kurka.mala
11.01.06, 15:19
Witam, już od jakiegoś czasu nosiłam się z napisaniem tego wątku, ale jakoś
wydawało mi się, że zostanie on zbagatelizowany bądź moja postawa wyśmiana-
"normalny człowiek nie ma takich problemów", jednak w końcu to jest forum
psychologia, forum dla ludzi z problemami, więc liczę na to, że ktoś się może
zainteresuje i zechce coś poradzić, bo już nie daję sobie rady.
Od kilku miesięcy jestem na stażu dla osób bezrobotnych w niewielkiej
wiejskiej szkole, w mojej miejscowości. Co prawda nie na stanowisku zgodnym z
moim wykształceniem, ale zawsze coś. Od 3 lat, odkąd studiuję (zaocznie) nie
miałam żadnej pracy, aż w końcu coś się trafiło, oczywiście nie bez starań
rodziców i "znajomości" bo inaczej się nie da. Otóż "pomagam" pani w zerówce,
gdyż uczęszcza tam jedna dziewczynka z upośledzeniem o cechach autyzmu,
jednak nie jest to autyzm typowy, gdyż mała jest bardzo agresywna i złośliwa.
Ciągle przeszkadza w lekcji, zabiera dzieciom piórniki, kredki, całe plecaki,
bije dzieci, a wszystko po to, żeby zwrócić na siebie uwagę. Moim zadaniem
jest zajmowanie jej czymś, jednak szybko z tego zrezygnowałyśmy z panią, gdyż
kiedy stara się ją odciągnąć od robienia dzieciom (lub pani) na złośc, jest
jeszcze gorsza. Gdy się nie zwraca na nią uwagi po pewnym czasie przestaje.
Oczywiście nie na długo. Dzieci uczą się w fatalnych warunkach, i niestety
nic nie można na to poradzić, bo nie ma prawa ani ustawy, które zasądzały by
o nauce w trybie indywidualnym dla 6 latków. A najgorsze w tym wszystkim jest
to, że mimo, iż teoretycznie to ja powinnam się zajmować małą, to jednak musi
to robić pani (zwracać jej uwagę gdy uderzy dziecko, coś zabierze,
doprowadzić ją do porządku), bo mnie mała zwyczajnie olewa. Fakt, że pani też
nie zawacha się uderzyć gdy jej coś nie pasuje, ale przynajmniej trochę się
jej boi i wystarczy, że pani podejdzie i w stanowczy sposób jej to
wytłumaczy. Oczywiście poprawa nie trwa długo, ale widać, że jeszcze darzy
wychowawczynię jakimś szacunkiem, bo przynajmniej raczy zwrócić uwagę, że
ktoś coś do niej mówi. Mnie natomiast nie boi się zupełnie. Mogę sobie na nią
krzyczeć, dać klapsa nawet, ale rzadko to odnosi jakikolwiek skutek. Albo
mnie totalnie ignoruje, albo rzuca mi takie spojrzenie z wyższością mówiące,
ze ma mnie gdzieś. Codziennie przychodzę do domu załamana, nie jestem w
stanie myśleć o czymkolwiek innym. Czuję się taka bezsilna. Niech się drze,
bije nawet, innych dorosłych też bije, ale najgorsze jest to poczucie, że nie
ma się kontroli. Chciałabym stamtąd jak najszybciej uciec, ale został mi
jeszcze miesiąc. Nie wiem jak to zniosę. Przez okres stażu schudłam ładnych
parę kilo, nie mogę jeść, trudno mi się zasypia, ten problem spędza mi sen z
powiek. Raz, gdy musiałam zostać na godzinę z dziećmi sama, mała tak dała
popalić, specjalnie, wiedziała kiedy, że omało nie zwymiotowałam z nerwów, bo
nic nie skutkowało, na każdą moją reakcję mała reagowała pustym śmiechem.
Ostatnio zaczęłam nawet w sytuacjach silnego stresu odczuwać kłucie w klatce
piersiowej, tuż za mostkiem. Już nie wiem jaką mam przyjąć postawę, żeby
wzbudzić respekt, sporadycznie czasami mi się to udawało, ale chyba wtedy
mała jakieś lepsze dni miala. bo jak wpadnie w szał, to koniec. Dzisiaj pani
zabrała dzieci na akademię do głównego budynku szkoły, a ja zostałam z małą
sama. No i właśnie nie była najgorsza, nawet nie zdążyłam do końca
wypowiedzieć słowa, żeby np nie grzebała dziecku w plecaku, a ta już
odskakiwała. Ale wcale mnie to nie ucieszyło, wprost przeciwnie, czułam się
podle, bo wyczuwałam, że mała czuje, że na jej widok mi adrelina wzrasta
(mimo, że nie dawałam tego poznać po sobie), i czuła się poważnie zagrożona z
mojej strony i omijała mnie jak śmierdzące jajko, jak wariata z którym nigdy
nic nie wiadomo, nigdy nie była tak grzeczna jak wtedy, poza jednym
wydarzeniem kiedy próbowała wybiec za dziećmi a gdy ja próbowałam
powstrztymać uderzyła mnie, ale nie tak odważnie, złośliwie, tylko z
bezsilności, wtedy stwierdziłam, że najwyższy czas doprowadzić ją do porządku
i dostała 3 klapsy w tyłek, myślałam, ze to załatwi sprawę raz na zawsze.
Myliłam się. Po powrocie pani i dzieci znów się rozkręciła i miała mnie już w
d..Czuję się strasznie, nie mogę zrezygnować z tej pracy, bo wiem ile starań
to kosztowało, moich i nie tylko, żeby w końcu mieć jakąś pracę i swoje
pieniądze. Poza tym gdybym zrezygnowała ze stażu bez wyraźnego powodu,
musiałabym zwrócić koszty całego stażu. Zresztą z drugiej strony nie chce się
poddawać, czułabym się dopiero niepysznie, nie chce się przyznać do tego, że
sobie nie radzę, chociaż to pewnie widać, mimo, że nikt nic nie mówi. Nie
wiem jak to zniosę. Wiem, że się rozpisałam, ale zawsze jakoś lepiej jak się
wyzruci z siebie co człowieka gryzie, a nie chce zadręczać moimi problemami
rodziny, ciągle się użalać, zresztrą widzą i tak w jakim jestem stanie.