larie
06.01.07, 15:48
Pewnie takich jak ja jest masa, ale ja naprawdę zaczynam schizować. Ogólnie
całkiem dobrze radzę sobie w życiu, ale mam 27 lat i nieudany związek za
sobą, który zachwiał moim poczuciem wartości. Wkoło wszyscy żenią się, i
rodzą dzieci....to wystarczy do tego, by bać się zostać samemu. Jakoś tutaj
nieustannie mi nie wychodzi i nie wiem dlaczego.
Zawszę uważana byłam za mniej więcej duszę towarzystwa. Do tańca, a w końcu
dorosłam na tyle, ze i do różańca. Organizowałam spotkania, trzymałam
wszystich w kupie....więc życie kręciło się wkoło mnie tak, że nie
narzekałam. Raczej problemów z pracą nie miałam, z nawiązywaniem kontaktów
też nie, z brakiem propozycji spędzenia weekendu też nie.....ale faceci
traktowali mnie tylko jako kumpelę. Ktoś "życzliwy" kiedyś powiedział mi, że
faceci się mnie nieco boją: "fajna babka, ale potrafi być
nieobliczalna/trudna do opanowania". Tak więc pozostawało mi się kumplować
z "wiecznymi chłopcami", którzy żyli dniem dzisiejszym albo być podrywaną
przez znudzonych chłopaków koleżanek, ale tylko po to by chyba poczuli oni tę
adrenalinę.
W końcu poznałam kogoś bardzo dojrzałego psychicznie i chyba aż za bardzo, bo
niestety rady nie daliśmy. Wieczne kłótnie o to jaką drogą pójdziemy, o to,
że zbyt otwarta jestem na ludzi, że zbyt niedojrzała, że tylko praca i praca
mi w głowie, i imprezy i wyjazdy na narty czy wakacje....poszło wszystko z
dymem.
Wiadomo, że wiek sprzyja temu, by każdy zajmował się sobą. Im dalej tym
gorzej się spotkać, bo każdy zajęty wizytami u lekarza, u rodziców, dziecko
się rodzi, mieszkanie maluje. Nie mówiąc już o tym, że większość moich
znajomych ze mną na czele siedzi i kibluje w pracy. Np. dzisiaj siedzę i
odrabiam tygodniowe zaległości. I tak, im mam mniej propozycji spotkań tym
więcej siedzę w pracy. Im więcej w pracy, tym mniej wychodzę i mniej spotykam
ludzi. A im tego mniej, tym mniej mam swojego życia i okazji by kogoś poznać.
A latka lecą.....a ja coraz wybredniejsza i stanowcza. Życie w dużym mieście
sprzyja temu, by stawać się nieustępliwszym, wymagającym i bardziej
konsumpcyjnym.
Moje kumpele jakoś wszystkie już życie sobie poukładały. Jedna nawet zdążyła
się rozwiesć i następnego "tego jedynego" spotkać. A ja?
Dużo osób mi mówi, że jestem trudna (rodzina głównie). Ale nie wiem co mam ze
sobą zrobić;) Z drugiej strony adoratorzy jacyś się pojawiają, tyle, że chyba
tacy co to potrzebują wsparcia nieco więcej niż średnia krajowa. A ja nie
chcę dzieciaka, ja chcę partnera.
Powiedzcie, że życie już takie jest i nie ma się tego, czego się pragnie.
Żebym przestała wierzyć, tylko realistycznie podeszła do życia, wybrała
kandydata i realizowała swoje plany na życie. A, że nie będą one jak z tych
opowieści czy bajek.....to właśnie życie.