Dodaj do ulubionych

Matt Eliott, Manyfingers, 20.11.2005

21.11.05, 20:53
"Sam Eliott mówi, że "Drinking Songs" jest wyrazem jego fascynacji muzyką
słowiańską i wschodnioeuropejską, jest więc bardzo akustyczny, niemal
folkowy.Wszystkie utwory komponował bez użycia samplerów czy komputera,
dopiero w końcowej fazie nagrywania i miksowania zostały użyte urządzenia
elektroniczne i cyfrowe. Dopiero ósmy numer zawiera szalone elektroniczne
beaty, ale i on wpisuje sie znakomicie w nastrój całego albumu.Na polskiej
trasie obejmującej aż 5 miast Matt będzie oczywiście przede wszystkim grał
utwory z nowej płyty, z towarzyszeniem multiinstrumentalisty Chrisa Cole'a
(wiolonczela, perkusja...). Tytuł płyty naprawdę adekwatnie oddaje nastrój
muzyki, dlatego po koncertach radzimy nie siadać za kierownicę samochodu..."
----------------------------------------
Taką informację podał organizator koncertu, w zwiazku z czym zapewne
większość spodziewała się, ze poza 20ma minutami szalonej elektroniki usłyszy
raczej folkowe, smutne, stonowane utwory, pozwalające na sympatyczną
kontemplację świeżo zaparzonej herbatki, jako że alkoholu nie polecano ;) A
gdzie tam. Matt Elliott i jego kolega zagrali co prawda większość
fragmentów "Drinking Songs", ale pozwolili sobie przy okazji zafundować
słuchaczom dźwiękową apokalipsę. "What's Wrong", krótki, tradycyjny utwór, w
którym chyba najbardziej widać fascynację słowiańszczyzną, rozwinęli do chyba
10 minut, w kulminacyjnym momencie powalając noisową ściana dźwięku.
Zastanawiałem się kiedy krzesło się pode mną połamie, tak mocno siedziałem
zupełnie wbity. Zaczynający właściwy koncert "The Kursk" dopiero na koncercie
dotarł do mnie z własciwą mocą. Sprawdziło się, że pan Elliott jest na
koncertach trudny do przewidzenia. Jego kolega, Chris Cole, aka Manyfingers,
zagrał jako support koncert nie wiem czy nie lepszy przypadkiem, szczególnie,
że na bis dostaliśmy 3 kawałki Third Eye Foundation, puszczone z laptopa,
przy minimalnym zaangażowaniu artysty (aluzję wszyscy zrozumieli, powoli się
ubierając). W każdym razie, na płycie, którą można kupić tylko na trasie,
wypalonej na cd-rze, a planowanej do wydania w 2006 roku, support łódzkiego
koncertu prezentuje się całkiem nieźle, a miejsce swoje znajduje gdzieś w
okolicach Four Tet i Hood'a. Siedem transowych, ale przy tym nawet
melodyjnych instrumentalnych utworów, gdzieniegdzie przyozdobionych żeńskim
wokalem, to z całą pewnością zestaw lepszy od ostatniego Four Tet, pomimo, iż
można zarzucić mu minimalną odkrywczość w stosunku do wymienionych
wykonawców. Takie sympatyczne rozwinięcie czegoś co kiedyś nazwano Bristol-
soundem. Znakiem rozpoznawczym może być garażowa, choć odpowiednio zapętlona
perkusja, na której na żywo Cole wyprawiał jakieś cuda niewidy (a perkusja to
malutka, taki zestaw mini). Poza tym wiolonczela, wibrafon, ksylofon, spanish
guitar, akordeon, dziwactwa różne i czuwający nad wszystkim kompiuter.
A na koniec banał - więcej takich koncertów, a będzie dobrze.
Obserwuj wątek
    • grimsrund Re: Matt Eliott, Manyfingers, 20.11.2005 21.11.05, 21:04
      Ech, zazdroszczę :)

      A ten tak zwany Eliott to niech sie lepiej wytłumaczy, czemu do Krakówka
      przyjechać nie chce, no :((

      • mechanikk Re: Matt Eliott, Manyfingers, 20.11.2005 21.11.05, 21:07
        Ja to się dziwię nawet, że do Łodzi mu przyszło do głowy przyjechać. U nasz to
        tacy nieczęsto bywają.
    • jazzkam Re: Matt Eliott, Manyfingers, 20.11.2005 21.11.05, 22:47
      koncert we wrocławiu był świetny. nie wiedziałem, że pętlując odgrywane na żywo
      stukania w gitarę, szarpania strun (nie-granie) i jęki można zbudować
      takądramaturgię i że w ogóle to tak się robi. wymietli chłopcy.
    • pytajnick Warszawa, CDQ, dwa dni wcześniej 21.11.05, 23:34
      Sam siebie zacytuję, bo to świeższe wrażenia były:

      "Jestem pod ogromnym wrażeniem, dziś słuchałem obu płyt i też bardziej mi się
      teraz podobają niż przed koncertem.

      Było tylko dwóch ludzi, sam Elliott, gitara, głos i czasem klawisze, i multi,
      naprawdę multiinstrumentalista (m.in. perkusja, wiolonczela, klawisze,
      elektronika, gitara akustyczna i... krzyk), grający pod pseudonimem Manyfingers,
      oraz ich zestaw do zapętlania ścieżek
      na żywo. Jak Elliott pozapętlał swoją gitarę, a przede wszystkim piękny głos -
      nie słychać tego na płytach, niestety, jest schowany gdzieś z tyłu - to brzmiało
      to trochę jak skrzyżowanie Waitsa z... A Silver Mt. Zion. Ten sam klimat, te
      same - przepiękne - lamenty, tylko instrumentarium nieco inne. Uwielbiam takie
      klimaty, tylko może dym wolałbym w teorii a nie w prakryce. No i 'przez
      telewizję' (TVP Kultura, kto nagrał??) świeciły się światła, pozostaje sobie
      tylko wyobrażać, jak wspaniały byłby klimat, gdyby widać było tylko Matta i jego
      kumpla.

      Była również część elektroniczna, mocno eksperymentalna, która - choć bardzo
      ciekawa - to jednak szkoda było tych 20 czy 30 minut jak na niewiele ponad
      godzinny koncert. Szkoda, bo jednak część "smętna", smutna, była znacznie
      piękniejsza. "

      Jak się jeszcze Michał zacytuje, to już będziecie wszystko wiedzieli.
      • mechanikk Re: Warszawa, CDQ, dwa dni wcześniej 21.11.05, 23:43
        > i... krzyk

        oj, tak, darł się ten pan niesamowicie w jednym numerze, na płycie jednak
        zamiast tego jakaś pani raczej mamrocze ;)
        • pytajnick Re: Warszawa, CDQ, dwa dni wcześniej 22.11.05, 00:16
          mechanikk napisał:

          > > i... krzyk
          >
          > oj, tak, darł się ten pan niesamowicie w jednym numerze, na płycie jednak
          > zamiast tego jakaś pani raczej mamrocze ;)

          To może i dobrze. Nawet w czasie jego koncertu powiedziałem do Michała że
          brakuje jeszcze tylko delikatnego wokalu, i to koniecznie... kobiecego.

          A jaka ta płyta tak w ogóle?
          Zabawnie na jej rewersie wygląda niekończący się spis instrumentów, które autor
          obsługuje, szczególnie w kontekście jego pseudonimu.
          • mechanikk Re: Warszawa, CDQ, dwa dni wcześniej 22.11.05, 10:31
            > A jaka ta płyta tak w ogóle?

            Nazywa się "Our Worn Shadow"
            Na płycie jest 7 utworów, całość trwa jakieś 45 minut. Jak już pisałem
            wcześniej, można mieć skojarzenia z Four Tet, bo to taki elektroniczny folk.
            Można tez postawić jej zarzut powielania znanych już w tej muzyce schematów,
            zaczyna się zwykle łagodnie, po kolei wchodzą kolejne instrumenty, a kluczowym,
            wydaje mi się, jest perkusja, brzmąca trochę garażowo. Słucha się tego
            przyjemniej niż "Everything Ecstatic", który to album jest nieco nudnawy,
            natomiast tu jest na czym ucho zawiesić. Najlepsze momenty to "Four Measured
            Shores", gdzie żeński wokal każe sobie przypomnieć niektóre utwory Hood i nawet
            nieźle by brzmiał na "Outside Closer", a także wspaniały "A Remark" (to tutaj
            Cole tak się pruł na koncercie). Ten ostatni mógłby być wykorzystany do
            jakiegoś stylowego kryminału, jast króciutki, ledwie 4 minuty, ale atmosfera
            bardzo solidnie się tu zagęszcza, przez ponakładane pętle perkusji. Coś jakby
            Skalpel się tu kłania, ale to trochę do bani porównanie. Może tak by brzmiał
            Skalpel, gdyby bliżej mu było do Four Tet niż do Cinematic Orchestra. Całość
            jest bardzo na miejscu dzisiaj, na mrozie i śniegu.

            pozdrawiam ;)
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka