Gość: 130rapid
IP: *.pila.cvx.ppp.tpnet.pl
29.11.02, 21:12
Nakulałem 800 km w ciągu 24 godzin i po tych kilkunastu godzinach stresu na
głównych drogach mam przykre spostrzeżenie o tym jak się u nas zabiera do
wyprzedzania.
Trasa nr 11 Pleszew - Poznań.
Za starym jelczem z naczepą (60-70 km/h) ciągnie kolumna - dwa osobowe, tir,
parę osobowych i ja na końcu ogonka. Wreszcie prosta, przerywana linia.
Jakieś światło mignęło na horyzoncie.
Poszły! Pierwsza Astra (miała czystą sytuację), za nią SC (jeszcze OK,
chociaż światła z naprzeciwka były coraz bliżej), tir (widać było, że
obciążony więc szło mu to wolno), za nim osobówka, i następna, i następna, i
następna (chociaż już absolutnie nie widzieli co dzieje się na przeciwnym
pasie).
Kilka sekund później zaczynają się rozpaczliwe ucieczki do kolumny, wciskanie
między jadących prawym pasem, mruganie światłami, ostre hamowanie, etc.
Wreszcie wszyscy się pochowali do kolumny. I wtedy widać, że z naprzeciwka
jedzie wolno SC. Prawymi kołami toczy się po trawie. Mijam się z nim akurat,
gdy wraca na jezdnię. Biedak nie miał żadnych "pleców" (np. choćby jednego
tira) i "husaria" bez pardonu zepchnęła go do rowu. Wkurzony popalił klocki,
pomrugał długimi, pogryzł kierownicę ze złości, ale jest żywy i jechać dalej.
Polskie wyprzedzanie odbywa się metodą:
"Najważniejsze zacząć, a potem się zobaczy".
(A ja wyprzedziłem jelcza pół kilometra dalej. Legalnie, nikogo nie strasząc.
Półtora kilometra dalej dogoniłem tę całą "husarię". Właśnie szykowała się do
ataku na następną ciężarówkę).