negritha
09.03.04, 23:37
Może nie depresja, ale faktem jest że od dłuższego czasu "modlę się" (jestem
niewierząca) o jakąś poważną chorobe... nie mam już siły funkcjonować
normalnie. Do tej pory moimi głownymi pocieszycielami byli: facet i
jedzenie... (przyjaciół unikam jak ognia, spotkań, imprez, wszelkich
niepotrzebnych wyjść z domu także..) Z facetem coraz gorzej (choć tylko z
mojej strony...on jeszcze nie wie że w "nas" zwątpiłam :-( ) a jedzenie
doprowadza mnie do rozpaczy. Co gorsza moje studia wymagają ode mnie naprawde
dużo zaangażowania i systematycznej pracy, a ja jak już zmuszę się i przyjde
na wykład np z mechatroniki to po to żeby poczytać gazetę (taką o niczym, bo
jedzenie to moje jedyne hobby i sposób na nude, innych zainteresowań już nie
posiadam)...po czym na drugiej godzinie już się ulatniam...:-( Pocieszam się
że może nie będę musiała czekać na koniec semestru.. Sprawę pogarsza u mnie
fakt że mam zaburzenia hormonalne (wadę przysadki) i nastroje jak u kobiety w
okresie menopauzy.. obecnie jestem wiecznie śpiąca, mogłabym spać przez
wiekszość dnia i w nocy... Spanie i jedzenie na przemian... nie liczę już
napadów, bo są po prostu codziennie. Efekt jest następujący: 0 poczucia
własnej wartości, 0 szacunku do siebie, nienawiść.. i nie chodzi już o ciało,
wygląd. Nie wierze w rzeczy typu: gdybym schudła to by się wszystko zmieniło,
bo trucizna jest po prostu we mnie, w mojej osobowości.... większą
nienawiścią darze swoją psyche niż ciało... Ech, no nic, jutro ide na
morfologie krwi moze cos wykryja.. Ech, przykro mi dziewczyny, że tak
smęcę...po prostu straciłam wiarę zę może być lepiej, normalnie.. pozdrawiam.