Mam problem...

IP: 149.156.28.* 07.05.02, 11:22
nie wiem, co poradzić mojej przyjaciółce.
Jej właśnie dobiegające końca małżeństwo od początku było związkiem toksycznym,
mąż ją zdominował, ona zrezygnowała dla niego z wielu rzeczy (np. sportu) bo
jemu się to nie podobało, krytykował ją przy obcych w sposób niemal wulgarny,
mówił że jest głupia i bez niego nigdy by sobie nie poradziła (było akurat
odwrotnie, ona bez problemów skończyła studia z wysoka średnią, on skończył
studia bo ona napisała najpierw jego pracę licencjacką a potem magisterską) A
ponadto mąż ją zdradzał, bił, wyrzucił z domu bo miał inną. Potem błagał by do
niego wróciła i ona do niego po kilku miesiącach mieszkania osobno wróciła,
zaszła w ciążę, urodziła dziecko. Dwa lata temu gdy dziecko miało niespełna
trzy lata on wyjechał na drugi koniec Polski na szkolenie i po zaledwie kilku
tygodniach zamieszkał z poznaną tam kobietą. Ona najpierw walczyła o jego
powrót bo dziecko bardzo tęskniło za ojcem, choć się nim niespecjalnie
zajmował, ale potem dała spokój.
Poznała kogoś, on też tkwił w nieudanym małżeństwie, w którym był zdominowany
przez żonę i też ma dziecko. Na początku było wspaniale, on był dobry,
opiekuńczy i czuły. Wyprowadził się od żony, obydwoje złożyli pozwy rozwodowe.
Od kilku miesięcy mieszkają razem. Pracują w jednej firmie, do niedawna
pracowali w jenym dziale, on był kierownikiem sekcji, w której pracowała też
ona, ale w ciągu ostatnich dwóch miesięcy w firmie wiele się zmieniło, zmieniły
się też ich stanowiska, ona została asystentem dyrektora jednostki nadzorującej
jednostkę, w której on będzie pracownikiem jednego z działów, więc ona
awansowała a on został zdegradowany.
Ona twierdzi że w tym momencie w ich związku zaczęło się źle dziać. Ona nie
może z nim porozmawiać bo on o wszystko się wścieka, na jej prośby o pomoc w
domu (np. umycie naczyń po obiedzie) odpowiada, że nie będzie nic robił bo nie
ma ochoty. Do tego dochodzą też problemy z dziećmi i pomiędzy dziećmi, jego
dziecko jest o kilka lat starsze i próbuje "wychowywać" jej dziecko, ona zwraca
uwagę swojemu dziecku gdy robi coś nie tak a on swojemu pozwala na bardzo
wiele.
Kiedy ona ma problem to często dzwoni do mnie i prosi o radę, a ja nie wiem co
mam jej powiedzieć, zwykle ograniczam się o wysłuchania jej, co już w jakiś
sposób jej pomaga, ale ona chce konkretnych porad, a ja nie jestem
psychologiem, sama jestem szczęśliwa w małżeństwie i większość jej problemów
jest mi zupełnie nieznana z mojego życia.
I co mam teraz zrobić? Proszę poradźcie mi a właściwie jej.
    • kwieto Re: Mam problem... 07.05.02, 12:14
      Chyba racje maja ci, ktorzy twierdza, ze w toksyczne zwiazki laduja sie tacy,
      ktorzy sami sa toksyczni...

      Wydawaloby sie - dwoje po toksycznych ukladach, wiec powinni wiedziec jak to
      dziala, dbac o to, by sie tak nie stalo - a nadal sami sobie urzadzaja
      pieklo...

      :(((
      • Gość: mała Re: Mam problem... IP: 149.156.28.* 07.05.02, 12:24
        no własnie tylko co teraz? czy można to jakoś naprawić?
        Ona twierdzi że go kocha, i że chce z nim być ale nie chce się poświęcać a na
        pewno nie chce poświęcać swojego dziecka. On przyznaje że przynajmniej część
        jej pretensji jest słuszna ale nic nie robi by było inaczej.
        :-(((
        • kwieto Re: Mam problem... 08.05.02, 10:41
          Jesli nie maja mozliwosci, zeby cos zmienic w tym ukladzie, to musza sie
          rozstac, innego wyjscia nie widze. Nie mozna nic zmienic, jesli ktoras ze stron
          nie chce sie zmieniac.
          • Gość: mała Re: Mam problem... IP: 149.156.28.* 08.05.02, 12:02
            ja nie wiem czy oni nie mają możliwości zmiany swojego związku, myślę że
            możliwość zawsze istnieje, trzeba tylko chcieć, sądzę też że rozstanie
            to "najłatwiejsze" wyjście, ucieczka od prawdziwych problemów i myślę że nie o
            to im chodzi, a przynajmniej jej nie o to chodzi
            • masaker No własnie... 08.05.02, 12:23
              Gość portalu: mała napisał(a):

              > ja nie wiem czy oni nie mają możliwości zmiany swojego związku, myślę że
              > możliwość zawsze istnieje, trzeba tylko chcieć, sądzę też że rozstanie
              > to "najłatwiejsze" wyjście, ucieczka od prawdziwych problemów i myślę że nie o
              > to im chodzi, a przynajmniej jej nie o to chodzi

              Ja też uważam, że możliwosć zawsze istnieje, ale skoro ktos nie chce, to znaczy, że możliwosći nie ma,
              bo rozwiązywanie problemów to przede wszystkim chęci i zgoda na zmianę.
              Kiedy czytam tę historię, to naprawdę jedyna mysl, jaka przychodzi mi do głowy to: "UCIECZKA!!!". To też
              jest jakies rozwiązanie.
              • Gość: mała Re: No własnie... IP: 149.156.28.* 08.05.02, 14:28
                ale dlaczego uważacie że najlepiej byłoby gdyby się rozstali?
                obserwuję ich związek od ponad roku, przy nim ona przestała się bać, a przedtem
                bała się reakcji męża na swoje zachowanie, kuliła się gdy on podnosił głos lub
                rękę, przy tym drugim tak nie było i nie jest, przy tym drugim zaczęła się
                uspokajać, minęły objawy nerwicy, czuła się przy nim bezpiecznie, jej dziecko
                go uwielbia i mówi że tatuś się z nim tak nie bawi i że tatusia się boi, (z
                ojcem dziecko widuje się regularnie)
                dlaczego UCIECZKA byłaby najlepszym rozwiązaniem?
                • kwieto Re: No własnie... 08.05.02, 14:43
                  Ucieczka nie jest jedynym ani najlepszym rozwiazaniem. Ale wierz mi, nie mozna
                  kogos "za uszy" wciagac do zgody. Jezeli wzajemnie nie potrafia sie dogadac, to
                  rozstanie staje sie rozwiazaniem JEDYNYM DOSTEPNYM.

                  Mozemy mowic, ze powinni pojsc do poradni, ze powinni ze soba rozmawiac. Ale
                  przeciez jesli on czy ona nie chce rozmawiac - to drugie przeciez nie bedzie
                  wyglaszalo monologow! Widzisz mozliwosc dogadania sie, gdy jedno z nich nie
                  slucha? A najprawdopodobniej oboje nie sluchaja sie wzajemnie? Troche tak,
                  jakbys chciala, zeby sie slepy porozumial z gluchym. Oczywiscie, ze sie da. Ale
                  OBAJ musza tego chciec. Inaczej wszelkie wysilki spelzna na niczym. I co wtedy?
                  Dalsze tkwienie w chorym ukladzie?
                  • Gość: mała Re: No własnie... IP: 149.156.28.* 08.05.02, 15:29
                    być może rozstanie jest wyjściem ale ja jej tego nie podpowiem, niech o tym
                    decyduje sama,
                    czy uważasz że związek ma sens tylko wtedy gdy jest dobrze? a co wtedy gdy
                    jedna osoba ma jakieś problemy, z którymi sobie nie radzi, uważasz że lepiej ją
                    zostawić niż próbować pomóc?
                    • masaker Re: No własnie... 08.05.02, 15:36
                      Gość portalu: mała napisał(a):

                      > być może rozstanie jest wyjściem ale ja jej tego nie podpowiem, niech o tym
                      > decyduje sama,
                      > czy uważasz że związek ma sens tylko wtedy gdy jest dobrze? a co wtedy gdy
                      > jedna osoba ma jakieś problemy, z którymi sobie nie radzi, uważasz że lepiej ją
                      > zostawić niż próbować pomóc?

                      To nie o to chodzi, żeby zostawiać kogos bliskiego w potrzebie, ale żeby uciec od kogos, kto niszczy
                      drugiemu życie. To jest spora różnica.
                      Oczywiscie, każdemu można dać szansę. JEDNĄ szansę.
                    • kwieto Re: No własnie... 08.05.02, 15:52
                      Juz powiedzialem - mozna jej pomagac, o ile chce sobie pomoc. Dziecmi przeciez
                      nie jestesmy i jak dzieci zachowywac sie nie bedziemy.
                      • Gość: mała do kwieto i masakera IP: 149.156.28.* 09.05.02, 08:12
                        Muszę przyznać, że nie bardzo Was rozumiem, gdybyście mogli napisać więcej niż
                        po 2 zdania byłabym Wam wdzięczna
                        Pozdrawiam
                        • masaker od masakera 09.05.02, 08:47
                          A co ja mam ci powiedzieć? Że kobieta zrobiła kolejny błąd w swoim żyiu, bo poprzedni niczego jej nie
                          nauczył? Obecny stan rzeczy pewnie i można zmienić, ale przecież ani ja, ani kwieto, tego nie zrobimy,
                          bo dokonać tego muszą sami zainteresowani. Przecież ja nawet na dobrą sprawę nie wiem, jak
                          wygląda ich codzienne życie.
                          Rozwiązywanie większosci problemów z reguły zaczyna się od rozmowy, w której jedna osoba wali
                          prosto z mostu: "Ostatnio zachowujesz się tak i tak, mówisz to i tamto, itd. Krzywdzisz mnie w ten
                          sposób (sprawiasz mi przykrosć, poniżasz, itd.). Dalczego?" Bez tego nie ma co nawet mówić o
                          zmianie, poprawie, itp.
                        • kwieto Re: do kwieto 09.05.02, 09:41
                          Ja sie podepre artykulem z ostatniej Polityki pt: "szakal i zyrafa" czy jakos
                          tak. Albo lepiej, porownam to do negocjacji. W negocjacjach dwie strony
                          rozmawiaja ze soba, by osiagnac jakis cel. Ich pobudki sa nieco inne (jeden na
                          przyklad chce cos kupic, drugi sprzedac) ale cel (dokonanie transakcji) jest
                          tak naprawde wspolny. Podobnie w malzenstwie, czy partnerstwie jest podobnie -
                          celem jest wspolne pozycie, a oboje musza wynegocjowac warunki, na ktorych chca
                          ten cel osiagnac. Musza ustalic czego oczekuja od siebie wzajemnie, i
                          zastanowic sie, czy sa w stanie te oczekiwania nawzajem spelnic, lub
                          zmodyfikowac jesli sa zbyt wygorowane.

                          A teraz przejdzmy do sytuacji o ktorej rozmawiamy. Z tego co opisujesz, jedna
                          ze stron w ogole nie chce rozmawiac na temat jakichkolwiek warunkow. Obrazowo
                          wyglada to tak, jakbys poszla do kogos i prosila go o sprzedaz samochodu, a ten
                          ktos uporczywie odmawial. W takiej sytuacji jakakolwiek transakcja nigdy nie
                          dojdzie do skutku! Ewentualnie drugi wariant, nawet blizszy temu o czym
                          opowiadasz - to taka sytuacja, kiedy sprzedajacy inkasuje zaplate, a nastepnie
                          nie chce oddac samochodu kupujacemu.

                          Wracajac znowu do Twojej kolezanki - z mojego punktu widzenia jest tak, ze on
                          chcialby jednoczesnie korzystac z urokow zycia w zwiazku, jednoczesnie nie
                          ponoszac zadnych, albo prawie zadnych kosztow z nim zwiazanych. Nie oferuje
                          partnerstwa, tylko postawe "przynies/daj".
                          Moze oni po prostu nie potrafia, choc chca sie dogadac. Polecam ten artykul w
                          Polityce. Ale zeby JAKAKOLWIEK rozmowa doszla do skutku, musza jej chciec
                          OBOJE. Jezeli jedna ze stron nie dostrzega problemu, unika rozmowy na ten temat
                          - to nie zajmie sie ta sprawa dopoki rzeczywiscie nie zacznie sie jej walic na
                          glowe. W tym przypadku - ona od niego odejdzie.

                          Nie mowie, ze rozstanie to jedyne dobre wyjscie. Z tego co pisalas, ona
                          podejmowala wszelkie proby rozmowy, kontaktu, natomiast on tego unikal. I jesli
                          w istocie tak bylo - to nie wiem jak mozna uratowac zwiazek, ktorego ktos
                          (partner) nie chce ratowac. Jak mowi wierszyk: "w tym caly jest ambaras, zeby
                          dwoje chcialo na raz". Jesli jedno nie chce, to zadne proby sie nie powioda. A
                          ciagle tkwienie w chorym ukladzie to tez przeciez nie to?
                          • Gość: mała Re: do kwieto IP: 149.156.28.* 09.05.02, 12:02
                            kwieto napisał(a):

                            > > Moze oni po prostu nie potrafia, choc chca sie dogadac. Polecam ten artykul w
                            > Polityce. Ale zeby JAKAKOLWIEK rozmowa doszla do skutku, musza jej chciec
                            > OBOJE. Jezeli jedna ze stron nie dostrzega problemu, unika rozmowy na ten temat
                            > to nie zajmie sie ta sprawa dopoki rzeczywiscie nie zacznie sie jej walic na
                            > glowe. W tym przypadku - ona od niego odejdzie.
                            >
                            > Nie mowie, ze rozstanie to jedyne dobre wyjscie. Z tego co pisalas, ona
                            > podejmowala wszelkie proby rozmowy, kontaktu, natomiast on tego unikal. I jesli
                            > w istocie tak bylo - to nie wiem jak mozna uratowac zwiazek, ktorego ktos
                            > (partner) nie chce ratowac. Jak mowi wierszyk: "w tym caly jest ambaras, zeby
                            > dwoje chcialo na raz". Jesli jedno nie chce, to zadne proby sie nie powioda. A
                            > ciagle tkwienie w chorym ukladzie to tez przeciez nie to?



                            Artykuł czytałam i chyba go jej podrzucę, żeby też go przeczytała.
                            Problem w tym, że jeszcze niedawno potrafili sie porozumieć, może nie było to
                            doskonałe porozumienie ale potrafili, chcieli i lubili ze sobą rozmawiać, a
                            ostatnio to się zmieniło. Myślę że zmiany w pracy spowodowały, że obydwoje są
                            bardziej zestresowani, ona ma znacznie więcej pracy, on niższą pozycję, ona jest
                            zmęczona on sfrustrowany.
                            Myślę że oboje widzą problemy, ale on chyba nie radzi sobie z ich rozwiązywaniem
                            i nie rozmawianie jest dla niego sposobem na przeczekanie sytuacji.
                            Jeśli chodzi o partnerstwo nie jest chyba aż tak źle, on bardzo nie lubi zakupów
                            i sprzątania (ona zaś jest bardzo porządnicka) ale np. on często gotuje.
                            Oboje mają za sobą trudne małżeństwa, zawarte stosunkowo wcześnie, w których byli
                            zdominowali i ich małżonkowie nie liczyli się z ich zdaniem. To na pewno wpływa
                            na ich obecne postawy, żadne z nich nie chce dać się zdominować.
                            To moja przyjaciółka ale myślę, że wina rozkłada się w jakimś stopniu na nich
                            oboje, nikt nie jest doskonały, ona też nie.
                            Być może, że rozstanie czy też tylko jego groźba podziałałaby na niego
                            otrzeźwiająco, ale moim zdaniem to bardzo poważna decyzja i ona musi podjąć ją
                            całkowicie samodzielnie.
                            • kwieto Re: do kwieto 09.05.02, 12:42
                              Totez ja nie mowie: "niech sie rozstanie" tylko sugeruje, ze to jest jakies
                              wyjscie z sytyacji impasu w ktorym sie znalezli. Tak naprawde za malo wiadomo o
                              ich relacjach, zeby cokolwiek sensownego doradzic. Rozstanie jest jedynym
                              wyjsciem jesli on nie wykazuje zadnej checi zmiany. Samo dzielenie obowiazkow
                              to chyba nie do konca to o co chodzi, wazne przeciez nie jest czy robia
                              wszystko po rowno, ale czy sie z tym dobrze czuja.
                              Byc moze ona po prostu nie potrafi z nim rozmawia, moze nie potrafia oboje...
                              wtedy proba dialogu ma sens. Ale jesli takie proby podejmowane sa ciagle, na
                              rozne sposoby, a efektow dalej nie widac - to naprawde, dla wlasnego zdrowia
                              lepiej sobie dac spokoj.
    • Gość: zula Re: Mam problem... IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 07.05.02, 12:22
      Widzisz, problem polega na tym, że nie da się powiedzieć: "powinna zrobić tak i
      tak i koniec" że tak jest lepiej a ak gorzej.
      Ja zrobiłabym tak:
      po pierwsze porozmawiałabym z mężem o sytuacji panującej w firmie, o tym co ich
      łączy zawodowo, że to nie jest jej wina że awansowała ani jego że został
      zdegradowany, normalnie po ludzku porozmawiać. Rozmowa, rozmowa i jeszcze raz
      rozmowa!
      po drugie jeśli strofuję swoje dziecko to strofuję również jego, kiedy
      zamieszkali razem postanowili "założyć" rodzinę, muszą stanowić całość, a
      całość to również regóły. Jeśli ona nie chce strofować jego dziecka to niech z
      nim na ten temat porozmawia. A więc znów rozmowa.
      po trzecie odcięcie życia zawodowego od prywatnego. Wychodzimy z pracy,
      zamykamy drzwi i nie jesteśmy w biurze, jesteśmy w domu i żyjemy rodziną a nie
      firmą.
      jeśli nie pomaga rozmowa najlepiej zgłosić się do psychologa, może to pomoże.
      Rozmowa, to nie ja mówię ty słuchasz, to również nie może być wyrzucanie z
      siebie żalów, które dla niego mogą być bezpodstawne. Ona musi z nim rozmawiać a
      nie zarzucać mu coś co robi nie tak lub nie robi wogóle. To musi być rozmowa
      dwója równych sobie ludzi. Niech usiądą wieczorem i porozmawiają, niech ona
      powie mu co czuje, niech weźmie go za rękę, powie że bardzo go kocha, że
      chciałaby by wszystko było tak jak dawniej... ona napewno zna sposoby na
      swojego mężczyznę... ale krzyk i pretensje t onajorsza opcja.
      pozdr.
      • Gość: mała Re: Mam problem... IP: 149.156.28.* 07.05.02, 12:31
        Rozmowa tak to właśnie to co cały czas jej radzę, ale ona twierdzi że ostatnio
        nie potrafią już ze sobą rozmawiać, on się wścieka i zacina a ona płacze.
        Ona twierdzi że przedtem było tak że wychodzili z pracy (w której często sie
        spierali na tematy zawodowe) i nie zajmowali sie więcej pracą tylko wspólnym
        życiem, jednak odkąd zmieniły się ich stanowiska sytuacja się zmieniła, bo on
        jest tym tak sfrustrowany że tę frustrację przenosi do prywatnego życia.
    • no_ja Re: Mam problem... 08.05.02, 09:44
      Po pierwsze to nie twój problem tylko jej/ich. To jej/ich życie i związek. Nie
      angażuj sie w rozwiązywanie problemów swojej przyjaciółki, bo może się okazać
      że będzie mieć do ciebie pretensje.
      To co dzieje się pomiędzy dwojgiem ludzi dla kogoś z zewnątrz może być
      niezrozumiałe. Poza tym znasz racje tylko jednej strony, a wina zwykle rozkłada
      się na obie strony.
      Może być tak, że każde z nich uwolniwszy się od dominującego partnera
      próbuje "wywalczyć" w tym nowym związku jak najwyższą pozycję i stąd te tarcia.
      Najlepszym sposobem rozwiązywania problemów jest rozmowa, jeśli oni nie
      potrafią się porozumieć sami ale chcą sie porozumieć to niech spróbują terapii
      rodzinnej, być może rozmowa w obecności psycholaga im pomoże
      • Gość: mała Re: Mam problem... IP: 149.156.28.* 08.05.02, 12:12
        to nie takie proste nie angażować się, ale próbuję to robić, to znaczy staram
        sie ograniczyć moją rolę do wysłuchania jej i nie dawania konkretnych rad,
        widzę że ona znów cierpi a wyglądało że już będzie wreszcie dobrze po tylu
        latach toksycznego związku,
        myślę że rozmowa z psychologiem to dobry pomysł, mam nadzieję, że poza Warszawą
        też uda się znależć jakąś poradnię terapii rodzinnej
        • raisa Re: Mam problem... 08.05.02, 19:34
          rozmawiac,rozmawiac,rozmawiac.....
          domyslam sie,ze Twoja przyjaciolka tego probowala..niech probuje do skutku.
          Najlepiej w spokojnej atmosferze ,kiedy klocace sie dzieci beda gdzies poza
          domem.W pracy ona jest wyzej stanowiskiem od niego?
          Byc moze o to tez chodzi.Takie sytuacje znam tylko z postoww na forach
          gazety,ale wydaje mi sie,ze mezczyzn bardzo boli,kiedy ich ukochana kobieta
          jest na wazniejszym 'stolku'.
          byc moze w zwiazku z tym cos sie zmienilo takze w jej zachowaniu?Byc moze
          inaczej troszke go traktuje w domu,albo podswiadomie boi sie go zranic-ja np.w
          jej sytuacji ciagle bym sie bala,ze nawet w
          domu 'niechcacy'sie 'wywyzszam'.Wszystkie nieporozumienia wynikaja z braku
          powaznej i szczerej rozmowy.Bez zadnych atakow,napadow agresji i wypominania
          sobie krzywd z przeszlosci.Jezeli partner w rozmowie bedzie ja prowokowal-niech
          liczy do 10...etc
          A moze nie sa ze soba wystarczajaco blisko,na tyle,ze On nie jest w stanie
          przyznac sie do swojego stanu..podburza swoje dziecko...
          Moim zdaniem rozstanie to nie jest dobre wyjscie.To dorosla kobieta
          z 'przezyciami'..chyba wie co to znaczy milosc.Skoro twierdzi,ze go kocha to
          zapewne tak jest.
          • Gość: Gabi Re: Mam problem... IP: *.sympatico.ca 09.05.02, 14:15
            poprostu przechodza "kryzys"malzenski...walcza o pozycje a w takim przypadku
            nic nie osiagna.Musza zaczac ze soba rozmawiac na jednej plaszczyznie....mowic
            o tym samym.Zawsze w zwiazkach"moje...twoje"dzieci dojdzie do scysji.
            A juz tak czesto niestety bywa ,ze kobieta po przebytym zwiazku toksycznym
            przyciaga to samo do siebie...lezy to w jej problemie gleboko psych
            usadowionym.Powinna porozmawiac a psych..przeprowadzic psychoanalize,poznac
            SIEBIE wowczas uwolni sie od toksycznych zwiazkow.
            Latwo mowic,gorzej wykonac,ale jako inteligentna osoba powinna probowac.
            Tj prawda ,ze nikt tak naprawde nie wie co dzieje sie w danym domu za
            zamknietymi drzwiami...wiec,poprostu wysluchaj i na tym niech sie Twoja rola
            konczy.
            Pozdrawiam Ciebie i wszystkich dyskutantow zaangazowanych w temat :-)
    • Gość: mała do wszystkich IP: 149.156.28.* 16.05.02, 12:05
      Bardzo Wam wszystkim dziękuję za opinie i rady.
      Rozmawiałam ostatnio z koleżanką i posiłkując się tym co mi napisaliście
      poradziłam jej żeby z nim szczerze i spokojnie porozmawiała. Kiedy
      rozmawiałyśmy kilka dni temu mówiła, że rozmawiali i chyba podziałało.
      Wczoraj widziałam się z nimi wszystkimi (całą czwórką) i wygląda na to że jest
      dużo lepiej. Relacje pomiędzy nimi, pomiędzy nimi a dziećmi i pomiędzy dziećmi
      są, przynajmniej moim zdaniem, całkiem normalne.
      Najpierw byliśmy w parku na spacerze i placu zabaw, a potem w domu dzieci grały
      w grę planszową i nawet kiedy młodszy przegrywał to nic złego się nie działo
      tzn. młodszy nie rozpaczał, a starszy się z niego nie wyśmiewał.
      A my rozmawialiśmy i było naprawdę sympatycznie, opowiadali troche o swojej
      pracy po zmianach stanowisk, wygląda na to że obydwojgu nie jest szczególnie
      łatwo w związku z nowymi obowiązkami i ludźmi z którymi pracują ale
      najsilniejsze emocje już minęły i mogą na to spojrzeć spokojnie.
      Wydaje mi się że udało im się poukładać wzajemne relacje w sposób korzystny dla
      wszystkich. Nie zauważyłam pomiędzy nimi napięć, które kilka tygodni temu były
      bardzo wyraźne.
      Mam nadzieję że ta próba wzmocni ich związek i że będą szczęśliwi. Bardzo im
      tego życzę.
      Pozdrawiam wszystkich, którzy zaangażowali się w ten wątek i jeszcze raz
      dziękuję
    • Gość: Marian rozwiązanie IP: *.tbg.net.pl 17.05.02, 10:52
      Przyjacielu!
      Rozwiązanie jest proste. Niech Twoja przyjaciółka najmie adwokata i
      oskarży "łotra" o znieważanie, molestowanie seksualne,znecanie psychiczne itp.
      niech "skubaniec" zapłaci za całe zło jakie jej wyrządził. Musi za to
      odpowiedzieć przynajmniej finansowo.Twoja oleżanka nie zasłużyła sobie na
      takiego frajera jak "on". Podczymój ją na duchu.
      Rozwód to jest jedyne wyjście z tej sytuacji, dostanie nawet kościelny, jeżeli
      wogóle taki brali.
      Jakbyś mógł to odpisz jak się skończyła sprawa.
      mariuszkasprzak@poczta.fm
      P.S. Niech Kryszna ma Was w opiece:

      HARE KRYSZNA,
      HARE KRYSZNA,
      KRYSZNA KRYSZNA,
      HARE HARE;
      HARE RAMA,
      HARE RAMA,
      RAMA RAMA,
      HARE HARE.
      • masaker Re: rozwiązanie 17.05.02, 11:27
        Przyjacielu? Kogo ty masz na mysli?

        Czy Kriszna PODCZYMÓJE na duchu także nieznających ortografii?
        • Gość: mała Re: rozwiązanie IP: 149.156.28.* 20.05.02, 09:07
          Masaker spokojnie, myślę że Marian jest po prostu dyslektykiem, wskazuje na to
          brak zrozumienia czytanego tekstu i blędy ortograficzne, ale tacy ludzie też
          mają prawo do komentarzy.
          Pozdrawiam
Pełna wersja