mechanikk
21.11.05, 20:53
"Sam Eliott mówi, że "Drinking Songs" jest wyrazem jego fascynacji muzyką
słowiańską i wschodnioeuropejską, jest więc bardzo akustyczny, niemal
folkowy.Wszystkie utwory komponował bez użycia samplerów czy komputera,
dopiero w końcowej fazie nagrywania i miksowania zostały użyte urządzenia
elektroniczne i cyfrowe. Dopiero ósmy numer zawiera szalone elektroniczne
beaty, ale i on wpisuje sie znakomicie w nastrój całego albumu.Na polskiej
trasie obejmującej aż 5 miast Matt będzie oczywiście przede wszystkim grał
utwory z nowej płyty, z towarzyszeniem multiinstrumentalisty Chrisa Cole'a
(wiolonczela, perkusja...). Tytuł płyty naprawdę adekwatnie oddaje nastrój
muzyki, dlatego po koncertach radzimy nie siadać za kierownicę samochodu..."
----------------------------------------
Taką informację podał organizator koncertu, w zwiazku z czym zapewne
większość spodziewała się, ze poza 20ma minutami szalonej elektroniki usłyszy
raczej folkowe, smutne, stonowane utwory, pozwalające na sympatyczną
kontemplację świeżo zaparzonej herbatki, jako że alkoholu nie polecano ;) A
gdzie tam. Matt Elliott i jego kolega zagrali co prawda większość
fragmentów "Drinking Songs", ale pozwolili sobie przy okazji zafundować
słuchaczom dźwiękową apokalipsę. "What's Wrong", krótki, tradycyjny utwór, w
którym chyba najbardziej widać fascynację słowiańszczyzną, rozwinęli do chyba
10 minut, w kulminacyjnym momencie powalając noisową ściana dźwięku.
Zastanawiałem się kiedy krzesło się pode mną połamie, tak mocno siedziałem
zupełnie wbity. Zaczynający właściwy koncert "The Kursk" dopiero na koncercie
dotarł do mnie z własciwą mocą. Sprawdziło się, że pan Elliott jest na
koncertach trudny do przewidzenia. Jego kolega, Chris Cole, aka Manyfingers,
zagrał jako support koncert nie wiem czy nie lepszy przypadkiem, szczególnie,
że na bis dostaliśmy 3 kawałki Third Eye Foundation, puszczone z laptopa,
przy minimalnym zaangażowaniu artysty (aluzję wszyscy zrozumieli, powoli się
ubierając). W każdym razie, na płycie, którą można kupić tylko na trasie,
wypalonej na cd-rze, a planowanej do wydania w 2006 roku, support łódzkiego
koncertu prezentuje się całkiem nieźle, a miejsce swoje znajduje gdzieś w
okolicach Four Tet i Hood'a. Siedem transowych, ale przy tym nawet
melodyjnych instrumentalnych utworów, gdzieniegdzie przyozdobionych żeńskim
wokalem, to z całą pewnością zestaw lepszy od ostatniego Four Tet, pomimo, iż
można zarzucić mu minimalną odkrywczość w stosunku do wymienionych
wykonawców. Takie sympatyczne rozwinięcie czegoś co kiedyś nazwano Bristol-
soundem. Znakiem rozpoznawczym może być garażowa, choć odpowiednio zapętlona
perkusja, na której na żywo Cole wyprawiał jakieś cuda niewidy (a perkusja to
malutka, taki zestaw mini). Poza tym wiolonczela, wibrafon, ksylofon, spanish
guitar, akordeon, dziwactwa różne i czuwający nad wszystkim kompiuter.
A na koniec banał - więcej takich koncertów, a będzie dobrze.