejny dzien sloneczny, biegam po starych katach znanych sprzed dwoch lat, jem
      w tej samej restauracji, pije to samo piwo w tej samej piwiarni.

      W Montevideo co budynek to perla z fin- badz debut-de-ciecle, choc w stanie
      upadku, zmurszenia badz ruiny, prawie jak stare Santos. Nawet nowsze budynki
      zaczynaja murszec, przykurzone, niedomyte.
      I ten plik banknotow w portfelu- wyswiechtanych placht jak z lat 50ych-
      dopelnia smaku innej epoki i dekadencji.
      Bardzo lubie to miasto.

      Laze po bardzo biednej ciudad vieja, gdzie subsydiowane bloki maja najlepszy
      widok w miescie- tam gdzie Rio de la Plata staje sie Atlantykiem; wypuszczam
      sie na sam koniec cypla Sarandi zamykajacego port tam, gdzie niegdys poszedl na
      dno Graf Spee, a dzis biedacy zapuszczaja wedki po drobnice.
      Zagladam na turystyczny market, kupuje wisiory agatowe i inne kamienie dla
      przyjaciolki w Montrealu, co doglada kota Maxxa.
      Pozeram kolejnego steka w towarzystwie profesorostwa z Bostonu w drodze do
      Tierra del Fuego.
      Pozniej ide na piwo. W knajpce, gdzie czarny Urugwajczyk spiewa lokalne rytmy
      nim dzieli sie mikrofonem z grupa afrykanskich matrosow, ktorzy a capella,
      nieco pijani, spiewaja choralnie folk z Afryki, ku wielkiej radosci zebranej
      mlodziezy i bohemy.

      Noca ide do klubu na disco. Kontrola bezpieczenstwa jak na amerykanskim
      lotnisku. Towarzystwo bardzo mieszane, glownie mlodziez plci obojga plus garsc
      transwestytow oraz sporo oczywistych gejow.
      Muzyka tylko lokalna, ani jednej Madonny, czy nawet Shakiry. Taniec z
      niemrawego disco przeistacza sie wreszcie w jakies niby tango, a jeszcze
      pozniej, wraz z uplywem piwa, w czysto urugwajskie konfiguracje country.
      Pogaduje z barmanem w jezyku zadnym, interesuje sie mna przystojny Urugwajczyk,
      pozniej pewna dziewczyna. Ze smakiem potencjalnego sukcesu wracam do hotelu o
      5 rano.


      • chris-joe Notatki z Brazylii (i okolic) 3 13.11.06, 16:58
        Poltora dnia pozniej wsiadam na prom do Buenos Aires. Gdy statek mija cypel
        Sarandi, wedkarzy i miejsce zgonu Grafa Spee, czuje jakbym zegnal sie z
        Montevideo, mimo ze jeszcze tam wroce na chwile w powrotnej drodze do Brazylii.
        Odplywanie jest znacznie bardziej nostalgiczne niz rach-ciach-ciach odlot-
        oddalajacy sie powoli zarys miasta jak powidok zapada pod powieke.

        Po wyjsciu na otwarta Rio de la Plata zaczyna ostro kolysac, leci kilka
        szklanek i talerzy w bufecie, kilku pasazerow traci miski z salata. Udaje, ze
        sie boje. Wkrotce jednak rzekamorze sie uspakaja, a po dwoch i pol godzinie
        widac zarys Buenos Aires.

        W Buenos jest slonecznie i cieplej niz w Montevideo. Choc wieczorem chlodno.
        Jestem znow dosc daleko od rownika, gdzies na wysokosci Sydney w Australii.
        Huk tego duzego miasta oglusza juz w porcie. A samo miasto wciaga natychmiast
        w swe trzewia. Laze do poznego wieczora, gapie sie dokola, ide na piwo. W
        lozku o polnocy.

        Tu takze mialem klopoty z hotelem. Jak w Montevideo nie zrobilem rezerwacji i
        z mojego Gran Hotel Hispano nici.
        Wszystkie 3 i 4 gwiazdkowe hotele pokazywaly mi drzwi, Hyatty i Sheratony nie
        na moja kieszen.
        W panice wiec, po wielu bezowocnych probach wzialem co bylo, podlawy pokoj o
        dwoch gwiazdach. Udaje wiec, ze jestem w Chelsea Hotel, tyle ze za prawie
        jedna dziesiata ceny :)
        Lecz nawet ten hotel ma wdziek. Piec pieter w eklektycznym budynku z poczatku
        ubieglego wieku. Dwie male windy w wewnetrznym szybie schodow, dwudrzwiowe,
        zamykane recznie. Klatka schodowa kreta i w marmurze, na polpietrach ozdobne
        okna na wewnetrzna studnie z kolorowymi witrazami z la belle epoque.
        W pokoju duze lozko, szafka, sekretarzyk i olbrzymia najprawdziwsza szafa z
        duzym lustrem po wewnetrznej stronie drzwi , wszystko do kompletu, w solidnym
        drewnie i z epoki- najpewniej z oryginalnego umeblowania budynku blisko sto lat
        temu. Podloga z drewnianych, lsniacych desek, dzis w kilku miejscach
        popekanych. Skrzypi. Za drzwiami balkonu druga para drewnianych drzwi-
        zaluzji. Na balkon nad hukliwa Avenida de Mayo wystawilem krzeslo, gdzie
        siadam noca przed snem na ostatniego papierosa.



        Niniejszym konkurs oglaszam za zamkniety, wyniki sa ostateczne i potwierdzone
        podwojna weryfikacja: Buenos Aires jest najpiekniejszym miastem swiata (no,
        przynajmniej wsrod tych, ktore znam).

        Caly dzien na nogach, subte (czyli metro) wbrew zamiarom puscilem kantem, by
        nic nie uronic.
        Po wczorajszej internetowni gubiac sie czesto trafilem wreszcie do San Telmo
        (zbekarcona wersja St. Elmo), gdzie przy pokazie tanga na skwerze skonsumowalem
        rzeczonego steka.

        Z San Telmo dlugi marsz przez -za poprzednim pobytem przegapiona- Plaza Moreno
        i Congreso Nacional (pycha!), Plaza de General Lavalle z Synagoga Central obok
        oraz Plaza Libertad.
        Nastepnie luksusowa Avenida Alvear po Recolete i Avenida Libertad do Plaza
        Canada (z najpradziwszym wielkim indianskim slupem totemowym, glowe dam ze z
        Brytyjskiej Kolumbii).
        Plaza san Martin z memorialem "bohaterow wojny o Malwiny". Handlowa Avenida
        Florida, huczna, rozrywkowa, wezbrana ludzmi poza brzegi.

        I wszedzie, wszedzie, wszedzie architektoniczne cuda: eklektyzm i art nouveau
        dajace swiadectwo zlotej epoce przelomu 19 i 20 wieku.
        Na kazdym kroku jakis skwer z romantycznym badz neo pomnikiem kolejnego
        argentynskiego bohatera. Fontanna, palac lub rzezba i kolejny pomnik, i znow
        zakatek, olsniewajacy gmach. I wysyp kawiarni i kafejek.
        I te drzewa mi nieznane pelne wiosennego -opadajacego juz- jasno fioletowego
        kwiecia. Moze Luiza z ogrodu na pobliskim rownolezniku, lub Kan z Oz objasni
        to zjawisko?

        Buenos jest pyszne, lecz nie prze-pyszne, w przeciwienstwie do Paryza.
        Zachwyca, lecz nie oszalamia, olsniewa, lecz nie przytlacza.
        Wieczorem zas przypomina Paryz w jego najmilszej postaci: boczne ulice ze
        sklepami schowanymi za metalowa roleta, narozne sklepiki z generalnym
        asortymentem.
        I tylko jedno czyni, ze nie moglbym w tym miescie zamieszkac: tlum i tlok i
        zabojczy ruch kolowy.
        Miasto caly dzien sprawia wrazenie, jakb bylo w stanie panicznej ewakuacji,
        ulice zapchane autami ponad limit. Halas nieznosny i ogluszajacy. W bocznych
        ulicach jak i na wielkich arteriach.
        regul gry nie ma, swiatla nie znacza wiele, zarzucam proby zrozumienia lokalnej
        metody i podazam za innymi przechodniami, lecz i w wowczas czesto ze srodka
        ulicy musze pedzic spowrotem do punktu wyjscia atakowany zewszad przez
        drapiezne samochody.
        Nagle z nostalgia wspominam Manhattan w godzinach szczytu.
        Halas wdziera sie wszedzie, nie mozna przed nim uciec nawet w hotelu, wlazi we
        wlosy, pod pachy, w majtki i w mysli.

        Dla rozrywki przysiadam czasem na kawe przy przypadkowym skrzyzowaniu w
        wylawiam w tlumie turystow, ktorych poznaje niezawodnie po przerazeniu w
        oczach. Przed przejsciem przez ulice ich twarze nagle tezeja, rzucaja agonalne
        spojrzenia na boki i naglym zrywem rzucaja sie przez ulice z minami jakby
        skakali z wiezowca. Podczas gdy towarzyszacy i tlum przechodniow nie przerywa
        nawet rozmow przez telefon komorkowy.

        A ludzie sa piekni (plci dyskretnie nie okresle), wymieszajcie najsmakowitszych
        Hiszpanow i Wlochow i voila- macie Argentyne.

        I Buenos naprawde dobrze sie ubiera. Z szykiem ale swobodnie, bez wielkich
        pretensji do haut-couture. Mlodziez zas z fantazja i bez malpowania MTV.
        Dzierlat starszych i mlodszych z wylewajacymi sie pepkami nie widac wcale, ani
        chlopakow w workowatych spodniach z krokiem przy lydkach i calego tego
        zalewajacego Ameryke stylu ghetto/inner city/hip-hop. Raczej styl studencki z
        dobrej akademii piekna z nieprzesadzonym uklonem w strone bohemy.
        W godzinach szczytu, jak wszedzie, duzo garniturow, czesto jednak nad marynarka
        wlos modnie przyciety i wystylizowany, albo dlugi lekko mazniety tylko
        stylizujacym kremem, a spod mankietu marynarki czesto wyslizguje sie rzemyk
        folkowej bransolety, badz mlodziezowy wisior widac pod rozluzowanym krawatem.

        Poznym wieczorem kolacja przy glownym bulwarze, Avenida 9 de Julio, przy
        wystawionym na ulice stoliku.
        W centralnym Buenos mniej widac biedy niz w Montevideo. Jednak do stolika
        czesto ktos podchodzi proszac o jalmuzne. Badz jakis oberwany dzieciak chwyci
        bulke zostawiona na stole przez klientow.
        Ceny lekko wyzsze niz w Urugwaju, nadal jednak trzykrotnie nizsze niz w
        Kanadzie. Jednak drozej niz 2 lata temu.

        Po mej prawej stronie siedzi trojka Niemcow, po lewej Brazylijczycy. Siadam
        blizej Brazylii, by moc wiecej podsluchac i poczuc sie troche bardziej jak u
        siebie.

        Jezyki mi sie dziwacznie mieszaja. Czesto wsrod "gracias" czy "por favor"
        wymsknie mi sie "merci" albo "obrigado", badz zupelnie nie pojete, ni stad ni
        zowad, "evcharisto".

        Przedwczoraj zas, gdy w najbezpieczniejsze narozmawialem sie z rodzicami przez
        skype´a w internetowni, podchodzi do nie nagle mloda kobieta: "Dzien dobry,
        wysluchalam wlasnie chcac-nie-chcac calej panskiej rozmowy". Bylem wlasnie w
        trakcie wystukiwania instant message do brata (bez odzewu!...) wiec wymieniwszy
        tylko kilka zartobliwych uwag pozwolilem jej umknac nieumyslnie. Szkoda,
        napilbym sie piwa po polsku w Buenos Aires.
        Dziewczyna byla z Niemiec- moze nas czytuje? Moze sie odezwie?
        Truizmu o Polakach w swiecie w tym miejscu powtarzal nie bede.

        Szukalem tez w internecie gombrowiczowskich sladow w Buenos Aires. Niestety
        poza ogolnikowa wzmianka o pracy w niejakim Banco Polaco, nic wiecej nie
        znalazlem.

        Dzis moj tu dzien trzeci. Poznym ranem sniadanie na ulicy, dwie kawy w
        naparstkach, aqua sin gaz. Pozniej przysiadam przy fontannie na skwerze przed
        Casa Rosada z katedra po mej prawicy przyslonieta przez palme i fioletowe
        drzewo.
        Niebo bez chmur. Jakis zegar wybija jakas godzine. Ide w miasto- bez planu
        ani mapy.
        • abelha Fajne! 13.11.06, 17:17

        • chris-joe Notatki z Brazylii (i okolic) 4 03.12.06, 22:21
          W Buenos jest mnostwo knajp, restauracji i kafejek. Od czasu mego ostatniego tu
          pobytu wprowadzono jednak zakaz palenia (podobnie zreszta jak w Urugwaju i -w
          duzej mierze- w Brazylii). Na szczescie, dzieki blogoslawionemu klimatowi,
          kazda knajpa wystawia stoliki na zewnatrz, na trotuar.
          Po wyprobowaniu kilku w mym sasiedztwie, wybieram jedna- nazywa sie "Valentino"
          i ulokowana jest zaraz za rogiem mej hotelowej Avenida de Mayo- przy samej
          Avenida 9 de Julio. "Valentino" wyroznila sie tym, ze gdy inne okoliczne knajpy
          bywaja wieczorem pustawe, w porywach zasiedlajac sie glownie turystami z
          okolicznych hoteli wylegajacymi na kolacje i przedsenna lampke wina lub kufel
          piwa, tu zawsze jest pelno. Dzieki cenom nizszym troche niz u bardziej
          swiatowych sasiadow, "Valentino" zapelnia sie co wieczor lokalnym tlumkiem. I
          "Valentino" wlasnie staje sie ma cowieczorna przystania w Buenos Aires.

          Juz drugiego tam wieczora kelner wita mnie jak stalego bywalca, usmiechniety
          macha do mnie jeszcze z oddali, sciska dlon, pyta jak leci i bez zbednych pytan
          od razu stawia przede mna duza butelke popularnego lokalnego piwa "Quilmes".
          Gdy zamawiam kolacje -niemal zawsze jest to taki, czy inny stek- ubiera moj
          stolik w obrus.

          U "Valentino" wiec pisze me notatki, tu gapie sie na nieustanna rzeke aut na
          Avenida de 9 Julio, tu ogladam przechodniow, podgladam i podsluchuje sasiadow
          przy innych stolikach. Niekiedy ktos prosi mnie o ogien, niekiedy dwie mlode
          dziewczyny nawiazuja ze mna dluga rozmowe (jedna z nich uczy sie angielskiego i,
          gdy dowiaduje sie ze jestem z Kanady, wyznaje ze zna na pamiec wszystkie
          piosenki Alanis Morissette).
          Raz przy sasiednim stoliku przysluchuje sie dyskretnie dyskusji o Ameryce
          Poludniowej prowadzonej przez grupe obiezyswiatow- dwoje Anglikow, Amerykanina i
          Australijke.
          A jednego wieczora dlugo i ze wzruszeniem podgladam starsza i bardzo elegancka
          pare Amerykanow (oboje w wyszukanej czerni, nieco zbyt szykowni jak na ta
          popularna knajpe). Przy argentynskiej wolowinie i butelce lokalnego wina
          obdzielaja sie dyskretnie czuloscia: podaja sobie wzajemnie ("na sprobowanie")
          co lepsze kaski ze swych talerzy, czesto i dlugo -nie przerywajac rozmowy-
          patrza sobie w oczy spojrzeniami pelnymi nie mlodzienczego i demonstracyjnego
          flirtu, lecz wzajemnej wiedzy i oddania. Gdy mowia- to sie sluchaja, gdy
          milcza- to po to, by docenic wypowiedz partnera. Ona kilka razy strzepuje
          okruch z jego podbrodka, on daje jej swoja twarz. Jego czarna marynarka jest
          znacznie za duza na jej ramionach.

          Innego wieczora dopiero za trzecim podejsciem udalo mi sie zdobyc stolik: tlum
          studentow obchodzil urodziny kolezanki.
          Moj stolik zniknal dostawiony do duzej biesiadnej litery U. Odebralem to z
          silnym poczuciem zawodu i zdrady, jakby mi powiedziano, ze tak naprawde wcale tu
          nie naleze, ze jestem tylko przejazdem i ze i tak zaraz stad odjade.




          Wyjazdy z odleglych miast, ktore staly sie nam bliskie, a ktore bardzo rzadko,
          moze tylko raz, odwiedzamy -bywaja jak zerwania.

          W ostatnie godziny negocjujemy jeszcze z nieuchronna rzeczywistoscia pospiesznie
          chloniac widoki, raz jeszcze zagladajac na ulubiony skwer, do ulubionej knajpy
          ("Valentino" w poludnie mego ostatniego dnia zastalem zamknieta, gdy chcialem
          tam napic sie pozegnalnej kawy), skrecajac po drodze nerwowo w nieznana ulice,
          jakbysmy chcieli sie oszukac, ze romans trwa jeszcze, ze wcale nie musi sie juz
          skonczyc. Jakbysmy raz jeszcze, na pozegnanie, chcieli pojsc do lozka, czy
          nawet zrobic to w korytarzu przy drzwiach, na stojaka.

          Lecz gdy z okna taksowki wiozacej mnie do portu rozgladam sie chciwie na
          wszystkie strony, to wiem ze juz wlasciwie nie ma mnie w Buenos Aires, a te
          widoki sa juz jak zdjecia z czasow, gdy bylismy -przez chwile- razem.
          I pewnie nie przypadkiem z radia taksowki plynie jakas argentynska romanca,
          najpewniej o rozstaniu.


          Ale rozstania rzadko sa clean-cut, sliczne i romantyczne jak w tej
          melodramatycznej piosence. Zwykle rzuca sie sobie klody pod nogi i robi drobne
          swinstwa.

          W porcie oto dowiaduje sie, ze dzis jest sobota, a w soboty z Buenos Aires do
          Montevideo wyplywa tylko jeden statek, wieczorem. A statku, na ktory celowalem,
          o trzeciej po poludniu- nie ma. Ten wieczorny zupelnie mi nie lezy, bo do
          Montevideo dotarlbym okolo polnocy, a musze wstac o 4 rano by zdazyc na samolot
          o 6. Na nocowanie na montevideanskim lotnisku wcale nie mam ochoty.
          Jest jeszcze prom do Colonia del Sacramento po urugwajskiej stronie Rio de la
          Plata, ale stamtad rowniez dojechalbym do Montevideo po polnocy.

          Z bagazem docieram z portu do internetowni i znajduje poreczne i niedrogie
          polaczenie lotnicze na dzisiejsze popoludnie, lecz ani urugwajska Pluna, ani
          Aerolineas Argentinas nie pozwalaja mi na internetowy zakup biletu na dzien
          wylotu. Szukam biura podrozy, lecz w soboty wszystkie biura sa zamkniete, nawet
          w luksusowych hotelach.
          Nieco zdesperowany lapie wiec taksowke na lotnisko. Stoisko Aeorolineas ma
          wylot do Montevideo za dwie godziny, cena przystepna, sprawdzam jeszcze Plune-
          wylot za 20 minut, cena jeszcze przystepniejsza.
          Bramke zamykaja za chwile ("Nie, nie ma pan czasu na papierosa, czekaja juz
          tylko na pana"), pedze wiec do samolotu. Cale szczescie, ze security check jest
          znacznie lzejsza, niz w Ameryce Polnocnej.

          Przy starcie samolotu ostatni rzut oka na Buenos Aires, na olbrzymia i swietnie
          widoczna z powietrza Avenida de 9 Julio, na Obelisco. Dzien jest piekny,
          samolot leci wzdluz Rio de la Plata, samym jej srodkiem, tak ze w ostatnim
          pustym rzedzie foteli przesiadam sie od okna do okna, by widziec Argentyne po
          prawej stronie, lub Urugwaj- po lewej.


          W Montevideo nie biegam, nie rzucam sie melodramatycznie ani oszukuje. Z tym
          miastem juz sie pozegnalem. Pozdrawiamy sie jedynie, jakbym spotkal na ulicy
          dawnego kochanka, z kims innym, pytamy uprzejmie jak leci nie wnikajac jednak
          w szczegoly, by po chwili pojsc dalej wlasnymi drogami.

          Wieczor spedzam w knajpce przy Plaza Fabiani obok glownej Avenida 18 de Julio.
          Zamawiam obfity obiad, piwo.
          Para tancerzy na skwerze obok daje pokaz tanga, a po chwili ruszaja do tanca
          ochotnicy, pary staruszkow z zebranego tlumu. Moze tu tak co sobotni wieczor?
          Juz sie nie dopytam.

          To ta sama knajpa, gdzie przed dwoma laty siedzialem wieczorem z Brazem (i gdzie
          "pozbylem sie" bolesnego kamienia z nerki, pamietacie?) gapiac sie na
          rozswietlony Palacio Salvo na koncu avenidy przy Plaza Independencia i mowilem,
          ze te chwile zamierzam zapamietac. Bo niektore momenty trzeba na glos zaklac, a
          zostana, stezeja we wspomnienie.

          Pytalem pozniej Braza, czy pamieta, ale zapomnial. Moze zaklecie dziala tylko
          na tego, ktory je wypowiada? Bo pamietalem ten moment przez caly ten czas.
          Moze dlatego wlasnie pozwolil sie powtorzyc?

          W hotelu rzucam sie w lozku i kotluje. Wstaje co chwila. Wygladam przez okno
          na miasto, ktore obsciskuje sie na lawkach- juz z kims innym. Okolo trzeciej
          nad ranem rezygnuje z daremnych prob snu. O czwartej jestem w miejskim
          autobusie w drodze na lotnisko. Autobus to stary brazylijski wrak z lat 70ych,
          jak jakis przyprawiajacy o mdlosci Jelcz, czy San z garbem silnika obok
          kierowcy, jaki pamietam z dziecinstwa.
          Na kolejnych przystankach dosiada sie montewideanski proletariat. Nedzne
          ubrania, drugie sniadanie w wygniecionych plastykowych reklamowkach. Niemal
          wszyscy wysiadaja gdzies po drodze i znikaja w bramach przydroznych warsztatow,
          niewielkich fabryk i zakladow tego ubogiego kraju.

          Na lotnisko dojezdzam tylko ja i starszy mezczyzna, ktorego pozniej widze z okna
          samolotu, jak rozladowuje wozki z bagazem na tarmaku.
          Wkrotce ogladam z wysoka spektakularny wschod slonca, juz nad Brazylia.
          • chris-joe Notatki z Brazylii (i okolic) 5 03.12.06, 22:24
            Lotnisko w Porto Alegre witam jak starego znajomego- jestem tu po raz trzeci.
            Przed kontrola paszportow w ogolnym zamieszaniu ustawiam sie w jednej z dwoch
            kolejek. Jakis pracownik lotniska wykrzykuje cos po portugalsku, nic nie
            rozumiem, jestem zmeczony i zdezorientowany. Gdy docieram do urzednika, ten
            dokladnie przeglada moj paszport, by dopiero po tej lustracji odeslac mnie na
            koniec drugiej kolejki. Bo ta jest tylko dla Brazylijczykow.
            Zniecierpliwiony oznajmiam po angielsku, ze szkoda, iz nie poinformowano mnie o
            tym wczesniej, i po angielsku na przyklad. Urzednik mierzy mnie wzrokiem pelnym
            milczacej pogardy. Trafiam do niego znowu, gdy wszyscy Brazylijczycy i "others"
            sa juz odprawieni. Zadaje mi mnostwo pytan- po portugalsku. Cos kiedy bylem w
            Brazylii, jak dlugo. Mowie, po angielsku, ze nie rozumiem, ze wszystkie
            informacje sa na stemplach w moim paszporcie. Odwraca sie do innego urzednika,
            by glosno wydeklamowac: "W Brazylii mowi sie po portugalsku!", po czym
            spoglada mi w oczy wzrokiem jadowitego weza gotowego do ataku, bezczelnie
            przetrzymuje jego wzrok poki spuszcza oczy by wbic stempel w moim paszporcie.

            Na Porto Alegre w stanie Rio Grande do Sul mam 15 godzin. Akurat by wreszcie z
            grubsza poznac to miasto, ktore jesli pojawia sie w turystycznych marszrutach,
            to wlasnie jako lotnisko przesiadkowe.

            Do centrum dojezdzam wygodna i czysta kolejka miejska- Kawasaki Hitachi, 1984.
            Miasto dopiero zbiera sie do dnia, zamiata ulice, ustawia stragany. Na glownym
            skwerze rozkreca sie wielki kiermasz ksiazki, ktorego uczestnicy chronieni beda
            przed kieszonkowcami przez liczne policyjne dwojki- jeden policjant na
            obserwacyjnym podescie, drugi na chodniku, gotow do natychmiastowej akcji.

            Nagle dociera do mnie mysl, ze jest to moj pierwszy samodzielny dzien w
            Brazylii. Chroniony dotad i ostrzegany przez Braza i jego rodzine- budzi sie we
            mnie wspomnienie napadu w Rio sprzed dwoch lat i lekki niepokoj. Zaluje, ze
            bezmyslnie pobralem w lotniskowym bankomacie spora gotowke, ktora mam -wraz z
            oboma paszportami i kartami kredytowymi- w niewielkiej torbie przewieszonej
            przez piers.
            Po raz pierwszy sam, wydobywam z siebie me wlasne portugalskie slowa i
            nieporadne zdania, pytania o droge, zamowienia posilku i -bardzo, bardzo czesto-
            kawy i agua mineral sim gas.

            Po nieprzespanej w Montevideo nocy snuje sie po miescie jak cien. Przed
            wszechogarniajacym skwarem chronie sie po zacienionej stronie ulic, czesto
            przysiadam na kolejny zastrzyk kawy. Zaopatruje sie w mape miasta- zupelnie
            bezuzyteczna, bo w stoisku z prasa wepchnieto mi jakas administracyjna
            maperegionu wielkosci przescieradla.
            Chodze wiec prawie po ciemku uczac sie topografii miasta poprzez kilka
            centralnych punktow: ladny neobarokowy kosciol, kiermaszowy skwer, handlowa
            galerie z internetownia, gdzie przez Skype'a udaje mi sie zlapac Braza i
            dowiedziec, ze jego przyjazd na spotkanie we Florianopolis planowane na
            dzisiejsza noc opozni sie o cala dobe.

            Miasto mnie zaskakuje- jest niebrzydkie i nienudne. Ludzie- uprzejmi i pomocni.
            I wielu- jak przystalo na kraj gaucho- przechadza sie z nieodlacznym termosem i
            kubkiem z lufka do picia mate. To oprzyrzadowanie jest stala czescia krajobrazu
            od Argentyny, przez Urugwaj, po poludniowa Brazylie. Oczywiscie zaopatrzylem
            sie w ten sprzet, jak i w torbe mate, jeszcze w Urugwaju.

            Pisalem juz, ze Brazylijczycy zle sie nosza- mieszkancy Porto Alegre nosza sie
            takze ubogo. Wszystko co maja na sobie to tanie kopie "swiatowej" odziezy
            wyrobu lokalnego, badz z przyslowiowego tu Paragwaju- symbolu falszywej
            taniochy. Odziezy "markowej" nie widac wcale. Jednak co rzuca sie tu w oczy
            -mimo odziezowej tandety- to jakas inteligencja w oczach ludzi, jakies
            wyrafinowanie w ich twarzach, rodzaj wrazliwosci i delikatnosci.

            Pod koniec dnia udaje sie na nabrzeze Lagoa dos Patos, gleboko wcinajaca sie w
            lad zatoke utworzona przez kilka rzek przed ich wspolnym ujsciem do Atlantyku.
            Tam bowiem, jak poinformowalem sie w wikitravel, tradycyjnie gromadza sie
            mieszkancy miasta, by wspolnie ogladac zachod slonca.
            Jest jeszcze wczesnie, zwiedzam wiec Usina do Gasometro, dawna elektrownie
            przerobiona dzis na galerie- centrum kultury. I tam wlasnie doswiadczam
            niezwyklego pokazu lokalnej wrazliwosci.

            Plac przed elektrownia pelen jest ludzi gromadzacych sie na sloneczny spektakl.
            Gra muzyka. Nagle jednak dostrzegam, ze w gestym i przypadkowym tlumie
            zaznacza sie duzy krag ludzi spacerujacych dookola placu, krag staje sie coraz
            wyrazniejszy i gestszy. Pomyslalem, ze jest to moze taki zwyczaj- ten wspolny
            kolisty spacer. Jednak spacerowy krag zaczyna toczyc sie coraz szybciej,
            dolaczaja do niego kolejni -niby przypadkowi- ludzie z tlumu.
            Juz sie nie przechadzaja, lecz biegna. Inni rozsiadaja sie na trawie wokol
            placu. Ja takze.
            Biegnacy krag podnosi ramiona, gna szybko dookola. Nagle zamiera. Zmienia sie
            takze muzyka. Formuje sie zbity tlum, ktory zaczyna isc przed siebie, bardzo
            powoli, co chwila ktos z pierwszej linii osuwa sie na ziemie. Tlum sunie
            dalej przez ciala lezacych. Znow zmiana muzyki. Tworza sie pary, mieszane i
            nie, ktore odgrywaja pantomime dramatycznych zerwan- jedna osoba gra probe
            odejscia i obojetnosc, druga zas- rozpacz, probuje obejmowac partnera, zatrzymac
            go, nie pozwolic odejsc, odpychana. Nagle ta formacja sie odmienia w masowy
            obled, wszyscy biegaja w nieladzie, wymachuja rekoma, wpadaja w wariackie tany...

            Spektakl trwa niemal godzine i zupelnie hipnotyzuje- tak publicznosc, jak i
            wykonawcow, wsrod ktorych mozna rozpoznac rezysera tego ulicznego amatorskiego
            teatrum. Wiek uczestnikow jest bardzo roznorodny. Czuje sie, ze to zapalency,
            ktorzy -pod wodza animatora- spotykaja sie systematycznie po pracy, po zajeciach
            w szkolach i uczelniach, by przygotowac kolejny pokaz, ktory jest nie tylko
            wzruszajaco autentycznym wyrazem sztuki, ale i terapia tak dla jej uczestnikow,
            jak i dla ogladajacych.
            Pod koniec pokazu, jego uczestnicy rozbiegaja sie w tlumie, by oznajmic, ze
            kolejne spotkanie odbedzie sie wtedy a wtedy, tam a tam. Jest to -rozumiem-
            zaproszenie dwojakie, tak dla spektatorow, jak i dla chetnych do udzialu.

            Wkrotce caly tlum przesuwa sie nad rzeke, by dolaczyc do zebranych juz tam
            amatorow zachodu slonca.
            Zdejmuje sandaly-havaianas i zdaje sobie sprawe, ze dawno juz nie czulem trawy
            na bosych stopach, a to ze ja teraz czuje- to krotkotrwala jedynie anomalia.
            Jest ostrzejsza i twardsza niz na polnocy, nie taka soczysta.

            Slonce, ktorego wschod ogladalem dzis z okna samolotu, zniza sie -olbrzymie i
            falujace- nad odleglymi drzewami drugiego brzegu Guaiby. Zsuwa sie za nie,
            coraz szybciej, jakby ledwo moglo utrzymac swe nabrzmiale i soczyste cialo.
            Jestem troche tu, a troche w Vancouver, gdzie ogladanie zachodu slonca nad
            English Bay rowniez nalezy do lokalnych zwyczajow.

            Porto Alegre chowam w kieszen z pewna czuloscia, w klamrze dziennego cyklu
            slonca, z rytmem dojmujacych ulicznych bachanaliow.
            Z gestym tlumem przesuwam sie w kierunku stacji kolejki miejskiej, by po raz
            czwarty znalezc sie na tutejszym lotnisku.
            A w tym tlumie- stwierdzam nagle- nie ma juz we mnie leku.
    • apaixonada Re: Notatki z Brazylii (i okolic) 1 15.11.06, 21:02
      Z niesamowita przyjemnoscia przeczytalam Twoje notatki:) Czulam sie niemalze na
      Twoim miejscu, a to b. mile uczucie, bo jak wspomnialam w innym miejscu, u
      mnie mroznie i dolujaco.
      Gratuluje lekkosci stylu :)
      • baiano1 Re: Notatki z Brazylii (i okolic) 1 20.11.06, 05:22
        Moze ksiazke napiszesz? Masz talent.:-) Parabéns!
        • chris-joe Re: Notatki z Brazylii (i okolic) 1 21.11.06, 13:17
          Czesc kolejna nadejdzie, gdy wykroje troche wolnego czasu z nicnierobstwa :)
          Obecnie -i dosc niespodziewanie- bawie w Porto Seguro.
          • tamoio Re: Notatki z Brazylii (i okolic) 1 21.11.06, 18:45
            Super! Porto Seguro to obecnie bardzo sympatyczny moloch dla mniej wybrednych.
            Na poczatku lat 80-tych, wraz z kolegą przejalem pionierska inicjatywe
            butelkowania cachasy "Vale Verde". Niestety po latach jak zobaczylem slupy
            oswietlenia publicznego na drodze do Santa Cruz de Cabralia, to zwatpilem i
            ucieklem do Trancoso. Po drodze jest arrajal D'Ajuda, miejsce ktore, swojego
            czasu mawiano ze jeżeli pokryć brezentem zamieni sie w cyrk, a jezeli otoczyc
            murem to bedze dom wariatow. Teraz to juz historia. Mysle ze warto tez zobaczyc
            Espelho das Maravilhas, albo Espelho
    • zapomnialamnicka Re: Notatki z Brazylii (i okolic) 1 21.11.06, 18:45
      swietne
      gratuluje piora
      bedzie wiecej mam nadzieje :D
      • luc2000 ... 10.12.06, 18:31
        Perfecto ...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka