satina
25.07.02, 09:54
Ogarnęło mnie właśnie i zastanawiam się dlaczego. Od kilku miesięcy jestem
sama, wcześniej jakaś nieudana znajomość, jeszcze wcześnij toksyczny związek.
Dziś nauczyłam się(?) żyć sama, nie tęsknię i nie czekam na wielkie uczucie.
Płynę sobie przez życie dziwnie pogodzona z losem i ze świadomością, że nic
mi sie już wielkiego nie zdarzy. To potworne, ale nie jestem w stanie nic z
siebie wykrzesać.
Wokół mnie jacyś mężczyźni... albo niedojrzali, albo nieodpowiedzialni,
potrzebujący bardziej mamusi a nie partnerki. Jutro mam sie spotkać z kimś,
kogo znam od miesięcy z netu. Ten ktoś jest podekscytowany naszym spotkaniem,
ja wcale... nie mam nawet sił się cieszyć. Zresztą, wiem, że to ktoś nie dla
mnie. Ale tak bardzo prosił o to spotkanie, więc sie zgodziłam.
Nie chcę żyć na pół gwizdka, z desperacji wiazać się z kimś, dla kogo jestem
tylko poczekalnią, kto dla mnie będzie takim przystankiem.
Łapię się, że samotne noce i dni coraz mniej mnie przerażają. Zaczyna mi by
wszystko jedno i źle mi z tym...
Czy ktoś przeżył taki stan? Czy to mija?