lamka
10.12.02, 10:21
Nie umiem byc blisko.
Boje sie bliskosci jak ognia, chociaz, jak kazdy, bardzo jej potrzebuje.
Pochodze z tzw. rozbitej rodziny. Jestem pogodna, otwarta i gadatliwa. Pomimo
calej masy znajmomych, kolezanek i kumpli, nigdy nie mialam
przyjaciela/przyjaciolki od serca - z wlasnego wyboru. Odsuwam od siebie
wszystkich, ktorym w jakis sposob powiedzialam o sobie za duzo.
Jestem mezatka i wlasnego meza takze od siebie odsuwam. Wole byc z nim
poklocona, bo wtedy dystans psychiczny miedzy nami jest na tyle duzy, ze
czuje sie bezpieczna. Moj maz przestaje to juz wytrzymywac, ale z drugiej
strony, nie robi nic, zeby udowodnic mi, ze nasza bliskosc moze byc czyms
dobrym. Wrecz przeciwnie, czesto wykorzystuje moej slowa przeciwko mnie.
Kilka miesiecy temu nawiazalam kontakt internetowy z dawnym kolega.
Korzystajac ze "zbroi", jaka daje e-mail i slowo pisane, udalo mi sie
stworzyc cos, co moznaby nazwac przyjaznia. Spotkalismy sie niedawno i takze
bylo calkiem milo. Jednak teraz, kiedy "podnioslam przylbice", znowu chce
uciekac. Zwracam sie do niego krotko i lakonicznie, zeby na nowo stworzyc
dystans.
Zaplatlam sie zupelnie - nie ufam ludziom i czuje sie bezpieczniej, kiedy
trzymam ich na dystans. Z drugiej strony, towarzyszy mi bolesne uczucie
samotnosci.
Czy ja jestem nienormalna?