sombre
08.07.02, 00:36
Mam na myśli zachowanie statystycznego Polaka w sytuacji kontaktu twarzą w
twarz z nieznajomym, kiedy brakuje innych osób w pobliżu. Np. po wejściu do
windy, albo podczas mijania się na spacerze po leśnej alejce itd. Jest to
zazwyczaj raczej niezręczna sytuacja, gdyż ludzie udają, że się nie widzą, a
zdrowy rozsądek niejako nakazuje jakoś na tego drugiego osobnika zareagować.
Nie mówię, że w każdej takiej sytuacji – trudno np. oczekiwać od kobiety
wędrującej nocą po Marszałkowskiej by odpowiadała na „cześć” mijanego
podejrzanego typa, gdy nikogo nie ma w pobliżu:) Ale często po prostu są takie
sytuacje, gdy wypadałoby, a „się nie robi”. Amerykanie czy Kanadyjczycy pod tym
względem biją nas o głowę – tam od razu Polak usłyszałby „hello” albo „hi”.
Jak zachowujecie się w takich sytuacjach? Próbujecie tę barierę przełamywać czy
poddajecie się jej? Uważacie ją za coś złego, czy wręcz przeciwnie -
akceptujecie? Czy to jest polska specyfika kulturowa, czy też niedorozwój,
spuścizna homo sovieticus?