k_maria_r
24.02.13, 20:04
Poradźcie proszę.
Mój przyjaciel ma depresję i próbę samobójczą na koncie. W tej chwili jest w szpitalu, czuje się coraz lepiej. Pobędzie tam jeszcze kilka tygodni. Zebrała się wokół niego grupa ludzi, która mu pomaga - odwiedza, podrzuca coś do jedzenia, przejmuje rzeczy do prania, itd.
Pojawiła się natomiast kwestia mieszkania. Jest tam syf, a nawet SYF. Albo i S Y F. Pościel jest ciemnoszara. Zlew pełen naczyń, na których kwitną nowe formy życia. Podłogi nie widać spod błota. Cała łazienka - zabłocona i pełna kociego żwirku. Wszędzie pełno kurzu i kociej sierści. Do tego koszmarny smród, bo mimo regularnego opróżniania kuwety, jeden z kotów sika na chodniczek. Wszystko jest tym smrodem przesiąknięte.
W pierwszej chwili wymyśliliśmy, że posprzątamy mu w tym mieszkaniu. Zebrała się ekipa gotowa poświęcić na to weekend (praca nie będzie łatwa, bo tam jest naprawdę okropnie). Ale w tej chwili pojawiła się opcja, że to nieterapeutyczne. Że jak już wyjdzie, to powinniśmy mu powiedzieć, że chętnie pomożemy mu ze sprzątaniem.
Ja oczywiście wiem, że nie jest metodą wyręczanie osób z problemami/depresją. Znam go również i wiem, że generalnie ten konkretny człowiek ma wysoką tolerancję na brud, i nie przeszkadza mu to, co mnie by obrzydzało i doprowadziło do szału.
Ale wydaje mi się, że jeśli miał pomysł, by ze sobą skończyć, to rzeczywistość go troszkę przerosła. I jeśli teraz w szpitalu nabierze trochę sił i poczuje się pewniej, po czym wróci do tej koszmarnej, skrzeczącej rzeczywistości i śmierdzącej nory, to efekt terapeutyczny może iść w diabły.
Podpowiedzcie, co zrobić?