Dodaj do ulubionych

Dziennikarskie określenia których nie znosicie

03.05.05, 12:40
Chodzi o pewne powtarzające się zwroty czy słowa, a nawet pewne konstrukcje,
które denerwują Was w recenzjach. Pytam i z ciekawości, i z chęci ewentualnego
uniknięcia pewnych sztampowych określeń we własnych pseudorecenzjach, bo na
pewno mimo starań często mi się to również zdarza. Większość z Was też coś
czasem pisze, może przyda nam się taki wątek?

Mnie się najbardziej nie podobają słowa/zwroty, które albo nic, w gruncie
rzeczy, nie znaczą, ale brzmią ładnie i się ich używa, albo są w recenzjach
mocno nadużywane, pomimo iż w codziennym języku prawie się ich nie używa.

Stąd na przykład tak ładne i bardzo przeze mnie lubiane słowo jak "oniryczny"
zdązyło mi już zbrzydnąć. Jeszcze większe westchnienie wywołuje określenie
"rozedrgany", myślę że to takie słowo-wytrych które wszędzie pasuje.
Najgorzej jest z "ewokowaniem", dla mnie już zupełnie niezrozumiałym, ale to
na szczęście pojawia się tylko w wybranych serwisach internetowych. Dawno temu
po przeczytaniu "Małego Księcia" polubiłem słowo "efemeryczny" i do dziś
chętnie go używam, ale zauważam niestety rosnącą popularność - trzeba się
będzie przerzucić na zwykłe "ulotny"?

Bardzo często takie zwroty można łatwo zastąpić czymś prostszym, ale nie
wyglądało by to tak profesjonalnie/lirycznie. Z drugiej strony samo
stylizowanie tekstu jest czymś bardzo fajnym (szczególnie przy "klimatycznych"
płytach). Jeśli jest umiejętne, znacnie lepiej wprowadza w nastrój albumu niż
jakiekolwiek techniczne czy szufladkowe opisy. Chyba chodzi o jakąś
"nieuchwytną" ;) granicę, równowagę?

Zapraszam.
Obserwuj wątek
    • grimsrund Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 03.05.05, 12:47
      Słowa:
      ewokować
      hook
      recwriting

      Konstrukcje:
      "tego wywiadu miało nie być"
      "Anna Gacek"

      To na początek :))
      • pytajnick Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 03.05.05, 13:01
        > Słowa:
        > ewokować

        2:0

        > hook

        To jeszcze dodam
        - "groove"
        - "sound"

        > recwriting

        Tego nie znam...?

        > Konstrukcje:
        > "tego wywiadu miało nie być"
        > "Anna Gacek"

        LOL
        • kubasa Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 03.05.05, 15:33
          pytajnick napisał:

          > To jeszcze dodam
          > - "groove"

          Why?
        • kubasa Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 03.05.05, 15:34
          Nie lubie kiedy recenzent pisze: "co prawda plyta ta niej jest w ogole
          oryginalna, ale za to ma ladne melodie". Strasznie to naduzywane.
    • ilhan Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 03.05.05, 13:05
      Jest tego trochę.

      Przede wszystkim, choć to nie do końca w związku z tematem, nie znoszę zdrobnienia "recka".

      Poza tym nie lubię takich pasujących wszędzie wypełniaczy.
      "intrygujący"
      "ciekawy"
      "polecam"/ "godny polecenia"
      itp.

      Plus: "napisał on", "nagrali oni", "śpiewa ona" - wypracowaniowe.

      Śmieszą mnie też strasznie te "slangowe", "rockerskie" wstawki typu "wiosłowanie", "wypierd", "wygrzew", "dziażyć" itp. - no duży LOL.
      • pytajnick Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 03.05.05, 15:21
        ilhan napisał:
        > Przede wszystkim, choć to nie do końca w związku z tematem, nie znoszę
        > zdrobnie nia "recka".

        Ja nawet nie do końca rozumiem, jak ono powstało. Ale to chyba w recenzjach się
        nie zdarza - tylko w potocznej internetowej mowie?

        > Śmieszą mnie też strasznie te "slangowe", "rockerskie" wstawki typu
        > "wiosłowanie", "wypierd", "wygrzew", "dziażyć" itp. - no duży LOL.

        i "Łojenie", i "ostra jazda", i "odjechane" ;)

        Z cyklu na co dzień rzadko używane, w recenzjach ciągle: "motoryczny" i
        "neurotyczny".

        Inne: "Po prostu robią swoje", "koda", "opener". Hm, mam mieszane uczucia na
        temat "powalający" i "połamany", bo czasem wydają się potrzebne, ale czasem
        używane jakby na wyrost.
        • mmakowski Re: koda 03.05.05, 16:17
          pytajnick napisał:

          > Inne: "Po prostu robią swoje", "koda", "opener".

          Co jest nie tak z kodą?
          • pytajnick Re: koda 03.05.05, 16:38
            Ni to spolszczenie, ni to czyste zapożyczenie... Ale nie rzuca się w oczy tak
            jak 'groove' ;)
            • mmakowski Re: koda 03.05.05, 16:52
              pytajnick napisał:

              > Ni to spolszczenie, ni to czyste zapożyczenie... Ale nie rzuca się w oczy tak
              > jak 'groove' ;)

              To jak najbardziej poprawne okreslenie z dziedziny teorii muzyki. Zob.
              sjp.pwn.pl/haslo.php?id=24259
            • aimarek Re: koda 03.05.05, 16:55
              "Koda" to chyba akurat normalne słowo funkcjonujące w języku polskim.
              Z kolei "groove" nie razi mnie jakoś bardzo. Chwilowo nawet nie potrafię znaleźć
              sensownego odpowiednika w naszym języku.

              Najbardziej denerwują mnie natomiast zwroty o rodowodzie pamiętnikowym (blogowym?):
              - patetyczne apostrofy skierowane do wykonawcy - np. "Adrianie! Zmiażdżyłeś mnie
              tą płytą!!!", "Znowu to zrobiliście! Znowu przez Was jestem na kolanach!"
              - metakomentarze odsłaniające kulisy procesu tworzenia recenzji - np. "długo
              zastanawiałem się jak zacząć tę recenzję", "wszystko co tu napiszę będzie
              banalne" - skoro tak, to po co piszesz? :P
              - natchnione metafory opisujące stany psychosomatyczne jakich doświadcza autor
              recenzji (podmiot liryczny?) w trakcie słuchania danej płyty - "gdy słucham tego
              Arcydzieła, zamykam oczy i odpływam w nieznane", "ten utwór sprawia, że rozpadam
              się na kawałeczki"

              Oprócz tego zwroty w stylu: "przywraca wiarę w muzykę rockową", "nie wymyśla
              prochu".
              Oczywiście z faktu, że uważam powyższe sformułowania za maksymalnie czerstwe,
              nie wynika, że ich nigdy nie używam. Czasem "w ferworze walki" coś podobnego mi
              się nie chlapnie :P.
              • aimarek Re: koda 03.05.05, 16:57
                aimarek napisał:

                > Czasem "w ferworze walki" coś podobnego mi
                > się nie chlapnie :P.

                chlapnie*
              • ilhan Re: koda 03.05.05, 17:48
                Nie no koda jest ok, popieram przedmówców.
                Co do "metakomentarzy", wprost nie znoszę rozważań nt. wystawianej oceny.
                Typu: "daję osiem, a byłoby dziewięć gdyby nie słabe solówki", "za ten jeden utwór podwyższam im z szóstki na siódemkę". Brrr.
                • glebogryzarka1 Re: koda 04.05.05, 14:09
                  > Co do "metakomentarzy", wprost nie znoszę rozważań nt. wystawianej oceny.
                  > Typu: "daję osiem, a byłoby dziewięć gdyby nie słabe solówki", "za ten jeden
                  > utwór podwyższam im z szóstki na siódemkę". Brrr.

                  A ja lubię - taka zabawa w wysokiego sędziego. Tzn. czytać nie wiem czy lubię,
                  ale stosować owszem :)
                  • ilhan Re: koda 04.05.05, 14:17
                    glebogryzarka1 napisał:

                    > > Co do "metakomentarzy", wprost nie znoszę rozważań nt. wystawianej oceny.
                    > > Typu: "daję osiem, a byłoby dziewięć gdyby nie słabe solówki", "za ten je
                    > den
                    > > utwór podwyższam im z szóstki na siódemkę". Brrr.
                    >
                    > A ja lubię - taka zabawa w wysokiego sędziego. Tzn. czytać nie wiem czy lubię,
                    > ale stosować owszem :)

                    Ale: po pierwsze - to sprawia wrażenie jakby wystawiana ocena była wyliczana wg jakiegoś wzoru; po drugie - co czytelnika tak naprawdę to obchodzi? Ocena powinna wg mnie wynikać z treści recenzji, postawionych tam zarzutów czy przyznanych pochwał. Inteligentny czytelnik sam domyśli się, że te pierwsze notę obniżają, a drugie podciągają. A tak - sprawia to trochę wrażenie, jakby istotą recenzji była dla piszącego przyznawana płycie cyferka.
                    • pytajnick Re: koda 04.05.05, 16:49
                      > Ale: po pierwsze - to sprawia wrażenie jakby wystawiana ocena była wyliczana wg
                      > jakiegoś wzoru; po drugie - co czytelnika tak naprawdę to obchodzi? Ocena powi
                      > nna wg mnie wynikać z treści recenzji, postawionych tam zarzutów czy przyznanyc
                      > h pochwał. Inteligentny czytelnik sam domyśli się, że te pierwsze notę obniżają
                      > , a drugie podciągają. A tak - sprawia to trochę wrażenie, jakby istotą recenzj
                      > i była dla piszącego przyznawana płycie cyferka.

                      I to co napisałeś prowadzi do jakby mojego głównego "zarzutu" wobec stosowania
                      ocen. Recenzenci swój stosunek do albumu w tychże cyferkach wyrażają (chyba że
                      się boją i oceniają neutralnie bądź jak wszyscy inni), a tekst piszą już często
                      mechanicznie, bo trzeba, opisując po prostu co na płycie. A nawet skupiają się
                      na pojedynczych utworach i słowach piosenek, gdy piszą recenzję na 2000 znaków...

                      I potem nie wiadomo, czy z przyjemnością tej płyty słuchali, czy tylko musieli
                      posłuchać do recenzji. A nawet jeśli się męczyli, to też tego często nie widać -
                      chyba, że świadczyć o tym mają dwie gwiazdki obok. Dla mnie to zdecydowanie za
                      mało. Skoro mogę sobie poczytać na AMG jaki to gatunek i styl, jeśli, ekhm, mogę
                      "zdobyć" płytę w kilka godzin, albo przejść się do sklepu i jej posłuchać, to
                      mnie, poza ogólnym opisem zawartości płyty, przede wszystkim interesuje jak się
                      ona recenzentowi podoba!

                      I z tego względu brak ocen jest dobrym pomysłem, że wymusza zabarwienie
                      emocjonalne tekstu. Trzeba nie tylko napisać co mniej więcej jest na albumie,
                      ale też wyrazić, jak nam się to podoba i czy polecamy innym - ewentualnie komu.
                      I takiego "znaku emocjonalnego" recenzji, bądź kilku prostych zdań typu
                      "Cieszyłem się tą płytą przez kilka tygodni", nic nie zastąpi, ani pięć, ani
                      jedna zabójcza gwiazdka.

                      I ten pozytywny wpływ braku ocen było to widać w sporej części recenzji ś.p.
                      "Zine'a", choć początkowo brak "atrakcyjnych" gwiazdek trochę smucił.

                      No, ale oceny rzecz jasna mają też swoje zalety, ale to już innym razem ;)
              • ethan26 mam bloga 04.05.05, 11:18
                o co chodzi z blogami? kurcze to jest miejsce gdzie mogę polecić muzykę która mi
                się spodobała. zwłaszcza w momencie gdy przestały mnie bawić serwisy internetowe
                i widzę bezsens dziennikarstwa muzycznego (jego funkcjonowania) - chyba że jest
                ono bezpłatne. bez silenia się na "piękne" zdania.
                • pagaj_75 a może by tak... 04.05.05, 11:25
                  jakiś adres do tego bloga? ;)
                  • ethan26 Re: a może by tak... 04.05.05, 12:13
                    www.ethans.blog.pl/
                    choć przestrzegam - spora dawka egzaltacji...
                    • pytajnick Re: a może by tak... 04.05.05, 16:34
                      ethan26 napisał:

                      > www.ethans.blog.pl/
                      > choć przestrzegam - spora dawka egzaltacji...

                      Mi też się kiedyś bardzo smutno zrobiło, gdy skończyłem czytać TAMTĄ książkę.
                      Dlatego przeczytałem ją jeszcze raz, a potem jeszcze raz...
                • aimarek Re: mam bloga 04.05.05, 17:00
                  ethan26 napisał:

                  > o co chodzi z blogami?

                  Teoretycznie o nic. W praktyce nie ufam ludziom, którzy je prowadzą :P.
    • jazzkam Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 03.05.05, 17:24
      PERKMAN
      ROZPIERDALACZ

      AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA
    • jazzkam Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 03.05.05, 17:26
      Singer/Songwriter !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

      JAK MNIE TO WKURZA GRRRR WSZYSCY TAK PISZĄ A TO JEST TOTALNE PRZEGIĘCIE

      Jest jednym z Singer/Songwriter'ów NOOO WYBACZCIE.
      • grimsrund Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 03.05.05, 17:55
        Siem przyłączam!

        Ale koda jest OK :))
        • pytajnick Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 03.05.05, 21:53
          Dobra, dajcie już spokój "kodzie", wycofuję się!! (tak naprawdę kojarzy mi się
          to słowo z płytą Led Zeppelin za którą nie przepadam ;).

          Brawa za obserwacje dotyczące "metakomentarzy".
      • mmakowski Off topic 03.05.05, 17:57
        jazzkam napisał:

        > Singer/Songwriter !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
        >
        > JAK MNIE TO WKURZA GRRRR WSZYSCY TAK PISZĄ A TO JEST TOTALNE PRZEGIĘCIE
        >
        > Jest jednym z Singer/Songwriter'ów NOOO WYBACZCIE.

        Bardzo ladnie prosze o sprawienie sobie klawiatury z prawidlowo dzialajacymi
        klawiszami "Shift" i "Caps Lock".
    • abranova Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 03.05.05, 22:16
      Hehehehe, czyli nie tylko mnie do szału doprowadza określenie "recka". Kiedy
      pierwszy raz się na nie natknęłam uznałam je za jakiś anglicyzm i tak czytając
      zbitkę "ck" za nic nie mogłam wpaść o jakie "reki" może chodzić????

      Poza tym strasznie już się zużyło i obrzydło po-leszczyńskie "szalenie
      popularne"
    • jarecki32 Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 04.05.05, 01:04
      a mnie z kolei drzaznia epitety typu "legendarny" albo jeszcze
      lepiej "kultowy" w odniesieniu do kogos o kim nie wiadomo bylo, ze w ogole
      istnieje. I jeszcze ta pokusa u niektorych krytykow, aby miec ten "kapitalny "
      styl i pisac o grupach "obciachowych" albo "nieobciachowych"
      • roar Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 04.05.05, 08:10
        > "kultowy" w odniesieniu do kogos o kim nie wiadomo bylo, ze w ogole istnieje.

        No nie, przepraszam, ale to jest właśnie poprawne użycie tego słowa. (O ile rzeczywiście "kult" istnieje, co zazwyczaj miejsca jednak nie ma, ale to już jest wtedy fałszowanie rzeczywistości, a nie błąd stylistyczny...) Mnie z kolei wnerwia używanie go w stosunku do czegoś, o czym wcześniej trąbiono niemiłosiernie z prasy, TV i billboardów.
        • ihopeyouwilllikeme Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 04.05.05, 14:01
          Nie cierpię nadmiaru anglicyzmów, czy w ogóle wszelkich innojęzycyzmów
          ( głownie przez to nie da się już czytać Dejnarowicza )

          Nie cierpię określenia " pyszny " w odniesieniu do muzyki ( tu chodzi o
          Skarżyńskiego :D:D
        • jarecki32 Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 04.05.05, 14:24
          roar napisał:

          > > "kultowy" w odniesieniu do kogos o kim nie wiadomo bylo, ze w ogole istni
          > eje.
          >
          > No nie, przepraszam, ale to jest właśnie poprawne użycie tego słowa. (O ile
          rze
          > czywiście "kult" istnieje, co zazwyczaj miejsca jednak nie ma, ale to już
          jest
          > wtedy fałszowanie rzeczywistości, a nie błąd stylistyczny...) Mnie z kolei
          wner
          > wia używanie go w stosunku do czegoś, o czym wcześniej trąbiono
          niemiłosiernie
          > z prasy, TV i billboardów.
          >

          Zapewne, zapewne. A na czym taki "kult" polega ? Bo ja nie wiem. Czy czlonkowie
          kultu strugaja sobie drewniane figurki czlonkow kultowego zespolu i sie potem
          do nich modla ? Bo jesli to polega na zbieraniu wszelkiej informacji, chodzeniu
          na koncerty, spiewaniu wszystkiego z repertuaru, to moze jest to po prostu
          fanatyzm, ale nie od razu kult (jako religijny erzatz).


          ======
          Baca bardzo dlugo gadal turystom, ze milczenie jest zlotem
          • roar Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 04.05.05, 19:47
            jarecki32 napisał:

            > Zapewne, zapewne. A na czym taki "kult" polega ? Bo ja nie wiem. Czy
            > czlonkowie kultu strugaja sobie drewniane figurki czlonkow kultowego zespolu i
            > sie potem do nich modla ?

            Aż mi się przypomniało "Expectations" Belle & Sebastian i "making life-size models of the Velvet Underground in clay"... ;)

            > Bo jesli to polega na zbieraniu wszelkiej
            > informacji, chodzeniu na koncerty, spiewaniu wszystkiego z repertuaru, to moze
            > jest to po prostu fanatyzm, ale nie od razu kult (jako religijny erzatz).

            Tak, to o to chodzi. Chociaż z tego, co rozumiem, dochodzi do tego jeszcze skupianie się w fan-cluby; ogólnie, tworzenie jakiegoś rodzaju wspólnoty.

            Dałem zresztą cudzysłów w słowie "kult", prawda...
        • ihopeyouwilllikeme Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 04.05.05, 14:30
          Mnie z kolei wner
          > wia używanie go w stosunku do czegoś, o czym wcześniej trąbiono
          niemiłosiernie
          > z prasy, TV i billboardów.

          Czy to wyklucza istnienie kultu ?
          • tasiorka No to wszyscy sobie ulzyli :-) 04.05.05, 15:12
            Ja tam lubie roznorodny jezyk recenzji. Gdyby tak zebrac wszystkie wypowiedzi,
            wyzloby na to ze nie wolno uzywac w reckach zadnych slow i powinny byc bez
            tekstu. Niby mowienie o muzyce nie ma sie nijak do jej sluchania, ale czasem
            mniej lub bardziej emocjonalnie czy fachowo trzeba o czyms napisac. Tylko
            wszyscy sie rzucili na Bogu ducha winne okreslenia, ktorych sami uzywaja, hehe :-)))
            • pytajnick Re: No to wszyscy sobie ulzyli :-) 04.05.05, 16:33

              > Tylko
              > wszyscy sie rzucili na Bogu ducha winne okreslenia, ktorych sami uzywaja, hehe
              > :-)))

              I własnie o to chodzi, żeby nadużywane określenia w tym wątku zlokalizować i
              zastąpić je czymś bardziej wyszukanym. Bądź wręcz przeciwnie - mniej wyszukanym,
              a bardziej naturalnym, w zalezności od sytuacji.
          • roar Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 04.05.05, 19:38

            > Mnie z kolei wner
            > > wia używanie go w stosunku do czegoś, o czym wcześniej trąbiono
            > niemiłosiernie
            > > z prasy, TV i billboardów.
            >
            > Czy to wyklucza istnienie kultu ?

            Ach, nie, oczywiście, że nie. Przepraszam, niewłaściwie się wyraziłem. Powinno być "o czym dopiero co trąbiono". Zasadniczo nie można mówić o "kulcie", dopóki nie wykrystalizuje się grupa zagorzałych, dożywotnich fanów. Na to potrzeba czasu.
    • pagaj_75 Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 06.05.05, 13:41
      Ha! Właśnie mi się przypomniało, że mam takie "ulubione" słowo, które działa mi
      na nerwy za każdym razem gdy je widzę w tekstach o muzyce. Z tym, że chodzi mi
      anglo-saską pisaninę, bo polskiego odpowiednika przymiotnika "self-indulgent"
      (bo o nim mowa) chyba nikt nie wymyślił. Dla nieznających angielskiego: "self
      indulgence" oznacza mniej więcej "pobłażanie sobie, folgowanie swoim kaprysom" i
      od lat 70. (czyli od złotych lat prog-rocka) jest chyba najgorszą obelgą jaką
      angielski krytyk jest w stanie wytoczyć przeciwko muzykowi. Prog-rock był
      "self-indulgent", bo oznaczał długie, rozbudowane utwory służące muzykom do
      popisywania się biegłością techniczną i kompozytorską oraz do grania
      półgodzinnych improwizacji, których biedny krytyk nie jest w stanie ogarnąć.
      Ale nie dlatego tak mnie to słowo drażni, że używane jest w stosunku do muzyki,
      którą lubię, ale dlatego, że w moim skromnym przekonaniu muzyk powinien być
      zawsze "self-indulgent", nawet jeśli prowadzi go to na manowce. W tym przecież
      zasadza się moim zdaniem sens wszelkiej sztuki poszukującej. Muzyk nie jest po
      to, żeby spełniać zachcianki i oczekiwania recenzentów, o czym ci ostatni chyba
      już dawno temu zapomnieli.

      PS. Gdy ukazała się płyta "Metanoia" Porcupine Tree z niesamowitymi
      improwizacjami z sesji do "Signify", cały nakład został opatrzony nalepkami z
      ironicznym komentarzem (dla krytyków? sprzedawców w sklepach?) Stevena Wilsona
      "file under self indulgent".
      • glebogryzarka1 Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 06.05.05, 14:02
        > w moim skromnym przekonaniu muzyk powinien być
        > zawsze "self-indulgent", nawet jeśli prowadzi go to na manowce

        Muzyk nie gra dla siebie. Muzyk gra dla ludzi. Jak rozwiąże problem bycia
        jednocześnie szczerym i komunikatywnym, to już jego zmartwienie. Ale
        nierozwiązanie go w ogóle prowadzi, bingo, na manowce. Moim zdaniem self-
        indulgence to to samo co brak wewnętrznej kontroli jakości i jazda gdzie
        poniesie, bez oglądania się na granicę strawności. Niektórzy (i artyści i
        słuchacze) to lubią, fakt. Ale zjawisko istnieje, a nazwa jego celna.

        > W tym przecież
        > zasadza się moim zdaniem sens wszelkiej sztuki poszukującej.

        Sens wszelkiej sztuki poszukującej jest taki, żeby to słuchacz odczuł, iż
        obcuje z czymś świeżym. A nie grajek. Grajek ma to wypracować, wykombinować,
        przemyśleć, oszlifować.
        Zresztą, samo poszukiwanie w sztuce nie jest żadną wartością. To nie z
        poszukiwania powinno się zdawać relacje w muzyce, lecz ze znalezienia, że
        metaforą polecę.
        • pagaj_75 Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 06.05.05, 14:21
          glebogryzarka1 napisał:

          > Muzyk nie gra dla siebie. Muzyk gra dla ludzi.

          Chyba niejasno się wyraziłeś: muzyk gra również dla siebie (w końcu też jest
          człowiekiem). Ale z tego, że słuchają go inni nie wynika, że gra po to, żeby
          zaspokajać zachcianki czyjekolwiek poza swoimi własnymi.

          > Moim zdaniem self-
          > indulgence to to samo co brak wewnętrznej kontroli jakości i jazda gdzie
          > poniesie, bez oglądania się na granicę strawności.

          Rzecz w tym, że ta granica strawności dla każdego odbiorcy, jak i dla samego
          twórcy, jest ustawiona gdzie indziej. To co jeden łyka bez mrugnięcia okiem,
          inny nazwie niestrawnym łajnem. Wszystkim niedogodzisz.

          > Sens wszelkiej sztuki poszukującej jest taki, żeby to słuchacz odczuł, iż
          > obcuje z czymś świeżym. A nie grajek. Grajek ma to wypracować, wykombinować,
          > przemyśleć, oszlifować.

          A co z rzeczami tworzonymi przez przypadek? Właśnie w chwili nieskrępowanej i
          często trudnej do okiełznania improwizacji? Zwłaszcza jeśli szlifowanie ich
          prowadziłoby do zepsucia i utracenia pierwotnego efektu? Czy sam fakt
          przypadkowości czyni taką muzykę gorszą?

          > Zresztą, samo poszukiwanie w sztuce nie jest żadną wartością. To nie z
          > poszukiwania powinno się zdawać relacje w muzyce, lecz ze znalezienia, że
          > metaforą polecę.

          I taką relacją jest nagranie, studyjne lub koncertowe, więc w czym rzecz?
          • jarecki32 Re: Cze ! tu jest ciekawa wymiana , choc nie na 06.05.05, 14:41
            temat tego watku ( zaczelo sie na temat )
            Moze warto otworzyc oddzielny watek to sie inni wypowiedza za albo przeciw (
            selfindulgence w muzyce)
            A moze koledzy Pagaj lub Glebogryzarka sami to zrobia ?
            • cze67 Re: Cze ! tu jest ciekawa wymiana , choc nie na 06.05.05, 14:54
              Z doświadczenia z innym wątkiem (o (nie)starzeniu się muzyki Beatlesów) wiem,
              że takie przenoszenie niewiele daje. Tzn. mało kto się do takiego
              przeniesionego wątku dopisuje.
          • glebogryzarka1 Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 06.05.05, 14:51
            > Rzecz w tym, że ta granica strawności dla każdego odbiorcy, jak i dla samego
            > twórcy, jest ustawiona gdzie indziej. To co jeden łyka bez mrugnięcia okiem,
            > inny nazwie niestrawnym łajnem. Wszystkim niedogodzisz.

            No nie. Ale trzeźwe spojrzenie na to, co zrobiłeś, powinno ci uświadomić, czy
            jest to do przełknięcia, czy nie bardzo. Zadajesz sobie kilka pytań.
            Posłuchałbyś tego chętnie sam, czy nie? Czy przypadkiem to, że jesteś z
            materiału zadowolony, nie wynika głównie z Twojego narcyzmu? Etc. Poza tym
            zawsze jeszcze można słuchać, lub nie, uwag z zewnątrz.
            Jeśli ani sobie nie zadajesz pytań, ani nie słuchasz, i co gorsza odbija się to
            słyszalnie na twórczości, to jest to właśnie zjawisko, którego przywoływanie po
            imieniu tak bardzo Ci się nie podoba.

            > A co z rzeczami tworzonymi przez przypadek? Właśnie w chwili nieskrępowanej i
            > często trudnej do okiełznania improwizacji?

            Podczas improwizacji też trzeba myśleć i to gęsto. Bo jak się nie myśli, to się
            najczęściej gra komunały. Przypadki wzięte nie wiadomo skąd się też zdarzają,
            ale bez oprawy przemykają niezauważone. Takie interesujące perełki trzeba
            wyselekcjonować z morza bredni, ubrać i wyeksponować. I dopiero pokazać. Czasem
            tracąc kontekst okazują się nie takie znowu fajne, niestety. No to wtedy albo
            rezygnujesz z nich, albo zostawiasz jak było i przekonujesz usilnie sam siebie,
            że reszta też przecież zajebiście żre, bo klimat, bo feeling, bo twórczość
            niczym nieskrępowana.
            Jedynym znanym mi przypadkiem, w którym rzeczywiście można się wypuścić w
            cholerę odległe rejony i grać co ślina na palce przyniesie, jest granie
            całkowicie solowe. Pod kilkoma warunkami, spełnionymi ultrarzadko: 1)
            instrument nadaje się do grania solowego, 2) muzyk jest wybitnie biegły i w
            odpowiedniej formie.

            > Ale z tego, że słuchają go inni nie wynika, że gra po to, żeby
            > zaspokajać zachcianki czyjekolwiek poza swoimi własnymi.

            Czy mógłbyś to stwierdzenie jakoś uprościć, bo mi się włączyła lampka z napisem
            PHRASE TOO COMPLEX, CANNOT COMPUTE :D
            • pagaj_75 Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 06.05.05, 15:46
              glebogryzarka1 napisał:

              > No nie. Ale trzeźwe spojrzenie na to, co zrobiłeś, powinno ci uświadomić, czy
              > jest to do przełknięcia, czy nie bardzo.

              I znów: do przełknięcia dla kogo? Dla mnie? Dla Ciebie? Dla pana Józka z
              warzywniaka? Dla absolwenta konserwatorium muzycznego? W każdym z tych
              przypadków odpowiedź może być inna.

              > Zadajesz sobie kilka pytań.
              > Posłuchałbyś tego chętnie sam, czy nie?
              > Czy przypadkiem to, że jesteś z
              > materiału zadowolony, nie wynika głównie z Twojego narcyzmu? Etc.

              Jeśli udostępniam to publicznie, to znaczy, że posłuchałbym. Oczywiście są
              przypadki wydawania muzyki tylko po to, żeby coś wydać (na przykład dla
              wyciągnięcia kasy od fanów, albo bo nie nic lepszego do wydania), ale to nadal
              (mam nadzieję) patologia, a nie norma. Jeśli artysta jest przekonany pokazując
              coś światu, że ma rację, to trudno, najwyżej ryzykuje (w swoim narcyźmie)
              poczucie "niezrozumianego geniusza". A równie dobrze ta twórczość może mu
              przynieść sławę innowatora, prekursora itd. To jest ryzyko wpisane w tą robotę.

              > Jeśli ani sobie nie zadajesz pytań, ani nie słuchasz, i co gorsza odbija się to
              > słyszalnie na twórczości, to jest to właśnie zjawisko, którego przywoływanie po
              > imieniu tak bardzo Ci się nie podoba.

              Ponownie: kto ma decydować o tym, że coś "odbija się słyszalnie na twórczości"?
              A przede wszystkim: skąd Twoja pewność, że artysta sobie tych pytań nie zadał?
              Na podstawie tego, że Ty, jako słuchacz, uznałeś, że to niestrawne?

              > Czasem
              > tracąc kontekst okazują się nie takie znowu fajne, niestety. No to wtedy albo
              > rezygnujesz z nich, albo zostawiasz jak było i przekonujesz usilnie sam siebie,
              > że reszta też przecież zajebiście żre, bo klimat, bo feeling, bo twórczość
              > niczym nieskrępowana.

              Czasem lubię posłuchać właśnie takiego morza bredni, z którego nagle wyłania się
              to "coś". Należę pewnie do dziwaków skłonnych wytrzymać godzinę muzycznych bzdur
              dla tych pięciu minut orgazmu, które zdarzą się gdzieś w środku. Oczywiście nie
              oznacza to, że cały materiał jest zajebisty, ale dla samej świadomości
              kontekstu, w jakim powstało tych pięć minut jest to (dla mnie) ciekawe
              doświadczenie. Oczywiście to co piszę, to przejaskrawienie - prawie nigdy nie
              zdarza się tak, by z bełkotu i chaosu przypadkiem wyłoniła się ciekawa forma i
              treść - ale chodzi mi ponownie o to, że nadal wszystko pozostaje sprawą gustu
              odbiorcy. Jeśli dla mnie materiał przedstawia jakąś wartość, to choćby milion
              krytyków mi wmawiało, że to jest self-indulgent gówno, to ja tego zdania nie
              zmienię.

              > > Ale z tego, że słuchają go inni nie wynika, że gra po to, żeby
              > > zaspokajać zachcianki czyjekolwiek poza swoimi własnymi.
              >
              > Czy mógłbyś to stwierdzenie jakoś uprościć, bo mi się włączyła lampka z napisem
              > PHRASE TOO COMPLEX, CANNOT COMPUTE :D

              A cóż tu jest skomplikowanego? Jeśli grasz dla kogoś to czy automatycznie jesteś
              zmuszony grać coś, czego ten ktoś od Ciebie oczekuje?
              • glebogryzarka1 Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 06.05.05, 16:26
                > I znów: do przełknięcia dla kogo?

                Dla aaaautora.
                Widzę w Twoim poście tendencję do sprowadzenia całej dyskusji do relatywizmu
                estetycznego. Spoko, możemy uznać że wszystko je gustu rzeczą. Ale wtedy kij w
                oko krytyce w ogóle.
                Ja się jednak będę upierał (wbrew słowom Franka Zappy, którego 80% twórczości
                to MOIM CHOLERA SUBIEKTYWNYM ZDANIEM :> albo dźwiękowy onanizm, albo wymęczone
                jajca), że można opisać muzykę. Opisać, nie ocenić.

                > Jeśli udostępniam to publicznie, to znaczy, że posłuchałbym.

                Czy to jest indwidualna opinia, czy zakładasz pewną powszechność takowej?

                > A równie dobrze ta twórczość może mu
                > przynieść sławę innowatora, prekursora itd. To jest ryzyko wpisane w tą
                > robotę.

                Gorzej, że w pogoni za sławą innowatora prekursora wielu szuka na siłę, bez
                przygotowania, bez poczucia dobrego smaku i potem to wypuszcza. No i zawsze
                znajdzie się jednak znużony snob, który znajdzie sobie w nich nowych bogów.
                Pamiętam historię o wykonaniu zagubionego dzieła Schoenberga czy innego guru
                muzyki współczesnej, kiedy to skład na scenie piłował COKOLWIEK przez godzinę,
                a po zakończonym pokazie publika waliła czołami o pawiment i krytycy piali z
                zachwytu. Do czasu ujawnienia, że to była prowokacja.

                > A przede wszystkim: skąd Twoja pewność, że artysta sobie tych pytań nie zadał?
                > Na podstawie tego, że Ty, jako słuchacz, uznałeś, że to niestrawne?

                Tak. Przy czym zazwyczaj nie mówię niestrawne. Mówię niedopracowane,
                chaotyczne, wydumane, pretensjonalne, egzaltowane, artystowskie i self-
                indulgent. Bo to się da wychwycić chyba, nie? Dlaczego rezygnować z trafnie
                zamykających charakter muzyki określeń?

                Ale śpij spokojnie chłopie, krytykiem jestem wyłącznie kanapowym, swoje poglądy
                raczej stosuję w praktyce niż postulatach :)
                • pagaj_75 Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 06.05.05, 17:05
                  glebogryzarka1 napisał:

                  > Widzę w Twoim poście tendencję do sprowadzenia całej dyskusji do relatywizmu
                  > estetycznego. Spoko, możemy uznać że wszystko je gustu rzeczą. Ale wtedy kij w
                  > oko krytyce w ogóle.

                  A bo ja to w ogóle jestem relatywistą, nie tylko estetycznym ;) A widzę to tak:
                  Żeby oceniać cokolwiek, należy przyjąć jasno określone kryteria oceny. Problem w
                  tym, że nie ma (wbrew temu, co tu czasami w żartach lub prawie na serio sugerują
                  niektórzy) obiektywnych kryteriów, bo niby skąd? Wg norm muzyki klasycznej
                  prawie cała dzisiejsza muzyka rozrywkowa (czy będzie to pop, rock, jazz czy też
                  post-modern-super-hiper-chujwico) to szajs: banał na banale lub udziwnione na
                  siłę wypociny chorych umysłów.
                  (Nie wspominam już o takim drobiazgu, że nawet w muzyce klasycznej dopuszcza się
                  możliwość odstępstw od jej zasad, o ile końcowy efekt to usprawiedliwia, a tu
                  znów wkracza nam subiektywizm pełną gębą)

                  I właśnie: kij w oko krytyce. Tym bardziej, że przygniatająca większość krytyków
                  robi na mnie wrażenie zadufanych w sobie (by nie powiedzieć: self indulgent ;))
                  pajaców.

                  > Ja się jednak będę upierał (wbrew słowom Franka Zappy, którego 80% twórczości
                  > to MOIM CHOLERA SUBIEKTYWNYM ZDANIEM :> albo dźwiękowy onanizm, albo wymęcz
                  > one
                  > jajca), że można opisać muzykę. Opisać, nie ocenić.

                  Rzecz w tym, że prawie wszystkie opisy i epitety jakie stosujesz mają
                  zabarwienie emocjonalne, przez co są de facto oceną. Odbiór sztuki to jednak
                  przede wszystkim sprawa emocji, a nie chłodnego, akademickiego opisu według z
                  góry założonych kryteriów.

                  > > Jeśli udostępniam to publicznie, to znaczy, że posłuchałbym.
                  >
                  > Czy to jest indwidualna opinia, czy zakładasz pewną powszechność takowej?

                  To nie tyle założenie, co raczej nadzieja na to, że ktoś to zdanie podzieli. W
                  momencie gdy nikt poza autorem i kilkoma osobami z najbliższego otoczenia dzieła
                  nie słyszał, trudno robić jakiekolwiek założenia co do powszechności takiej czy
                  innej opinii.

                  > Tak. Przy czym zazwyczaj nie mówię niestrawne. Mówię niedopracowane,
                  > chaotyczne, wydumane, pretensjonalne, egzaltowane, artystowskie i self-
                  > indulgent. Bo to się da wychwycić chyba, nie? Dlaczego rezygnować z trafnie
                  > zamykających charakter muzyki określeń?

                  O, i to jest właśnie przykład tego o czym powyżej - wszystkie te określenia mają
                  charakter pejoratywny, dokonałeś nie tyle opisu, co oceny (subiektywnej rzecz
                  jasna).

                  > Ale śpij spokojnie chłopie, krytykiem jestem wyłącznie kanapowym, swoje poglądy
                  > raczej stosuję w praktyce niż postulatach :)

                  E, spoko, czasami przydaje się taka wymiana postów dla ożywienia forum. A
                  problemów ze spokojnym snem nie mam ;)
    • mechanikk Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 06.05.05, 14:07

      -wiosłowy wysmażył solówę
      -wgniata w fotel
      -na kolana!
      -jak na polskie warunki to dobra płyta

      ;)
      • cze67 Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 06.05.05, 14:38
        mechanikk napisał:

        > -wiosłowy wysmażył solówę
        > -wgniata w fotel
        > -na kolana!
        > -jak na polskie warunki to dobra płyta

        Znakomite! Tzn. bardzo niedobre:-)
        • mechanikk Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 06.05.05, 15:30

          "uwielbiam" jeszcze tekstu w rodzaju "dobra plyta, ale nieradiowa" ;)
    • tomash8 Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 06.05.05, 15:19
      Wszystko ale to wszystko, co wypełza spod pióra Anny Gacek, czyli hasła typu
      "Cały świat patrzy teraz na Londyn gdzie rozgrywa się dramat P. Doherty'ego"
      jasne...:)

      poza tym określenia:

      "najlepszy debiut od czasu (tu wstaw nazwę jakiegoś znanego zespołu)"
      "nowi królowie rocka"
      "wielki powrót legendy"
      "nowy album kultowej formacji(o której przeważnie nikt nie słyszał, lub jej
      "kultowość" polega na tym, że nic nie nagrali poza jednynm singlem/demówką)"
      "kaskada riffów"
      • aimarek Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 06.05.05, 15:54
        tomash8 napisał:

        > Wszystko ale to wszystko, co wypełza spod pióra Anny Gacek, czyli hasła typu
        > "Cały świat patrzy teraz na Londyn gdzie rozgrywa się dramat P. Doherty'ego"
        > jasne...:)

        Taaaaaaak :D
        Odsyłam do klasycznego wątku z FM:
        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=78&w=15470194&a=15470194
        • tomash8 Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 06.05.05, 16:39
          Ah!!! jaka szkoda że nie miałem wtedy jeszcze internetu:( ta recenja CKOD mnie
          zabiła, do teraz nie mogę się pozbierać:) Naprawde, do tej pani chyba nie
          dociera, że niektórzy mają gdzieś New Rock Revolution i jej podobne... jednak
          sporo osób woli choćby prog rocka(w którym też sporo się dzieje), metal(albumy
          Dillinger escape plan czy Strapping young lad są 100000000000 razy ambitniejsze
          i bardziej naładowane emocjami niż dzieła muzyków z the cośtams...ale o nich nie
          piszą w NME). Nie cierpie przesady...a pani Gacek chyba wręcz odwrotnie, ciekawe
          co Ona zrobi za parę lat, gdy NRR się skończy, a popularność zdobędzie np. jakaś
          odmiana Metalu lub punka:)
          • grimsrund Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 15.05.05, 17:15
            Ostatni Dillinger Escape Plan miażdży. Wspaniała płyta.
            • pytajnick Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 17.05.05, 16:17
              > Ostatni Dillinger Escape Plan miażdży. Wspaniała płyta.

              To tak od siebie, czy dziennikarskie określenie, którego nie lubisz? :-)

              ex

              ps. ja dla odmiany bardzo lubię słowo 'krążek', znacznie bardziej niż 'płyta',
              ale wiem że niektórzy redaktorzy niektórych pism tez go nie znoszą i na takie
              potoczyzny nie pozwalają ;)
              • grimsrund Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 01.05.06, 23:48
                Odpowiedź ciut spóźniona, ale lepiej późno niż wcale. Tak, to tak ode mnie
                było. Określenie to niespecjalnie mi przeszkadza :)

                Przy okazji warto było uratować wątek przed spadkiem w archiwalny niebyt.
        • dziewczyna_mickiewicza Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 02.05.06, 00:35
          oh god, aimarek, dzieki za przypomnienie tego znakomitego watku:))) ania gacek
          jednak rzadzi, jak dla mnie:D
    • grrrg Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 15.05.05, 12:30
      Generalnie nie mam jakiś znienawidzonych określeń. Nie toleruję natomiast
      wszelkich anglicyzmów, czy amerykanizmów, o ile mają odpowiedniki w języku
      polskim. Posługiwanie się przez dziennikarzy słowami obcojęzycznymi w miejsce
      polskich uważam za pretensjonalne i wsiurskie.

      PS
      Żeby było jasne, nie mam nic przeciwko wsi, ani jej mieszkańcom. Miałem raczej
      na myśli pewną mentalność. Sądzę zresztą, że to chyba zrozumiałe.
      • pszemcio1 Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 15.05.05, 13:18
        dziwnym trafem dopisałeś to po moim wątku o songwriterach...ale nie skomentuję
        tego
        • grrrg Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 15.05.05, 13:33
          Sugerujesz więc, że mówię/piszę nieprawdę po to by Tobie dopiec? Hmm, nie
          zmuszę Cię byś uwierzył w moje słowa, ale to, że nie znoszę obcojęzycznych
          wtrętów jest faktem. Nie napisałem tego wcześniej, bo to się tyczy ogółu
          dziennikarzy, nie tylko muzycznych. Większość naszych rodzimych prezenterów,
          krytyków etc ma kłopoty z poprawnym wysławianiem się po polsku, co mnie irytuje
          od kiedy sięgam pamięcią. Nie bierz tego do siebie, bo po pierwsze nie było
          moim zamiarem Cię urazić, po wtóre nie jesteś przecież dziennikarzem. (chyba;)

          Na dowód dobrej woli wkrótce wpiszę się w założonym przez Ciebie wątku.
    • mechanikk Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 15.05.05, 14:09

      nienawidze okreslenia "krążek"
      w ten sposob mowia o plytach przewaznie w tvp (marek sierocki brrr)
    • grimsrund Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 01.05.06, 23:52
      Przy okazji - przypomniałem sobie, że nienawidzę, gdy piszący o wykonawcach
      przekładają obcojęzyczne nazwiska/imiona/nazwy na polski. A gdy do tego jeszcze
      zdrabniają... Za każdym razem gdy czytam "Papryczki", "Toczące Się Kamienie"
      czy "Mikołaj Jaskina", czuję jak na plecach wyrasta mi dodatkowa sierść, a ręka
      bezwiednie maca wokół w poszukiwaniu tasaka ;)
      • ihopeyouwilllikeme Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 02.05.06, 18:33
        > Przy okazji - przypomniałem sobie, że nienawidzę, gdy piszący o wykonawcach
        > przekładają obcojęzyczne nazwiska/imiona/nazwy na polski. A gdy do tego
        jeszcze
        >
        > zdrabniają... Za każdym razem gdy czytam "Papryczki", "Toczące Się Kamienie"
        > czy "Mikołaj Jaskina", czuję jak na plecach wyrasta mi dodatkowa sierść, a
        ręka
        >
        > bezwiednie maca wokół w poszukiwaniu tasaka ;)

        To jeszcze nic - byłem na spotkaniu, gdzie fani Deep Purple opowiadali o swoich
        wrażeniach ze słuchania utworu " Dziecko w Czasie " !!!!
        O Jezuuuuuuuuuuuu, aż zęby bolą. Nie mówiąc już o tym, że ten tytuł był
        wynikiem błędu, i nie ma tam mowy o żadnym " dziecku w czasie " !
      • roar Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 03.05.06, 20:21
        dziwnym trafem dopisałeś to po moim wpisie o różowych kropkach...ale nie skomentuję tego

        ;) ;) ;D
        • grimsrund Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 03.05.06, 20:41
          Na Legendarne Różowe Kropki udzielam niniejszym dyspensy - ponieważ określenia
          tego używał chętnie ś.p. Tomasz Beksiński :)
    • braineater Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 02.05.06, 13:52
      poważka
      label
      masakra
      obłęd
      rewela
      jazda
      konstrukcja
      ścieżka

      wszystkie w/w copyright by braineater:)

      P:)
    • wososh Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 02.05.06, 18:32
      ja mam ulubione frazy, tak prostackie i wytarte że aż się włos jeży: występują prawie wszędzie i pasują prawie do wszystkiego:

      "pulsujący bas"


      "ostre riffy zabarwione elektroniką"


      a także "smaczki" - określenie P.Kaczkowskiego często gęsto zapożyczane...
      • mechanikk Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 03.05.06, 22:16
        > a także "smaczki"

        i jeszcze "wysmakowana produkcja" :)
      • pytajnick Re: Dziennikarskie określenia których nie znosici 04.05.06, 12:38
        wososh napisał:

        > "pulsujący bas"

        O tak!!!

        Niektórzy próbują modyfikowac - jak Angelika Kucińska w recenzji nowego RHCP w
        ostatnim Przekroju (cztery gwiazdki):

        "Tu znajdziesz wszystko – i intensywną pulsację basu, i rozpieszczającą
        dopracowanym brzmieniem delikatność."

        (inna sprawa - co to za "wszystko", to nawet sensowne widełki nie są, ale może
        było tego więcej tylko redaktor skrócił).

        > a także "smaczki" - określenie P.Kaczkowskiego często gęsto zapożyczane...

        Zwykle w połączeniu z "elektroniczne smaczki" (warunek konieczny w recenzjach
        emotronikowych ;-)


        Fajnie że temat odżył. (Szczególnie się cieszą, przypuszczam, tacy jak ja -
        próbujący czasem cośtam sensownego wyprodukować).
    • pytajnick Księżyk w akcji, tzn. w "Dzienniku" 13.05.06, 20:54
      Mój ulubieniec "Rafał Księżyk (Playboy)" walnął przepiękną mini-recenzję w
      najnowszym dodatku Kultura do "Dziennika".

      Jimmy Edgar - "Color Strip"

      "Wyobraźcie sobie klasyczne techno Juana Atkinsa miksowane z rytmiczną
      wrażliwością hiphopowego wizjonera Timbalanda. Oto przedsmak tego, co kryje ta
      znakomita płyta. [Co za wstęp!] (...) Fuzja techno i electro, z rytmicznym
      szlifem hip-hopu i ragga, serwowana jest z funkową czujnością i futurystycznym
      pazurem. Brzmienia są ciepłe i zmysłowe, nasycone barwą soul, ale podane z
      piekielną dynamiką. Jedna z najlepszych tej wiosny porcji klubowych beatów."
      • grimsrund Re: Księżyk w akcji, tzn. w "Dzienniku" 13.05.06, 21:19
        ... i wszystko jasne :)

        W innym miejscu Maestro rzucił zaś właśnie dłuższy tekst o wracaniu w muzyce.
        Wynika z niego m.in. że Joy Division wrócili jako Cool Kids Of Death. Brawo
        Mistrzu!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka