rapid130
18.12.05, 21:05
O jak ja nie znoszę jeździć do serwisu!!!!!
Moja domowa popierdówka Made in Japan pojechała w piątek do ASO.
Do nowego ASO, bo stare padło wskutek recesji.
Rutynowy przegląd po 75 tys. km.
Zaczynam się denerwować już na wejściu, gdy konsultant serwisowy na zleceniu
przeglądu notuje moje specjalne życzenia.
Gładko przełyka polecenie utrzymania ciśnienia powietrza w oponach na
poziomie 2,2 / 1,8 kG/cm kw. (niwelujące wkurzającą mnie dość mocną
podsterowność na zakrętach), zamiast zalecanego kompromisowo 2,0 / 2,0 kG/cm
kw. To poziom w sam raz dla gospodyń domowych ;))))) nie mających zielonego
pojęcia o trakcji samochodu z przednim napędem i nie wiedzących, że wypada
zwiększyć ciśnienie w tylnych oponach przewożąc z tyłu dwóch puszystych
pasażerów lub cięższe przedmioty.
Niestety, konsultant stawia czynny opór, gdy życzę sobie oleju syntetycznego
do silnika.
W instrukcji ASO rzeczywiście stoi jak byk – zalecany olej 10W/40.
Ostatni raz wlewałem takie smarowidło do idealnie chodzącego silnika 17-
letniej Skody o nieznanym przebiegu.
A silniczek popierdówki jest przynajmniej trzy-cztery generacje młodszy i ma
nieduży, całkowicie udokumentowany przebieg. Może nie posiada stada zaworów,
tylko te obowiązkowe, po dwa na cylinder. Ale jest cały odlany z alu i ma
popychacze hydrauliczne. Do tego drążony wał korbowy dla zmniejszenia wagi i
drążony wałek rozrządu. No i z pewnością dużo mniejsze niż w Skodzie luzy
montażowe ruchomych części.
Problem tkwi chyba tylko w tym, że zaprojektowano go na przełomie lat 70. i
80.
Zalecenie „najwyżej 10W/40” zalatuje mi na odległość hipokryzją producenta.
Żal było wydawać kasę na weryfikowanie przydatności nowszych olejów w starym
modelu.
Żal było wydawać kasę dla zbadania skutków wydłużenia okresu między
przeglądami z 10 (dawniej) do 15 tys. km (teraz).
Przecież po co wydawać na to kasę??
Żeby auto wytrzymało 15 lat?
Zamiast 8-10?
Widzę natomiast mocną rekomendację dla syntetyka - popierdówka parkuje pod
dachem, ale na świeżym powietrzu. Także zimą.
Te argumenty nie trafiają do konsultanta. Burczy, mruczy.... Widzi, że
zaczynam zaciskać szczęki, więc w końcu wpisuje w kartę zlecenia „5W/50”, ale
zastrzega, że to na moją odpowiedzialność. Że jak coś zatrę, popsuję, to
producent nie uzna reklamacji w ramach gwarancji.
- „Już ja ci zatrę ten silnik syntetykiem....” – złorzeczę w myślach. – „I
mam w d.... waszą gwarancję, która kończy się za 5 miesięcy. A i tak, gdyby
przyszło do wymiany, zaczęłaby się pewnie tradycyjna ciuciubabka klient –
serwis. Ja pracuję na własną gwarancję. Minimum 10 lat lub 200-250 tys. km”.
Zlecenie przyjęte.
Kluczyki oddane.
Zwyczajowo klient jest niemile widziany na warsztacie.
Bo jeszcze wpadnie do kanału. Którego nie ma, gdyż są tylko elektryczne
podnośniki ;)
Samochód znika mi z oczu na całe 5 godzin.
Oddany w obce łapy.
- „Nie lubię, nie lubię…”
Zatem poczekalnia, kawusia i zeszmacone gazetki sprzed trzech miesięcy.
Cały czas siedzę jak na szpilkach, z przykrym poczuciem totalnego braku
kontroli.
Tym większym, że znam się nie chwaląc ;) znakomicie na samochodach.
Potrafię skutecznie grzebać w aucie samemu, ale teraz po prostu nie mam na to
czasu!
A z kilkunastu lat doświadczeń z mechanikami pozostały mi dwa skrzywienia.
Primo: nie znoszę oddawać samochodu w ich ręce bez żadnej kontroli.
Kiedyś mechanik z oplowskiego ASO B. z Poznania podłączył się do wtyczki
diagnostycznej mojego Kadetta, żeby wykryć powód świecenia check-engine i
dziwnych zawahań przy przyspieszaniu. Nie znalazł nic, więc wsiadł za
kierownicę i wyruszył Oplem na dwupasmówkę. Wrócił po 10 minutach.
Opel zionął smrodem rozgrzanej gumy, tudzież przypalonych okładzin sprzęgła i
hamulców. Przez poprzednie 100 tys. km NIGDY nie udało mi się doprowadzić
tego auta do podobnego stanu „aromatycznego”. Mechanik wysiadł z cynicznym
uśmiechem, bezradnie rozłożył ręce, a na koniec skasował 112 PLN.
Secundo: lubię obejrzeć samochód dokładnie samemu, tam gdzie słońce nie
dochodzi.
Pańskie oko konia tuczy.
Przy naprawach jestem spokojniejszy, gdy patrzę co robią mechanicy.
Nie przeszkadzam, nie włażę im na plecy. Interweniuję tylko, gdy widzę że
robią błąd.
A robią błędy. Gdy wykazywałem się wobec nich pełnym zaufaniem, dostawałem po
łapach. Raz zgubiłem tylne koło. Odjechałem z bębnem hamulcowym przy 100
km/h. To znów jakiś czas słodko nieświadomy jeździłem z przekręconym gwintem
przegubu łączącego drążki kierownicze.
* * *
Po 3 godzinach przelatuje zabiegany konsultant.
Informuje uprzejmie, że samochód właśnie wjeżdża do mycia.
Syzyfowa praca – na zewnątrz leje. Ale co tam, usługa wliczona w cenę.
Po następnych 90 minutach dowiaduję się, że kończą mycie.
„ - Hmmmm.... przez ten czas, to chyba wyszorowali nawet felgi od środka”.
Wreszcie w piątej godzinie…
Tadaaaaaa!
Dostaję rachuneczek na 710 PLN.
Zerkam na listę.
Jest na niej pracowicie wykłócony olej 5W/50. Dalej filtr oleju, świece
zapłonowe, płyn chłodzący. płyn hamulcowy. Do tego koszt przeglądu 335 PLN.
Znaczy się obsługa musiała być full wypass.
Po za tym nie wiem nic!
Nie wiem na ile rokują klocki hamulcowe.
Nie wiem w jakim stanie są gumowe osłony przegubów.
Nie wiem, czy nie zaczyna gdzieś rdza wyłazić.
Nie pytają mnie, czy życzę sobie obejrzeć stare elementy.
To wszystko trwało o wiele za długo, więc płacę.
Z dojmującą świadomością, że tak naprawdę kupuję kota w worku.
Czy będzie ładny, z błyszczącą sierścią, czy ostrupiały i brzydki to się
okaże.
Cały czas stoją mi przed oczami artykuły z gazet motoryzacyjnych.
Oto używany samochód z kilkunastoma spreparowanymi usterkami trafia na
rutynowy przegląd do ASO. Usterki są przygotowane w taki sposób, że można je
wykryć robiąc przegląd rzetelnie.
I co? Nie ma bezbłędnych. Ale co gorsza, statystycznie 2/3-3/4 Autoryzowanych
Stacji Obsługi w Polsce „przewala” przeglądy koncertowo, nawet w przypadku
renomowanych marek!
Zwyczajowo wymienia się oleje, płyny, świece, ale na „detale” nie ma czasu.
Następny „jeleń” czeka w kolejce.
W piątek nie zweryfikowałem kota w worku na podjeździe ASO, bo lało jak z
cebra. Zrobiłem to dzisiaj, pod domem, przynajmniej tam gdzie dało się
zajrzeć bez kanału.
Olej – widać, że zmieniony. Czy syntetyk? Diabli wiedzą.
Płyn chłodzący – zmieniony. Nowy jest niebieski. Oby tylko nie jakieś
badziewie z wyprzedaży w supermarkecie…
(Trochę lepiej…)
Płyn hamulcowy – zmieniony.
Nowy ma śliczny złoty kolor.
Barwa znakomicie koresponduje z ceną.
64 PLN / 1 szt. (!)
(Coraz lepiej! Mimo sążnistych cen pojawia się lekki cień zaufania do ASO)
Wreszcie zaglądam tam, gdzie nie kumaty klient ASO nie zagląda.
Bo przecież nie musi umieć rozbierać własnego auta.
Rozkręcam obudowę filtra powietrza.
Otwieram i szlag trafia zalążki zaufania.
Z papierowego wkładu filtra wytrzepuję pokłady kurzu, piasek, suche liście,
zdechłe muchy.
A więc tutaj nie zajrzeli…
„Czynności w ramach przeglądu po 75,000 km:
(…)
- inspekcja filtru powietrza,
(…)