niezapominajka70
01.03.05, 20:21
Jestem mężatką od 7 lat, a jesteśmy ze sobą już od ponad 9, mamy małego,
wspaniałego synka. Mąż był moim pierwszym moim poważnym facetem. Od kilku lat
zaczęło się psuć w małżeństwie. Mąż często wyjeżdża w związku z pracą, często
nie ma Go nawet kilka dni. Przed 3 laty zaczęłam podejrzewać, że mnie
zdradza. W jego opowiadaniach zaczęła pojawiać się koleżanka z pracy, wiem,
że często razem wyjeżdżali służbowo. Znalazłam kiedyś list, dość
intymny...Nie chcę o tym pisać, bo było mi tak strasznie
przykro...Rozmawialiśmy, powiedziałam, co wiem...Oczywiście zaprzeczył,
mówił, że do niczego nie doszło, że to tylko służbowe kontakty. Nie drążyłam
tego tematu, nie chciałam Go oskarżać. Może nie do końca uwierzyłam, ale
chciałam dać Mu szansę. Nigdy potem rzeczywiście nie dawał mi powodów do
jakichkolwiek podejrzeń. Z perspektywy czasu widzę, że ten moment mimo tego
że dalej wszystko było normalnie był jakiś przełomowy. Zaczęliśmy się od
siebie oddalać, już nie było w nas takiej radości, jak w pierwszych latach.
On nadal wyjeżdżał, ja zostawałam sama, ale jego powroty już tak nie
cieszyły...Kiedy wracał, jego obecność zaczynała mnie drażnić, denerwować.
Próbowałam to przełamać w sobie, odnaleźć to co nas łączyło. Ale nie
wychodziło...Wtedy pojawił się ktoś inny...Początkowo, przez pół roku to była
tylko luźna znajomość, sympatyczne smsy, trochę rozmów przez gg. To stawało
się z czasem coraz częstsze, coraz więcej było w tym zafascynowania sobą.
Widywaliśmy się często, bo pracujemy w tej samej firmie. Z czasem zaczęłam
się łapać na tym, że czekam na to, żeby pójść do pracy bo będzie On...Nic się
nie działo, poza spojrzeniami, które jednak stawały się coraz bardziej
głębokie i poza rozmowami, coraz bardziej intymnymi. Z mężem wszystko
układało się w miarę „normalnie”, zawsze byliśmy dość zgodnym małżeństwem. A
mój romans...Oboje walczyliśmy ze sobą, nie chcieliśmy dopuścić, żeby do
czegoś doszło. On kiedyś powiedział mi, że nie może więcej do mnie pisać, bo
jest zakochany...Przestaliśmy pisać, udało nam się wytrzymać 2 miesiące. I
znów się zaczęło. Oboje tego chcieliśmy, nie umieliśmy o sobie zapomnieć,
zapanować nad tym. Dalej wszystko potoczyło się jak w dobrze znanym
schemacie. Tylko dla mnie to było jak bajka...Czułam się znowu kochana,
jedyna, najpierwsza...Znów poczułam się kobietą. Spotykaliśmy się w pracy i
popołudniami, niezbyt często, bo brakowało nam czasu. Czasem jakiś wspólny
wyjazd, na dzień, dwa. Po roku On zaczął coraz częściej mówić o tym, że chce
być ze mną. Coraz częściej bywał smutny, kiedy wychodziłam, albo kiedy długo
nie udawało nam się spotkać. Ja tez coraz bardziej tego chciałam, ale nie
potrafiłam się zdecydować...On widział moje wahanie, dawał mi kolejne terminy
do namysłu...A mnie paraliżował strach przed odejściem, mimo tego, że z mężem
coraz mniej mnie już łączyło poza dzieckiem. Mąż bardzo kocha synka, jest z
Niego bardzo dumny, lubi się Nim zajmować, bawić i jest Ojcem w pełni tego
słowa znaczeniu. Jest dobrym człowiekiem i nie mam Mu wiele do zarzucenia,
jakieś nieistotne drobiazgi...Tylko, że już Go nie kocham...Ta nowa miłość
zawładnęła mną całkowicie. Wiem, że chcę być z tym drugim człowiekiem, że
chcę z Nim spędzić resztę życia. I wiem, że On też tego chce... Przed kilkoma
miesiącami mąż dowiedział się o nas z jakiegoś niewykasowanego maila. Działo
się strasznie...Początkowo chciał się wyprowadzić, potem były niekończące się
rozmowy, pytania...I potem prośby, błagania, żebym nie odchodziła, że mnie
kocha...Mówił, że mi wybacza, żebyśmy spróbowali jeszcze raz, dla siebie i
dla dziecka. Prosił, żebym nie zabierała mu synka, żebym nie krzywdziła
naszego dziecka. Mówił, że to tylko zauroczenie, że mi to minie. Potem się
trochę uspokoił, przestał szaleć...Ja nie wiedziałam co mam zrobić, chciałam
się wyprowadzić, już spakowałam walizkę...I nie mogłam. Tak bardzo bałam się
co się stanie z dzieckiem, jak to przeżyje, co się stanie z jego psychiką.
Przecież to dla Niego trzęsienie ziemi. Po tym nieudanym wyprowadzeniu
zerwaliśmy ze sobą. On tak zdecydował. Przestaliśmy się spotykać, pisać, w
pracy staraliśmy się unikać siebie. W domu się stopniowo uspokoiło,
staraliśmy się z mężem oboje. Wyjechaliśmy nawet razem, bez dziecka na urlop.
Ale to nic nie dało...Ja nie mogę przestać myśleć, nie umiem zapomnieć. I już
nie chcę...Nie potrafię się odnaleźć, nie kocham już męża. Nie udała się ta
nasza próba. Chcę odejść, jestem tego pewna, tylko nie potrafię tego
zrobić...Ten paraliżujący strach...Boję się, że jeśli się wyprowadzę, tak
strasznie skrzywdzę dziecko. Boję się, że będzie straszne szarpanie się, bo
mąż mi nie wybaczy nigdy tego, że zabrałam mu syna. Boję się, że zniszczy
mnie, tego drugiego człowieka, siebie...Mąż wiele razy powtarzał, że będzie
walczył o dziecko. Ostatnio znów zaczęły się rozmowy o rozstaniu, mimo że nie
spotykam się już z Nim. Mąż mówi, że nie pozwoli mi odejść, że nie odda mi
dziecka, że mnie kocha, mówi że wszystko zależy ode mnie...Że ta „moja
miłość” to jakieś zaślepienie...W pewnym sensie tak jest, ale taka jest
przecież miłość, a ja jestem pewna tego uczucia. I jestem rozdarta między
miłością i strachem...Tak strasznie boję się odejść...Chcę tego, tylko nie
wiem jak to mam zrobić...