Podwojne zycie

17.01.07, 10:31
Kilkunastoletni zwiazek z chorym czlowiekiem, bolesny rozwod, odretwienie,
poszukiwania, potem zauroczenie i nastepny slub, po kilku miesiacah
znajomosci. Wyjazd.
Predko poczulam, ze zrobilam blad, wyszlam za maz za czlowieka, ktorego nie
kochalam, zeby jak najdalej uciec od wspomnien. Zaczelam popadac w marazm,
nawet nie depresje.
Tam spalilam za soba mosty, tutaj zycie na waliazkach, jak w hotelu. I
doslownie i emocjonalnie.
Wtedy poznalam jego. Codzienne rozmowy, przez wiele tygodni, potem miesiecy.
Na poczatku traktowalam to jako mila odskocznie od codziennosci,
wkrotce zdalam sobie sprawe, ze to cos wiecej i jak bardzo czekam na te
rozmowy, jak bardzo nie wyobrazam sobie bez nich nawet jednego dnia.
Do tego stopnia, ze kiedy skonczyla mi sie umowa o prace, nie szukalam nowej,
zeby jak najczesciej moc sie z nim spotykac (wirtualnie). Od ponad trzech lat
zyje jak zahipnotyzowana, nie ma sekundy zebym o nim nie myslala, ani dnia
bez rozmowy. Jednoczesnie coraz bardziej oddalam sie od meza, ktory nigdy nie
byl mi bliski.
Nalega na dziecko, a ja bronie sie jak moge, bo wiem, ze to przekresliloby
raz na zawsze moje szanse odejscia. Chcialabym odejsc, ale nie potrafie go
skrzywdzic. Poza mna nie ma zadnej rodziny. Z drugiej strony nie potrafie
dluzej udawac, zyc podwojnym zyciem.
Czuje sie potwornie…
    • halev Re: Podwojne zycie 17.01.07, 10:44
      I sądzisz, że możesz kochając kogoś innego uszczęśliwić męża? Jak? Zostając z nim?
      Żal Ci męża, nie chcesz go skrzywdzić, ale nie masz takiej rozterki w stosunku
      do samej siebie. Czemu?

      Nie można dać innym tego, czego samemu się nie ma. Szczęścia na przykład.
      • kayree Re: Podwojne zycie 17.01.07, 10:52
        Staram sie dac mu tyle ciepla, na ile mnie stac. Unikam tylko seksu, jak moge.
        A jesli sie nie udaje, zamykam oczy i mysle o nim. Czlowieku, ktorego nigdy
        tak "naprawde" nie spotkalam.
        Moj maz to dobry czlowiek, bardzo mnie kocha. Nie zasluzyl na cierpienie.
    • taisy Re: A co masz Ty do stracenia? 17.01.07, 11:53
      Wtedy poznalam jego. Codzienne rozmowy, przez wiele tygodni, potem miesiecy.
      Na poczatku traktowalam to jako mila odskocznie od codziennosci,
      wkrotce zdalam sobie sprawe, ze to cos wiecej i jak bardzo czekam na te
      rozmowy, jak bardzo nie wyobrazam sobie bez nich nawet jednego dnia.
      Do tego stopnia, ze kiedy skonczyla mi sie umowa o prace, nie szukalam nowej,
      zeby jak najczesciej moc sie z nim spotykac (wirtualnie). Od ponad trzech lat
      zyje jak zahipnotyzowana, nie ma sekundy zebym o nim nie myslala, ani dnia
      bez rozmowy.

      ......
      Tak sobie czytam twój wątek.Krótki ale sporo wyjaśnia. Nie wiem czy czytałaś
      wątki osób, ktore też zawarły wiele obiecujących znajomości przez Internet
      Jednak wspólna rzeczywistość pokazała, że nie są to o soby dla siebie.

      Podobnie moze byc i w twoim wypadku. Co w sumie wiesz o tym panu z Internetu?

      Może czas zamiast siedzieć przed kompem zacząć coś na serio. Ile lat tak chcesz
      siedzieć i marnować zycie?Moze być jeszcze w zyciu cudownie:)))).
      Aktulany związek nie funkcjonuje dobrze. Moze spróbuj zycia, tracisz coś na tym
      ze odejdziesz od meza?. Ty nic ani twój mąż, bo przecież go nie kochasz.
      A czy go zranisz? Napewno bedzie to b.bolesne, ale nie martw się poradzi sobie
      z tym.Zycie idzie dalej.
      Sprawdź czy twoja internetowa miłość jest cos warta jezeli tak ....to już
      życiowy sukces. Czego ci życzę.
      • kayree Re: A co masz Ty do stracenia? 17.01.07, 12:22
        Dziekuje Taisy. Masz wiele racji.
        Tak wlasciwie nie mam nic, bo moje pozycie z mezem to nie jest zycie, to samo
        ze zwiazkiem z internetu. Bo jak mozna to nazwac zwiazkiem, przed wefifikacja
        rzeczywistosci, co najwyzej znajomoscia. Wiec nie mam nic do stracenia. Z
        drugiej strony chce zaoszczedzic cierpien mojemu mezowi. Nie dlatego, ze go
        kocham, ale dlatego, ze sama nigdy nie chcialabym sie znalezc w sytuacji osoby
        porzuconej. Z jednej strony spokoj, albo jak kto woli wegetacja, z drugiej
        nieznane. Moze wlasnie dlatego tak kusi ?
        Ciagle czekam, ze mi "przejdzie", ale z dnia na dzien jestem coraz bardziej
        zakochana (zadurzona, jak kto woli).
        A ja w tym wszystkim ? Chce byc szczesliwa i kochac, reszta sie nie liczy.
        • bszalacha Re: A co masz Ty do stracenia? 17.01.07, 19:51
          Dobrze,ze przyblizyłas sobie właściwe powody swoich wahań bo naprawdę nic nie
          mają wspólnego z troską o drugiego czławieka a jedynie z twoim własnym lękiem
          przed rozstaniem z czymś pewnym choć emocjonalnie nie zawsze korzystnym.Ja
          myślę,że ani jdno,ani drugiw rozwiązanie nie jest dobre,natomiast poznanie
          własnych motywacji-tak.Te bowiem "zabezpieczają Cię"przed przezywaniem
          ryzykownych uczuć jakim jest MIŁOŚĆ.Gdy ona zaczyna Cię dpoadać,natychmiast
          szukasz powodów do ucieczki.Zrób coś z tym.
Pełna wersja