Gość: okee
IP: *.nowa-wies.sdi.tpnet.pl
19.09.03, 22:53
Oglądałem wczoraj przez przypadek program w TVP - tytuł miał: Czy można było
tego uniknąć? - albo jakoś tak...
Historia była taka: gość jechał grzecznie swoim pasem. Wyjechał pod górkę,
było po łuku, zaczął z niej zjeżdżać. Nagle przed sobą zobaczył walącą
prosto na niego ciężarówę, która pod górę, na łuku mijała inną. Efekt był
oczywisty, bum, kraksa, gość do teraz jeździ na wózku. Kierowcy ciężarówy
nic się nie stało. Ale wiecie co mnie najbardziej przeraziło? Żona tego
gościa na wózku opowiadała, że jak się spotkała z kierowcą ciężarówki na
rozprawie, to tamten oczywiście przepraszał itp itd, ale powiedział do niej,
że przecież: mąż mógł zjechać, to było w nocy, widział na pewno światła,
miał miejsce.
Hm, być może miał i miejsce, być może mógł przewidzieć, że coś za górką
będzie nie tak. Powala mnie jednak logika, którą wyznawał i ten kierowca
ciężarówki: on mógł pomyśleć za mnie i za mnie zapewnić mi bezpieczeństwo.
Przecież to jest jakiś horror!!!
Facet, który prowadził program, skomentował to w ten sposób: może ten
kierowca miał swój WŁASNY KODEKS DROGOWY? Może rzeczywiście, bo przecież o
braku wyobraźni to chyba nie ma co tutaj już pisać, nie?
Niestety, takie zachowania widać bardzo często. Polecam zwłaszcza podróż
pomiędzy Krakowem a Tarnowem "czwórką". Jeden pas do jazdy w każdym kierunku
i szerokie pobocze. Jest tam albo wymuszanie, by wolniejsze auta zjeżdżały
na pobocze, albo po prostu bonsai! do przodu i niech się martwią o siebie (i
o mnie!!!), ci, którzy jadą z naprzeciwka. Niestety, nikt nie tępi takich
zachowań, i rzeczywiście muszę myślęć za kogoś, kto jedzie prosto za mnie i
uciekać w bok, żeby nie wpaść na czołówkę. Tylko dlaczego? Czy przypadkiem
nie jest tak, że jeśli nie mam warunków do wyprzedzania, to nie wyprzedzam?
Co jest do cholery z większoścuia kierowców, którym baaaardzo, baaaardzo się
spieszy? Za jakie grzechy ja mam myśleć za nich?
Ja naprawdę chcę dojechać bezpiecznie do celu. Jeśli można, to wyprzedzę,
jeśli mozna to pocisnę. Ale nie chcę, by w końcu władował się we mnie jakiś
palant, który za pewnik uzna, że ja ustąpię mu miejsca...