Dodaj do ulubionych

Boję się odejść...

01.03.05, 20:21
Jestem mężatką od 7 lat, a jesteśmy ze sobą już od ponad 9, mamy małego,
wspaniałego synka. Mąż był moim pierwszym moim poważnym facetem. Od kilku lat
zaczęło się psuć w małżeństwie. Mąż często wyjeżdża w związku z pracą, często
nie ma Go nawet kilka dni. Przed 3 laty zaczęłam podejrzewać, że mnie
zdradza. W jego opowiadaniach zaczęła pojawiać się koleżanka z pracy, wiem,
że często razem wyjeżdżali służbowo. Znalazłam kiedyś list, dość
intymny...Nie chcę o tym pisać, bo było mi tak strasznie
przykro...Rozmawialiśmy, powiedziałam, co wiem...Oczywiście zaprzeczył,
mówił, że do niczego nie doszło, że to tylko służbowe kontakty. Nie drążyłam
tego tematu, nie chciałam Go oskarżać. Może nie do końca uwierzyłam, ale
chciałam dać Mu szansę. Nigdy potem rzeczywiście nie dawał mi powodów do
jakichkolwiek podejrzeń. Z perspektywy czasu widzę, że ten moment mimo tego
że dalej wszystko było normalnie był jakiś przełomowy. Zaczęliśmy się od
siebie oddalać, już nie było w nas takiej radości, jak w pierwszych latach.
On nadal wyjeżdżał, ja zostawałam sama, ale jego powroty już tak nie
cieszyły...Kiedy wracał, jego obecność zaczynała mnie drażnić, denerwować.
Próbowałam to przełamać w sobie, odnaleźć to co nas łączyło. Ale nie
wychodziło...Wtedy pojawił się ktoś inny...Początkowo, przez pół roku to była
tylko luźna znajomość, sympatyczne smsy, trochę rozmów przez gg. To stawało
się z czasem coraz częstsze, coraz więcej było w tym zafascynowania sobą.
Widywaliśmy się często, bo pracujemy w tej samej firmie. Z czasem zaczęłam
się łapać na tym, że czekam na to, żeby pójść do pracy bo będzie On...Nic się
nie działo, poza spojrzeniami, które jednak stawały się coraz bardziej
głębokie i poza rozmowami, coraz bardziej intymnymi. Z mężem wszystko
układało się w miarę „normalnie”, zawsze byliśmy dość zgodnym małżeństwem. A
mój romans...Oboje walczyliśmy ze sobą, nie chcieliśmy dopuścić, żeby do
czegoś doszło. On kiedyś powiedział mi, że nie może więcej do mnie pisać, bo
jest zakochany...Przestaliśmy pisać, udało nam się wytrzymać 2 miesiące. I
znów się zaczęło. Oboje tego chcieliśmy, nie umieliśmy o sobie zapomnieć,
zapanować nad tym. Dalej wszystko potoczyło się jak w dobrze znanym
schemacie. Tylko dla mnie to było jak bajka...Czułam się znowu kochana,
jedyna, najpierwsza...Znów poczułam się kobietą. Spotykaliśmy się w pracy i
popołudniami, niezbyt często, bo brakowało nam czasu. Czasem jakiś wspólny
wyjazd, na dzień, dwa. Po roku On zaczął coraz częściej mówić o tym, że chce
być ze mną. Coraz częściej bywał smutny, kiedy wychodziłam, albo kiedy długo
nie udawało nam się spotkać. Ja tez coraz bardziej tego chciałam, ale nie
potrafiłam się zdecydować...On widział moje wahanie, dawał mi kolejne terminy
do namysłu...A mnie paraliżował strach przed odejściem, mimo tego, że z mężem
coraz mniej mnie już łączyło poza dzieckiem. Mąż bardzo kocha synka, jest z
Niego bardzo dumny, lubi się Nim zajmować, bawić i jest Ojcem w pełni tego
słowa znaczeniu. Jest dobrym człowiekiem i nie mam Mu wiele do zarzucenia,
jakieś nieistotne drobiazgi...Tylko, że już Go nie kocham...Ta nowa miłość
zawładnęła mną całkowicie. Wiem, że chcę być z tym drugim człowiekiem, że
chcę z Nim spędzić resztę życia. I wiem, że On też tego chce... Przed kilkoma
miesiącami mąż dowiedział się o nas z jakiegoś niewykasowanego maila. Działo
się strasznie...Początkowo chciał się wyprowadzić, potem były niekończące się
rozmowy, pytania...I potem prośby, błagania, żebym nie odchodziła, że mnie
kocha...Mówił, że mi wybacza, żebyśmy spróbowali jeszcze raz, dla siebie i
dla dziecka. Prosił, żebym nie zabierała mu synka, żebym nie krzywdziła
naszego dziecka. Mówił, że to tylko zauroczenie, że mi to minie. Potem się
trochę uspokoił, przestał szaleć...Ja nie wiedziałam co mam zrobić, chciałam
się wyprowadzić, już spakowałam walizkę...I nie mogłam. Tak bardzo bałam się
co się stanie z dzieckiem, jak to przeżyje, co się stanie z jego psychiką.
Przecież to dla Niego trzęsienie ziemi. Po tym nieudanym wyprowadzeniu
zerwaliśmy ze sobą. On tak zdecydował. Przestaliśmy się spotykać, pisać, w
pracy staraliśmy się unikać siebie. W domu się stopniowo uspokoiło,
staraliśmy się z mężem oboje. Wyjechaliśmy nawet razem, bez dziecka na urlop.
Ale to nic nie dało...Ja nie mogę przestać myśleć, nie umiem zapomnieć. I już
nie chcę...Nie potrafię się odnaleźć, nie kocham już męża. Nie udała się ta
nasza próba. Chcę odejść, jestem tego pewna, tylko nie potrafię tego
zrobić...Ten paraliżujący strach...Boję się, że jeśli się wyprowadzę, tak
strasznie skrzywdzę dziecko. Boję się, że będzie straszne szarpanie się, bo
mąż mi nie wybaczy nigdy tego, że zabrałam mu syna. Boję się, że zniszczy
mnie, tego drugiego człowieka, siebie...Mąż wiele razy powtarzał, że będzie
walczył o dziecko. Ostatnio znów zaczęły się rozmowy o rozstaniu, mimo że nie
spotykam się już z Nim. Mąż mówi, że nie pozwoli mi odejść, że nie odda mi
dziecka, że mnie kocha, mówi że wszystko zależy ode mnie...Że ta „moja
miłość” to jakieś zaślepienie...W pewnym sensie tak jest, ale taka jest
przecież miłość, a ja jestem pewna tego uczucia. I jestem rozdarta między
miłością i strachem...Tak strasznie boję się odejść...Chcę tego, tylko nie
wiem jak to mam zrobić...
Obserwuj wątek
    • seksuolog Nikt nie powinien 01.03.05, 21:10
      niezapominajka70 napisała:


      > spotykam się już z Nim. Mąż mówi, że nie pozwoli mi odejść, że nie odda mi
      > dziecka, że mnie kocha, mówi że wszystko zależy ode mnie...Że ta „moja
      > miłość” to jakieś zaślepienie...W pewnym sensie tak jest, ale taka jest
      > przecież miłość, a ja jestem pewna tego uczucia. I jestem rozdarta między
      > miłością i strachem...Tak strasznie boję się odejść...Chcę tego, tylko nie
      > wiem jak to mam zrobić...

      Nikt nie moze i nie powinien doradzac ci czy i jak odejsc lub zostac. To musi
      byc wylacznie twoja decyzja. Chocby z tego powodu ze gdyby przyszlo ci kiedys
      zalowac tej decyzji bedziesz musiala miec poczucie ze ty i tylko ty jestes za
      nia odpowiedzialna i nie bedzie mozna jej zwalic na czyjes rady.
    • joars Re: Boję się odejść... 01.03.05, 21:36
      Potrafisz zdefiniowac dokladnie swoj strach, a nie podawac ogolniki. Mowiac o
      wstrzasie dla dziecka o czym myslisz? Tylko od Ciebie i meza zalezy, jak Wasze
      dziecko przez to przejdzie. Do polowy listu maz wydawal mi sie spokojnym
      czlowiekiem, potem zaczelas przedstawiac go jako osobe, ktorej sie obawiasz.
      Wiem, ze odejscie od meza to zyciowa decyzja (szczegolnie, ze jest dziecko). Ale
      do tego trzeba miec jaja. Lepsza znajoma degrengolada, niz cala cala wielka
      niepewnosc przyszlosci. Moze powinnas byla pomyslec o tym dokad Cie moze
      zaprowadzic ten romans, jakie bedziesz byc moze musiala podejmowac decyzje i czy
      Cie na nie stac. Dzieciece zabawy maja te przewage na zabawami wlasnym zyciem,
      ze koncza sie z reguly strupem na kolanie i paroma lzami.

      Byc moze to,co czujesz to faktycznie zaslepienie, ktore nie pozwala Ci sie
      skupic na Twoim malzenstwie, a po ktorym za pol roku pozostanie tylko niesmak.

      Dla mnie jestescie jedna z wielu par, ktore mam wokol siebie, a ktore w
      perfekcyjny sposob psuja swoje zwiazki. Na tym forum znajdziesz mnostwo
      informacji co jest przyczyna... itd.
      • niezapominajka70 Re: Boję się odejść... 01.03.05, 22:03
        Wiem, że to co się stanie z dzieckiem, zależy ode mnie i od męża. Ja nigdy nie
        myślałam, że gdybym odeszła On przestałby być Ojcem. Chciałabym żeby nadal nim
        był. Nie chcę mu zabraniać kochać synka, ani w jakikolwiek sposób ograniczać
        kontaktów z dzieckiem. Ale obawiam się,że On będzie walczył o odebranie mi
        dziecka. I nie wiem, czy to będzie walka "fair".Tego się właśnie boję...Tej
        całej szarpaniny, przepychanek...Wiem, że kocha syna, ale boję się, że może
        wykorzystać Go do tego żeby mnie zniszczyć, zniszczyć moją miłość. Wiem, że nie
        będzie umiał się pogodzić z tym, że czcę odejść. Nie umie zrozumieć tego, że ja
        po prostu już Go nie kocham. To nie jest zaślepienie z mojej strony, pisałam,
        że broniłam sie przed tym uczuciem, odpychałam je od siebie. Próbowałam być z
        mężem, odnależć się w małżeństwie, ale nie udało mi się..Naprawdę się starałam.
        • joars Re: Boję się odejść... 01.03.05, 23:11
          A sadzisz, ze maz jest zdolny to zachowan nie fair? Dla Twojego meza to wstrzas
          i sytuacja silnie stresujaca, ktora popycha go do nieracjonalnych zachowan.

          Nie powiem Ci, jaka masz podjac decyzje, bo to Twoja historia. Ale jedno Ci moge
          poradzic. Najgorszym scenariuszem bedzie sytuacja, gdy nie podejmiesz zadnej
          decyzji i pozostaniem przez lata w tym momencie, w ktorym znajdujesz sie
          obecnie. Jezeli postanowisz odejsc od meza, to postaraj sie sporwadzic, ze
          wzgledu na dziecko, Wasze stosunki do pozbawionych agresji. Jezeli postanowisz
          poswiecic sie dla dziecka, to postarajcie sie wspolnie z mezem nie stworzyc
          swojemu ukochanemu dziecku piekla na ziemi, ktore uformuje kolejnego
          nieradzacego sobie osobnika.
          • niezapominajka70 Re: Boję się odejść... 02.03.05, 00:08
            Wiem, że muszę podjąć tą decyzję sama.I że nie ma dobrego rozwiązania. Gdyby
            było...Wszyscy bedą cierpieli. Juz cierpią. Czuję to i dlatego jest mi tak
            trudno.I wypłakuję w poduszkę, bo nie umiem sobie poradzić z tą sytuacją. Zdaje
            sobie sprawę z konsekwencji dla wszystkich. Z mężem teraz raz jest lepiej, raz
            gorzej. Te "lepsze dni" są takie, kiedy nie podejmujemy rozmowy na nasz temat i
            zajmujemy sie codziennymi obowiązkami, albo mijamy się obojetnie.Te gorsze,
            kiedy znów pojawia się pytanie: co dalej?Tak to jest dla Niego straszne
            przezycie.Widzę jak bardzo to przeżywa. Ale czuję tylko żal..I strach..A On
            jakby wcale nie dopuszczał do siebie takiej myśli, że mogę chcieć odejść. Mówi,
            że wszystko zależy ode mnie. A ja już nie potrafię Go kochać! Nie wiem co mam
            mu mówić, jak mu to uświadomić.Pytam czy mu odpowiada taka sytuacja, a On, że
            tak. Bo i tak nie pozwoli mi odejść z dzieckiem...Mogę iść sama jeśli chcę..Ale
            w zasadzie to nie rozumie dlaczego chcę, przecież On mnie kocha..
            Tak boję się, że będzie niszczył wszystkich. Nie wiem do czego może się
            posunąć..Dlatego jest mi tak ciężko
    • anik_2005 Re: Boję się odejść... 01.03.05, 22:51
      Niezapominajko
      Pozwól, że wyrażę swoje zdanie na poruszony przez Ciebie temat.
      Decyzja czy zostać czy odejść należy do Ciebie, lecz weź również pod rozwagę
      kilka pomijanych dotąd rzeczy.
      Po pierwsze, w tym natłoku codziennych spraw często zapominamy jak istotną
      sprawą jest rodzina. W obecnych czasach wymiana auta równa jest wymianie żony,
      męża. Niezbyt poważnie podchodzimy do przyrzeczonych kiedyś słów. Drobne
      początkowo problemy w komunikacji z bliską osobą zamieniają się po pewnym
      czasie w przeszkody nie do pokonania. Dążymy do szybkiego zaspokajania własnych
      potrzeb, usuwając z drogi to co zawadza.
      Rodzina straciła swoje znaczenie, dziś nie przedstawia już sobą żadnej wartości.
      Bierzemy ślub, rozwodzimy się, po raz kolejny zawieramy związek małżeński i
      czasem po raz kolejny się rozstajemy.
      Po drugie, przebywając w towarzystwie uwielbianego człowieka wyobrażamy sobie
      jakby było cudownie spędzając z nim resztę życia. Niestety rzeczywistość
      okazuje się całkiem inna.
      Niezapominajko, nie zrozum mnie źle, nie potępiam Ciebie, ale apeluję o
      rozwagę. Kto Ci zagwarantuje, że nowy związek będzie pełen uniesień, radości ?
      Po pierwszych chwilach spędzonych razem może się okazać, że gdy nie ma już męża
      (czyt. przeszkody) nagle wszystko traci sens. Królewicz z bajki zamienia się w
      zrzędzącego, wiecznie niezadowolonego człowieka, wyrażającego jedynie pozorną
      akceptację Twojego dziecka, skorego do kłótni.
      Podejmując decyzję odejścia, rozpatrz i taką możliwość.
      Przepraszam, że psuję Twoją idealną wizję związku z poznanym przez Ciebie
      mężczyzną. Chcę jedynie ukazać Ci trudności, jakie możesz napotkać w swoim
      życiu.

      Pozdrawiam i życzę powodzenia,
      anik
      • joars Re: Boję się odejść... 01.03.05, 23:29
        Anik_2005 ladnie, to napisalas.
        Dodam tylko, ze oburza nas, jak ktos lamie obietnice, ale nie oburza nas, jak
        ten sam ktos lamie przysiege. Paranoja. NIedlugo bedziemy oburzac sie, ze rodzic
        dal klapa dziecku, ale zbagatelizujemy informacje, ze rodzic skatowal dziecko.
      • niezapominajka70 Re: Boję się odejść... 02.03.05, 00:26
        Myślę też o tym. Zapomniałaś, że byłam tyle lat mężatką? Wiem co to znaczy,żyć
        codziennym życiem. Szarym, zwyklym i codziennym. Wiem co to jest kompromis I
        jak często jest potrzebny. Nikt mi nie zagwarantuje, że będzie mi z "nowym"
        mężczyzną cudownie i ja nie chcę takich zapewnień. Czułam się przy nim
        spełniona we wszystkim, i nigdy nie byłam w takim stopniu "kobietą" jak właśnie
        z Nim. Widzisz, my przecież rozstaliśmy się i nie spotykamy się. Rozmawiamy ze
        sobą i On wie, że wciąż myślę o Nim, i wciąż nie umiem podjąć a właściwie
        zrealizować swojej decyzji.Wiem ,że nie będę juz szczęśliwa w małżeństwie. Ale
        wciąż nie wiem, czy będę potrafiła odejść...I On to też wie, dlatego uważa, że
        nie możemy wracać do tego, co było.
        • arabeska5 Re: Boję się odejść... 02.03.05, 10:34
          Niezapominajko, nawet nie wiesz jak nasze historie są do siebie podobne z tą
          różnicą, że nie mam dzieci. Jestem mężatką, rok temu wyjechałam w delegację,
          podczas której zbliżyliśmy się do siebie z kolegą. Pokochaliśmy się bardzo,
          wiele razy próbowaliśmy zerwać znajomość, bo wiedzieliśmy że nie możemy
          krzywdzić innych niewinnych osób, czyli naszych małżonków. Nie udało nam się
          roztsać, tzn ciągle próbowaliśmy a po kilku dniach uczucie odżywało na nowo.
          Przez ten cały okres nie potrafiłam podjąć decyzji, raz chciałam być z
          ukochanym, raz z mężem. Było mi tak starsznie cięzko, płakałam rozpaczałam,
          miałam nadzieję, że ktoś mi coś mądrego doradzi lub podejmę decyzję za mnie.
          Mąż dowiedział się o mojej zdradzie z sms'a, który pozstał w telefonie, niczego
          przed nim nie ukrywałam, byłam szczera. Mój ukochany nie radził sobie z cała tą
          sytuacją ze względu na ogromne uczucie którym mnie darzył, chciał zostawić dla
          mnie wszystko abym tylko zgodziła się dzielić z nim dalsze życie. Aż któregoś
          dnia nie wytrzymał i powiedział, że musimy się rozstać definitywnie. I tak też
          się stało. Nie mogę się pogodzić z jego decyzją, tak bardzo go kocham. Jest
          nieugięty, pomimo tego, że widujemy się w pracy i jesteśmy blisko ze sobą tzn
          rozmawiamy czasami przytulimy się do siebie czy pocałujemy ale to wszystko.
          Uzasadnił swoją decyzję tym, że nie może mi już zaufać, że była wobec niego
          nieszczera, a ja po prostu odczuwałam ogromny strach przed zmianami w zyciu,
          które musiałyby nastąpić po rozstanu z mężem. Teraz wiem, że popełniłam wielki
          błąd do męża nic już nie czuję, a czasami nawet obrzydzenie, nie potrafię się
          do niego zbliżyć mimo, że dość często próbowałam, ale nie udało się. Nadal z
          nim mieszkam, ale sama nie wiem po co skoro to nic dobrego nam obojgu nie
          przynosi, jedynie rozdarcie wewnętrzne i nie chcę do siebie wzajemnie. Rada dla
          Ciebie to nie rezygnuj ze swojej miłości, jeśli wiesz że kochasz tego mężczyznę
          walcz o swoje uczucie, bo z mężem prawdopodobnie nie ułoży Ci się, bo zawsze
          będziesz marzyć o tym drugim i niespełnionej miłości. Uwierz, że dzięki miłości
          pokonancie wszystkie przeciwności losu, jeśli tylko pragnie się tego wszystko
          jest możliwe. Ja wiem, że wiele starciałam przez swój strach i obawę przed
          nieznaną przyszłością. Nie zrób tego samego co ja bo niewarto. Życzę
          wytrwałości w osiągnięciu tego celu. Pozdrawiam.
          • niezapominajka70 Re: Boję się odejść... 02.03.05, 15:18
            Dziekuje Ci. To podtrzymuje na duchu, jeśli się wie, że ktoś inny rozumie, co
            przeżywam. To wcale nie takie proste i łatwe, jak zmiana samochodu. Gdyby było
            już dawno bym to zrobiła..Gdyby nie dziecko nie wahałabym się i odeszła..Mój
            Miły tez mówił, podobnie jak Ty. Przekonywał mnie, ze oboje, będąc razem damy
            radę, że bedzie mnie wspierał i nikt nam nie może przeszkodzić jeśli naprawde
            chcemy być ze sobą. I podobnie jak w Twoim przypadku, to On zdecydował o
            rozstaniu. Czuję nawet trochę żalu o to, bo widział, co się ze mną dzieje.
            Widział, tą moją walke, którą toczę, sama ze sobą. Ale nie mógł już chyba
            dłużej czekać. Powiedział, że jeśli odejdzie to jest jakieś rozwiązanie, które
            wszystkim daje szansę na przyszłość. A ja wciąż niepotrafię się zdecydować na
            ten ostateczny krok. Dni mijają a ja wciąż żyję w zawieszeniu..Rano budze się i
            postanawiam, że odbędę decydujaca rozmowę z mężem. I potem widzę jak bawią się
            z synkiem...I nie mówię nic.Nie miałabym siły walczyć z mężem o dziecko. Czasem
            myślę, że może mąż sam odejdzie. Wiem, że to głupie, że to ucieczka od
            odpowiedzialności. To prawda jestem słaba i jestem tchórzem. Ale boje się
            głownie o mojego syna. A jak ktoś wyżej napisał, do tego trzeba mieć dużo
            odwagi. Tylko skąd ją wziąć?
            • arabeska5 Re: Boję się odejść... 02.03.05, 15:49
              mój mąż kilka razy próbował ode mnie odejść, znalazł sobie kochankę, wówczas za
              wszelką cenę chciałm go zatrzymać teraz wiem, że to był błąd. Gdy chciał odejść
              mogłam mu na to pozwolić dzięki temu miałabym otwartą drogę, ale bałam się, że
              w tym nowym związku mi coś nie wyjdzie i co wtedy zrobiłabym ze sobą, nie
              wierzyłam ani w siebie ani w miłośc którą deklarowałam mojemu ukochanemu. Teraz
              za niego oddałabym życie, ale to nie ma znaczenia dla niego. Wiem, że ciągle
              mnie kocha, ale nie chcę już niczego zmienić. Wielu ludzi próbowało mnie na tym
              forum przekonać, że warto walczyć, aby go odzyskać, że musze być konsekwentna w
              soim poostępowaniu. Nawet postanowiłam odejść od męża po to by zostać samą i
              dzięki czemu być może przekonać mojego znajomego, że tym razem moje intencje są
              jak najbardziej prawdziwe. Tylko czy to coś zmieni...
    • witch-witch Re: Boję się odejść... 02.03.05, 21:05
      To prawda, że tutaj nikt i nigdy dobrze ci nie doradzi, wszyscy możemy się
      mylić. Twój mąż ma też wiele racji mówiąc, że jesteś bardzo zauroczona, w sumie
      będąc na takim etapie znajomości trudno podjąć racjonalną decyzję bo w sumie to
      jeszcze nie znasz tego człowieka. Z pewnością twoje nowe zakochanie to reakcja
      na nudę i rozczarowanie w małżeństwie, dlatego tak bardzo, jak bardzo jesteś
      rozczarowana swoim mężem, tak bardzo idealizujesz tego nowego mężczyznę. Mozna
      zabawić sie w proroka i przewidziec co się stanie za parę lat gdy twoje
      rozczarowanie mężem zmaleje, a w stosunku do tego nowego mężczyzny wystąpi duża
      doza realizmu. Wtedy możesz przezyć poważny kryzys wartości.
      Chcąc podjąć skuteczna i dobrą drogę wyjścia, powinnaś spojrzeć trochę innymi
      niż dotychczas oczami na swojego męża. Zauważyć jego pozytywne strony, wybaczyć
      pomyłki i zatargi zobaczyć w nim człowieka a nie tylko MĘŻA. A w tym drugim
      panu, zobaczyć owszem urok ale też i groźbę wielkiego rozczarowania, wielkiej
      niewiadomej. Nie wiadomo co ten człowiek może jeszcze po sobie pokażać. Życie
      to ciągła walka w dżungli, to nie bajka. Jeżeli wierzysz w takie historie to
      czeka cie wielkie rozczarowanie i wiele cierpienia. Poza tym warto abyś trochę
      swojego kochanka umiała poznać także i z innych stron. Wiedza to klucz do
      władzy, a bez tego klucza jesteś tylko marionetką, którą życie pomiata jak
      chce.
    • dobrydzien Re: Boję się odejść... 02.03.05, 22:06
      Chcesz odejść czy tylko o tym myślisz ? Przeciąganie sprawy nic nie pomoże
      chyba że lubisz takie drgania nastrojów.



    • joars Re: Boję się odejść... 03.03.05, 10:28
      Ludzie! co sie dzieje na tym porabanym swiecie, ze wystarczy wyjechac na
      delegacje i natychmiast zapomina sie, ze sie ma partnera. Po co sie wiazalyscie
      slubem? Dlaczego nie staracie sie zapobiegac nudzie w malzenstwie. To nie tylko
      rola dla faceta, ale dla obojga. Wiem, co mowie, bo sama jestem prawie 12 lat
      po slubie i jeszcze pare przed. Tez mielismy duze problemy, ale jestesmy dalej
      ze soba i szczesliwi. Czy to tak trudno przewidziec, ze romans moze spowodowac
      wieksze zawirowania niz tylko przezycie paru milych chwil. To zabawa dla tych,
      ktorzy potrafia panowac nad swoimi uczuciami, a nie pensjonarek.
      • seksuolog Bardziej przydatne 03.03.05, 10:44
        joars napisała:
        > rola dla faceta, ale dla obojga. Wiem, co mowie, bo sama jestem prawie 12 lat
        > po slubie i jeszcze pare przed. Tez mielismy duze problemy, ale jestesmy
        >dalej ze soba i szczesliwi.

        Bardziej przydatne tutaj byloby gdybys opisala jakie mieliscie problemy i jak
        udalo wam sie je rozwiazac tak ze dalej jestescie szczesliwie ze soba. Malo
        kto opisuje tutaj szczesliwe rozwiazanie duzych problemow.
        • joars Re: Bardziej przydatne 03.03.05, 11:37
          Dla tych dziewczyn to juz chyba za pozno, bo one, jak twierdza, przestaly
          kochac. A problem taki, jak i u innych, ze zaczelismy sie nie trawic i
          znalezlismy sobie "inne" zainteresowania. Nawet rozstalismy sie. Ale
          wyjasnilismy sobie czego nam pbrakowalo, na czym nam zalezy, co jest dla nas
          istotne. I robimy to caly czas. Jak cos komus nie pasuje, to mowi wprost (to
          sie tyczy szczegolnie mnie, bo to typowo kobiece) bez owijania i czekania, ze
          druga strona sie domysli. No i w ogole staramy sie uprzyjemniac sobie zycie.
          Tylko,ze to wymaga duzo pracy nad soba samym, bo nie wystarczy, ze zmieni sie
          tylko partner.
          • arabeska5 Re: Bardziej przydatne 03.03.05, 14:29
            W moim przypadku, jeszcze przed romansem, próbowałam mężowi zwracać uwagę na
            to, co należałoby zmienić w naszym związku, aby było nam ze sobą dobrze, ale
            bez efektu. Większość czasu spędzał przed komputerem, który był ważniejszy ode
            mnie. Ja natomiast, aby zabić czas czytalam książki lub oglądałam tv, w ten
            sposób związek długo nie może przetrwać w zgodzie i miłości. Dlatego też gdy
            znalazł się ktoś kto zainteresował się mną jako kobietą, człowiekiem, moim
            uczuciami wówczas straciłam rozum i zakochałam się bez pamięci. Nie planowałam
            tego.
            • joars Re: Bardziej przydatne 04.03.05, 08:22
              No tak, standardowy przebieg wypadkow. Dopiero po stracie zauwaza sie jak tej
              osoby brakuje. Zycze Ci, aby wszystko ulozylo sie dla Ciebie szczesliwie, i dla
              Waszego dziecka tez. Nie chce sie wymadrzac, ale mnie tez przez jakis czas
              wydawalo sie, ze trace zainteresowanie mezem. Na szczescie w pore sie
              opamietalam, tyllko, ze ja jednak caly czas go kochalam. Nie bede Ci doradzac,
              abys zostawila meza, bo z jakiegos powodu wyszlas za niego za maz. Nie bede Ci
              tez na sile wmawiac, ze Twoje uczucie do tamtego czlowieka to tylko chwilowa
              wielka namietnosc. Niemniej musisz podjac jakas decyzje, chociazby ze wzgledu
              na dziecko, aby wychowywalo sie w zdrowej atmosferze i kochajacej sie rodzinie.
            • joars Re: Bardziej przydatne 04.03.05, 10:12
              Zastanawiam sie tylko jeszcze w jaki sposob komunikowalas mu, ze czujesz sie
              zaniedbywana. Bo kobiety maja niestety tendencje do przekazywania informacji w
              taki sposob, ze facet wnioskuje calkowicie cos innego. Albo jeszcze bardziej
              wyrafinowanym sposobem komunikowania swoich potrzeb jest obrazona mina z
              pretensja, ze powinien domyslic sie, o co chodzi. Nawiazujac do komuptera, to
              moj maz tez moglby siedziec calymi godzinami, ale kiedy mam ochote pogadac
              mowie mu, ze moglby zakonczyc flirt z monitorem. Albo konczy, albo mowi, ze cos
              tam musi jeszcze zrobic, wiec albo czekam, albo zajmuje sie czyms. Naprawde
              mowienie do mezczyzny DRUKOWANYMI LITERAMI dziala. Przerobilam to, wiec moge
              sie powymadrzac:-)
              • niezapominajka70 Re: Bardziej przydatne 04.03.05, 18:06
                Wiem,ze to co piszecie jest sluszne. to wszystko prawda. Wyszlam za meza, bo Go
                kochalam. I nie mam Mu wiele do zarzucenia, jako mezowi, juz o tym pisalam.
                Jest porządnym człowiekiem, dba o dom,obowiązki dzielimy między siebie dość
                równo. Oczywiście ja się zajmuję domem więcej, ale lubie to robić i często po
                prostu nie chcę, żeby mi pomagał. Ale nie odmawia mi, kiedy proszę o
                pomoc.Naprawdę nie mogę na Niego narzekać pod tym względem.A co się stało z
                naszymi uczuciami?Sama sobie nie umiem odpowiedzieć.Wiem tylko, że teraz nie ma
                go we mnie..Może przekonałam się, jak naprawdę może wyglądać głebokie uczucie?
                Wiem, napiszecie, że to zauroczenie, fascynacja itp. Ale jaka czułam sie "w
                skowronkach" kiedy codziennie widziałam to uczucie w oczach mojego M,
                codziennie doświadczałam tylu jego przejawów..To czasem były drobiazgi, ale
                takie, że chciało się płakać, ze szczęścia..I wykrzyczeć całemu światu, że
                jestem szczęśliwa. Mąż tego nie potrafił nigdy.
                Teraz mam wię do wyboru, zostać i udawać że jest mi dobrze, albo odejść i
                narazić dziecko na atak ze strony męża.Kiedyś zapytałam męża, dlaczego nie
                pozwoli mi odejść. Czy jest szczęśliwy, jeśli wie, że już Go nie kocham.
                Powiedział, że taka sytuacja jest dla niego do przyjęcia. Pewnie liczy na to,
                że jednak sie wszystko ułoży..Zdaję sobie sprawę z tego, że na przeciąganiu
                całej tej historii cierpią wszyscy.Nie umiem się zdecydować, bo wiem, że jeśli
                sie wyprowadzę, zacznie sie piekło..Gdyby wszystko można było załatwić
                spokojnie..Ale wiem, że tak niestety nie będzie
                • mirabelek Re: Bardziej przydatne 06.03.05, 23:15
                  Ztego co tu piszesz , to wynika ze ty masz lek nie przed tym jak sie twoj maz
                  zachowa ale przed przyszloscia,,,z innym czlowiekiem.Meza znasz i wiesz gdzie
                  go masz a tego ukochanego ( jak twierdzisz ) nie wiesz gdzie go masz i nie
                  wiesz jakie beda twoje uczucia do niego jak przestanie byc zakazanym owocem a
                  tym bardziej , ze po tak krotkim czasie przestal walczyc o ciebie co tez
                  podejzewam cie bardzo przyciagalo ...... mysle ze nie powinnas sama z tym
                  walczyc ....moze odwiedzila bys psychologa lub doradce rodzinego , ktory
                  pozwolil by ci otworzyc oczy na pewne zeczy ktore nie jestes w stanie zobaczyc
                  w tej chwili.
          • ballerinka Re: Bardziej przydatne 11.03.05, 14:53
            Witaj
            Bardzo podobają mi sie Twoje wypowiedzi a propos tego wątku. Jestem
            dziennikarką i akurat pisze tekst o zwiazkach, które przezyły ze sobą wiele
            lat, w taki świadomy, mądry sposób, a nawet rozstały się na jakiś czas by
            wrócić znów do siebie. Czy zgodziłabys sie ze mną porozmawiać?
            prosze o odpowiedź na forum lub mailem.
            pozdrawiam
            B.

    • kargulena22 Re: Boję się odejść... 07.03.05, 10:21
      Sama wiem, ze nie można być niczego pewnym w życiu. Byłam pewna, że jeśli mąż
      mnie zdradzi to natychmiast go spakuję i żegnaj. Tak się nie stało.
      Powiedziałam że mu wybaczam, że sobie z tym poradzimy... Nie wiem już nic. Mam
      wrazenie że on zachowuje się tak w naszym związku jak Ty w swoim...Najwolałby
      żebym to ja po prostu dała mu kopa. A ja nie potrafię. I coraz bardziej jest mi
      z tym źle..Ale wiem ze zbliża się przełom bo tak tego nie można przeciągać. I
      Ty też musisz podjąć decyzję - ty narozrabiałaś - widocznie miałaś powody - Ty
      otworzyłaś puszkę pandory i to Ty powinnaś to zakończyć. A jak? Tego Ci nikt
      nie powie. A jak ktoś ma konkretne rady - to znaczy że nie zna życia. Pamiętaj -
      to ma być Twoja decyzja - im szybciej tym lepiej.
      Pozdrawiam
    • slonko_ech Re: Boję się odejść... 07.03.05, 16:18
      Mialam podobnego meza. Musle, ze - jesli przestalo sie kochac - nie ma od tego
      odwrotu. Zycie z czlowiekiem. ktorego sie nie kocha jest nie do udzwigniecia na
      dluzsza mete.
      Milosc twojego meza polega, mysle, na silnym poczuciu wlasnosci. Nie jest dla
      niego wazne, jak ty sie czujesz, wazne, zeby on dalej mial cie w domu.

      I, nie ma sie co ludzic, rzeczywiscie bedzie gral ponizej pasa, tylko po to,
      zeby cie ukarac.
      • bente Re: Boję się odejść... 08.03.05, 14:52
        A czy jej zagranie nie jest z gatunku poniżej pasa?
        Mam bardzo podobny problem. Moja żona (4 lata małżenstwa)też waha sie od
        dłuższego czasu (co najmniej rok), czy ode mnie nie odejść do swojego byłego
        chłopaka. Rok temu dotarło do mnie, że przez prawie cały okres małżeństwa moja
        druga połowa utrzymywała b. bliskie kontakty ze swoim byłym. Rok temu poprzez
        feralnego sms odczytanego całkiem przypadkiem przeze mnie wyszło szydło z
        worka. Po małym zamieszaniu postanowiła zakończyć ten związek i poprosiła
        abyśmy byli ciagle razem (mamy czteroletnią córcię). Zgodziłem sie bo kocham je
        obie b. mocno. Cóż ten rok był jaki był. Pojawiał sie ponownie problem z nim
        (bo musiałan coś załatwić itp ). Ale chyba dopiero wczoraj dotarło do mnie, że
        ona mnie po prostu mnie nie kocha (nigdy nie kochała?).
        I powiedzcie mi drogie panie i panowie co ja mam zrobić.
        Dać buzi na pożegnanie, oddać córcię . Zapomnieć i być przyjacielem?
        A guzik. Będę walczyć jak będzie trzeba. Bo to nie ja rozpieprzam rodzinę. To
        nie ja doprowadzam do sytuacji że córeczka będzie miała teraz dwóch tatusiów (a
        może kiedyś dwie mamusie)
        Po jaką cholerę drogie panie wychodzicie za mąż?
        I żeby było jasne nigdy nie zdradziłem zony. I nie byłem złym mężem.
        Tylko pewnie nie byłem tym jedynym.
        • armia5 Re: Boję się odejść... 08.03.05, 16:09
          Rozumiem cie doskonale , ale tak już w zyciu jest , cięzko sie zmaga z takimi
          problemami , bardzo ci współczuje i zyczę siły , która bedzie ci potrzebna aby
          dalej żyć z taka swiadomoscia .
        • niezapominajka70 Re: Boję się odejść... 08.03.05, 16:59
          Nikt Ci napewno nie powie, żeby nie walczyć. Walcz, jeśli czujesz taka potrzebę
          i masz nadzieje na to, że możecie w przyszłości jeszcze być ze sobą i dla
          siebie.walcz jeśli uważasz, że macie szansę odbudować to co między wami było
          albo stworzyc to na nowo. Ale niech ta Twoja walka nie odbywa się kosztem
          dziecka. I niech będzie uczciwa. Wiem, że to trochę śmieszne mówić o
          uczciwości, skoro Ona nie postępuje uczciwie.Ale to nie znaczy, że Ty też tak
          musisz. Walcz jeśli Ją kochasz...Ale pozwól Jej odejść, jeśli Ona będzie tego
          chciała i uważała, że to przyniesie Jej szczęście. Zapytaj Ją o to.
          • bente Re: Boję się odejść... 08.03.05, 19:47
            Niezapominajko nie zrozumiałas mnie. Ja już nie mam zamiaru walczyć o jej
            miłość, to już robiłem. Ja będę walczył jak będzie trzeba o córeczkę. I nawet
            największa wówczas niegodziwość z mojej strony będzie niczym w porównaniu do
            jej postępowania. Tak więc w pełni rozumiem Twego męza. Jeżeli to ty chcesz
            odejść to Twój wybór. Ale dlaczego chcecie karać podwakroć odbierając nam
            dzieci?? Odejdxcie same.
            My zapewne też nie będziemy wam czynić przeszkód w kontaktach z nimi, ale one
            niech zostaną przy nas.
            • niezapominajka70 Kara? 08.03.05, 19:56
              Dlaczego uwazasz, ze Twoja zona chce Cie ukarac? Dlatego, ze nie chce byc z
              Tobą? Dlatego, ze nie jest z Tobą szczesliwa? Chcesz zeby Jej bylo zle? Chcesz
              byc z kims kto Cie nie kocha?
              • bente Re: Kara? 08.03.05, 20:23
                Możesz to nazywać jak chcesz. Ale na pewno nie jest to nagroda. Poza tym jej
                życie się pewnie ułoży, bedzie szczęśliwa z innym (załóżmy). A co ze mną.
                Właściwie muszę zaczynać wszystko od początku. Prawie cały mój świat się wali.
                To nie jest może kara, ale nie wiem jak to nazwać, mogę się jednak z tym
                pogodzić.
                Ale czemu jeszcze chcecie nas dobić zabierając dzieci. Wy macie
                swoich "ukochanych", a nam pozostają tylko dzieciaczki. Ale te też chcecie
                zabrać. A to już nie jest fair. Nie chcecie żyć z rodziną ok. Ale odejdźcie
                same.
                • niezapominajka70 Re: Kara/nagroda 08.03.05, 21:41
                  Nikt nie jest nieomylny i każdy popełnia w życiu błędy, dokonuje złych wyborów.
                  Ale czy nie sądzisz, że każdy zasługuje na drugą szansę?Jeszcze raz Ci napiszę,
                  jeśli uważasz, że macie szansę odnaleźć w sobie uczucie, które was łączyło, to
                  jest sens trwać w tym związku. Ale musicie tego oboje chcieć. Pomyśl też, jak
                  będziesz się czuł, jeśli będziesz widział codziennie obok siebie osobę którą,
                  kochasz a która myśli i tęskni do kogoś innego?
                  Wiem, że zabieranie dziecka ojcu nie jest dobre. Nie ma dobrego rozwiązania.
                  Dlatego ja mimo wszystko wciąz nie odeszłam od męża. Ale nie jestem szczęśliwa.
                  A On?
            • niezapominajka70 Kara, cd.. 08.03.05, 20:06
              Co do dziecka to całkiem inna sprawa. Dlatego sama mam takie opory i
              wątpliwości.
      • niezapominajka70 Własność? 08.03.05, 17:34
        Masz rację. Mąż ma silną osobowość i zawsze był osobą dominująca w związku. Ja
        raczej sie podporządkowywałam. Może dlatego teraz jest mi tak trudno. Trudno z
        Nim dyskutować, bo argumenty do Niego nie trafiaja. On zawsze ma rację i wie
        najlepiej. Zawsze też był bardzo zazdrosny o mnie. Zanim jeszcze miał o
        co...Wiesz co mi powiedział, kiedy powiedziałam mu, ze sie zakochałam w kimś
        innym? Że mi się to tylko wydaje...
    • greengrey Re: Boję się odejść... 08.03.05, 15:46

      Podobnie,jak inni powiem, że decyzję o swoim życiu musisz podjąć sama.

      Może to co piszą ludzie podjąć Ci ją pomoże..

      Czytam Twoje wypowiedzi i mam wrażenie,że nie jesteś gotowa,zdeterminowana,
      wystarczająco pewna swoich sił ( nie swojego uczucia!) aby zostawić męża i
      zacząć życie z drugim mężczyzną.

      Ktoś wcześniej napisał, że do tego trzeba jaj- jak zwał tak zwał- ale na pewno
      trzeba odwagi, siły- by przetrwała miłość i wszyscy " zapłacili " za to jak
      najmniejszą cenę.

      Możliwe, że Twój partner dostrzegł to, że tej siły w sobie nie masz, że tego z
      nim nie pociągniesz- i jak piszesz- zakończył ten związek. On tego sam zrobić
      bez Ciebie nie może... nie osądzając nikogo i niczego- może tak jest?

      Pomyśl o tym.

      Zadaj sobie pytanie- czy to odejście udźwigniesz? Na razie z tego co piszesz,
      jak się zachowujesz- wygląda że nie jesteś na to gotowa..

      Trudno się dziwić decyzji Twojego partnera- w pewnym sensie- zamykając ten
      związek musiał tak zrobić...

      pozdrawiam..
      • niezapominajka70 Nie jestem gotowa.. 08.03.05, 17:23
        Napisałam wcześniej, że mam trochę zalu do mojego M. Nie wiem jak o Nim tu, na
        forum pisać, mimo wszystko kochanek brzmi pejoratywnie, a Ukochany to zbyt
        osobiste.Żalu o to, że nie wytrzymał, nie poczekał jeszcze trochę. Ale rozumiem
        Go, że juz nie mógł, zwątpił we mnie, w naszą przyszłość. I tak długo na mnie
        czekał a ja nie przychodziłam...Odchodząc powiedział, że nie może walczyć ze
        mną...o mnie..
        Nie byłam gotowa. I dalej nie jestem. Nie umiem podjąć decyzji a życie samo ją
        za mnie już podjęło. Ale wciąż myślę o tym, że jednak to zrobię. A potem zaraz
        pojawia się myśl, że sama siebie oszukuję. Kiedy był ze mną, czułam się
        pewniejsza, bardziej zdecydowana. A teraz sama nie mam odwagi, siły, pewności
        siebie. Ech, co tu dużo gadać, jestem do niczego...
        • joars Re: Nie jestem gotowa.. 08.03.05, 20:54
          A jak masz podjac sama decyzje o tak niezwykle waznej sprawie, skoro do tej
          pory prawdopodobnie robil to tylko Twoj maz. Sama zobacz jakie to trudne. Nie
          miej zludzen, ze po paru latach malzenstwa bedzie tak, jak przed malzenstwem.
          Takie jest zycie w partnerstwie. Dla mnie jestes jedna z wielu kobiet, ktore
          widzac nieatrakcyjnosc swojego zwiazku, zamiast przywrocic mu koloryt, wchodza
          w kolejny, z reguly bez przyszlosci. Jestes kwiatkiem, ktoremu do zycia jest
          potrzebny ogrodnik. Ktory dostarczy odp. ilosc pozywienia, podejmie wazna
          decyzje w sprawie naslonecznienia. Jezeli ogrodnik zostawi swoj kwaitek, on
          niechybnie zwiednie. Moze sie myle, ale takie sprawiasz wrazenie. Nawet jezeli
          dostalabys gotowe rozwiazanie, ktore bedzie zaweiralo w sobie odrobine
          niepewnosci, nie podejmiesz decyzji. To nietylko Twoj problem, ale tysiecy
          kobiet.
        • greengrey Re: Nie jestem gotowa.. 08.03.05, 21:51
          ...Odchodząc powiedział, że nie może walczyć ze
          > mną...o mnie..

          Nic dodać, nic ująć.. Wasze życie razem jest na tyle trudnym,
          ogromnym "przedsięwzięciem",- że wymagałoby Waszej wspólnej, zdecydowanej
          postawy, waszej wspólnej pewności- Swiadomości jaką cenę trzeba ponieść ale i
          co oboje będziecie mieli w zamian... jedna strona nie jest w stanie tego
          zrobić.

          On musi być Ciebie pewien, a Ty jego- że się nie zostawicie w pół drogi-
          narażając na katastrofę.


          Ech, co tu dużo gadać, jestem do niczego...

          Nie jesteś do niczego. Nie jesteś w chwili obecnej gotowa na taki krok. Jesteś
          taka jaka jesteś.I taką Cię Twój M pokochał... Masz jako kobieta trochę inny
          bilans tzw. "zysków i strat", masz małe dziecko o którym myślisz..

          Zresztą nie jest powiedziane, że tak będzie zawsze.

          Może ta decyzja w Tobie dojrzeje.. czas pokaże
          • joars Re: Nie jestem gotowa.. 09.03.05, 08:54
            Greengrey pisze, ze nie jestes gotowa na podjecie decyzji, ze "masz jako
            kobieta trochę inny bilans tzw. "zysków i strat", masz małe dziecko o którym
            myślisz...". A mnie chodzi o to, ze jezeli nie mozesz podjac decyzji o odejsciu
            do swojego przyjaciela, bo boisz sie przyszlosci, to podejmij decyzje, ze
            zostajesz z mezem i zacznij budowac zwiazek, ktory bedzie oparty na innych
            wartosciach niz tylko milosc. To jest mozliwe, jezeli podejdzie sie do tego
            swiadomie. Bo uwazam, ze najgorszym rozwiazaniem jest brak decyzji, kiedy
            pozwalasz plynac swemu zyciu z pradem, byle jak i byle gdzie. Zacznij
            podejmowac decyzje w malych sprawach, nabierzesz wtedy pewnosci i wiare w
            siebie. Nawet jezeli decyzja bedzie bledna, to trudno, kolejna nauka, ale
            bedzie to Twoja decyzja.
            • dobrydzien Re: Nie jestem gotowa.. 09.03.05, 10:45
              Proponujesz jej związek oparty na innych wartościach niz miłość bardzo ciekawe
              szczególnie dla tego małego dziecka....
              Myślę, że ona pewnego dnia podejmie decyzję nie wytrzyma bez miłości której
              smak juz poznała.
        • wlodek.g No szlag mnie trafia 09.03.05, 17:15
          Niezapominajko...wszyscy ci piszą, ze musisz sama podjąć decyzję i nikt ci nie
          doradzi.

          A ja ci doradzę: idź precz do swojego ukochanego.

          Wtedy - przekonasz się, że miałaś porządnego faceta, męża i ojca.
          Dopiero wtedy zawyje w tobie, to czego nie szanujesz - a co masz ot tak, po prostu.
          Wtedy zobaczysz, jak pokomplikowałaś życie sobie, mężowi i dziecku. Jak bardzo
          zaburzysz jego relacje z dzieckiem, wręcz je zrujnujesz.
          Bo się zakochałaś, bo ci się należy miłość, bo nie masz mądrego sposobu na
          ratowanie swojej RODZINY.
          Do faceta na prawdę trzeba mówić DRUKOWANYMI LITERAMI!!! Jak widać do kobiet też.
          Pewnego dnia staniesz po drugiej stronie sali sądowej, z prawnikiem u boku i
          wystąpisz przeciwko niemu ze spreparowanym wnioskiem o rozwód. Spreparowanym, bo
          cóż możesz mu zarzucić! DROBIAZGI!
          To dla mnie przerażające, jak wiele osób podchodzi do rodziny w niefrasobliwy
          sposób: smsik, czatowanie, służbowy wyjazd - i po ptokach. Nic już potem nie
          jest ważne, bośmy się zakochali. Bo MY przecież mamy prawo do miłości,
          przyjemności, orgazmu. A potem lamenty: że samotność, że ex nie płaci, że się
          nie interesuje dziećmi, że się nie spotyka, że się spotyka.

          Ja też miałem taką żonę. Teraz nazywam ją powódką.
          Przez całe 20 lat małżeństwa miała tyle energii, co paprotka stojąca na oknie.
          Nigdy nie podejmowała najdrobniejszych decyzji - z wszystkim leciała do mnie.
          I w zeszłym roku paprotce wyrosły pazury! Zadecydowała sama: w dniu 20-ej
          rocznicy naszego ślubu złożyła wniosek o rozwód.

          Więc, zrób sobie dobrze.
          Może będziesz miała szczęście.
          A może nie.

          Ale na pewno nie będziesz miała tak nudno jak dotychczas, bo przewrócisz
          wszystko do góry nogami. Nawet sprzedacie mieszkanie i podzielicie meble.
          Nie ratuj swojej RODZINY, patrz na męża z obrzydzeniem, a na nexta z
          uwielbieniem, to na pewno będziesz miała pełną jasność sytuacji.
          I trzymaj się, bo czeka cię jazda be trzymanki.

          • joars Re: No szlag mnie trafia 09.03.05, 18:34
            A co mozna zaproponowac osobie, ktora nie potrafi odejsc od meza i pewnie tego
            nie zrobi ze wzgledu na dziecko. Wiec jezeli maja razem mieszkac, to zamiast
            doprowadzic sie do skrajnej nienawisci, niech egzystuja w atmosferze przyjazni
            lub czegos podobnego. Szczerze mowiac, ja bym tak nie potrafila, wiec
            podejrzewam, ze mezowi sie znudzi lub nie wytrzyma. Chcociaz drugiej obcji bym
            nie obstawiala, bo to on jest dominujaca osoba w tym zwiazku, wiec to on bedzie
            decydowal w jaki sposob przezyje swoje zycie. A zapewniam Cie, ze mozna stworzyc
            zwiazek nie oparty tylko na milosci. Bo tak naprawde, udany zwiazek to nie tylko
            milosc, ale takze np. szacunek, akceptacja drugiej osoby.
          • niezapominajka70 Pręgierz... 10.03.05, 17:43
            Napisałam tu z dwóch powodów. Pierwszy z nich jest taki, że po prostu nie mam z
            kim o tym porozmawiać.Z mężem nie moge, a mój M już nie chce, bo wie, że nie
            mam Mu nic nowego do powiedzenia. "Przyjaciólki" mają swoje życie i przeważnie
            nie mają czasu. Jestem sama ze swoimi wątpliwościami.
            Drugi powód- chciałam zobaczyć jak mnie oceniają inni, obcy ludzie. Czy coś
            takiego można zrozumieć.Wiedziałam, że beda różne zdania. I takie były.
            Pocieszające jest, że nie tylko kamienie na mnie spadły...Tak, wiem, jestem
            winna. Czuję sie winna. Tego, że nie dotrzymałam słowa danego mężowi w dniu
            ślubu i że Go zdradziłam. Jestem winna tego, ze przestałam Go kochać. I ponoszę
            za to karę- karę Nienawiści. Takiej nienawiści, jaką widzę w tym co piszesz...
            Tak masz rację, urządź swojej żonie "jazdę bez trzymanki",powyrywaj wszystkie
            liście swojej "paprotki", a doniczką walnij o ścianę...Będzie Ci od razu
            lepiej...
    • imagiro Re: Boję się odejść... 09.03.05, 18:44
      zostan z mezem i dzieckiem ... tamten nowy figofago znudzi ci sie pierwszego
      dnia jak z nim zamieszkasz ...
      • joars Re: Boję się odejść... 09.03.05, 18:52
        to na pewno zrobi, tylko zeby zrobila to swiadomie, a nie dlatego, ze nie wie,
        co ma zrobic
        • imagiro Re: Boję się odejść... 09.03.05, 18:54
          joars napisała:

          > to na pewno zrobi, tylko zeby zrobila to swiadomie, a nie dlatego, ze nie wie,
          > co ma zrobic
          ***
          nawet jesli zrobi to nieswiadomie, to po krotkim czasie odczuje ulge, ze
          wlasnie jakas sila podala jej reke ...
          • joars Re: Boję się odejść... 09.03.05, 19:14
            albo za pare lat przeczytasz post jakiejs pani z ciezka depresja, ze przegrala
            swoje zycie, ze bylo nijakie i puste. a swiadome wybory dadza jej poczucie
            panowania nad swoim zyciem.
            • niezapominajka70 Do joars 10.03.05, 17:54
              Już tak się czuję...Pusta i bylejaka. Napisałas wyżej, że bez ogrodnika nie
              potrafie zyć, bo on dba o podlewanie itp. Ja bym użyła innego porównania.
              Jestem jak ptak w klatce. Prawda, że sama do tej klatki weszłam, zatrzasnęłam
              drzwiczki i oddałam Mu klucze.Tylko teraz proszę Go o te klucze a On nie chce
              ich oddać.
              • xy2 Re: Do joars 10.03.05, 18:05
                powiem ci z perspektywy dziecka, którego rodzice nie kochali sie.
                -było to tak: tata miał kochanke- byłam mała, nie pamietam tych czasów. mama
                była u rodziców ze mna, tata pracował w akademii wojskowej 70 kilometrów dalej.
                kiedys jak był ze mną na piwie powiedział mi. znalazł sie zyczliwy gosc który
                doniósł kochance ojca, ze jest zonaty i ma małe dziecko. podobno był dramat.
                matka słaba psychicznie odreagowywała czasem alkoholem.
                -starsi postanowili ratowac małzenstwo, dostali mieszkanie (za komuny było to
                łatwe), ale nadal sie nie układało. matka zaszła w ciaze, ojciec nie chciał
                dzieci, wiec matula usuneła ciaze
                kolejny etap- matka znalazła kochanka- kolejny dramat (ratowanie małżeństwa dla
                dziecka)
                kolejny etap- tata znalazł przyjaciółke i nadal dramat
                ratowanie małzenstwa dla dobra dziecka

                a ja prosiłam rodziców zeby sie rozeszli mając 10 lat i nie rozumiem dlaczego
                zrobili to tak późno. bylam świadkiem tego jak dwoje ludzi męczy sie ze sobą,
                wieczne kłótnie, to był KOSZMAR

                więc, nie wiem co jest lepsze, musisz dokładnie wszystko przemyślec
                • niezapominajka70 Re: Koszmar 10.03.05, 18:29
                  To trochę inaczej niż u mnie. Teraz jest w miarę spokojnie.Oboje staramy się
                  nie kłócić przy dziecku i okazywać synkowi dużo czułości i miłości. To coś w
                  rodzaju układu, o którym pisała joars. Tylko tak jak napisałam, ja czuję, że
                  coś straciłam. Nie umiem przestać myśle o M, chociaż minęły już (dopiero?) 3
                  miesiące. Ja boję się koszmaru po...Bo jeśli wypływa między nami temat o
                  rozstaniu, widzę w swoim mężu nienawiść..Teraz do M, ale wiem, że jeśli coś
                  zrobię to skieruje ją tez przeciwko mnie. Myślę, że nie byłby w stanie
                  skrzywdzić małego, ale nie jestem pewna. Nawet jeśli nie, to będzie starał się
                  zemścić się na nas. A to w efekcie odbije się na dziecku. Dlatego nie mogę się
                  odważyć, i łatwiej mi było dotychczas zrezygnować z siebie
                  • xy2 to są trudne sprawy, nikt nie powinien ci radzic 10.03.05, 18:34
                    co masz zrobić, to musi być twoja przemyślana decyzja.

                    pytanie: dlaczego wyszłas za maz, tylko szczerze
                    • niezapominajka70 Re: to są trudne sprawy, nikt nie powinien ci rad 10.03.05, 18:51
                      Z miłośći. Byłam młoda i zakochana. A jak walczyłam o ten ślub z
                      rodzicami..Może byłam zbyt młoda, może zbyt zakochana (to jednak co innego niz
                      kochać). Nie mam pretensji do nikogo, tylko do siebie,to był mój wybór.A życie
                      go zweryfikowało.
              • greengrey Re: Do joars 10.03.05, 23:19

                > Jestem jak ptak w klatce. Prawda, że sama do tej klatki weszłam, zatrzasnęłam
                > drzwiczki i oddałam Mu klucze.Tylko teraz proszę Go o te klucze a On nie chce
                > ich oddać.

                To nie jest prawda, nie do końca..
                Możesz wyjść z tej klatki. Możesz.

                Natomiast, Twoim wyborem jest - po rozważeniu za i przeciw jest to,że w niej
                teraz pozostajesz.

                To jest istotna różnica. Jesteś w tym miejscu ale dla tego,że to Ty w tej
                chwili taką podejmujesz decyzję.



Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka