cze67
16.09.05, 09:20
Powrót byłego Beatlesa do wysokiej formy
Robert Sankowski 14-09-2005 , ostatnia aktualizacja 14-09-2005 20:28
"Chaos And Creation In The Backyard" każe spojrzeć na Paula McCartneya
inaczej niż tylko jak na emerytowanego gwiazdora i symbol minionej epoki
To najlepszy album McCartneya od... no właśnie, od kiedy? Ostatnią piosenkę,
której udało się wejść do pierwszej dziesiątki brytyjskiej listy przebojów,
napisał w 1987 r. Ostatni album, który zebrał naprawdę dobre recenzje - w
1997 r. Ale to tylko incydenty. McCartney od dłuższego czasu robił wiele, aby
uznać go za emerytowanego gwiazdora, symbol minionej epoki, który niczym
specjalnym nie porwie już publiczności. Na przestrzeni ostatnich dwóch dekad
chwytał się wielu projektów, które dobitnie pokazywały, że najwyraźniej nie
ma na siebie pomysłu. Nagrał płytę z muzyką klasyczną, pod pseudonimem The
Fireman zmierzył się z techno. Raczej nie tego oczekiwaliśmy od dawnego
członka największego zespołu w historii muzyki rockowej.
Na okładce "Chaos And Creation In The Backyard" młody chłopak z gitarą w ręku
siedzi pod sznurami z bielizną suszącą się na jakimś podwórku. To sam
McCartney sfotografowany z okna rodzinnego domu w 1962 r. Jak się można
domyślać, dosłownie na chwilę przed sukcesem The Beatles, gdy został wielką
gwiazdą, ale takie chwile spokoju i prywatności raz na zawsze przestały być
jego udziałem. W tej fotografii jest zapowiedź zawartości całego albumu.
Łatwo doszukać się w nim - zarówno w muzyce, jak i tekstach - nuty nostalgii,
refleksji nad tym, co było kiedyś, ale teraz należy już do przeszłości.
Ale nie tylko. Zdjęcie na okładce razem z tytułem zdają się mówić coś
jeszcze. Chaos i stworzenie na podwórku - tak to się zaczęło. Od pisania
piosenek pod sznurem suszącej się bielizny. Czasu cofnąć się nie da. Ale czy
można odnaleźć w sobie tamtą energię? McCartney najwyraźniej uważa, że tak. -
Patrzę na podwórko mojego życia/czas wymieść z niego opadłe liście - śpiewa
w "Promise To You Girl". "Chaos And Creation In The Backyard" to efekt tego
sprzątania.
Być może, aby nagrać wreszcie dobry album, McCartney potrzebował zderzenia z
inną silną osobowością. Producentem jego nowej płyty jest Nigel Godrich,
który wcześniej współpracował między innymi z Radiohead i Beckiem. Podobno
obaj panowie niezbyt dobrze wspominają pracę w studiu. Może i było ciężko,
ale sądząc po efekcie, na pewno warto było przez to przejść. To właśnie
Godrich namówił McCartneya, by ten zrezygnował z muzyków towarzyszących i sam
zagrał prawie na wszystkich instrumentach. I to on dorzucił do
charakterystycznych maccartneyowskich melodii odrobinę niepokojących
dźwięków, które sprawiają, że z pozoru przewidywalne, prosto zaaranżowane
piosenki nagle zaczynają intrygować. Posłuchajmy na przykład finału "How Kind
Of You". Czy ktoś spodziewałby się takiego mroku w piosence, która wyszła
spod pióra byłego Beatlesa? Albo "Jenny Wren". Urzekająca miniaturka
rozpisana tylko na gitarę i głos Paula. Gdy wydaje się, że nie wydarzy się w
niej już nic więcej, nagle rozbrzmiewa ormiański instrument ludowy duduk.
To bardzo wyciszony i stonowany album. Choć sporo na nim elektrycznych
brzmień, sprawia wrażenie nieomal akustycznego. Raczej nie poprawi
wspomnianych już kiepskich notowań McCartneya na listach przebojów. Żadna z
zamieszczonych tu trzynastu piosenek nie wejdzie do zestawień
najpopularniejszych singli. Nie sądzę jednak, aby McCartney nagrywając nową
płytę, myślał o rankingach. Być może także dlatego "Chaos And Creation In The
Backyard" aż tak bardzo mu się udała.
Paul McCartney, "Chaos And Creation In The Backyard", Parlophone