ilhan
31.07.06, 13:21
Mocno college-rockowy miesiąc jeśli o mnie chodzi.
Płyta miesiąca:
THE REPLACEMENTS - Let It Be. Nie mam nic do powiedzenia, aktualnie stawiam ten album wyżej niż jakikolwiek amerykański z lat 80.
Reszta:
THE REPLACEMENTS - Hootenanny. Wstęp do "Let It Be"; za dużo robienia sobie jaj, za mało solidnego grania. "Color Me Impressed" jednakowoż wymiata, a balladka "Within Your Reach" z automatem perkusyjnym pokazuje spore horyzonty hardkorowo-punkowej jeszcze wtedy kapeli.
THE REPLACEMENTS - Tim. No *zdecydowanie* słabszy jest ten album od Płyty Miesiąca. Zapewne to zgubny wpływ dużej wytwórni i producenta, więc choć "Left Of The Dial" miażdży emocjonalnie, "Bastards Of Young" po prostu miażdży, a i parę innych numerów poważnie daje radę, to jeśli nie pokochałem tej płyty przez trzy lata, chyba nigdy już się to nie zdarzy.
THE REPLACEMENTS - Pleased To Meet Me. Poziom "Tim" jak dla mnie. "Alex Chilton" = jeden z niedoścignionych wzorców power-popowej, radiowej trzyminutówki z pięknym tekstowym hołdem dla lidera Big Star. Sporo potencjalnych przebojów spapranych produkcyjnie - szczególnie "Can't Hardly Wait" - ktoś kto wstawił tam te dęciaki powinien sam powiesić się za jaja. Nie no, ogólnie wciąż bardzo mocna płyta.
HUSKER DU - New Day Rising. Tak se myślę, że to chyba jednak najmocniejszy ich LP. Zostało trochę tej nieokiełznanej wściekłości "Zen Arcade", co uwzględniając postęp songwritingu i ogólnej ogłady brzmienia daje klasyczny efekt (nie żeby ZENEK nie był klasyczny). No bo z jednej strony dziki opener/tytułowy, a z drugiej takie melodie jak "Terms Of Psychic Warfare" i "Books About UFOs".
HUSKER DU - Warehouse: Songs And Stories. Trochę dissowany w niektórych środowiskach za kompromisowość (?!) ostatni album Huskers jest jednocześnie bodaj najbardziej przystępnym w całym dorobku. No i "Could You Be The One", jaki to jest hit.
BIG STAR - #1 Record. Zabawnie skonstruowana płyta. Numer rockowy ("Feel"), balladowy ("El Goodo"), rockowy ("In The Street" streszczający pół dyskografii Teenage Fanclub), balladowy ("Thirteen" - BTW utwór typu "nie mogę już tego słuchać, bo za piękne"), rockowy ("Don't Lie To Me") i - niespodzianka - balladowy ("India Song"), a potem rockowy, hehe. Oczywiście to zupełnie nieistotne, bo album wybitny.
THE BODINES - Played. Przy kilku solidniejszych sesjach z C-86 objawiła się chyba najlepsza piosenka na całej składance - "Therese" tych właśnie gnojków z jakichś przedmieść Manchesteru. Cudowna jangle-popowa melodia w stylu Orange Juice/środkowych Bunnymen. I cały album oczywiście nie jest tak zaraźliwy, ale bez wyjątku miły.
DESTROYER - Destroyer's Rubies. Kkrzysiekk powiedział mi jak szliśmy bodaj na Kanye Westa, że to jego druga ulubiona płyta z 2006 i stwierdziłem, że w końcu muszę posłuchać. No i faktycznie - Bejar oczywiście w formie. Zdaje się, że to bardziej przystępne oblicze tego zioma, ale kompozycyjnie takiemu "Your Blues" raczej nie ustępuje. A na marginesie dorzucę "Mass Romantic" PORNOSÓW, które towarzyszyło mi w drodze na Opener i jeśli istnieje lepsza płyta do takich celów, to chcę ją poznać.
Oprócz tego sporo The Byrds, ale pewnie bym sprofanował, no i zapewne zapomniałem o tysiącu rzeczy, więc tu skończę.