columbia 13.07.07, 17:54 forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=24573&w=31620387&v=2&s=0 Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
columbia Re: powieść o kosmitach 13.07.07, 18:03 Pewnego ranka Henryk przebudził się z dziwnym przeczuciem, że coś coś go dzisiaj spotka, coś niezwykłego. Ciche pienie kogutów na zagrodzie, pomimo że było jeszcze ciemno zwiastowało nadejście niesamowitych wydarzeń, które mialy wstrząsnąć Henrykiem i wogóle całymi Lędzinami. Henryk przewrócił się na drugi bok ale promienie dziwnej zielonkawej pośiwaty nie dawały mu spać. W końcu lekko poddenerwowany naciągnął na siebie spodnie, zaożył starą ortalionową kurtę i boso wyszedł przed dom.... Na zewnątrz niby było tak jak codzień - nawet pianie kogutow ucichło. Jednak dziwna cisza i lekko zielonkawe wirowanie powietrza nie dawało Henrykowi spokoju, dlaej boso jak zahipnotyzowany udał się w stronę skąd dobiegał miarowy, pulsujący, mechaniczny dźwięk. Ten dzwięk dobiegał zza szpaleru drzew na lewo od jego domu. Pomału kierował się w tamtą stronę. Gdy minął ostatnią sosnę jego oczom ukazały się ... ukazaly sie male zielone ludki. Staly blisko siebie, przestraszone, zmarzniete. Za nimi widoczny byl wielki, swiecacy milionem swiatelek pojazd. Henryk przetarl rekawem ortalionowej kurtki oczy i wydukal tylko: " O kurka wodna" I stali tak przez chwilę wpatrując się w siebie nawzajem. Nagla zza pleców Henryka padł strzał - jeden, potem drugi...zielone ludki leżały w błocie wijąc sie w konwulsjach. "O żesz, kurka!" wrzasnął Henryk Tuż obok niego stanął Rączy Maniek - załatwiłem tych małych skurczybyków - rzekł z dumą w głosie i splunął - nie będą mi juz bydła straszyć! Henryk patrzył na małe zielone ciałka. Troche mu było żal. Wciąż miał w pamięci sen sprzed kilku dni - cud dziewica o 4 ramionach obejmowała go czule, a jej zielona skóra lśniła w porannej rosie - żesz kurka, szlag trafił marzenia o transcendentnej miłości - odwrócił się na pięcie i za sobą usłyszał ciche... pomoz nam, pomoz! Spelnimy twoje najwieksze marzenie, tylko pomoz nam! "Ciiii...", syknął niemal bezgłośnie, "niech cię Maniek nie usłyszy". Jakkolwiek wielką czuł pokusę, aby spojrzeć w kierunku, z którego doszedł go ten brzmiący jak melodia elfów dźwięk, stał nieruchomo wpatrując się w Mańka. "Dobrze zrobiłaś, Maniek. Zasłużyłeś na porządny browarek. Idziemy "Pod Blaszaną Kaczkę?" Maniek westchnął pełen zadowolenia dla samego siebie i odrzekł: „Jużem od niedzieli na nich polował, się bestie czaiły tyle czasu, krowy to tak mom zestresowane, że tera na jaką poradnie musze je przyprowadzić, Wiesz co te zielone ludki mojej Tośce zrobiły?” –klepnął Heńka w plecy, wyrywając go tym samym z zamyślenia. Heniek bowiem wciąż nie mógł pogodzić się z myślą, że jego sen nie stanie się rzeczywistością. Miał wprawdzie pewne obawy jak ksiądz dobrodziej zareaguje, gdy dowie się, że obcował z nieznajomą niewiastą i do tego zieloną, ale co mu tam, ksiądz dobrodziej nie z takich grzeszków rozgrzeszenie dawał. Tymczasem Maniek przyglądał mu się z lekkim niepokojem „A co Ty k...a Heniuś taką markotną minę masz od rana?” Heniu uśmiechnął się krzywo i odparł... Heniu uśmiechnął się krzywo i odparł..." a kapusty żem sie wczoraj najadł i mnie teraz gazy męczom. Idź no Maniek do gospody. Ja muszę jeszcze , no wiesz..." "hahahaha- zaśmiał się Maniek z wyrozumiałością - to czekom na ciebie w gospodzie, stukniem se po browarze. Trzym sie." Kiedy tylko szerokie bary Rączego Mańka zniknęły za zakrętem Heniek odwrócił się i pobiegł w stronę wciąż lekko drżących zielonych ciał. Ich skóra była zimna i lekko wigotna. Pieknie śniła w porannym słońcu. "Zaniese je na ich statek, to może ich uratujom" - pomyślał. Ale migotliwego statku juz nie było. "O żesz..co jo teraz zrobie?" Mniejszy zielony skonał z sykiem u jego stóp. Ale wiekszy wciąż jeszcze oddychał. "Schowam go w stodole. Bo jeszcze Maniek go dobije w drodze powrotnej, i sprowokuje kosmiczny terroryzm." Tak tez uczynił. Zaniósł słabego zielonego stwora do stodółki za domem, okrył końską derką i wyszedł zamknąwszy dobrze drzwi za sobą. Rozwejrzał się, czy nikt go nie widział i dziarsko udał sie do miejscowej gospody. Przez cała drogę towarzyszyło mu dziwne uczucie - po czyjej stronie właściwie sie opowiedział swym czynem? "Po swojej, psia mać!"- odrzekł sobie w myślach i zadowolony oddał się fantazjom na temat długich zielonych palców obcej istoty. W gospodzie było tłoczno, jak zwykle w porze pracy. Maniek machał Heńkowi z rogu sali. - A co żeś tak długo robił? - zapytał - A miejesce sobiem w kiszkach na goloneczkę i napitek robił.- odrzekł oblizując, w celu zatajenia znamion występku,ubroczone zieloną krwawicą paluchy co manjukiru nie zaznały. W tym czasie. Zielony stwór, który tak naprawdę był żabą zrzuconą przez amerykański koncern tytoniowy w celu ratowania słaniajcej się gospodarki, narodu dotkniętego klęską urodzaju partyjnego, otóż ten zielony stwór uaktywnił mechanizm wewnątrznaprawczy i rzucił stekiem przekleństw,ze aż wstyd. Z ciężkim wzdechem wprowadził do mechanizmu autopoprawkę hodując sobie sztuczne zielone piersi z elastykonu w celu zadość czynienia marzeniom Henryka. (Stwor, co jest rzeczą oczywistą w przypadku produktów amerykanskich koncernów tytoniowych- potrafił czytać w chłopskich myślach) Powstały w wyniku autopoprawki deficyt zręcznie zalepił plasteliną. W tym samym czasie Heniek kończył już trzecie piwo i obgryzał resztki tłustej golonki. Z jednej strony odczuwał typowe dla pobytu "pod Blaszana Kaczką" przyjemne otumanienie, z drugiej storny nawiedzil go dziwny niepokój. "Czy to możliwe", pomyślał, "żeby spełniły się moje najskrytsze marzenia i to zielone sflaczałe ciało było cudowną dziewicą z moich snów? Szkoda, że się jej lepiej nie przyjrzałem..." Z zamyślenia wyrwał go głos Mańka: "Heniek, jeszcze jednego"? ... "Dziwicą jestem azaliż na pewno"- odrzekła amerykanska żaba, której nawet stary teksański kowboj zżerający robaki z tekili, patykiem nie chcial w otwor rozrodu ruszyc. Stwór-żaba potrafił odrzec myślom Henia, ponieważ miał na nie stały amerykański pogląd technologiczny produkcji mejd baj NASA. NASA zresztą ostatnio zeszło na żaby, czego nie trzeba nawet na obrazku załączać. Dowodzi to ostatecznego upadku instytucji która do niedawna była ostoją sił kosmicznych władajacych obrotem ciał niebieskich i Niu Ejczem. Na pytanie Mańka o kolejne piwo Henryk poczuł w gardle przyjemne łaskotanie włosków z golonki, które pomyślał miło byłoby przyczesać jeszcze jednym piwkiem. Dobra - to samo proszę - ryknął rozmarzony Henryk w kierunku Mańka. W tym samym czasie bufetowa Krycha, każąca menelom ze wsi nazywać się barmanką, otarła kąciki ust ceratą cały czas łapczywie spoglądając na Henryka. Ten to dopiero jest marzyciel - ech mieć by takiego chłopa jak Henryk z własną gospodarką - zawsze elegancko marynarka na sweter - nawet jak zimno to spod ortalionu dołem wystaje - to jest klasa - od razu wiadomo, że inetligentny i uczuciowy. Z rozmarzenia wyrwał Henryka Maniek zdmuchując mu pianę z piwa na beret. Coś się tak zamysłił Heniek - może cię te zielone diabelstwa zanim doszedłem przenicowały na statku??? O żesz ku..a Heniu - gadaj zaraz co ci te myndy zrobiły? Eeeee nic - nie zdążyły - ledwo żem podszedł ale na szczęście w sam raz wypaliłeś z tego swojego sztucera - mówię ci w samą porę Maniek! Wtem w całej izbie "blaszanej Kaczki" przygasły światła i zapadła niesamowita cisza. Po chwili Henryk zobaczył wsączającą się do środka zielonkawą poświatę która po chwili wypełniła całą zatęchłą budę. Ku zdumieniu Henryka wszystkie osoby znajdujące się w "blaszanej Kaczce" siedziały bez ruchu, jak zamrożone. Przed nim nienaturalnie nachylony Maniek, z którego gęby w połowie drogi do podłogi zawieszona była plwocina. Spojrzał na bar - gdzie Kryśka zastygła dolewając wodę z czajnika do grzanego piwa. Nawet para z kufla wisiała zastygnięta w powietrzu.... Kiedy Heniek z Mańkiem dalej raczyli sie w gospodzie trunkami i swoimi, jak Odpowiedz Link Zgłoś