Gość: zibi
IP: *.acn.waw.pl
06.09.04, 20:19
Hej...zupełnie nie wiem, jak zacząć to wszystko opowiadać.
Poznaliśmy się przez internet, potem zaczęliśmy regularnie
spotykać...zbliżyła nas moja choroba i krok po kroku postanowiliśmy razem
zamieszkać. Zaczęłam studia w mieście, w którym On mieszka i przeprowadziłam
się do Niego. Od tego czasu minął rok. Kiedyś postanowiłam, że będę kochać
człowieka, którego sobie wybrałam nie zważając na wady i na to, co mi się w
nim nie podoba, a przede wszystkim nie będę go zmieniać. Ale odkąd jesteśmy
razem zawsze tkwią we mnie zadry, których nie mogę się pozbyć. Fatalny
początek i dalszy ciąg kontaktów z Jego rodzicami, szok kulturowy, że
zupełnie nie umie o mnie zadbać (brak szarmanckości, elegancji), to, że przy
każdej kłótni doprowadza do tego, że na końcu to ja Go przepraszam,
nieumiejętność przeproszenia i przyznania się do błędu...nie wiem, czy jest
sens to wyliczać.
Co jakiś czas inicjuję rozmowę o naszym związku, mówię , czego mi brakuje,
czego pragnę, pytam o jego uczucia i myśli, ale mam wrażenie, że On nie ma w
ogole potrzeby rozmawiania o tym. A codziennie jest zbyt zapracowany, zbyt
zmęczony, zbyt zajęty czymś innym...Podczas wielkiej awantury dowiedziałam
się rzeczy, o ktorych nigdy mi nie powiedział normalnie....czy musi być tak
ciężko się dotrzeć, zrozumieć? Kiedyś koncentrowaliśmy się na podobieństwach,
dziś On szuka przeciwieństw, a ja zaczynam się temu poddawać.
Humorzasty bardzo, często nieprzyjemny, taki Piotruś Pan z domieszką
pracoholizmu. Obojętny, czasem wieje chłodem na 10 kilometrów. A jednocześnie
wiem, że mnie bardzo kocha, tylko nie umie okazywać emocji, w ogóle jest
bardzo skryty, co kiedyś wydawało mi się wyczuciem taktu, a dziś straszy
wielkim murem. Pomijam sprzeczki o drobne rzeczy, żeby się golił codziennie,
ładnie pachniał, dobrze ubierał, właściwie zachowywał, opiekował się mną,
dodawał mi wsparcia. Doszło do tego, że pojęcia "wsparcie, otucha"
rozbrzmiewają w naszym mieszkaniu głupim, pustym echem...w jego wydaniu
oczywiście.
Wiem, że może mieć dość mojej choroby, mojej upiornej przewidywalności,
stateczności, tego, że wielu rzeczy nie możemy razem robić. A jednak jesteśmy
razem. Trzyma nas też (a może tylko mnie) niełatwa sytuacja finansowa,
ponieważ on płaci częściowo za moje studia i de facto utrzymuje mnie w tym
mieście. Więcej takiego błędu nie popełnię, nie uzależnię się, ale jak mam
się nauczyć żyć bez popełniania błędów? I cieszę się, że nawet nie poprosił
mnie o rękę, bo byłoby mi teraz dużo trudniej.. W ciągu tego roku mieszkania
razem dowiedziałam się więcej niż przez pozostałe 1.5 roku spotykania się na
odległość. Najgorsze jest to, że właściwie to nie wiem, czy Go jeszcze
kocham. Więcej nawet : nie wiem, czy w ogóle Go kochałam. W łóżku czasem jest
cudownie, ale częściej się nudzę, w życiu się spieram i walczę, a nawet nie
wiem po co. Co robić? Odejść? Zostać? Uwierzyć w niespełniane obietnice pracy
nad naszym związkiem? Jak sprawdzić, czy jeszcze Go kocham? Jednocześnie jest
moim wielkim przyjacielem i bez Niego będzie mi ciężko żyć, wiem to.
Pogubiłam się całkiem, jak jeszcze nigdy w życiu. Poradźcie...:(