Dodaj do ulubionych

Tajlandia-Kambodża - relacja

16.06.07, 19:09
Na początek proszę o wyrozumiałość. Jest to nasz pierwszy wyjazd do tak
odległego kraju na własną rękę. Wyprawę planowaliśmy sami posługując się
przewodnikami Lonely Planet i internetem. Proszę wziąść pod uwagę, że nie
jestem pisarzem i pewnie sporo jest błędów w tej relacji. Mam jednak
nadzieję, że ktoś z niej skorzysta. Relacja ta jest w większej części
napisana w czasie pobytu i wysyłana w formie emaili do rodziny i przyjaciół.
Staram się ją obecnie trochę poprawić i zredagować tak, żeby dało się ją
tutaj na forum umieścić.
Na koniec prośba - proszę o nie pisanie do mnie maili w stylu "A jaki hotel
polecasz w Bangkoku?" Jak mogę polecać jakiś hotel jak tylko w jednym
nocowałem - nie mam żadnego porównania więc polecać żadnego nie mogę!
Obserwuj wątek
    • zdzisek99 Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 16.06.07, 19:11
      Dwadzieścia dwie godziny podróży minęły jak z bicza trzasnął... He he, a tak
      poważnie to ta podróż to była droga przez piekło. Paryż z lotu ptaka fajnie
      wygląda, choć podziwiania widoków nie ułatwiał miotany przez wiatr samolot. W
      tym miejscu należą nam się podziękowania od linii lotniczej LOT za
      zaoszczędzenie przez nas paru jednorazowych torebek wetkniętych w kieszeń
      siedzenia. Prawda jest taka, że nawet nie bardzo było co zwracać po tak
      skromnym posiłku jaki nam nasz ukochany przewoźnik narodowy zaserwował.
      Lotnisko Charles’a de Gaulle’a jest ogromne - jeździliśmy 30 minut autobusem
      między terminalami zanim trafiliśmy z terminala 1 do terminala 2A. Co autobus
      stawał to czarnoskóry kierowca z nadzieja patrzył na nas i sprawdzał czy
      wysiadamy a my mu odpowiadaliśmy za każdym razem "du a" („Deux A” – czyli „Dwa
      A").
      Trochę obawialiśmy się tej podróży – ponieważ nigdy jeszcze nie lecieliśmy
      rejsowym samolotem z przesiadkami – w tym przypadku mieliśmy 2 przesiadki na
      trasie – w Paryżu oraz w Hong Kongu. Na przelot wybraliśmy linię lotniczą
      Cathay Pacific, a ponieważ linia ta nie lata do Polski to do Paryża mieliśmy
      dolot linią LOT – w Paryżu mieliśmy odnaleźć stanowisko linii Cathay Pacific
      gdzie powinniśmy otrzymać karty pokładowe na następne etapy lotu. Po dojechaniu
      autobuserm do terminala 2A od razu trafiliśmy do stanowiska linii lotniczej i
      po odstaniu w kolejce dostaliśmy karty pokładowe. W tym miejscu od razu okazało
      się, że nasz polski agent nie zrobił nam rezerwacji miejsc w samolocie (robił
      ale mu się chyba nie udało – tylko w LOT miejsca były zaklepane) – tak więc
      miejsca w samolocie dostaliśmy w środkowym rzędzie (do dupy) – dookoła sami
      azjaci. Stewardes cała masa, a do tego fajnie wyglądały i wyżerka na pokładzie
      była super. "Klątwa" - tym razem chyba Pol Pota - przyszła niespodziewanie. W
      Hong Kongu zwiedzaliśmy głównie toalety na lotnisku. BTW lotnisko w Hong Kongu
      jest fajne – w holu stoją komputery z netem za friko, jest widok z okien na
      miasto i gory. Za to lotnisko w Bangkoku to szczyt nowoczesności, szkło, marmur
      i aluminium... i las... dużo lasu. A ja przyjechałem z drzewem do lasu ;-) Moje
      kochane drzewko właśnie siedzi przed komputerem w kafejce internetowej a ja
      podziwiam przechodzące "miejscowe drzewka" :-)
      Przylecieliśmy na nowe lotnisko Suvarnabhumi w Bangkoku. Odprawa paszportowa
      załatwiona bardzo sprawnie – przed wylotem załatwiliśmy w
      www.serwiskonsularny.pl/ komplet wiz na ten wyjazd (dwukrotna wiza do
      Tajlandii i jednorazowa do Kambodży). Robiliśmy wymianę waluty na bahty
      (zabraliśmy ze sobą bardzo mało gotówki – większość kasy mieliśmy w czekach
      American Express). Dużo nie było potrzeba bo jeszcze w Polsce zrobiliśmy
      rezerwacje hoteli w Tajlandii (www.sawadee.com/) i w Kambodży
      (www.directrooms.com/) oraz bilety lotnicze AirAsia. Wszystko opłacone
      było kartą kredytową jeszcze przed wylotem tak więc mieliśmy porobione
      rezerwacje noclegów na pierwsze 11 dni podróży.
      Wychodzimy z lotniska – znajdujemy postój taksówek i stolik z pracownikami
      wypisującymi kwity dla kierowców. Podajemy im voucher naszego hotelu w Bangkoku
      a oni na kwitku piszą po tajsku adres pod który kierowca ma nas zawieźć. Szybko
      wsadzają nas do taksówki i ruszamy w drogę. Jestem bardzo zdziwiony, że to tak
      sprawnie poszło i że obyło się bez żadnych problemów – jaki ja jestem naiwny.
      Po przejechaniu kilku kilometrów kierowca zaczyna się nas dopytywać o to gdzie
      ten nasz hotel znajduje się konkretnie. W tym miejscu trochę nam się słabo
      robi. Wyjmujemy mapę Bangkoku i zaczynamy mu tłumaczyć – ale ciężko się z nim
      dogadać bo angielski to on raczej zna ale ze słyszenia. W końcu jakoś docieramy
      do hotelu Diamond City Hotel (594/23 Soi Payanark, Rama VI Road, Bangkok 10400).
      Koszt przejazdu z lotniska do hotelu wyniosi 400THB (około 40 zł) wraz z
      opłatami za autostradę.
      Rozpakowujemy się, prysznic i ruszamy na zwiedzanie – jest godzina 13 lokalnego
      czasu a przed nami dużo do zobaczenia.
      Jeździmy po Bangkoku czym tylko jesteśmy w stanie. Najprościej jeździ się
      metrem i koleją nadziemna (SkyTrain). Najtrudniej taksówkami i tuk-tukami.
      Żaden taksówkarz nie chce włączać taksometru. Każdy patrzy na Ciebie jak na
      skarbonkę a ceny rzucają z kosmosu. Potem mówisz im gdzie chcesz jechać i
      zaczynają się jaja. Każdy wie gdzie to jest jak wsiadasz ale po kilku metrach
      jazdy zaczynają się dopytywać "o szczegóły" i orientujesz się że nie maja
      pojęcia gdzie mają jechać. Angielskiego ni w ząb nie znają. Nazwy geograficzne
      nic im nie mówią. Albo nasza wymowa nie taka albo im się kłania topografia
      Bangkoku. Jazdy lokalnymi autobusami nie testowaliśmy - nie wiemy gdzie jeżdżą
      a napisy na autobusach zrobione są "fistaszkami". Upał jest okropny, około 30
      stopni i wilgotność prawie 100% (jest koniec stycznia).
      Zabytki rzucają na kolana - wszystkie świątynie są po prostu piękne.
      Najskromniejsza świątynia na zadupiu zachwyca. Wszystko jest takie inne i
      dopracowane w detalach.
      Tajowie kompletnie nie przejawiają talentów językowych (arabowie bija ich na
      głowę). Dzisiaj po jednej atrakcji oprowadzała nas przewodniczka (niezłe
      drzeweczko) która posługiwała się biegle językiem zwanym przez nas "tajglisz"
      (takiego hardcore to ja jeszcze nie słyszałem).
      Jedziemy SkyTrainem a potem metrem do dworca kolejowego Hualamphong. Następnie
      na piechotę (około 500 metrów) i docieramy do Wat Traimit (20THB – wszystkie
      ceny wstępu podaję na 1 osobę). Podziwiamy złotego Buddę. Następnie spacerujemy
      po Chińskiej Dzielnicy i jak już nam się nudzi to łapiemy tuk-tuka i jedziemy
      do Wat Saket (The Golden Mount) (10THB). Na dzisiaj już koniec zwiedzania.
      Wracamy w kierunku hotelu.
      Nie mamy odwagi jeść "słynnego tajskiego żarcia" ze straganów na ulicy. Słabo
      mi się robi jak czuje ich zapach. Wpadamy więc na kolację do Tesco i próbujemy
      miejscowej kuchni w jednej z restauracji. Ceny są wyższe niż na ulicy (obiad
      około 100THB na osobę) ale przynajmniej nie czuć smrodu starego oleju. Jak z
      higiena to będziecie wiedzieć jak dostaniecie następną relację pisana w kiblu :-
      )
      Przy okazji kupujemy kartę SIM Prepaid „One Two Call” (770THB) – karta jest
      fajna – dają w ramach karty 360 minut darmowego połączenia z internetem przez
      GPRS (dziwne trochę, że liczą czas na GPRSie – ale przez cały pobyt używałem
      palmtopa, używałem poczty, chodziłem po stronach www i wystarczyło).
      • zdzisek99 Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 16.06.07, 19:12
        Następnego dnia rano po śniadanku (skromnym zresztą) ruszamy SkyTrainem do
        przystani łodzi Tha Sathon (Central Pier CEN) i wsiadamy do tramwaju wodnego
        płynącego w kierunku Nonthanburi, wysiadamy w Tha Tien (15THB), łapiemy prom do
        Wat Arun (3THB). Podziwiamy Wat Arun (10THB) a następnie prom (3THB) do Tha
        Tien i udajemy się do Wat Pho (leżący Budda)(50THB) a następnie do Pałacu
        królewskiego (250THB) wypożyczamy elektroniczny przewodnik (200THB) (biorą
        paszporty w zastaw). W tym miejscu nogi odmawiają nam posłuszeństwa więc
        odpoczywamy a następnie łapiemy taksówkę i jedziemy do Dusit (bilet z Grand
        Palace tam też obowiązuje) (50THB za taksówkę). Zwiedzamy Pałac Vinmanek i
        wozownie,na więcej brakuje już nam czasu. Wracamy taksówką do hotelu (140THB).
        Jutro rano pobudka o 03:30 (jeszcze cierpimy na jet lag a tu jutro znowu nie
        pośpimy) i jedziemy na lotnisko. Taksówkę zamawiamy w recepcji (500THB) bo nie
        chcemy ryzykować rannej szarpaniny z taksówkarzami. Jutro rano więc lot do Phom
        Penh i dalej jazda kambodżańskim autobusem do Siem Reap. Ale to już w kolejnym
        mailu.
        • zdzisek99 Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 16.06.07, 19:13
          Ostatnia noc w Bangkoku dała nam nieźle w d... Nadal mamy problemy ze spaniem
          (jet lag) a o 03:15 pobudka i o 4:00 walimy na lotnisko. Trzeba więc było się
          położyc wcześniej spać. Pierwszej nocy w Bangkoku bardzo nas denerwował hałas
          generowany przez klimatyzację (ale bez klimy nie da się spać więc trzeba było
          to ścierpieć). Następna noc nie zapowiadała się niezwykle. Męczyliśmy się
          probując zasnąc a jak już się nam to udało to obudził nas dziwny hałas. Krzyki
          jakieś. Wyłączylem klimę żeby się przysłuchać - i co słyszę? Jakiś
          drwal "piłuje" miejscowe "drzewko" a drzewko jęczy jak dożynane prosię. Z
          początku bardzo to bylo zabawne ale po pewnym czasie zaczęliśmy się radować z
          hałasu klimatyzacji. Drwalowi z sąsiedniego pokoju w końcu brakło viagry albo
          innego wspomagacza i wreszcie zapadła cisza... i trzeba bylo wstawać.
          Wykwaterowaliśmy sie z hotelu. Żadnych problemów z płaceniem – wydruk
          komputerowy potwierdzenia rezerwacji sawadee w zupełności wystarcza.
          Zamówiona wieczorem w recepcji taksowka już czeka (500THB). Dojeżdżamy na
          lotnisko, odprawiamy bagaże, pakujemy się do samolotu linii AirAsia (ach te
          stewardesy :-) i w godzinę jesteśmy w stolicy Kambodży.
          Na lotnisku szybka kontrola paszportów (mamy wizy – tu się sprzydały bo kolejka
          po wizy była spora), przykładamy oko do małej kamerki USB podłączonej do
          komputera (jeden wielki cyrk) i już jesteśmy w Phnom Penh. Dostajemy darmowe
          mapki Phnom Penh i Siem Reap. Mapki na okładce zawierają napis ze w
          Kambodży "uprawianie seksu z nieletnimi jest przestepstwem i jesli jesteśmy
          tego świadkami to mamy poinformować o tym policję". Kambodża jest popularnym
          celem wyjazdów turystow-pedofilow.
          Bierzemy taksowke z lotniska (7$), na lotnisku stoja tlumacze ktorzy czytają
          adresy z kartek podawanych przez turystow i tlumaczą na khmerski kierowcom.
          Znajomość angielskiego jest bardzo rzadka. Przejeżdżamy taksowką przez Phnom
          Penh do biura lini autobusowej Mekong Express. Widoki po drodze lekko
          przygnębiajace. Brud, bieda, bylejakość. Tysiące skuterow. Każdy skuter
          wypakowany pasażerami lub towarem - w stopniu nie do ogarnięcia.
          Bilety na 12:30 kupujemy ostatnie (dobrze ze mieliśmy w Polsce zalatwione wizy
          bo jakby nam przyszło czekać na wize na lotnisku to byśmy biletow nie dostali).
          Kolejny autobus o 14 a potem to już chyba dopiero ostatni o 18. Moja żona znowu
          ma klątwę Pol-Pota. Szukamy knajpy gdzie mozna przesiedzieć w cieniu do odjazdu
          autobusu (4h) - knajpa się znalazła. Stolik na tarasie, menu po angielsku,
          żadnych cen. Nikt nie mowi po angielsku. Bardzo mi się tutaj podoba ;-)
          Pokazuje się pozycję w menu palcem a kelner leci i przynosi. Syfiasto na
          podłodze. Przynoszą mi szklanke na Cole - zauważyli że jest lekko brudna wiec
          ją wymieniają. Zamawiam makaron z kurczakiem. Makaron zasmarzany z jajkiem, do
          tego paski gotowanej kury, jakas zielenina, miseczka z jakąś pikantną przyprawa
          i szklanka wypełniona wrzątkiem do ktorej wrzucono widelec i łyżkę (jako dowód
          na to, ze wyparzają sztućce). Biorę jednak pałeczki. Po obiadku profilaktycznie
          nifuroksazyd w tabletce, płacę za obiad (danie + cola) 4$ (drogo jak na ich
          warunki) - i walimy na autobus. Trasę miedzy Phnom Penh a Siem Reap pokonujemy
          autobusem firmy Mekong Express (10$) - dają nam na drogę wilgotną chusteczkę,
          butelkę wody i pudełko z ciastkami. W czasie jazdy pilotka po khmersku i
          angielsku opisuje mijane atrakcje. Język khmerski jest zupelnie inny od
          tajskiego. Tajski jest bardzo melodyjny, miekki. Khmerski brzmi przy tajskim
          jak wystrzaly z kałasznikowa. Pani wali seriami. Po drodze widać wyschnięte
          pola ryżowe (jest pora sucha) i domki na palach. Najbardziej szokująco
          wygladają autobusy miejscowe (busiki) które są wypełnione po brzegi ludźmi -
          dodatkowy tłum siedzi na dachu busika.
          Wieczorem docieramy do Siem Reap. Dworzec autobusowy to za dużo powiedziane.
          Ogrodzony, gliniany plac wypełniony gruzowiskiem i zarosnięty trawą. Zaczepiają
          nas kierowcy tuk-tukow (kambodżańskie tuk-tuki sa inne niż tajskie - to zwykły
          motocykl z przyczepioną do siedzenia przyczepą dla pasazerów). Wybieramy
          jednego kierowcę ktory zdaje się że mowi po angielsku i za 1$ wiezie nas do
          hotelu. Siem Reap wygląda dużo lepiej niż stolica Kambodży Phnom Penh. Domy są
          tu ładniejsze. Dużo wysokiej klasy hoteli i niezłych sklepow.
          Dojeżdżamy do naszego hotelu. Umawiamy się z kierowcą na jazdę przez 3 dni po
          swiątyniach, ustalamy cene na 45$ za 3 dni (wiemy, że przepłacamy ale kierowca
          jest miły a ja nie mam ochoty się szarpać o parę dolarów) i idziemy do hotelu.
          Hotel nasz (City River Hotel) okazuje się być dość wysokiej klasy - o co
          najmniej klasę lepszy od tego z Bangkoku. Portier otwiera drzwi, wnoszą nam
          bagaże do pokoju, pokój jest bardzo ładny, tv z ponad 60 kanalami, minibarek i
          ogólnie wypas. Jemy kolację w hotelowej restauracji (ryż, kurczak, sos słodko-
          kwaśny, cola - razem 3$ za osobe). I do spania.
          • zdzisek99 Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 16.06.07, 19:21
            Rano kierowca czeka na nas przed hotelem. Jedziemy parę kilometrów do kasy
            (kurcze jak koszmarnie zminop jest o 6 rano!). Kupujemy 3-dniowe bilety wstępu
            do kompleksu świątyń (potrzebne zdjęcie - bilet na 3 dni 40$). Bilety są ze
            zdjeciem i zafoliowane. Przy wejściu do każdej swiątyni sprawdzają. Świątynie
            robią na nas spore wrażenie. Są bardzo fotogeniczne. Angor Thom to światynia
            porośnięta dżunglą – miejsce akcji jednego z filmów pt. Tomb Raider. Cześć
            drzew urosła wewnatrz murów rozsadzając je korzeniami. Godzina na zwiedzanie to
            stanowczo za mało. Ciezko zrobić zdjecie bez kogos w tle. Wszędzie dookoła
            hordy japończyków w zorganizowanych grupach. Idą przed siebie na ślepo jak
            stado lemingów. Dostaliśmy na nich alergię. Czasem żeby odreagować
            przedrzeźniamy ich pozujac sobie nawzajem do zdjeć z wyciągniętymi do przodu
            rękami i palcami obu rak ustawionymi w literę V. Wszyscy japończycy na ten
            widok radośnie szczerzą zęby i unoszą nam kciuki do góry.
            Kupujemy od khmerskich muzyków grających przed światynią - płytę CD z ich
            muzyką - będzie użyta do podkładu w filmie (10$). W każdej świątyni masa
            miejscowych dzieci które próbują sprzedawać pamiątki. Wszystko kosztuje 1$.
            Kupujemy kartki pocztowe, chusty, koszulki bawełniane, kokosy, napoje.
            Najwieksza światynia to Angkor Wat. Tłumy ludzi w środku i dookoła. Bardzo
            malownicza światynia, wybudowana z ogromnym rozmachem. Swiątynie egipskie
            wygladaja przy niej jak szopy na siano (no ale za to są duuuużo starsze). W
            niektorych miejscach zachowały się jeszcze reliefy przedstawiające piekło i
            niebo, przeciąganie węża przez morze mleka. Wdrapujemy się na szczyt swiątyni
            (bardzo strome schody!) - zejście z powrotem jest dużo trudniejsze dlatego
            zamontowali poręcz przy jednych schodach (tylko dla schodzących z góry).
            Podstawową rozrywką wszystkich turystów w swiątyniach jest „polowanie na
            mnicha”. Jak tylko jakiś się pojawi w okolicy w swoim malowniczym pomarańczowym
            ubraniu to tłum leci za nim z aparatami i pstryka fotki. Mnisi starają się
            ukrywać i uciekać. Istny cyrk. Wieczorem kupujemy miejscowa karte prepaid do
            telefonu (7$ - pusta – bez żadnych jednostek do wykorzystania) i doładowujemy
            telefon za 20$. Dzwonimy do Polski - 4 minuty za 1$ - wypas :-)
            Na kolację wiezie nas nasz kierowca tuk-tukiem - kolacja jest w knajpie ze
            szwedzkim stołem a po kolacji pokaz tańca khmerow. Cena 12$ (o 2$ drozej niż w
            hotelu ale kierowca z tego ma prowizję więc robimy mu przysługę). Pokaz tańca
            malowniczy. Drzeweczka latają po scenie i wyłamują sobie stawy w
            nadgarstkach :) Po pokazie kto chce to może sobie walnąć fotke na scenie z
            tancerkami. Ja chcę! :-)
            • zdzisek99 Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 16.06.07, 19:30
              Kolejny dzień to pobodka o 5:00 i wyjazd do Angkor Wat na wschód słońca. Masa
              ludzi i wszyscy maszerują w ciemnosciach (warto zabrać latarkę!). Zapomnieliśmy
              latarki więc przyświecam sobie drogę telefonem komórkowym. Ustawiamy się przed
              swiatynią, instaluję statyw i sprawdzam GPSem czy aby po dobrej stronie
              swiątyni stoimy. W tym czasie dookoła biegają tubylcy namawiając nas na kawę
              lub herbatę. Wschód slońca nieszczególnie ciekawy - słonce wstało sporo z boku
              osi swiątyni więc wyszło zza palm. Zwinęliśmy majdan i ruszylismy w dalszą
              droge do Banteay Srey. Świątynia ta posiada bardzo dobrze zachowane reliefy i
              pomimo dużego oddalenia od głównego kompleksu świątyń warta jest odwiedzenia.
              Przez cały dzień łazimy po kolejnych świątyniach (tzw Grand Circle), jedne są
              mniejsze a inne ogromne. Wieczorem wychodzimy na szczyt wzgórza na którym
              znajduje się swiątynia Phnom Bakheng, którą polecają w przewodnikach jako
              miejsce podziwiania zachodu słonca zamiast w obleganym Angkor Wat. Na szczycie
              swiątyni przekonujemy się ze nasz przewodnik jest bardzo popularny w Japonii.
              Hordy japońskich lemingów biegają po szczycie w wielkich czapkach z daszkiem i
              w maseczkach na twarzach, szukając miejsca na postawienie statywu od aparatu.
              Mieliśmy dość niezłą pozycję na robienie zdjęć ale stado japonek wlazło,
              ryzykujac wypadek, na krawędź świątyni między nas a słońce. Szlag mnie trafił i
              zwinęliśmy się stamtśd. Zreszta zachód słońca wyglądał beznadziejnie więc wiele
              nie straciliśmy. Wracamy do hotelu, kolacja, internet i spanie.
              • zdzisek99 Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 16.06.07, 19:37
                Rano pobudka o 5:30, pakujemy się, jemy śniadanie i wychodzimy. Nasz kierowca
                już czeka - jedziemy do grupy swiatyń tzw. Roluos Group. Świątynie nie są za
                atrakcyjne. Jedna z nich jest jeszcze „w użyciu” – plątają się dookoła niej
                mnisi w pomarańczowych wdziankach. Wracamy do hotelu, wymeldowujemy się,
                zostawiamy bagaże w recepcji i lecimy pozwiedzać okolice hotelu. Znajdujemy 2
                swiątynie. Parę fotek i karmimy cukierkami dzieciaki na ulicy. Jedziemy na
                dworzec autobusowy (jak się to hucznie nazywa ;-). Po drodze kupujemy na drogę
                pepsi (3 puszki za 2$) oraz bagietkę (miejscowa specjalność - pozostałość po
                kolonii francuskiej). O 12:30 wyjazd autobusu - po paru godzinach jazdy postój
                na 15 minut. W sam raz na szybkie zakupy i ucieczkę przed żebrającymi dziećmi i
                ofiarami min. Kilka dzieciaków karmimy cukierkami i kupinymi przed chwilą
                owocami (rambutany, mangostany i banany). W końcu ruszamy. Na 18:30 jesteśmy w
                Phnom Penh. Odpędzając się od natrętnych kierowców tuk-tukow idziemy na
                piechotę do hotelu (jest tylko 200m od postoju autobusu). W hotelu Riverside
                dostajemy pokój z widokiem na rzekę Mekong. Standard pokoju duzo niższy od tego
                jaki mieliśmy w Siem Reap. Jakoś to przeżyjemy. Walimy na miasto na kolację i
                szukać internetu. Kolacje zjadamy w restauracji Randez-vous (dużo białasów
                a „miliony much nie mogą się mylić” wiec widać da się zjeść). Zamawiamy „Fried
                Chicken with Rice” oraz „Beef with Noodle”. Do tego pepsi i razem 8$ do
                zaplaty. Internet znajdujemy w jakimś ciemnym zaułku - cena 1500 rieli za
                godzine (1$=4100 rieli) ale działa tragicznie wolno. A potem lulu w hotelu z
                zepsuta klima...
                • zdzisek99 Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 16.06.07, 19:59
                  Co można robić w Phnom Penh?
                  Można próbować spać (choć bez jakichś większych sukcesów jak sie ma
                  rozklekotaną klime w pokoju i ruchliwą ulicę pod oknem). Khmerowie uwielbiaja
                  trąbić, trąbią przy każdej okazji - informując o tym, że właśnie jadą i żeby im
                  w tej radosnej czynności nie próbować przeszkadzać.
                  Oprócz spania można spędzić dzień na poszukiwaniu mało pikantnych potraw w
                  restauracjach (na szukanie wogóle niepikantnych potraw trzeba zarezerwować
                  kilka dni).
                  Można też w Phnom Penh odwiedzić Pałac Królewski, Wat Phnom i srebrną pagodę
                  (która nie jest srebrna!). Jak ktoś lubi mocniejsze wrażenia to może wybrać się
                  do muzeum martyrologi narodu khmerskiego mordowanego przez czerwonych khmerów i
                  Pol Pota. A jak ktoś chciałby poczuć się jak czerwony khmer to może za kilka
                  dolarow postrzelać sobie z kałasznikowa na strzelnicy czy rzucić ręcznym
                  granatem. Zostaliśmy przy klasycznych rozrywkach. Zaczęliśmy od Pałacu
                  Królewskiego. Wstęp 3$ i dodatkowo 1$ za robienie zdjeć i 3$ za kamerę video.
                  Pałac jest ogólnie niedostępny do zwiedzania. Krąży się po dziedzińcu między
                  tabliczkami "zakaz wstępu". Można wejść do sali tronowej ale pomimo uiszczenia
                  opłat za fotografowanie czy filmowanie - nie można tego robić. Fotografować
                  można tylko budynki z zewnątrz. Być może zakaz ten ma swoje uzasadnienie - po
                  co ludzie na świecie mają się dowiedzieć że w środku tego pałacu niczego do
                  oglądania niema?
                  Będąc wcześniej w Pałacu w Bangkoku nasuwają się od razu porównania. Palac w
                  Phnom Penh wygląda jak ubogi krewny przy Pałacu w Bangkoku. Szmaragdowy Budda
                  też jest jakiś skromniejszy. Zobaczyć warto ale żeby porównać - a w Bangkoku
                  jest taniej - nie ma ograniczeń w fotografowaniu i filmowaniu.
                  Tak więc łazimy sobie bez celu po Pałacu w Phnom Penh - założone mam szkła
                  kontaktowe i zaswędziało mnie oko więc je potarlem przez powiekę - i zrobiłem
                  sobie "buubuu" - złożylem sobie na pół soczewkę pod powieką. Oko zaczęło boleć
                  więc ewakuowaliśmy się tuk-tukiem do hotelu gdzie szkło kontaktowe sobie z
                  niemałym trudem wygrzebałem. Ponieważ oko miałem podrażnione to resztę dnia
                  spedziłem w okularach. W ten sposób rozwalił nam się program wycieczki w Phnom
                  Penh. Postanawiamy realizować go od tyłu. Ruszamy na piechote z hotelu do Wat
                  Phnom. Muszę przyznać że w Kambodży cieżko się przechodzi na drugą stronę
                  jezdni. Przejście
                  między pędzącymi motorami i samochodami to jak wiekowa gra komputerowa o nazwie
                  Frogger. Slalom żabką między samochodami. Wrazenia są mocne - adrenalina
                  gwarantowana - przed wejściem na jezdnię należy się upewnić czy posiada się
                  polisę ubezpieczeniową na życie i OC (biały jest zawsze winny wypadku
                  drogowego - nawet jak go potrącą na przejściu dla pieszych - dlatego lepiej
                  mieć w polisie ubezpieczenie od odpowiedzialności cywilnej).
                  Świątynia Wat Phnom jest bardzo skromna (1$ wstep) - mieści się na wzgorzu
                  otoczonym rondem drogowym. W parku dookoła wzgórza spotkać można miejscowe
                  małpy - wypasione przez turystów. Małpy są bardzo grube i przypominają raczej
                  kota Garfielda.
                  Ze świątyni idziemy w kierunku dawnej ambasady USA i koło dworca kolejowego
                  docieramy do centralnego targu (Psar Thmei). Na targu kupujemy miejscowe owoce
                  o nazwie mangostan - bardzo smaczne ale wyjątkowo nietrwałe (7000 rieli za
                  kilogram). Kupiliśmy za 1$ i ruszamy w kierunku centrum handlowego Sorya - w
                  centrum handlowym zaliczamy kibelek oraz jemy lunch w khmerskim fast foodzie
                  BBQ World (2,80$ za zestaw).
                  Dalej po drodze jest pomnik niepodległości, pomnik przyjaźni khmersko-
                  wietnamskiej i to by było tyle z naszego programu. O 15:00 jest po zwiedzaniu.
                  Wpadamy jeszcze do Muzeum Narodowego (3$ wstep, 1$ foto, 3$ video - oczywiście
                  w środku zakaz używania foto czy video!). Po muzeum idziemy nad rzekę i
                  wynajmujemy łódź na rejs „na zachód słońca” (15$ za dwie osoby i cala lodz
                  poza tym pusta). Rejs jest bardzo miły - widzimy wioski pływające i wiele łodzi
                  zamieszkałych przez wietnamskich imigrantow.
                  Po rejsie internet, kolacja (spring rolls’y 2$, beef with rice 4$, pepsi 1$) i
                  do spania. Rano trzeba wstać skoro świt i wracamy do Tajlandii.
                  • zdzisek99 Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 16.06.07, 20:51
                    Pobudka o 4:45 - zamówiliśmy budzenie w recepcji na 5:00 ale zaspali (dzwonili
                    dopiero o 5:30). Spakowani o 6:00 wyruszamy taksowką na lotnisko (taxi 7$). Na
                    lotnisku przy check-in są pierwsze komary jakie widzimy w tym kraju. Jest ich
                    chmara. Ludzie machają rękami i tłuka jednego za drugim. Smarujemy się off'em
                    (30% DEET) i jakoś udaje nam się przeżyc. Opłata wylotowa 25$ od osoby. Lecimy
                    do Bangkoku (AirAsia) - na pokładzie samolotu kawa i kanapka (110THB).
                    Przylatujemy do Bangkoku, kolejny check-in i przechodzimy do terminala lotow
                    krajowych. Odlot się trochę opóźnia ale w końcu wsiadamy do samolotu i lecimy
                    do Chiang Mai. Godzina lotu i już lądujemy. Na lotnisku masa naganiaczy
                    proponujących wycieczki, taksówki i wszystko co tylko można zaproponować. W
                    hali przylotu, jeszcze zanim na taśmę wyjechały nasze walizki - juz mamy
                    wykupiony 2 dniowy trekking po dżungli (1600THB za osobę). Przed lotniskiem
                    miał na nas czekać kierowca z hotelu (zaplaciłem transfer z lotniska wraz z
                    noclegami) – i pierwszy wałek - kierowcy niema. Telefonują z lotniska do hotelu
                    a oni tam nic o transporcie nie wiedzą - bierzemy więc taxi i jedziemy na
                    własną rekę (120THB) do Lanna Palace 2004 Hotel (184 Chang Klan Road, Chiang
                    Mai 50100). Hotel okazuje się być dość
                    przyzwoity. Dostajemy pokój na 11 piętrze - widok na miasto jest bardzo
                    przyjemny. W pokoju jest czajnik bezprzewodowy i pudełko z herbatą, kawą i
                    cukrem oraz 2 butelki wody mineralnej (dziennie) - wszystko to gratis (a
                    właściwie w cenie noclegu).
                    Ponieważ wykupiliśmy jeszcze na lotnisku nieplanowany dwudniowy trekking - cały
                    nasz plan wziął w łeb. Posadziłem żonę przy telefonie i zaczęliśmy próbować
                    poprzestawiać rezerwację hotelu tak, żeby nie stracić 1 doby hotelowej
                    (1650THB - wiec jest o co walczyć) - agencja sawadee zmieniła nam rezerwację
                    tak jak chcieliśmy - za to my wspaniałomyślnie odpuszczamy im to, że nas nie
                    odebrali z lotniska.
                    Zadowoleni z dobrego obrotu sprawy walimy na miasto. Zaznaczam na GPSie gdzie
                    jest nasz hotel zeby do niego ponownie trafić i ruszamy do boju.
                    Chiang Mai jest mniejsze od Bangkoku i przyjemniejsze z wygladu. Klimat też ma
                    łagodniejszy (góry). Obczailiśmy po drodze parę światyń a ponieważ robi się już
                    ciemno to wpadamy do jakiejś knajpy na Tha Pae Road na kolację. Knajpka skromna
                    ale na scianach masy papierkow we wszystkich jezykach na których rożni turyści
                    chwalą jaka to dobra knajpa. Tradycyjnie zamawiamy - ja kurczak słodko-kwaśny z
                    ryżem a moja kobieta makaron z ważywami i wołowinę. Za każdym prawie razem
                    bierzemy te same dania - i za każdym razem smakują zupełnie inaczej :-) Grunt
                    że są mało pikantne. Kolacja dość przyzwoita (130THB za 2 osoby wraz z
                    napojami). Wracamy do hotelu pakować graty na trekking. Część bagażu (walizki)
                    musimy zostawić w przechowalni w hotelu a plecaki z niezbędnymi rzeczami
                    zabieramy w góry.
                    • zdzisek99 Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 16.06.07, 20:51
                      Rano pobodka o 6:00, śniadanie (przyzwoicie karmią w tym hotelu), bierzemy
                      brudne ciuchy i wynosimy do pralni kolo hotelu (to kafejka internetowa ale na
                      drzwiach pisze "laundry"), ustalamy na migi ze chodzi nam o pranie i zostawiamy
                      3 reklamowki ciuchow (100THB za kilogram – drogo - ale w hotelu chcą 40THB za
                      sztuke, he he). O 9:30 wsiadamy do pojazdu zwanego tutaj songthaew (dwie
                      ławki) - walimy się na jedną (druga jest już zajęta przez jakąś kobietę). I
                      jedziemy zbierać resztę uczestników trekkingu po Chiang Mai. Kobieta siedzacą
                      na drugiej lawce to Sherry z Kanady. Dolaczają do nas Maria i Martin
                      (holendrzy). Robi sie ciasnawo w budzie tego samochodu. Każdy ma plecak i każdy
                      go chce trzymac przy sobie. Mamy nadzieję, że to już koniec zbierania
                      uczestników, stajemy koło posterunku policji turystycznej gdzie nasz przewodnik
                      zanosi kserokopie naszych paszportów. Obok staje inny songthaew wypchany po
                      brzegi białasami i już wiem że albo mamy wyjątkowe szczęście albo ktoś sobie
                      zaspał. Jednak nikt nie zaspał - dosadzają nam jeszcze na budę 4 koreańczykow.
                      Sherry przesiada się do kabiny kierowcy więc na pace jest nas 8 sardynek. W
                      końcu jedziemy za miasto. Pierwszy postój to sklepik z wodą mineralną i innymi
                      akcesoriami potrzebnymi białasom żeby przeżyć w dżungli. Kupujemy repelenty na
                      komary, wody mineralne, ciastka, scyzoryk, latarki i baterie. Przy okazji
                      kupuję też kredki, ołówki, gumki do mazania (dla dzieci w górach). Po zakupach
                      wszyscy szukają toalety - to ważna sprawa aby odcedzić kartofelki przed długim
                      marszem - a każdy podróżnik zna zasadę "sikaj kiedy masz
                      okazję - następna może nieprędko się powtórzyć". Pani sprzedawczyni udostępnia
                      nam toaletę w sklepie (w podziękowaniu za zakupy). Toaleta "asian style" czyli
                      wmurowana w podłogę podstawka na nogi i dziura. Wodę spuszcza się przy pomocy
                      pojemniczka napełniając go wodą z beczki.
                      Po zakupach jedziemy okolo 1h i zatrzymujemy się przy obozowisku sloni. Przed
                      zagrodą ze słoniami rozstawione są stoiska - na każdym napis "kup za 20THB
                      bananów dla słonia żeby się z nim zaprzyjaźnić". Za 20THB do wyboru jest 2kg
                      bananow lub wiązka grubych patyków (jakiś słoniowy przysmak). Bierzemy banany -
                      za chwilę szturmuje nas jakis słon-kurdupel (mlody chyba) - wyżebrał od nas
                      chyba z połowę kiści bananów.
                      Przedstawiają nam naszego słonia (ale bydle wielkie - braknie nam bananow!) i
                      po schodach włazimy na platformę z której wsiadamy na slonia. Szofer siedzi na
                      głowie slonia, my z tyłu na kanapie z barierkami i walimy na trasę. Trasa ma
                      trwać podobno 1,5h - zakładam, że przez tak długi czas to można całkiem sporo
                      zwiedzić na słoniu - i tu rozczarowanie - słoń wlecze się niemiłosiernie.
                      Przystaje przy każdym krzaczku który musi sobie oberwać, poskubać czy cholera
                      go tam wie co jeszcze z nim zrobić. Jak sobie podje to musi wydalić poprzedni
                      posiłek żeby zrobić miejsce na nowy. Opiekun słonia zaklina go, namawia, prosi
                      i przeklina żeby słoń ruszył a on ma to gdzieś - jak się uprze żeby urwać gałąź
                      z jakiegoś drzewa to nie ma na niego siły. Ważna rzecz jaką zauważamy –
                      przewodnik słonia nie ma żadnych kolców czy innych przedmiotów które służą do
                      zmuszania słonia do wykonywania poleceń! Ciągniemy się powoli w 4 slonie przez
                      jakiś wąwóz; co parę metrów na trasie słonia stoi szopa i sprzedają w niej
                      bananki na "zaprzyjaźnienie się ze słonikiem". Jak nie kupisz bananków to
                      słonik staje za szopą, wyciąga trabe i najpierw czeka na żarcie a potem jak nic
                      nie dostanie to zaczyna burczec a w końcu robi sporo hałasu. Jazda na słoniu
                      okazuje się być dość kosztowna, kupiłem na trasie 2 razy żarcie dla słonia i
                      wydzielałem mu je żeby nie obżarł się za bardzo. Z czego słoń chyba nie był
                      zbyt zadowolony. Mały spacerek po lesie trwał ponad godzinę i na piechotę
                      obszedłbym tę trasę chyba ze 4 razy. Ale za to było zabawnie. Robiliśmy sobie
                      nawzajem zdjecia wraz z koreańczykami. Towarzystwo zaczynało się integrować.
                      Po jeździe podkarmiliśmy jeszcze słonia, zakupiliśmy zdjęcie w ramce (zrobili
                      nam je w trakcie jazdy z zaskoczenia) 100THB - i ruszyliśmy samochodem w dalszą
                      droge. Po drodze przerwa na lunch - przewodnicy sami go przygotowują. Tajskie
                      żarcie jest niepowtarzalne - potrawa nazywa się tak samo ale za każdym razem
                      smakuje inaczej, wyglada inaczej i zawiera inne skladniki. Jak nasz bigos (co
                      się nawinie to do gara a zawsze nazywa się tak samo). Dostajemy ryż z jakimś
                      mięsem i jarzynami. Do jedzenia łyżkę i widelec. Tajowie uważają za brak
                      wychowania gdy bierze się widelec do ust. Widelec pełni rolę noża - służy do
                      nakladania potraw na łyżkę, z ktorej się je. Na deser ananasy i arbuzy. Po
                      jedzeniu krótki przejazd i wysadzają nas przed jakąś wioską. Dalej mamy iść
                      piechotą. Dwóch przewodników i 9 turystów. Koreanczycy kompletnie nie
                      przygotowani do trekkingu - malutkie plecaczki, adidaski, krótkie spodenki.
                      Dobrze że na początku idzie przewodnik (ma torować drogę żeby ktoś w jakiegoś
                      węża nie trafił).
                      Od razu dostajemy wycisk - ostro walimy pod górę, słońce grzeje ostro, kurz
                      spod butów dusi i piecze w oczy. Z początku droga jest szeroka - z koleinami
                      jak po samochodach (terenowych), idziemy przez wioski. Domy stoją na palach,
                      pod domami trzoda. Specyficzny zwyczaj dotyczy świń. Wiążą te świnie jakby na
                      smyczy do drzew i leżą te zwierzaki przez caly dzień na słońcu. Nieprzyjemny
                      widok.
                      Zaczyna się ścieżka przez dżunglę. Jestem rozczarowany. Nijak nie da się
                      porównać tego lasu z dżunglą w Wenezueli. Tam jest dżungla a tu wygląda to jak
                      trochę bujniejszy polski las - jedyne różnice to brak drzew iglastych i
                      pojawiają się drzewa u nas niespotykane (palmy i bambus). Poza tym nic
                      specjalnego. Znaczy się popierdułka jakaś a nie dżungla. Mijamy od czasu do
                      czasu poletka ryżowe (scierniska bo jest pora sucha więc wszystko juz wycięte).
                      Kilka razy przecinamy różne potoki i widzimy sporo wodospadów po drodze.
                      Docieramy po 2h do wodospadu z mala plażą gdzie robimy postój. Można się kąpać.
                      Temperatura wody w rzece jednak nie zachęca do kąpieli - odpuszczam sobie
                      pomysł kąpieli jak przestaję czuć palce stóp zanurzonych w wodzie. Ruszamy
                      dalej. Po drodze postoj przy jakiejś szopie. Wokół pola ryżowe a w szopie
                      babinka sprzedaje pamiątki i napoje (cola 35THB). Odpalam na próbe telefon
                      satelitarny (dotychczas nie udało mi się go odpalic - oficjalnie w Tajlandii
                      nie ma zasięgu). Niespodzianka - telefon loguje się do sieci - ma tylko problem
                      z napisaniem nazwy kraju - pisze więc ze kraj ten to "thuraya" - niech mu
                      będzie - byle działał. Dzwonię do szwagra na próbę - hehe - działa - gadamy
                      parę minut. Od tego momentu przybywa mi sprzętu na wierzchu. Wyglądam jak jakiś
                      japoński turysta - na lewym ramieniu plecaka GPS, na prawym ramieniu telefon
                      satelitarny, na szyi kamera, przy pasku zwykly telefon :) Patrzą na mnie chyba
                      jak na wariata ale przewodnik jest zachwycony GPSem - ciagle sprawdza na jakiej
                      już wysokości jesteśmy. Docieramy przed zachodem słońca do wioski koło szczytu.
                      Rozwalamy się z tobołkami i przewodnik informuje nas że tu śpimy - z początku
                      moja żona jest przerażona - jakies siatki wiszą pod sufitem - znaczy się muszą
                      to być hamaki. Ale okazuje się że spać będziemy w śpiworach na podłodze a te
                      siatki to moskitiery.
                      Przewodnicy pichcą kolację a my mamy okazję obserwować jak to wyglada. Walą
                      wszystko do wielkiego woka i na palenisku wewnatrz chaty podgrzewają - mieszaja
                      a potem sru na talerze. Ot i filozofia. Kolacja była raczej mało wyszukana.
                      Przygotowywałem się intensywnie przed tą podróżą do pikantnej kuchni stołując
                      się w KFC - niewiele to pomogło. Żarcie dostaliśmy cholernie pikante i jakoś
                      mało smaczne. Po kolacji towarzystwo znalazło sobie zabawę - uczyliśmy się
                      wymawiać nasze imiona - koreańczycy szarpali się z naszymi a my z ich imionami.
                      Zrobiło się bardzo zimno - wbiliśmy się w polary oraz kurtki i poszliśm
                      • zdzisek99 Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 16.06.07, 20:52
                        Zrobiło się bardzo zimno - wbiliśmy się w polary oraz kurtki i poszliśmy spać.
                        W nocy tak zmarzliśmy że szczękaliśmy zębami - najgorzej było z nosem i uszami
                        (nie miałem czapki i szalika). Rano - skoro świt zrywamy się z twardej podłogi
                        i lecimy zagrzać przy ognisku. Śniadanie i udajemy się w dalszą w trasę.
                        Kolejne wodospady, las, rzeki, pola ryżowe, w końcu docieramy do cywilizacji,
                        obiad (tradycyjnie paskudny zreszta) i wsiadamy do samochodu. Podwożą nas do
                        rzeki. Zostawiamy wszystkie graty w samochodzie i wsiadamy na bambusowe tratwy
                        (miejscowy flisak z wiosłem z przodu, dwie osoby po srodku na siedzeniu i jedna
                        osoba z wiosłem z tyłu). Dostaję wiosło i staję z tylu tratwy, moja żona siada
                        w środku wraz z Sherry. Ruszamy i zaczyna sie zabawa. Trudno na tym ustać a co
                        dopiero jeszcze tym sterować i odpychać się od dna. Miejscami płynie się wolno
                        ale miejscami rzeka jest dość rwąca i trzeba lawirować między kamieniami żeby
                        tratwy nie rozwalić. Nasz kapitan caly czas powtarza mantrę "no wet, no fun".
                        Zabawa jest super. Po drodze zamieniamy się miejscami żeby każdy miał okazję
                        powalczyć z wiosłem. Po jakiejś godzinie zabawa się kończy, wyłazimy na brzeg.
                        Kupujemy zdjecie nas na tratwie (oczywiście zrobione ukradkiem) - 100THB.
                        Wracamy do Chiang Mai.
                        Kwaterujemy się w hotelu i walimy na miasto, odbieramy pranie z pralni
                        (300THB) - sporo tego było - i odbębniamy poczte na internecie. Kolacja w
                        hotelowej restauracji (nie miałem siły leżć dalej - do restauracji jeździ
                        winda :) A po kolacji lulu bo rano trzeba lecieć na festiwal kwiatów.
                        • zdzisek99 Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 16.06.07, 21:03
                          Planujac wyjazd do Tajlandii braliśmy pod uwagę Festiwal Kwiatów który odbywa
                          się co roku w Chiang Mai w pierwszy weekend lutego (chyba ma to coś wspólnego z
                          pełnią księżyca). Festiwal kwiatów zaczął się w piątek ale ponieważ nie
                          posiadaliśmy szczegółowego programu - udaliśmy się w sobote w kierunku Tha Pae
                          Gate by oglądnąć procesję. Ludzi już było całkiem sporo - ustawiliśmy się przy
                          jezdni i cierpliwie czekamy. W końcu rusza procesja. Wyglada to trochę jak
                          nasze pochody pierwszomajowe. Ludzie walą z transparentami, każdy region czy
                          miasteczko ma swój transparent itp. Co jakiś czas na przodzie pojawiają się
                          drzeweczka w strojach regionalnych niosące transparenty, czasem miseczki z
                          płatkami kwiatów. Jak się procesja na chwilę zatrzymuje i jakaś laska staje
                          koło nas to ruszamy do robienia sobie z nią fotografii :) Ona musi stać i się
                          uśmiechać a do fotek z nią ustawia się cała kolejka gości chętnych na zrobienie
                          sobie zdjęcia :) Co jakiś czas przejeżdżają wielkie platformy ozdobione
                          kwiatami i rzeźbami na których oczywiscie siedza sobie laski i machają do
                          tlumu. Prawie 3h tak staliśmy i podziwialiśmy laski :) Ech, rozmarzyłem się...
                          Pochód przeszedł w kierunku parku (mieli tam robić wybory miss kwiatów) a my
                          ruszamy na „tour de Chiang Mai”.
                          Świątynie są takie sobie. Po setkach świątyń które już widzieliśmy, wszystkie
                          świątynie zaczynają nas nudzić. Poza tym w Tajlandii jest jeden problem z
                          robieniem zdjęć zabytkom. Choćby niewiem jaki ładny był zabytek to nie sposób
                          go sfotografować bez wiązki drutu w tle. Tajowie uwielbiają ciągnąć druty.
                          Ciągną je wszędzie i bez opamiętania. Po obu stronach jezdni stoją słupy a na
                          nich klęby drutów energetycznych, telefonicznych i cholera wie czego jeszcze.
                          Odnoszę wrażenie, że jak im się jakiś drut urwie to go nie sztukują tylko
                          zostawiają malowniczo zwisającego ze słupa i ciagną nowego :) Każda swiątynia
                          jest otoczona drutami. No i każda swiątynia jest pelna wizerunków buddy i
                          posągów. Pod każdym posągiem skarbonka na datki i miseczka z piaskiem do
                          wbijania kadzidełek. Łazimy po świątyniach (zgodnie z planem) i przy okazji
                          łapię się na masaż stóp na ulicy. Sadzają mnie w fotelu, dezynfekuja mi stopy
                          spirytusem a potem masażystka gniecie je przez pół godziny (za 60THB). Bardzo
                          przyjemne uczucie - muszę sprobować masażu całego ciała.
                          Obiadek jemy zaraz w knajpie koło masażystki (dla 2 osob 120THB wraz z napojami
                          i napiwkiem - tanio jak cholera). Wpadamy jeszcze do parku obfotografować
                          platformy z kwiatami. Przy okazji oglądamy stoiska z tajskim żarciem (w tym ze
                          smażonymi na głębokim oleju konikami polnymi i innym robactwem). Żarcia się nie
                          tykamy. Nie mamy odwagi na takie ekstremalne przeżycia. Przy okazji wstępujemy
                          do jakiejś agencji turystycznej kupić bilety na dalszą trasę (na dworzec
                          kolejowy daleko :) Kupujemy bilety na pociag z Chiang Mai do Phitsanulok
                          (2x500THB) oraz na pociag z Bangkoku do Surat Thani (2x600THB). W tym miejscu
                          trochę się nam plan sypie bo nie ma pociagu do Phitsanulok o 21:50 - jest tylko
                          o 21:00 - roznica 50 minut ale do Phitsanulok przyjeżdża o 3:39 zamiast o 5:40 -
                          co my będziemy tyle godzin robić do świtu? Planowaliśmy przespać się w pociągu
                          a ten ma tylko miejsca siedzące. Trudno, coś się wykombinuje.
                          Wieczorem wizyta na Night Bazaar - masa towaru, dużo podróbek. Kupujemy trochę
                          t-shirtów i pałeczek do jedzenia. Zakupy nas trochę przerosły - jest tu wiele
                          fajnych rzeczy które by sobie człowiek kupił (bo sa ładne) - ale potem jest
                          problem - jak się z tym zabrac do domu. Zaczynamy się rozglądać za kupnem
                          dodatkowej walizki tylko na pamiatki.
                          • zdzisek99 Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 18.06.07, 22:24
                            Wstajemy rano, pakujemy walizki, jemy sniadanie i wykwaterowujemy się z pokoju.
                            Zostawiamy bagaż w recepcji (dostajemy pokwitowanie) i lecimy na zwiedzanie.
                            Łapiemy na ulicy miejscowego busika (czerwony pickup z dwoma ławkami -
                            songthaew) i mówimy kierowcy "Doi Suthep". Dogadujemy cenę (w trakcie wyszło że
                            jednak nie dogadaliśmy więc w sumie zapłaciliśmy za wynajęcie busika na pół
                            dnia 400THB). Jedziemy do świątyni Doi Suthep. Znajduje się ona około 20
                            kilometrów od Chiang Mai na wzgórzu. Jazda jest koszmarem - kierowca ścina
                            zakręty, jeździ pod prąd na wąskich serpentynach. Po drodze rozkracza mu się
                            samochód ale szybko go naprawia grzebiąc kluczami w silniku. Od tego
                            naprawiania zaczyna w samochodzie śmierdzieć spalinami. Moja żona źle się od
                            tego czuje ale w końcu docieramy na miejsce. Tłum ludzi, komercja totalna.
                            Wstęp 30THB od osoby. Widok na panoramę miasta - brak - taki smog że nic nie
                            widać. Robimy zdjęcia, obchodzimy swiątynię dookoła i schodzimy na dół. W
                            drodze powrotnej wstępujemy jeszcze do Wat Chet Yot (wstęp bezpłatny) i każemy
                            kierowcy odwieźć się do parku. Zwalniamy kierowce i wypłacamy mu kasę.
                            Szwendamy się po parku szukając miejsca do usiadnięcia - wszystko pozajmowane,
                            na trawnikach leżą całe rodziny. W alejkach stoja przewoźne wypożyczalnie mat
                            bambusowych (do leżania) – biznes się kręci. Idziemy do centrum, robimy zakupy
                            (pamiatki), jemy obiad w tej samej knajpie co wczoraj (to samo danie ale
                            tradtcyjnie już danie ma inny wygląd i inny smak - tylko cena ta sama).
                            Wracając przez Night Bazaar kupujemy torbę i... pamiatki :-) Odbieramy walizki
                            z przechowalni w hotelu, łapiemy tuk-tuka i jedziemy na stację kolejową. Na
                            peronie impreza. Na telewizorach leci jakiś mecz piłki nożnej. Obsługa dworca i
                            pasażerowie szaleją przed ekranami. Przyjeżdża pociąg z Bangkoku, wysiadają
                            ludzie po czym obsługa dworca zaczyna myć wszystkie wagony z zewnątrz wężem z
                            wodą. Po umyciu zmiana tabliczek i oto stoi nasz pociag którym mamy wyjechać o
                            21:00 do Phitsanulok. Wyjeżdzamy punktualnie o 21:00 - po wagonie kręcą się
                            kolejowe stewardesy rozwożąc wodę mineralną i coś do jedzenia (nie korzystamy).
                            GPS pokazuje mi 256 km odleglości do przebycia a według rozkładu jazdy mamy na
                            miejsce dojechać o 3:39 nad ranem - czyli 6,5h jazdy co daje strasznie niską
                            średnią szybkość. Jednak pociąg zasuwa ponad 100km/h - to ja nie wiem czemu tak
                            dlugo mu zajmuje przejechanie tego odcinka - może jedzie dookoła?
                            O 3:39 dojeżdżamy do Phitsanulok. Od razu kupujemy bilety na pociag do
                            Ayutthaya na następny dzień (880THB). Odganiamy się od kierowców tuk-tuków i na
                            piechotę znajdujemy przy stacji hotel Amarin - bierzemy pokoj na 2 noce (960THB
                            za 2 noce bez sniadania) i padamy na łóżka.
                            O 8:00 wymarsz z hotelu, łapiemy songthaew i jedziemy na dworzec autobusowy
                            (50THB). Na dworcu stoi jakaś kobieta i jak widzi białasa to od razu pyta dokąd
                            chce jechać i kieruje go do odpowiedniej kasy a potem do odpowiedniego
                            autobusu. Kupujemy bilety do Sukhotai (39THB - autobus z klimą). Pakujemy się
                            do autobusu i jedziemy godzinę. Wysiadamy w Sukhotai, od razu nas zaczepiają
                            kierowcy - proponują kurs z dworca do "Old Town" za 200THB. Pukamy się wymownie
                            po głowach więc odpuszczają. Znajduje nas naganiacz od songthaew - za 20THB
                            jedziemy do "Old Town" miejscową atrakcją. Atrakcja ta to jakaś garażowa
                            konstrukcja - skrzyżowanie ciężarówki z wozem drabiniastym (drewnianym!). W
                            środku 3 rzędy ławek (wersja bardziej dochodowa). Jedziemy okolo 30 minut i w
                            końcu dojeżdżamy do centrum starego Sukhotai. Ktos nam wciska mapkę ruin z
                            zaznaczoną trasą zwiedzania i pokazuje swoją wypożyczalnię rowerów (40THB za
                            dzień). Idziemy wzdłuż ulicy szukając restauracji "MV". Znajdujemy ją po paru
                            minutach. Zamawiamy śniadanie (ryż z jajkiem i kurczak, duże porcje, herbata
                            lipton (ale bez cytryny) - 130THB za 2 osoby). Po śniadaniu wynajmujemy w
                            restauracji skuter na cały dzień (150THB). Po krótkim szkoleniu jestem już
                            wymiataczem tajskich ulic. W myślach cały czas tylko sobie powtarzam "jedź lewą
                            stroną" i śmigam jakbym tu mieszkał od urodzenia. Motorek jest pełen wypas - 4
                            biegi do przodu, półautomatyczna skrzynia biegow i 140km/h na budziku. Jedziemy
                            do kasy parku - płacimy za bilety 150THB/osobę i 20THB za wjazd motorem.
                            Jeździmy od światyni do światyni. Wszystkie światynie są w ruinie ale bardziej
                            nam się podobają niż te całe w złocie. Tu czuć uplyw czasu i historię. O 16:00
                            zwracamy skuter i wsiadamy w songthaew do Sukhotai (20THB). Oprócz nas w busiku
                            jest jeszcze 4 białasów. W sumie to nawet fajnie - pusty busik więc szybko
                            dotrzemy na miejsce. Na 2km przed dworcem busik podjeżdża pod szkołę i zaczyna
                            robić za gimbus. Kierowca upakowuje dzieciaki w busiku jak sardynki. Zmiescilo
                            sie tam ze 40 dzieci i nas 6 białasów. Część dzieciaków stoi na stopniach.
                            Podjeżdżamy w końcu na dworzec. Naganiacz pyta nas gdzie chcemy jechać - a na
                            dźwięk słowa "Phitsanoluk" od razu nas prowadzi do autobusu. Bilety kupujemy u
                            konduktorki (39THB) i w godzinę jesteśmy w Phitsanoluk. Z dworca bierzemy
                            songthaew za 60THB do hotelu. Kolację jemy w restaruacji hotelowej - choć były
                            problemy z dogadaniem się z obsługą - w menu sa potrawy w dwóch językach - po
                            tajsku i angielsku ale moja towarzyszka wybrała potrawę w której zawarta była
                            opcja "lub" - kelnerka wyleciała na ulicę i przywlekła za sobą jakąs kobiecinę
                            której wydawało się że zna angielski. W końcu moja żona machnęła ręką i
                            powiedziała że co jej przyniosą to zje. Płacimy za kolacje i 2 cole 125THB.
                            Teraz lulu bo o 3:51 nad ranem mamy pociąg do Ayutthaya.
                            • zdzisek99 Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 18.06.07, 22:43
                              Wstajemy o 2:15 w nocy, pakujemy toboły i wynosimy się z hotelu na dworzec. O
                              3:51 wyjeżdżamy pociągiem do Ayutthaya. W pociągu stewardesa kolejowa daje nam
                              kawę, herbatę i ciasteczka. O 8:00 jesteśmy już na peronie w Ayutthaya.
                              Odganiamy się od kierowców i walimy z walizkami do informacji spytać gdzie jest
                              opisywana w przewodniku przechowalnia bagażu - panowie w informują nas że u
                              nich w informacji jest ta przechowalnia - dostajemy kwity, wynoszą bagaże,
                              płacimy 30THB (po 10THB za sztukę) i jesteśmy wolni. Bierzemy tuk-tuka do
                              świątyni Wat Phra Si Sanphet (60THB). Szofer próbuje nam reklamować wynajęcie
                              go na cały dzień żeby nas obwiózł po wszystkich światyniach (200THB za
                              godzinę!) - pukamy się po głowach i odpowiadamy mu że przejdziemy na piechotę.
                              Wchodzimy do świątyni (wstęp 60THB). Bardzo fajna światynia. A o godzinie 7
                              rano coś wyjątkowo pusta :) Robimy sobie fotki ze statywu (nikt się nie pląta w
                              tle więc nie ma problemu). Wychodzimy po godzinie i na piechotę idziemy do Wat
                              Mahathat (wstęp 60THB). Fotografujemy słynną głowę Buddy w pniu drzewa, łazimy
                              po ruinach, wypijamy pepsi przegryzając ciastkami i łykamy cotygodniowa porcję
                              środka przeciwko malarii (lariam). Spacerek do kolejnej świątyni Wat Ratburana
                              (wstęp 60THB). Zwiedzamy ruiny i po godzince wychodzimy. Moja kobieta w
                              przewodniku znajduje jeszcze jedną ciekawą światynię na jakimś zadupiu.
                              Bierzemy tuk-tuka (70THB) i jedziemy do niej. Wstęp 60THB (i pepsi 20THB) -
                              światynia w stylu khmerskim - jak w Angkor Wat (ale mniejsza). Upał jak
                              cholera, zapomnieliśmy już jakie upały są na południu. Na północy Tajlandii da
                              się normalnie funkcjonować, na południu jest dramat. Uciekamy ze świątyni i
                              próbujemy łapać tuk-tuka. Kierowcy nas odsyłają jak słyszą gdzie chcemy jechać
                              (na stację kolejową - drugi koniec miasta). Idziemy piechotą wzdłuż ulicy
                              kierując się GPSem w kierunku centrum. Łapiemy wreszcie po drodze tuk-tuka,
                              kierowca nie kuma wogóle po angielsku - nie wie co to jest "railway station"
                              ani "train" - walę mu więc po tajsku "rotfaj" (pociąg) i gość jarzy od razu o
                              co chodzi (ale jestem dziobak :) (warto było przed wyjazdem zakupić
                              minirozmówki polsko-tajskie).
                              Dogadujemy cenę (80THB) i po kilku minutach jazdy jesteśmy na dworcu. Kierowca
                              jest mily i uczynny więc na migi każemy mu czekać aż odbierzemy bagaże.
                              Odbieramy walizy i każemy mu jechać na "bus station" - nie kuma wiec ja mu na
                              to "rot suphanburi, chao phrom market". Gość jarzy i wiezie nas. Wyszukuje nam
                              autobus do Suphanburi i przenosi walizki. Daję mu umowione extra 50THB i jest
                              bardzo szczęśliwy. Pakujemy się na siedzenia najzwyklejszego tajskiego pekaesa.
                              W środku lekki dramat, podłoga drewniana (pewnie dlatego brakuje im lasow z
                              drzewami tekowymi ;-), dwa rzędy siedześ z przejsciem po środku z tym ze lewy
                              rząd ma po dwa siedzenia ale prawy po trzy (prawie jak samolot). Pod sufitem
                              zamontowane są wiatraki które kręcą się w czasie postoju chłodząc pasażerów.
                              Większość okien jest otwarta. Kupujemy na zewnątrz 2 butelki pepsi. Sprzedawca
                              przelewa nam te butelki do foliowych torebek, wsadza do nich rurki i wręcza
                              nam. W ten sposób nie będzie problemu ze zwrotem butelek (kaucja!)(18THB).
                              Autobus rusza, dogadujemy się na migi z konduktorką że chcemy do Kanchanaburi
                              (w przewodniku pisze żeby jej to powiedzieć to wysadzą nas wcześniej pod
                              autobusem #411 a jak tego nie zrobimy to potem będziemy dymać z powrotem na
                              piechote). Płacimy za bilet do Suphanburi 100THB. Autobus ciągnie się jak krew
                              z nosa. Staje na każde żądanie pasażerów i czasem jedzie tak
                              wolno żeby ludzie mogli do niego wskoczyć w czasie jazdy. Przebywamy odległość
                              70km w prawie 2h. Wysadzają nas na dworcu w Suphanburi, kierowca wynosi nam
                              walizki i wnosi je aż do autobusu do Kanchanaburi pokazując w ten sposób który
                              to autobus. Trudno zabłądzić w tym kraju . Przed odjazdem autobusu wyskakujemy
                              jeszcze po puszkę pepsi (15THB) i ruszamy. Na 17 jesteśmy w Kanchanaburi. Tyłki
                              nas bolą od siedzeń ale jesteśmy dumni że dotarliśmy na miejsce. Na dworcu
                              odganiamy się od naganiaczy guesthouse'ów i wyciagamy przewodnik szukając w nim
                              miejsca na nocleg (nie robiliśmy wcześniej rezerwacji). Wybieramy
                              guesthouse "Sam's house" - bierzemy songthaew (60THB). Są wolne pokoje.
                              Proponujemy kierowcy, żeby nas jutro powoził według naszego planu (od 7:00-
                              16:00 - około 150km do przejechania) - ustalamy cene 1200THB. Oglądamy pokoje w
                              guesthousie. To nasz pierwszy guesthouse na trasie i nie wiemy czego się można
                              spodziewać. Pierwszy pokój jaki widzimy jest najtańszym z klimą (350THB) -
                              pokój ma wygląd raczej spartański, łazienka nie wygląda za atrakcyjnie. Prosimy
                              o pokazanie najlepszego - jest to bungalow na palach nad rzeka Kwai, wygląda o
                              niebo lepiej choć i tak daleko mu do hotelowych standardow. Bierzemy go jednak
                              (600THB). Jemy kolację w restauracji w guesthousie (135THB dla 2 osoób) i
                              idziemy spać. Rano czeka nas pobudka o 6:00.
                              • zdzisek99 Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 18.06.07, 23:08
                                Wstajemy o 6:00, pakujemy się i wymeldowujemy. O 7:00 czekamy przed guesthousem
                                na samochód ale się nie pojawia. Widać za bardzo wytargowaliśmy cenę . Zjawia
                                się za to jakiś riksiarz i proponuje nam że nas zawiezie gdzie chcemy ale za
                                1500THB, w koncu opuszcza cenę do 1400THB - nam się nie chce targować. Gość
                                dzwoni do swojego brata i ściąga go z łóżka. Na ulicy w tym czasie zjawia się
                                jakiś inny kierowca mówiąc że jego kolega powiedział mu ze ma nas o 7:00
                                odebrać na wycieczkę. Mówimy mu że jest 7:15 i już znaleźliśmy innego chętnego
                                do zarobienia. Gosc przeprosil za spóźnienie i odjechał. W sumie lepiej dla nas
                                bo przyjechał za chwilę brat riksiarza samochodem z klimatyzacją. Tak więc
                                jedziemy z fasonem (ale o 200THB drożej). Ruszamy około 7:30. Trasa jest bardzo
                                długa. Do wodospadu Erewan jest jakieś 70km. Po 8:30 jeśtemy pod kasą biletową
                                do praku narodowego. Płacimy 400THB (za osobę) za wstęp (cholernie drogo!) i
                                30THB za samochód. Stajemy na parkingu i umawiamy się z kierowcą na godzinę
                                powrotu. Ruszamy na szlak. Jest pusto, chyba ruszyliśmy zbyt wcześnie bo na
                                szlakach żywego ducha. Z początku idzie się alejką asfaltową, potem zaczyna się
                                leśna droga a im dalej od bramy parku tym jest ona węższa. Wodospad Erewan ma 7
                                progów i szlak wiedzie wzdłuż nich. Pierwszy próg jest dość sympatyczny, pod
                                progiem wzdłuż brzegu ustawione są siedziska bambusowe żeby można było sobie
                                odpocząć. Głównymi odwiedzającymi wodospad są plażowicze. Rozkładają się z
                                ręcznikami na siedziskach i kąpią się pod wodospadem. Idziemy do kolejnego
                                progu. Trasa idzie ostro w górę, zaczynają się schody. Szlak robi się bardzo
                                wąski, jesteśmy chyba pierwszymi osobami dzisiaj na szlaku. Zaczynam się
                                baczniej rozglądać po okolicy wypatrując węży. Każdy korzeń na szlaku może się
                                okazać jakimś gadem. Troche mam pietra bo nie wiem co można tutaj spotkać.
                                Kolejne progi są coraz ładniejsze. Po jakiejś godzinie ostrej wspinaczki
                                docieramy w końcu do ostatniego - śiodmego progu. Sprawdzamy temperaturę wody
                                pod wodospadem i o dziwo okazuje się bardzo ciepła. Kąpiemy się przez kilka
                                minut (da sie pływac i jest dość głęboko) po czym na górze pojawiają się
                                pierwsi po nas turyści. Rozkładają się ze sprzętem fotograficznym więc zwijamy
                                się i wracamy na dół. Na dole pod bramą parku sprzedają nam talerzyki
                                pamiątkowe z naszymi fotografiami zrobionymi gdzieś z ukrycia na szlaku (100THB
                                za sztukę). Wsiadamy do samochodu i ruszamy do świątyni tygrysa. Po godzinie
                                jazdy jesteśmy na miejscu. Tłumy ludzi wskazują że nie pomyliliśmy trasy
                                (niestety). Kupujemy bilety (300THB/osobę) i wchodzimy za bramę. Pierwsze
                                zwierzę, które widzimy za bramą to sarna (albo coś podobnego - nie mam pojęcia
                                czy tu wystepują sarny). Siedzi sobie pod murkiem i nie przejmuje się
                                przewalającym się tłumem mijajacych ją ludzi. Docieramy do miejsca, gdzie kłębi
                                się tłum. Ktoś nas ustawia w szeregu i widzimy tygrysy prowadzone przez ludzi
                                na smyczach. Tygrysy są prowadzone do kanionu w którym będzie można sobie
                                zrobić z nimi fotografie. Ostatni tygrys prowadzony na smyczy sluży do robienia
                                fotografi pt. "spacerowanie z tygrysem". Tłum ludzi leci za tygrysem
                                (pracownicy pilnują żeby nikt nie wyszedł przed tygrysa). Jeden z pracowników
                                odbiera od turysty aparat fotograficzny i ustawia turystę z tyłu tygrysa tak
                                żeby wyglądało że to ten turysta prowadzi tygrysa. Pstryknięcie fotki, oddają
                                aparat i następny turysta podchodzi do tygrysa. Cały tłum w ten sposob
                                odprowadza jednego tygrysa i każdy ma w trakcie tej czynności zrobione zdjęcie.
                                Bardzo sprawnie to funkcjonuje. Wchodzimy do kanionu, ustawiają nas w kolejce,
                                kanion jest przegrodzony liną za która nie wolno wchodzić. Po drugiej stronie
                                sznurka leżą sobie przypięte łańcuchami do skał tygrysy. Obsługa pilnuje żeby
                                tygrysy leżały i co jakiś czas polewają je wodą. Pani z obsługi wyjaśnia
                                zasady. Stoi się w kolejce. Nie wolno wchodzić za linę w okularach, kapeluszach
                                i z plecakami lub torbami. Oddaje się sprzęt foto/video pracownikowi a z drugim
                                za rękę idzie się od tygrysa do tygrysa wykonujac jego polecenia. Bierze mnie
                                za rękę jakaś dziewczyna z obsługi, druga bierze moją kamerę (i widać że zna
                                się na rzeczy bo wie jak się nią posługiwać)(żeby tylko unikała zoomowania i
                                żeby jej się tak ręce nie trzęsły – przyp. autora). Idziemy do pierwszego
                                tygrysa który leży leniwie na ziemi (już wiem po co ten kanion i godzina 13:00 -
                                upał jak cholera i kotki są bardzo senne :) pani sadza mnie z tyłu kotka (tak
                                żeby mnie przypadkiem nie zobaczył), głaskam go po grzbiecie a druga pani kręci
                                mnie kamera. Kilka sekund, zmiana kotka i od nowa. Kotki są ustawione w różnych
                                pozach, niektóre leżą parami malowniczo na wielkim kamieniu po środku kanionu.
                                Po rundce z wszystkimi tygrysami wracam za sznurek, dostajęz powrotem do ręki
                                swoją kamerę i pani objaśnia że mogę sobie stanąć ponownie w kolejce i zrobić
                                dowolną ilość rundek. Wracam za sznurek tym razem z aparatem foto. W tym czasie
                                zza sznurka żona kręci mnie kamerą. Kolejka się przerzedza - można wchodzić
                                praktycznie od razu i obsługa namawia do tego. Dostaję (w zamian za datek
                                100THB) wisiorek z zęba tygrysa. Moja kobieta szaleje z aparatem - zdaje się że
                                jest w swoim żywiole. O 14:15 wynosimy się z kanionu, idziemy do klatek
                                zobaczyć małe tygryski. O 14:30 wychodzimy i jedziemy do Kanchanaburi. Kierowca
                                podwozi nas pod biuro gdzie sprzedają bilety na klimatyzowany autobus do
                                Bangkoku. Jedziemy o 15:40 (100THB). Okolo 18 jesteśmy w Bangkoku na dworcu
                                (Moh Chit) prawie 10km od centrum. Przed dworcem taksówkarze próbuja nas
                                naciagnąc na kurs na dworzec kolejowy za 300THB - wyśmiewamy ich. Łapiemy
                                taksówkę na ulicy i jedziemy na dworzec kolejowy za 100THB. Jak wysiadamy to
                                dorzucam jeszcze kierowcy 50THB jako napiwek i jest bardzo szczęśliwy. Siedzimy
                                na dworcu i nudzimy się jak mopsy. Zwiedziliśmy już wszystkie zakamarki dworca
                                (toaletę radzę unikać - 2THB). O 23:00 siedzimy w końcu w pociągu do Surat
                                Thani (lekko spóźniony)(1156THB) i cieszymy się z klimatyzacji. Czeka nas teraz
                                ponad 9h jazdy. Stewardesy roznoszą kocyki, ciastka i wodę mineralną. Pociąg
                                rusza i zaczyna nabierać prędkości. W Tajlandii tory kolejowe nie są w
                                najlepszym stanie. Chyba nie znaja tutaj przyrządów do pomiaru poziomu szyn.
                                Pociąg jedzie z predkością 90km/h, rzuca nami na boki, są takie momenty, że
                                boję się że wylecimy z torów i skończy się to katastrofą kolejową. Widać
                                jednak, że maszynista wie na co sobie może pozwolić więc z czasem i ja się
                                przyzwyczajam i idę spać.
                                • zdzisek99 Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 18.06.07, 23:19
                                  Rano o 8 z minutami dojeżdżamy do Surat Thani. Na dworcu kupujemy łączone
                                  bilety autobus-prom do Koh Samui (200THB) i wsiadamy do autobusu. Jedziemy
                                  ponad godzinę do przystani promów w Don Sak. Wsiadamy na prom i po półtorej
                                  godziny rejsu jesteśmy na Koh Samui. Nie mamy zarezerwowanego hotelu więc
                                  wręczam mojej żonie telefon (lepiej nawija po angielsku :) i obdzwaniamy kilka
                                  hoteli (wolimy jednak hotele od guesthouse'ow – nie wiem czemu ;-). Hotel się
                                  szybko znajduje. Wynegocjowaliśmy nawet zniżke za pokój ze śniadaniem
                                  (1350THB/noc). Teraz trzeba znaleźć transport. Taksówkarze stoją i czekają w
                                  porcie. Pytamy o cenę i za odległość 10km słyszymy odpowiedź - 400THB. Padamy z
                                  wrazenia. Idziemy do drugiego taksówkarza - to samo. Znaczy się jest tutaj
                                  zmowa cenowa. Za 400THB w Bangkoku to by mnie 30km na lotnisko przewieźli
                                  (płatnymi autostradami) - no ale to nie Bangkok. Zlewamy taksowkarzy licząc na
                                  to że któryś się wyłamie i za nami pojedzie. Ale nikt się nie rusza. Wychodzimy
                                  na główną ulicę złapać tam okazję ale główna ulica to jakaś zapomniana wiejska
                                  droga przez kompletne odludzie. Nic tylko siaść i płakać. Podjeżdża do nas
                                  jeden z taksówkarzy z portu i mówi że za 300THB nas zawiezie. Ambicja nam nie
                                  pozwala się zgodzić. Olewamy go i stoimy dalej na ulicy w pełnym słońcu. W
                                  końcu łapiemy okazję. Zatrzymuje się jakiś białas jadący jeep'em. Pakujemy się
                                  na pakę z walizami i zaczynamy zwiedzać wyspę. Uprzejmy białas wysadza nas w
                                  mieście skąd dzieli nas już tylko 5km do hotelu Sila Resort. Nie ma szans na
                                  żaden transport. Taksowkarze znowu krzyczą 300THB - znajdujemy jednego który
                                  godzi się jechać za 200THB i w końcu docieramy do hotelu. Oglądamy pokój i
                                  decydujemy się w nim zamieszkać przez najbliższe 5 dni. Hotel podzielony jest
                                  na 2 części - a dzieli go ulica (ruchliwa jak cholera). Droga z pokoju na plażę
                                  to jak gra komputerowa Frogger. Śmigamy między samochodami z dwutygodniową
                                  wprawą. Plaża jest wąska, piaszczysta ale mało na niej ludzi i nie ma fal w
                                  morzu. Można spokojnie pływać (tym bardziej że woda jest bardzo ciepła).
                                  Rzucamy się do morza ocienionego zwisającymi palmami kokosowymi i tak spędzamy
                                  resztę dnia.
                                  • zdzisek99 Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 18.06.07, 23:26
                                    Wstajemy rano i biegniemy na śniadanie. Śniadanie jest a la carte (w cenie
                                    pokoju) więc kelnerka przynosi nam menu w którym wszystkie pozycje są po
                                    angielsku a pod nimi tłumaczenie na tajski. Wskazujemy palcem i pani leci
                                    zamawiać do kuchni. Po śniadaniu wynajmujemy skuter na cały dzień (300THB),
                                    jedziemy go zatankować (25THB/za litr benzyny) i ruszamy zwiedzać wyspę
                                    (powtarzam sobie cały czas: "jedź lewą stroną"). Próbujemy się orientować na
                                    wyspie według tajskiej mapy - jest problem bo mapa zawiera tylko główne drogi,
                                    mniejszych przecznic już nie. Porównujemy mapę papierową z GPSem i jakoś daje
                                    się poruszać. Znajdujemy po drodze biuro Grand Sea - wykupujemy w nim rejs na
                                    wyspe Koh Phangan na snorkowanie (1000THB/osobę). Dojeżdżamy do Chaweng,
                                    zaliczamy bank żeby wymienić czeki podrożne, potem wpadamy na słynna plażeę
                                    (duże fale) a następnie próbujemy znaleźć drogę w kierunku wodospadów.
                                    Znajdujemy jakiś wodospad którego nawet na mapie nie zaznaczono (wstep 40THB).
                                    Dramat nie wodospad. Syfiata woda, koszmarne dojście, strata czasu. Zapuszczamy
                                    się motorem w góry w centrum wyspy, jeźdźimy drogami gruntowymi w końcu
                                    zawracając ze strachu o motor. Znajdujemy jeszcze jeden wodospad Hat Yai (wstep
                                    4THB) - droga dość ciężka przez dżunglę ale wodospad bardzo sympatyczny,
                                    kilkupiętrowy. Kąpiemy się pod wodospadem a potem jedziemy kupić bilety
                                    powrotne do Bangkoku. Znajdujemy biuro podróży i kupujemy łączony bilet na
                                    autobus-prom-pociag do Bangkoku (pociąg z miejscami sypialnymi - w sumie
                                    1300THB). Wpadamy jeszcze do knajpy na obiad (150THB) i wracamy do hotelu.
                                    • zdzisek99 Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 18.06.07, 23:32
                                      Rano śniadanie i o 8:00 wsiadamy do samochodu który z pod naszego hotelu wiezie
                                      nas do przystani Grand Sea na rejs do Koh Phangan. Rejs trwa 1/2h i jest
                                      nieszczegolnie sympatyczny. Łódź jest bardzo szybka, ma 3 silniki i pruje po
                                      falach z predkaścią ponad 52km/h. Łódź co chwilę wyskakuje ponad wodę a po
                                      chwili spadając w nią udeża z wielkim hukiem. Wszyscy w łodzi podskakują i
                                      zastanawiają się jak duże uderzenie ta łódź jest w stanie
                                      wytrzymać. Łódź wytrzymuje i wysiadamy w końcu na Koh Phangan. Czeka tam na nas
                                      taksówka która zabiera nas na północną część wyspy przy wyspie Koh Ma.
                                      Wysiadamy i na piechotę brodząc po pas w morzu przechodzimy miedzy wyspami.
                                      Jesteśmy na Koh Ma. Na końcu cypla rozkładamy ręczniki i podziwiamy miejscową
                                      faunę i florę podmorską (obie bardzo ladne). O 14:00 wracamy na Koh Phangan i
                                      jemy obiad w restauracji przy brzegu (155THB). O 15:00 zabiera nas taksówka
                                      zamówiona przez organizatora i zawozi na połódniowy kraniec wyspy skąd
                                      przesiadamy się na łódź i znowu skączac po falach dopływamy do Koh Samui.
                                      Wysiadamy obiecując sobie unikać podobnych doświadczeń w przyszłości. Wracamy
                                      do hotelu spieczeni na czerwono jak raki (a przecież dzień był pochmurny!) i
                                      obkładamy się zimnymi kompresami przez reszte wieczoru. Tradycyjnie jak co roku
                                      pierwsze pływanie na rafach kończy się poparzeniem :-)
                                      • zdzisek99 Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 18.06.07, 23:44
                                        Po śniadaniu odbieramy z recepcji nasz skuter (Yamaha) i jedziemy wykombinować
                                        gdzieś mapkę wyspy (poprzednia została w starym motorze). Tankujemy motor do
                                        pełna (110THB czyli 25THB za litr etyliny 91) i zasuwamy do miasta. Wpadamy do
                                        paru biur podróży ale map nie posiadają. Jedziemy więc do naszego "ulubionego"
                                        portu promowego - tam darmowe mapki stały na regałach. Przy okazji śmigniemy
                                        motorkiem przed chciwymi taksówkarzami - a niech wiedzą że sobie potrafimy bez
                                        nich poradzić (byle nie byli zbyt pamiętliwi bo jutro jakoś z hotelu do miasta
                                        z walizkami musimy dojechac).
                                        Wpadamy do portu, zgarniamy mapkę i jedziemy do wodospadu Namuang 1 (sa dwa).
                                        Parkujemy motor (10THB) i lecimy pod wodospad (za darmo :) Wodospad jest zaraz
                                        koło parkingu, nikt się pod nim nie kąpie (my też nie próbujemy) - dzwoni mi
                                        telefon - a to mój szwagierek dzwoni przez VoIP. U niego jest teraz 4 rano -
                                        musi cierpieć na bezsenność albo się kawy za duzo opił :)
                                        To pierwszy do mnie telefon od 3 tygodni. Już zapomniałem jak się odbiera :)
                                        Wodospad zaliczony, jedziemy szukać drugiej sztuki. Z drugą jest trudniej bo
                                        tam zwykle biura organizują wycieczki na słoniach. Niemniej dla chcącego nic
                                        trudnego... Parkujemy motor na parkingu przed farmą krokodyli (za darmo) i
                                        lecimy w dżunglę. Kiedyś szlak musiał być wyznaczony wzdłuż rzeki - teraz
                                        prowadzi od budki z napojami do budki z napojami. Co kilka metrów szopa a w
                                        niej siedzi sprzedawca/czyni i wola "Hej, mister! Do you like to drink
                                        something?" Zdaje się że wszyscy uczą się tylko tego jednego zdania w szkołach
                                        marketingu. Po kilku minutach docieramy pod wodospad. Bardzo przyzwoity i dość
                                        wysoki. Nie bardzo można się pod nim kąpać (mało miejsca) ale zamoczyć się da
                                        (zimna woda!). W drodze powrotnej kupujemy w jednej z szop cole (20THB)(pepsi
                                        nie mieli ) i kokosa (30THB). Kokos jest ciepły ale bardzo słodki. Zaczyna
                                        lekko kropić deszczem, jedziemy na plażę Chaweng (duże fale). Po drodze
                                        zaliczamy punkt widokowy na cyplu między plaża Lamai a Chaweng. Skaliste
                                        urwisko i błękitne morze. Przy okazji dopada nas jakis miejscowy prosząć o
                                        wypełnienie ankiety na temat naszego pobytu w Tajlandii i na Koh Samui.
                                        Wypełniamy i jedziemy na Chaweng. Żona w koszuli z długimi rękawami i kapeluszu
                                        siedzi w wodzie pozwalając się tarmosić przez fale (przypominam - wczoraj
                                        spiekliśmy się trochę na słońcu - profilaktyka jest więc konieczna). Ja siedzę
                                        w cieniu i pozwalam miejscowym laskom podziwiać się (ale jakoś żadnej w okolicy
                                        nie widać, dookoła leża tylko tłuste niemki w stroju topless). Po kąpieli
                                        jedziemy na poszukiwanie jedzenia. Zaczyna lekko padać deszcz. Znajdujemy na
                                        Chaweng restaurację Pizza Hut - ze szczęścia prawie płaczemy. Zamawiamy średnia
                                        pizze super supreme z ekstra serem i pepsi do picia (z dolewką!)(420THB).
                                        Przynoszą pizzę, zaczynamy jeść i coś się nie zgadza smakowo. Sprawdzamy menu i
                                        okazuje się że ta pizza ma jako dodatek jeszcze ananasa (tu wszystko jest z
                                        ananasem albo kokosem). Ale da sie zjeść. Po obiedzie jedziemy na inną plazę
                                        (koło wioski muzułmańskiej) gdzie układam swój tyłek w płytkiej i bardzo
                                        ciepłej wodzie. Jak już na tyłku dostaję zmarszczek od wody to zwijamy się i
                                        jedziemy poszukać dobrego miejsca na fotografowanie zachodu słonca. Robimy
                                        trochę zdjęć i wracamy już po ciemku w kierunku hotelu. Po drodze wpadamy na
                                        kolacje do restauracji (zupa kokosowa z kurczakiem, krewetki z czosnkiem i
                                        zielonym pieprzem, 3xpepsi)(285THB). Zupy nie polecam - krewetki da się zjeść
                                        choć potrawa raczej egzotyczna w smaku. Po kolacji wpadamy jeszcze do kafajki
                                        internetowej (1THB za minutę) potem do sklepu 7eleven i kupujemy puszki
                                        tajskiej pepsi dla szwagierka do spróbowania (14THB za sztukę). Wracamy do
                                        hotelu i padamy na pyski.
                                        • zdzisek99 Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 19.06.07, 00:12
                                          Wstajemy, jemy śniadanie, pakujemy się. Wpadamy na plażę na ostatnią kąpiel. Po
                                          kąpieli funduję sobie mały masaż całego ciała z olejkiem (250THB/1h) - po
                                          masażu wykwaterowujemy się i jedziemy do Nathon. Odbieramy z biura podróży
                                          bilet kolejowy i wsiadamy do autobusu a nastepnie na prom do Don Sak.
                                          O 17:30 jesteśmy na stacji kolejowej w Surat Thani. Ruszam na miasto w
                                          poszukiwaniu czegoś na obiad (stragany z zarciem na ulicy wykluczam) - niczego
                                          sensownego w pobliżu stacji nie znajduję więc wpadam do sklepu spozywczego
                                          familymart i kupuję w nim 2 kawałki pizzy, hamburgera i puszke pepsi (85THB).
                                          Sprzedawczyni wrzuca mi jedzenie do piekarnika i za chwilę jedzenie jest gotowe
                                          do spożycia. Jemy na dworcu popijając pepsi z puszki przez plastikową rurkę
                                          (rurki dają tutaj do każdego napoju wraz z obowiazkową reklamowką foliową -
                                          stąd tyle smieci na ulicach). Pociąg ma odjechać 18:22 ale jest spóźniony 30
                                          minut. Kilka razy policjanci (cholera zreszta wie czy to policjanci czy
                                          SOKisci - w mundurach w każdym bądź razie) sprawdzają nam bilety na peronie i
                                          pokazują w ktorym miejscu zatrzyma się nasz wagon. W końcu pociąg przyjeżdża i
                                          mamy możliwość zakosztować kolejnego doświadczenia w Tajlandii - podróż wagonem
                                          sypialnym 2 klasy (z wentylatorem - pierwsza klasa ma klimę). No musze
                                          powiedzieć że jest to ekstremalne przeżycie. Wagon jest bez przedziałów - przez
                                          środek biegnie przejście a po obu jego stronach są siedzenia ustawione na
                                          przeciwko siebie. Jak chce się iść spać to dolne siedzenia składa się tworząc z
                                          nich łóżko a górne łóżko opuszcza się z sufitu. Nieźle ktoś kombinował. Łóżka
                                          na dole są droższe ze względu na dodatkową klimatyzację w postaci otwartego
                                          okna. Nad górnym łóżkiem rozstawione są wentylatory. Biegam jak ostatni debil z
                                          kamerą po pociągu :) Strasznie mnie to bawi – moją kobietę mniej - tak prawdę
                                          mówiąc to ona jest załamana. No ale to tylko jedna noc a jutro już wracamy do
                                          domu więc jakoś to wytrzymamy. Kładziemy się spać, gorąco jak cholera, pociąg
                                          szarpie i podskakuje na każdej krzywej szynie. Wstajemy o 5 rano po
                                          nieprzespanej nocy, pogryzieni (nie mam pojecia przez co - i wolę nie
                                          wiedzieć). Pracownik kolei składa nasze łóżka i zabiera pościel. Po pociągu
                                          biegają kelnerzy z kawą i śniadaniami (odpłatnie). Przed 6 rano jesteśmy w
                                          Bangkoku.
                                          Zostawiamy bagaż w przechowalni (110THB!) i idziemy na piechotę w kierunku
                                          Dusit. O 8:00 jesteśmy przed wejściem do ZOO w Dusit. Płacimy za wstęp (200THB)
                                          i zwiedzamy przez kilka godzin. Bardzo małe zoo ale dość sympatycznie
                                          urządzone. Mają w nim kilka ciekawych zwierzaków jak pandy czerwone oraz biale
                                          tygrysy.
                                          O 14:00 bierzmy tuk-tuka (80THB) i jedziemy na dworzec kolejowy, stamtąd
                                          idziemy do chińskiej dzielnicy kupić rambutany (25THB) i mangostany (70THB).
                                          Przy okazji kupujemy puszkę z durianem (60THB) - będziemy testować po powrocie.
                                          Wracamy na dworzec, odbieramy bagaż z przechowalni, bierzemy taksówkę i
                                          jedziemy na lotnisko (to nasz drugi raz w Tajlandii że jedziemy taksówką według
                                          wskazań taksometru - pierwszy raz z lotniska a drugi na lotnisko, poza tymi
                                          razami nikt nigdy nie chciał włączyć taksometru i ceny zawsze były umowne). Za
                                          taksowkę placimy 200THB - dorzucam kierowcy jeszcze 100THB i jest zaskoczony i
                                          szczęśliwy. Na lotnisku odprawiamy bagaż, wymieniamy bahty na euro,
                                          przechodzimy kontrolę paszportow (brak opłaty wylotowej – właśnie w trakcie
                                          naszego pobytu ją zlikwidowali) i wsiadamy do samolotu linii Cathay Pacific
                                          lecącego z Bangkoku do Hong Kongu. Przesiadka na samolot do Paryża (CDG) i w
                                          Paryżu cyrk z szukaniem stanowiska LOTu (żeby dostać karty pokładowe) – mała
                                          podpowiedź – podobno karty pokładowe LOTu można dostać w strefie tranzytowej na
                                          stanowisku American Airlines (ale nikogo tam nie było więc musiałem szukać
                                          gdzieś indziej) – druga możliwość to przejść odprawę i wyjść na halę odlotów –
                                          znaleźć stanowisko LOTu (a jak tam nikogo nie będzie to Lufthanse) i tam
                                          odprawić się bez bagaży (ja tak zrobiłem).
                                          W końcu mamy karty pokładowe, wsiadamy do Embraera i lecimy do Polski. Tak
                                          kończy się nasza trzytygodniowa podróż.
                                          • puma1 Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 19.06.07, 18:29
                                            Fajna wyprawa,choć tempo zawrotne.Przeczytałam ,obejrzałam i baardzo mi sie podobało.Parę rzeczy wykorzystam z Twojej relacji w pazdzierniku,choć mój wyjazd będzie zapewne bardzo spokojny.Pozdrawiam.
                                            Acha ,czy możesz mi powiedzieć dlaczego w Tajlandii tak konsekwentnie odmawialiscie sobie jedzenia kupowanego "na ulicy".
                                            • zdzisek99 Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 19.06.07, 19:02
                                              Odstręczał nas od tego zapach starego oleju na którym wszystko smażyli. Poza
                                              tym jedzenie na ulicy w smrodzie spalin też nie jest dla nas zbytnio atrakcyjne.
                                              Mieliśmy wiele okazji spróbowania - ale nie odważyliśmy się - myślę, że też
                                              dlatego, że jeszcze nie jesteśmy takimi prawdziwymi globtrotterami :) Jak
                                              pojeździmy więcej na własną rękę po świecie to być może w końcu się odważymy.
                                              Na razie jednak przyzwyczajeni jesteśmy do pewnego standardu (jedzenia,
                                              noclegów itp) i dlatego trudno nam się przestawić na bardziej drastyczne
                                              doświadczenia (drastyczne oczywiście w naszym rozumieniu).
                                              • majki_k Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 20.06.07, 00:39
                                                Zdzisek, bardzo fajna relacja. Tez pewnie skorzystam z Twoich doswiadczen, tym
                                                bardziej ze juz za 3,5 tygodnie wyjezdzamy.
                                                Mam pytanie do GPS'a - z jakiej mapy korzystales i czy za wyjatkiem Samui sie
                                                sprawdzila?
                                                • zdzisek99 Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 20.06.07, 09:25
                                                  Używałem map Tajlandii ściągniętych z MapCenter. Jak wyjeżdżałem to na
                                                  mapcenter była jedna mapa waypointów Kambodży więc używałem w Kambodży World
                                                  Map f-my Garmin (fatalna mapa) - ale ostatnio widziałem, że ktoś na mapcenter
                                                  wrzucił piękną mapę Kambodży więc teraz już by nie było problemu.
                                                  Najgorsza mapa jaką miałem to oprócz Kambodży - była właśnie mapa Koh Samui -
                                                  błędy były do 500 metrów.
                                                • agnitum Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 03.07.07, 10:15
                                                  Polecam :)
                                                  www.mininova.org/tor/527521
                                                  Po zrobieniu calibrates points korzystałem przy podróży po Tajlandii -
                                                  zachodnia, wschodnia i wyspy.

                                                  Ps.
                                                  Do tego oziexplorer + palmtop Asus A636N (również z oprogr. jest dobry GPS Map)

                                                  Pozdrawiam :)

                                                  Agnitum
                                                  www.rozwojduchowy.org
                                          • zdzisek99 Re: Tajlandia-Kambodża - Problemy po powrocie 19.06.07, 19:34
                                            Przed wyjazdem rezerwowaliśmy hotele w Tajlandii na stronie
                                            www.sawadee.com a hotele w Kambodży na stronie
                                            www.directrooms.com oraz bilety lotnicze Bangkok-Phnom Penh i Bangkok
                                            Chiang Mai w www.airasia.com
                                            Transakce przeprowadzaliśmy przez internet korzystając z karty kredytowej Visa
                                            Classic. Większość operacji odbyła się bez żadnego problemu - oprócz zakupu
                                            biletów lotniczych - jedna transakcja dotycząca biletu lotniczego została
                                            naliczona podwójnie za ten sam bilet. Żadnego kontaktu z airasia. Nikt nie
                                            odpisywał na maile i nie dało się z nimi w tej sprawie nic wyjaśnić. W końcu
                                            przeprowadziłem procedurę reklamacyjną w banku-wystawcy karty i kasę za tą
                                            jedną transakcję mi zwrócono. Oczywiście do ostatniej chwili przed odprawą na
                                            lotnisku nie byłem pewien czy nie wyjdą jakieś problemy z tego tytułu - bo
                                            linia uzna że bilet jest nie opłacony. Ale nie było problemu - przelecieliśmy i
                                            wróciliśmy więc uznałem że wszystko jest ok.
                                            Wróciliśmy w lutym z Tajlandii i już bym zapomniał o całym wyjeździe ale
                                            okazało się, że ktoś użył danych mojej karty kredytowej do zrobienia zakupu
                                            biletu lotniczego Chiang Mai-Bangkok (liniami Thai). Nigdy nie leciałem tymi
                                            liniami. Nigdy w Tajlandii nie korzystałem z karty kredytowej i wszystkie
                                            operacje finansowe robiłem gotówką. Tak więc okazało się, że jedna z powyższych
                                            firm z którymi przeprowadzałem internetowe transakcje (wszystkie szyfrowane)
                                            okazała się niesolidna i ktoś wyniósł z niej mój numer karty kredytowej.
                                            Oczywiście kartę musiałem zastrzec i wszcząc reklamację takiej transakcji.
                                            Dlatego też zalecam ostrożność przy posługiwaniu się kartami kredytowymi w
                                            transakcjach z tymi firmami - nie jestem w stanie wskazać skąd wyciekły moje
                                            dane - ale są spore szanse że z jednej z tych 3 firm.
                                            • Gość: JW Re: Tajlandia-Kambodża - Problemy po powrocie IP: *.hortex.pl 16.07.07, 11:38
                                              Miałem dokładnie taką samą "przygodę" - z tym że rezerwowałem hotel w Siam Reap
                                              poprzez AirAsia.com - tak więc podejrzewam tą właśnie firmę jako źródło
                                              "wyciekających numerów kart"...
                                              Po powrocie coś mnie tknęło aby sprawdzić kurs USD po jakim mi policzyli (z
                                              reguły wyrywkowo kontroluje transakcje na karcie) - zdziwienie było
                                              przeogromne... oprócz transakcji prawidłowej (czyli hotel w Siam Reap) z
                                              identyfikatorem transakcji AIRASIA xxxx było kilkanascie transakcji CEBU PHILIP
                                              (z realizacją na Filipinach) na łączną kwotę 1800 PLN. Spryciarze dokonali
                                              transakcji dosłownie 2-3 dni przed moim pobytem w Kambodży oraz kilka dni po
                                              pobycie - pewnie abym się nie zorientował...
                                              Oczywiście szybkie zastrzeżenie karty i procedura reklamacyjna w banku - po
                                              miesiącu bank uznał mi reklamację.
                                              Tak więc lepiej uważać na AirAsia.com

                                              pozdrawiam,
                                              Jarek
              • ania3013 Re: Tajlandia-Kambodża - relacja - ERRATA 24.06.07, 20:43
                cześc, mam pyatnie: piszesz ze rezerwowaliscie przeloty liniami air asia, ja
                własnie mam zamiar zrobić to samo, aż cztery przeloty, też tajlandia-kambodża.
                Moje pytanie jest takie: czy po rezerwacji, zapłacie kartą kredytową za przeloty
                przez inyternet dostaje się bilet elekrtoniczny?? czy jakieś potwierdzenie,
                które poddlega wymianie na bilet na lotnisku?? czy trzeba może to potwierdzenie
                wymienić na bilet w ich jakims tam biurze w bangkoku?? sorki, moze pytanie durne
                ale bedę to robic peirwszy raz i stąd takie kłopoty:))
                • zdzisek99 Re: Tajlandia-Kambodża - relacja - ERRATA 25.06.07, 11:38
                  Po zapłacie dostaja się mailem voucher w pdfie - trzeba go sobie wydrukować i
                  tyle (ważny jest na tym potwierdzeniu tylko numer rezerwacji). Na lotnisku
                  idzie się do odprawy i teoretycznie powinno się okazać ten voucher ale nikt
                  tego nie sprawdza - odprawa jest na podstawie paszportu - patrzą na nazwisko i
                  sprawdzają w komputerze czy jest taka osoba na liście. Jak jest to dają kartę
                  pokładową i odprawiają bagaże.
              • ania3013 Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 02.07.07, 08:59
                dzięki:)) jutro wyjeżdżam i przyznaje - zaczynam miec dyga, tym bardziej, ze
                tym razem lece bez męża, zabieram mamę, zeby jej pokazać jak tak naprawdę się
                podróżuje:)))a mama pierwszy raz "nie z biura" a po ang. tylko "senk ju" :))
                dwie blondynki z plecakami na plecach przez Tajlandię i kambodżę!! bedzie
                extra!
                • zdzisek99 Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 02.07.07, 15:23
                  No i nie ma się czego obawiać - tym bardziej, że angielski to tam wiele nie
                  pomoże ale ludzie są mili i uczynni.
                  Dacie sobie spokojnie radę - my też mieliśmy masę obaw przed wyjazdem bo to był
                  pierwszy raz bez biura - ale jak widać żyjemy - żadnych problemów nie mieliśmy
                  i wszystko zaliczyliśmy dokładnie tak jak planowaliśmy przed wyjazdem.
                  Najprościej było w Kambodży ponieważ przez cały nasz pobyt w Siem Reap cały
                  czas jeździliśmy z wynajętym kierowcą. Najtrudniej jest chyba w Bangkoku
                  (przynajmniej na początku) - ale to i tak żadna trudność - a im więcej masz
                  kasy do dyspozycji tym łatwiej się podróżuje :)
                  • beta202 Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 03.07.07, 21:38
                    Wspaniale czytało sie opowiesci z wyprawy.Rok temu byłam miesiac w Kambodży i
                    Tajlandii-tez sami organizowaliśmy wszystko ale przyznaję że nie zobaczyłam
                    nawet połowy z tego.Trochę mniej elegancko mieszkaliśmy troche odwazniej
                    jedliśmy nawet ze stoisk ulicznych.Jedzeniem na wybrzeżu kambodzańskim jestem
                    zachwycona.Zresztą cały wyjazd uwazam za podróż życia dlatego każde słowo które
                    napisałeś smakowałam jak delikates.Pewne przygody mieliśmy wspólne o innych nie
                    masz pojęcia bo w porównaniu z naszymi zyłeś w bajkowych warunkach.Masz
                    wspaniały dar przekazywania obrazów i akcji,poczekam na następną wyprawę.Pozdrawiam.

                    • zdzisek99 Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 05.07.07, 22:45
                      Dziękuję za te miłe komplementa :) Człowiek raduje się, że ktoś to czyta i
                      raczy docenić stopień zużycia klawiatury.
                      Zdaję sobie sprawę, że narzuciliśmy sobie niezłe tempo zwiedzania ale żal było
                      tego wszystkiego nie zobaczyć skoro była okazja - a następna może się nieprędko
                      powtórzyć. Zawsze na wyjazdach jestem czymś zachwycony i obiecuję sobie, że
                      jeszcze tam wrócę ale świat jest taki wielki i tyle jest na nim jeszcze do
                      zobaczenia, że nigdy nie jestem pewien czy uda się znowu wrócić w te poznane
                      już miejsca.
                      Obiecuję, że jak tylko gdzieś znowu pojedziemy to postaram się na bieżąco
                      spisywać wrażenia które potem opublikuję - skoro tylko ktoś chce to czytać.
                      Pozdrawiam!
                      • Gość: krogulec Re: Tajlandia-Kambodża - relacja IP: 213.42.21.* 07.07.07, 14:24
                        Witam, ja tylko króciutko na temat jedzenia w Bangkoku na ulicy. Nie odmawiajcie
                        sobie. Wrażenia smakowe są nie do opisania. Czekam z niecierpliwością na kolejny
                        pobyt w BKK tylko po to, żeby znowu jeść przez cały dzień. Spędziłam tam parę
                        dni i nie jadłam nigdzie indziej niż tylko i wyłącznie na ulicy. Jedzenie jest
                        świeże każdego dnia, mam wielu znajomych z Tajlandii, którzy to potwierdzają.
                        Osobiście nie miałam żadnych problemów żołądkowych (ale mój żołądek jest dość
                        szczególny, przeszedł wiele w dzieciństwie, nie będę pisać co, bo to troszkę
                        obrzydliwe). Życzę smacznego :-)
                          • lara_croft Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 14.07.07, 20:55
                            Nie zauwazyłam albo nie doczytałam - ile trwała Twoja wycieczka?
                            Na ile wczesniej ją planowałes?
                            No i pytanie najmniej elegnackie, ale ponieważ czesciowo pisałes o kosztach a i ja pytam nie z zamiarem zagladania do Twojej kieszeni - ile Was to kosztowało?
                            Tak pi razy drzwi, zebym mogła chłopa swego slubnego na to psychicznie przygotowac ;)

                            Myslę o podobnym wyjeździe w grudniu (chciałabym) i dopiero zbieram wszelkie info.
                            • zdzisek99 Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 16.07.07, 18:05
                              Wycieczka trwała 21 dni.
                              Zacząłem ją planować 2 miesiące przed wyjazdem (jak kupiłem bilety lotnicze to
                              wtedy zacząłem robić plan co w tym czasie zmieścić).
                              Całkowity koszt wyjazdu (bilety, noclegi, wyżywienie, transport, pamiątki i
                              wszystko co opisane w relacji - łącznie z wizami i prowizjami za ich
                              załatwienie) wyniósł nas 4800USD (w sumie dla 2 osób).
                              • Gość: Filip Re: Tajlandia-Kambodża - relacja IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.07.07, 18:40
                                Waw to dużo nawet bardzo 7 tys zł na łepka na 3 tyg. jak na Tajlandię to sporo.
                                Taki wyjazd można zrobić znacznie taniej.jestem pewien, ze w 4 - 4,5 tys złi to
                                na miesiąc można się spokojnie zmieścić. Tyle, ze to nie będzie taki lux
                                standart. Nie mam teraz zamiaru Ciebie dykredytować. Chodzi mi tylko o to, zeby
                                nie starszyć zawrotną sumą tych którzy aż tak dużych pieniędzy nie mają.
                                • zdzisek99 Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 17.07.07, 07:42
                                  Każdy jeździ tak jak lubi. Jak chcesz żywić się na ulicy, mieszkać w guest
                                  house'ach i podróźować autobusami po kraju - wyjdzie na pewno taniej. nie
                                  sądzę, żeby Ci taniej wyszło jak będziesz chciał mieszkać w przyzwoitych
                                  warunkach hotelowych, będzie Ci szkoda czasu na dłuższe przemieszczanie
                                  autobusami i zamiast tego będziesz latać samolotami.
                                  Za 1500 zł które Ci zostanie po doliczeniu biletu lotniczego to tam wiele nie
                                  powojujesz - a już w Siem Reap na pewno.
                                  • lara_croft Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 17.07.07, 10:32
                                    Zdzisek - dzieki za tak szczegółowe i uczciwe przedstawienie kosztów.
                                    Zgadza się ze zawsze mozna taniej jakimś kosztem. My decydujemy czy chcemy isc
                                    na takie czy inne ustępstwa.

                                    Chciałam się zorientować jakiego rzędu są to koszty - od czego wogóle startować
                                    i czy mam wogóle strartować. ;)

                                    Ze względów oczywistych planowany przeze mnie termin grudniowy nie wchodzi w
                                    grę - ceny biletów sa wtedy zabójcze.
                                    Będzie to, jesli dojdzie do skutku, wyjazd w okolicy marca- kwietnia. Wiem ze w
                                    tedy pogoda będzie mozno nieznośna, ale po przeczytaniu kilku wątków widze ze
                                    wyjazdy w tych terminach też są planowane i da się przezyc.

                                    Dzięki za info!
                                    • zdzisek99 Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 17.07.07, 16:46
                                      Grudzień może i najdroższy ale my byliśmy pod koniec stycznia i udało nam się
                                      kupić dość przyzwoicie bilety na ten okres. Oczywiście nie latamy aeroflotem
                                      więc cena była wyższa ale jakbyś dobrze poszukała to myślę, że za 3000 zł można
                                      by kupić (znalazłem na aero za 2983.85 zł (LOT+LTU) wylot 21.01 powrót 14.02 -
                                      ale myślę, że jakbyś poszukała dobrze to znajdziesz coś atrakcyjniejszego w
                                      standardzie za podobną cenę).
                                  • Gość: Filip Re: Tajlandia-Kambodża - relacja IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.07.07, 13:23
                                    Owszem warunki będą gorsze niż te opisane przez Ciebie bez dwóch zdań. Ale za
                                    te pieniądze można zobaczyć dokładnie to, co Ty i jeszcze więcej także Siem
                                    Reap!
                                    A przyzwoity (według mnie) pokuj dwuosobowy (klima, ciepły prysznic - co w tym
                                    klimacie nie jest koniecznością, czysto i schludnie) można dostać już od 8 USD.
                                    To też zależy od miejsca, bo na wyspach jest drożej a na pn. znacznie taniej.
                                    A jedzenie na ulicy – jedni jedzą inni nie. W knajpie jest drożej ale nie jakoś
                                    masakrycznie.
                                    • zdzisek99 Re: Tajlandia-Kambodża - relacja 17.07.07, 16:32
                                      Nie wiem czy zobaczyłbyś więcej - jak chcesz oszczędzać kasę to będziesz
                                      podróżował autobusami - ile zajmie Ci czasu dojazd z Bangkoku do Siem Reap (bo
                                      o Phnom Penh to nawet nie wspomnę - większość ludzi autobusami z Bangkoku
                                      jeździ do Siem Reap). Dolicz sobie do tego czas dojazdu z Bangkoku do Chiang
                                      Mai (autobusem oczywiście - bo najtaniej) - i zobaczymy czy uda Ci się więcej
                                      za mniej w tym samym czasie. Zresztą to jałowa dyskusja. Mnie nie wystarczy do
                                      szczęścia pokój w guest housie z brudnym prysznicem za 8$ - jak Tobie wystarcza
                                      to jedź - droga wolna - nie zapomnij tylko potem napisać relacji na forum -
                                      żeby inni mogli jeździć tak samo tanio jak Ty.
                                      • Gość: Filip Re: Tajlandia-Kambodża - relacja IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.07.07, 17:28
                                        Ja preferuje tanie podróżowanie (co nie oznacza życia w brudzie i skrajnej
                                        nędzy bo pokoje choćby za 8 USD jak się troszkę poszuka są naprawdę przyzwoite
                                        i nie są brudne jak twierdzisz.
                                        Masz rację jest to jałowa dyskusja i nie ma sensu jej kontynuować. Każdy jeździ
                                        jak lubi i chce. Każdy rodzaj podróżowania ma swoje plusy i minusy i każdy może
                                        się zdecydować co mu bardziej odpowiada.

                                        A co do przejazdów to łodzią z Siem Reap-Phnom Penh 5h
                                        A BKK- Siem Reap 10h
                                        Owszem trochę czasu zyskujesz latając samolotem, ale autobusem możesz
                                        podróżować nocą (w trakcie której i tak raczej się nie zwiedza i nie ogląda) a
                                        z samolotu zobaczysz zupełnie co innego niż z łodzi – z jednej strony więcej a
                                        z drugiej - mniej.
                                • Gość: ruger Re: Tajlandia-Kambodża - relacja IP: *.ip.adam.com.au 06.02.08, 07:12
                                  Dziekuje za tak interesujace streszczenie Twoiej wyprawy
                                  przeczytalem wszystkie zadales sobie troche trudu zeby to wszystko
                                  opisac napewno w jakims stopniu dzieki Tobie zwiedzilem kantry
                                  Tailandi, kilka uwag przyda mi sie.Jestem nieraz w Taj. przewaznie
                                  jak lece do Polski to polowa drogi odpoczywam kilka dni idalej albo
                                  z powrotem ale przewaznie jestem w Bkk. albo pattaya wtym roku tez
                                  no moze moze zalicze kambodze imalezje albo wietnam ja mam urlop to
                                  musze wypoczac.jeszcze raz dziekuje
    • Gość: Beta 202 Re: Tajlandia-Kambodża - relacja IP: *.chello.pl 17.07.07, 17:32
      Byłam w ubiegłym roku przez miesiąc w Tajlandii,Kambodży i Hongkongu/połowa
      sierpnia i września.pora deszczowa ale nie było źle.Cały wyjazd wraz z
      pamiątkami i prezentami to 5.000zł.Nie były to luksusowe hotele ale nie te z
      ,,dna''.Przejazdy autobusami,promem i busami.Kilka wycieczek z
      nurkowaniem.Samoloty dają więcej czasu na zwiedzanie ale jak kasy mniej
      to...Jedliśmy pyszne jedzonko zwłaszcza w Kambodży czasem na plaży.Każdy ma
      szanse zdecydować o sposobie na wyjazd i to nie podlega dyskusji.Należy czytać i
      wybierać to co nam odpowiada,uczyć sie jak uniknąć pewnych wpadek i chwytać
      pomysł.Są turyści i podróżnicy i jednym zazdrościmy innych podziwiamy.

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka