kayree
17.01.07, 10:31
Kilkunastoletni zwiazek z chorym czlowiekiem, bolesny rozwod, odretwienie,
poszukiwania, potem zauroczenie i nastepny slub, po kilku miesiacah
znajomosci. Wyjazd.
Predko poczulam, ze zrobilam blad, wyszlam za maz za czlowieka, ktorego nie
kochalam, zeby jak najdalej uciec od wspomnien. Zaczelam popadac w marazm,
nawet nie depresje.
Tam spalilam za soba mosty, tutaj zycie na waliazkach, jak w hotelu. I
doslownie i emocjonalnie.
Wtedy poznalam jego. Codzienne rozmowy, przez wiele tygodni, potem miesiecy.
Na poczatku traktowalam to jako mila odskocznie od codziennosci,
wkrotce zdalam sobie sprawe, ze to cos wiecej i jak bardzo czekam na te
rozmowy, jak bardzo nie wyobrazam sobie bez nich nawet jednego dnia.
Do tego stopnia, ze kiedy skonczyla mi sie umowa o prace, nie szukalam nowej,
zeby jak najczesciej moc sie z nim spotykac (wirtualnie). Od ponad trzech lat
zyje jak zahipnotyzowana, nie ma sekundy zebym o nim nie myslala, ani dnia
bez rozmowy. Jednoczesnie coraz bardziej oddalam sie od meza, ktory nigdy nie
byl mi bliski.
Nalega na dziecko, a ja bronie sie jak moge, bo wiem, ze to przekresliloby
raz na zawsze moje szanse odejscia. Chcialabym odejsc, ale nie potrafie go
skrzywdzic. Poza mna nie ma zadnej rodziny. Z drugiej strony nie potrafie
dluzej udawac, zyc podwojnym zyciem.
Czuje sie potwornie…