Gość: K
IP: *.cie.gov.pl
09.11.02, 12:34
Mój proglem jest banalny i stary jak świat
Cztery lata spędziłem z dziewczyną, która (tak zawsze sądziłem i sądzę) była
miłością mojego życia. Po kilku tygodniach wiedziałem, że to właśnie z nią
chcę się zestarzeć. Od ponad roku mieszkaliśmy razem. To mieszkanie, ukochana
kobieta, dobra praca - to było spełnienie moich marzeń i życiowych planów.
Zaręczyliśmy się (oboje wsześniej byliśmy już "narzeczonymi" w porzednich,
długoletnich związkach, które przerwaliśmy, bo zakochaliśmy się w sobie po
uszy). Wyznaczyliśmy datę ślubu. I potem coś zaczęło się psuć. Czułem, jak
oddalała się ode mnie, odsuwała datę ślubu, najpierw na miesiące, potem na
pory roku, potem na "nie wiem, może w przyszłym roku". Była chłodniejsza, niż
dawniej, wiem, że spotykała się z innymi mężczyznami (mówiła, że to tylko
przyjaciele), do domu wracała co raz później. Je remontowałem mieszkanie,
robiłem pranie, czekałem z obiadem. Widziałem to wszystko, ale trwałem przy
Niej, bo przecież kocha się ludzi nie dlatego, że są idealni, ale dlatego, że
są. W międzyczasie (w czerwcu) powiedziała, że chce odejść, bo nasz związek
nie ma sensu, bo ja szukam innej kobiety (jakiej?) a ona innego mężczyzny
(jakiego). Prosiłem, błagałem, nie odeszła. Wyjechaliśmy na wakacje. Było
pięknie. Ale miesiąc temu, pewnego niedzielnego poranka odeszła już
definitywnie. Po śniadaniu powiedziła, ze to koniec, niegdy nie wyjdzie za
mnie, już mmnie nie kocha - od kilku miesięcy nie mogła się zdecydować na ten
krok. Że nie może dłużej tego odwlekać, oszukiwać siebie, mnie i rodzinę (ma
29 lat, ja 30). Ale w ciągu tych kilku miesięcy wielokrotnie mówiła, że mnie
kocha, potrzebuje i dobrze że jestem. Nie kochała mmnie, ale wspólnie
urządzaliśmy mieszkanie, odwiedzaliśmy rodziny, spaliśmy ze sobą, itd. Jak w
małżeństwie, tylko bez papierka. Ja pracowałem na dwóch etatach, by niczego
nam nie brakowało. Nigdy Jej nie oszukałem, niegdy nie poozwoliłbym Jej
skrzywdzić.
Teraz uczę się być sam. Wszystko się zmnieniło. Straciłem ukochaną kobietę,
dom, który w sensie emocjonalnym był już moim domem rodzinnym, radość życia.
To cholernie trudne. Myślę o Niej w każdej minucie. Wszędzie Ją widzę.
Znacie jakiś sposób na odkochanie? Chociaż nie wiem, czy jestem zdolny w
sposób świadomy zabić uczucie, które było czymś najpiękniejszym i
najwznioślejszym w moim zyciu.
Wiem o tym, że:
1. Trzeba zająć się sobą, pracą, hobby, inwestowaniem w siebie
2. Ze lekarstwem na nieszczęśliwą miłośc jest druga miłość, ale to bez sensu -
nie można zaczynać nowego związku na siłę
3. Że czas leczy rany, ale ten stan podobno może trwać latami..
K.