Dodaj do ulubionych

Wybór rodzice a własne życie... jak?

IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 21.11.01, 18:30
Problem rodziców pojawił się już na tym forum, przynajmniej raz w kontekście o
którym chcę napisać. Albo w bardzo podobnym... muszę wybrać między moimi
rodzicami a swoim własnym życiem?

Kilka lat temu byłam zakochana w facecie... chłopaku i to Oni wpłynęli na to że
podjęliśmy decyzję o ślubie. Dałam się im manipulować. Nie mogli zrozumieć, że
można ze sobą "chodzić" odkładając decyzję o ślubie w przyszłość. Bliższą lub
dalszą. Byliśmy młodzi, chcieliśmy być razem i takie trucie za uszami nie
wpływało na nas dobrze. Pobraliśmy się, ale trucie skończyło się tylko na jeden
temat - kiedy ślub, bo ślub już był. Teraz zaczęli marudzić, kiedy dzieci. Więc
... nie, nie nic pod presją - dzieci nie zrobiliśmy ale nasze małżeństwo
zaczęło szwankować i to powaznie... niestety nie mieliśmy własnego mieszkania,
mieszklaismy u rodziców... moich.... koszmar. W końcu doprowadzili do rozpadu
naszego małżeństwa i mojego wyprowadzenia się d domu.... mój mąż znalazł sobie
drugą kobietę... nie wytrzymał głupoty mojego ojca... a więc teść nie
teściowa...
Rozwiodłam się i ... jako młoda rozwódka poznałam wspaniałego mężczyznę. Boję
się instytucji małżeństwa i nie chcę przynajmniej na razie wiązać się jakimiś
tam papierkami, przynajmniej dla mnie zbędnymi... no tak ale nie dla moich
rodziców,... znów mi trują za uszami, kiedy ślub jakby nie potrafili się uczyć
na własnych błędach... nie jeżdżę do nich bo nie jestem w stanie tego słuchać,
to jak tylko zadzwonię są pretensję, że nie przyjeżdżam, że nie układam sobie
życia tak jak oni by tego chcieli, że oni chcą dobrze... mój ojciec widział
mojego faceta dwa razy a już wyrobił sobie o nim zdanie jaki to on jest - taki
czy owaki, a tego słuchać też nie mam ochoty...
Mam wrażenie, że najlepiej byłoby poprostu dla świętego spokoju przestać się z
nimi kontaktować, wtedy może zrozumieliby że takim postępowaniem to tylko mnie
od siebie odstraszają, ale więciej prawdopodobne jest, ze to wszystko bedzie
jego wina, że mnie od rodziny odciąga... A mój mężczyzna, wręcz odwrotnie
próbóje mnie nakłonić do tego bym zadzwoniła lub byśmy się do nich wybrali...
Zbliżają się święta i wiem że pojedziemy do nich, tylko już dziś spędza mi sen
z powiek to jak on potraktuje mojego ukochanego, jak...
Boję się że mój wybór ... że będę musiała wybierać miedzy moim partnerem a
rodzicami, a jest to ostatnia rzecz której chciałabym dokonać....
Poradźcie jak z nimi rozmawiać, co zrobić by przekonać ich do tego, że to jest
moje życie... rozmowy nie pomagają, mój ojciec to wyjątkowo uparty facet.
Zrozpaczona.
Obserwuj wątek
    • Gość: fnoll Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? IP: 195.150.224.* 21.11.01, 18:59
      z zakladaniem wlasnej rodziny to jest tak, ze to jest WLASNA rodzina

      w pewnym wieku wychodzi sie z roli dziecka wobec swoich rodzicow i staje sie
      dla nich rownoprawnym partnerem, a z czasem nawet role sie odwracaja - to my
      stajemy sie ich opiekunami, gdy sie zestarzeja i zniedoleznieja

      opor przeciwko wyjsciu z roli dziecka moze byc z dwoch stron - dziecko moze
      czuc sie "nie dosc pewne siebie" by stanac na wlasnych nogach i umiec jasno
      oddzielic swoje zdanie i swoje cele od zdania i celow rodzicow, z drugiej
      stronie wielu rodzicow, dla ktorych posiadanie dziecka stalo sie czescia ich
      "sposobu na zycie" po prostu nie wyobraza sobie, zeby ich pociecha mogla byc
      niezalezna, bez dziecka runalby ich obraz swiata, stad staraja utrzymac swoje
      dziecko w roli dziecka jak najdluzej, niestety wielu sie to udaje, nawet do
      poznego wieku i mimo zalozenia rodziny przez dziecko! - ale to nie sa zdrowe
      relacje i trudno byc w nich szczesliwym (czesto glownie cierpi malzonek czy
      malzonka takiego duzego dziecka)

      zamieszkanie mlodego malzenstwa przy rodzicach, jesli nie sa osobami dojrzalymi
      nastawionymi na wychowanie swego dziecka ku samodzielnosci, to jest kanal i
      sytuacja, ktora zatrula niejedna mloda pare

      rodzice wtracajac sie w zycie swojego doroslego dziecka szkodza mu i obok
      okazywanej milosci realizuja w ten sposob swoje wlasne, niedojrzale potrzeby

      milosci nie okazuje sie poprzez wtracanie sie w czyjes zycie bez patrzenia na
      to, czy mu to szkodzi

      i majac takich rodzicow dobrze jest umiec to rozgraniczyc - ich milosc, od ich
      "toksycznego" zachowania wynikajacego z ich wlasnej niedojrzalosci, i nie
      odrzucac milosci, ale stanowczo powiedziec NIE zachowaniom, ktore nas krzywdza,
      i powiedziec im o tym, a jak beda w stosunku do nas agresywni i zawlaszczajacy,
      nie pozostaje nic innego, jak ograniczyc kontakty

      podstawa zdrowego malzenstwa jest to, iz jest pierwsze w hierarchii wartosci
      malzonkow, a dopiero potem ich rodzice - jest to naturalne i nie oznacza
      "wyrodnosci", tylko dojrzalosc

      mamy prawo ochraniac siebie i swoje malzenstwo przed swoimi rodzicami, jesli
      dzialaja na nasza szkode

      milosc nie zobowiazuje do bycia niewolnikiem i masochista, szczegolnie, ze gdy
      w imie milosci dajemy sie krzywdzic, to szybko do tej milosci dolacza zlosc i
      nienawisc - i robimy sie tacy bierno-agresywni, a to nic milego

      powodzenia :-)

      fnoll
      • Gość: Toi Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? IP: *.cm-upc.chello.se 21.11.01, 20:54
        fnoll, wiesz, ze Cie kocham nad zycie, ale wiecej porad praktycznych proponuje
        • Gość: 3X1 Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? IP: 209.226.65.* 21.11.01, 21:46
          Wyglada na to, ze jestes bez szans i musisz wybrac chocby na chwile.
          Moj maz nie mial kontaktu ze swoimi rodzicami przez ponad 2 lata dopoki to oni
          sami nie poczuli, ze cos traca. Teraz jest grzecznie, uprzejmie, bez wielkiej
          czulosci ale tez i bez zadnego wtracania sie i oceniania(!). Byla to kuracja
          bolesna dla obu stron ale skuteczna.
          Nie polecam zaczynania podobnej kuracji w okolicy swiat, bo to zawsze taki
          bardziej sentymantalny okres ale przy okazji wspolnej wizyty mozesz sprobowac
          jeszcze raz grzecznie poprosic, by Ci dali zyc. Jesli to nie poskutkuje
          (rozumiem, ze po raz kolejny) to woz albo przewoz - dla wlasnego zdrowia
          psychicznego musisz zdecydowac, czy jestes dorosla samodzielna kobieta, czy
          mala dziewczynka, ktorej tatus i mamusia beda mowic, kiedy isc spac.
          Powodzenia
        • Gość: fnoll Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? IP: 195.150.224.* 21.11.01, 22:19
          Toi, nie ma prostych recept na wyplatanie sie z toksycznych zwiazkow ze swoimi
          rodzicami - bo to sa zwykle bardzo mocne zwiazki

          czasami konczy sie tak, ze dziecko sie od swoich rodzicow odcina, ale nie kazdy
          jest na tyle silny i nie jest to opcja przynoszaca same korzysci, ma tez swoje
          koszta

          natomiast zeby toksyczne relacje z rodzicami "zdetoksykowac" trzeba naprawde
          duzo wysilku, bo, chcac nie chcac, sami jestesmy ich wspoltworcami, jestesmy w
          nie bardzo gleboko wplatani - w dodatku musimy robic to sami!

          jasne, nie jest to niemozliwe - ale jak sie nie bylo wychowywanym ku
          niezaleznosci, jak sie ma w glowie mnostwo zasad zabraniajacych nam wyjscia z
          roli dziecka (bo to zdrada rodziny, krzywdzenie najblizszych itp.) - to po
          prostu nie jest tak latwo stanac na nogi, mentalnie i emocjonalnie sie
          uniezaleznic

          zulugula watpi, czy jej rodzice czegos sie nauczyli na swoich bledach, a dla
          nich to przeciez nie byly bledy! to ich toksyczny sposob okazywania milosci

          pytanie - zulugulo, ile ty sie nauczylas? masz za soba naprawde fatalne
          doswiadczenie tworzenia zwiazku pod wplywem rodzicow i rozbijania go pod
          wplywem rodzicow, ale czy dostrzegasz, ze sama bralas w tym udzial? ze dzialo
          sie to za twoim biernym przyzwoleniem?

          dobra pomoca jest niewatpliwie stworzenie wlasnej rodziny z ktora silnie sie
          zidentyfikujemy, ktora bedzie dla nas zrodlem milosci, ciepla i wsparcia, ktora
          ulatwi nam nabranie dystansu do naszej rodziny pochodzenia i niepozwolenie, by
          rodzice nadal "maczali palce" w naszym prywatnym zyciu

          godzina proby jest czesto pojawienie sie pierwszego dziecka - kiedy zaborczy
          dziadkowie z impetem przystepuja do udzielania roznych "porad wychowawczych" i
          mlode malzenstwo na swoja zgube moze zaczac po nie siegac, lub chocby z
          koniecznosci (by babcia pomogla nieco swiezo upieczonym rodzicom), potem
          konflikt z rodzicami zwykle rozgrywa sie poprzez dzieci/wnuki

          gdy jestesmy wychowywani w duchu uleglosci wobec rodzicow i szantazowani
          emocjonalnie przez nich na rozne sposoby - trzeba zdecydowanie odseparowac sie
          od nich przestrzennie i ograniczyc kontakty, ale niekoniecznie zrywac, i zadbac
          o to, by samemu stanac na nogi, nauczyc sie samodzielnosci, szacunku do samego
          siebie, doceniania siebie i umiejetnosci dbania o siebie (zaborczy rodzice
          powiedza wtedy czesto: "ty egoisto! juz nas nie kochasz, a my tyle dla ciebie
          zrobilismy" - i to jest z ich strony szantaz, znaczacy tyle co: "albo bedziesz
          taka jak chcemy, albo wycofamy swa milosc i ukarzemy cie")

          gdy sami nie staniemy na nogi, to nawet jak sie odseparujemy od rodzicow
          istnieje duze ryzyko, ze taka sama historia powtorzy sie w naszej rodzinie

          bo jak wychowac dzieci na samodzielne i niezalezne, gdy sami tacy nie jestesmy?

          inna sprawa: koncentrowanie sie na dzieciach i ciagle ingerowanie w ich zycie
          jest swietna metoda ucieczki od wlasnych problemow, a jak robilo sie to wiele
          lat, to trudno nauczyc sie zyc bardziej swiadomie i dojrzale; "znikniecie"
          dziecka z zycia takich rodzicow, to jak odebranie im sposobu na radzenie sobie
          z zyciem - dlatego beda walczyc o jego odzyskanie, a nie wspolpracowac przy
          uniezaleznianiu sie, nie liczylbym na to, ze "naucza sie czegos na bledach",
          poza tym jest to przerzucanie odpowiedzialnosci za jakosc kontaktow z rodzicami
          wylacznie na ich strone - co jest wlasnie czescia roli bycia dzieckiem

          osoba samodzielna i niezalezna kieruje sie poczuciem odpowiedzialnosci za to w
          jakie relacje wchodzi z ludzmi, poczuciem, ze jest wspoltworca i partnerem, a
          nie dzieckiem

          czy bylo w tym cos praktycznego? ;-)

          pozdrawiam

          fnoll
          • Gość: Toi Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? IP: *.cm-upc.chello.se 21.11.01, 23:12
            Nie bardzo, fnoll kochany, nie bardzo, jak sam na wstepie zreszta stwierdziles.
            Zulugula nie wie, JAK powiedziec 'nie' toksycznosci rodzicow, by nie uwazali,
            ze mowi 'nie' ich milosci...
            • Gość: fnoll Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? IP: 195.150.224.* 22.11.01, 00:22
              Gość portalu: Toi napisał(a):

              > Zulugula nie wie, JAK powiedziec 'nie' toksycznosci rodzicow, by nie uwazali,
              > ze mowi 'nie' ich milosci...

              tego to sie zrobic nie da - bo nie mamy wladzy nad tym, jak inni beda
              interpretowac nasze gesty, jesli dla kogos kazdy nas postepek niezgodny z jego
              chceniem jest wyrazem braku milosci i lekcewazenia - to co mozemy z tym zrobic?
              nic, zostawic jego sady jemu samemu

              chodzi o to by czuc sie w porzadku wobec samego siebie, by uprzytomnic sobie, ze
              nieposluszenstwo wobec rodzicow nie jest wyrazem braku milosci (choc oni moga nam
              wmawiac, ze tak jest - ale to szantaz z ich strony, jak pisalem), ze mamy prawo
              do wlasnego zdania i ze to my jestesmy odpowiedzialni za swoje zycie, my
              wybieramy i my ponosimy konsekwencje naszych wyborow

              nie chodzi mi tez o to, by rodzicow ignorowac czy zeby walczyc z ich opiniami,
              jesli stanelismy na wlasnych nogach i czujemy sie rownoprawnymi partnerami wobec
              naszych rodzicow, to mozemy wysluchac ich opini i mozemy sie z nimi niezgodzic,
              nie musimy z nimi walczyc czy reagowac agresja, gdyz nie stanowia dla nas
              zagrozenia

              to jest miara dojrzalosci - ze potrafimy cierpliwie znosic w imie milosci "glupie
              gadki", dla dobra wiezi rodzinnych puszczajac je mimo uszu, nie bedac dzieckiem
              dla ktorego slowo rodzica ma wartosc magiczna poruszajaca emocje siegajace wieku
              niemowlecego, potrafimy ocenic te slowa bardziej "na trzezwo" i zdystansowac sie
              do nich, nie zabiegamy juz o calkowita akceptacje i uznanie ze strony rodzicow

              wyrosniecie z roli dziecka to takze dostrzezenie, ze nasi rodzice nie sa tak
              dobrzy i wszechmocni jak wydaje sie dziecku - sa rownie niedoskonali jak wszyscy,
              moga sie mylic, i to czasem bardzo, a ich recepta na zycie nie jest jedyna i
              najlepsza - gdy zaczniemy widziec naszego rodzica jako zwyklego czlowieka zmienia
              sie nasza milosc do niego: uzyskujemy umiejetnosc niezgodzenia sie bez leku przed
              utrata milosci, ale takze umiejetnosc wybaczania, wglad i zgode na ich wady; tak
              jak nie chcemy, aby oni sie do naszego zycia wtracali, tak i pozostawiamy ich
              zycie im samym, ich decyzjom

              bo dziecko jest "zakladnikiem" rodzicow, ale i rodzice "zakladnikami" dziecka,
              dziecko nie wybacza swoim rodzicom, bo rodzice maja sie nim opiekowac i juz, maja
              dbac o nie i czynic szczesliwym

              w pewnym wieku zdajemy sobie sprawe ze rodzicielska misja rodzicow w naszym zyciu
              sie wyczerpala, i dorastamy do naszej wlasnej misji wobec nich, czesto
              zrzedzacych i bedacych jak "gwozdz w tylku" - ale czy dzieci tez nie bywaja
              nieznosne?

              uwazam ze w zyciu czlowieka istotnym krokiem jest nie tylko uniezaleznienie sie
              od rodzicow, ale takze przemiana naszej milosci do nich, dojrzaly czlowiek nie
              kocha swoich rodzicow tak jak dziecko, kocha ich inaczej, jak rownych sobie w
              zaletach i wadach, w tej milosci nie ma juz dzieciecego wymagania czegos, z
              brania przestawiamy sie na dawanie

              dlatego bylbym przeciwny zupelnemu zrywaniu kontaktow z rodzicami, bo to pozbawia
              nas kontekstu, w ktorym mozemy stac sie naprawde dojrzalymi osobami, to ucieczka
              od problemu pozostawiajaca nas rownie dzieciecymi w naszych uczuciach, a nie jego
              rozwiazanie

              tak sobie mysle i to jest moj kierunek

              pozdrawiam!

              fnoll
    • Gość: kwieto Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? IP: *.ipartners.pl 21.11.01, 23:53
      Mi pomogl wyjazd na studia do innego miasta - relacje zmienily sie niemal natychmiastowo!

      Jesli jednak mam jakis problem - po prostu tlumacze, jakie mam potrzeby, dlaczego nie
      chce sie zgodzic na to co mi mowia rodzice. Co prawda, ja nie mam zadnych problemow
      jesli chodzi o partnerki, spieramy sie raczej na temat ktory okreslilbym jako "ogolne podejscie
      do swiata".

      Takie rozmowy wymagaja wyczucia i umiejetnosci argumenntowania - jesli rzucisz sie na
      rodzicow - "bo wy nic nie rozumiecie" albo "glupi jestescie" to oni sie "usztywnia" i z
      porozumienia nici. Czasem trzeba im tlumaczyc jak dziecku - spokojnie, lagodnie, bez
      jakichkolwiek atakow personalnych, czy wytykania bledow przeszlosci (bo to zamyka
      porozumienie - ludzie nie lubia jak im sie wytyka ich wady i bledy).

      Staraj sie raczej mowic o swoich uczuciach, potrzebach. Mow jak Ty odbierasz ich proby
      namowienia Cie na cos. Nie mow "bo wy mi chcecie wtrynic wasz model zycia" a raczej
      "rozumiem, ze chcecie mi poradzic, ale ja to odbieram jako atak na swoja wolnosc wyboru, a
      chce sam(a) decydowac o swoim zyciu"

      W ostatecznosci trzeba postawic na swoim, i powiedziec, ze sie z nimi nie zgadzasz, i chcesz
      sam(a) o sobie decydowac - moze sie to wiazac z rozluznieniem relacji, albo chwilowa
      awantura...
      • Gość: renka dramat IP: *.home.cgocable.net 22.11.01, 03:23
        Zulugula, jak sama nazwa wskazuje jest wiecznym dzieckiem....Otoz dziecko w
        podswiadomosci ma zakodowane osoby, do ktorych zwroci sie o pomoc , mimo, ze ta
        pomoc moze okazac sie KARA.Z biegiem lat jednak nasza podswiadomosc LINIEJE jak
        i my, stare lisy, i nie jest taka uczciwa jakbysmy sobie tego zyczyli.Szanse na
        udany zwiazek Zuluguli : MALE!!!!! Chyba , ze MEZCZYZNA przypadnie do gustu
        TATUSIOWI. Wtedy wzajemne wizyty beda SAMA RADOCHA .
        • Gość: Toi Re: dramat IP: *.cm-upc.chello.se 22.11.01, 04:15
          renka, przepraszam pieknie, ja nie wiem czy to dlatego, ze o tej porze powinnam
          spac, ale o co Ci chodzi?
          • Gość: renka zulugula IP: *.home.cgocable.net 22.11.01, 04:46
            Chodzi mi o to, ze klucz do rozwiazania tego problemu lezy w Zuluguli.Znowu
            musi pojechac do domu i znowu musi pokazac swoja "zdobycz" tatusiowi..Jak sie
            spodoba tatusiowi, bedzie OK. Jak sie nie spodoba , Zulugula wpadnie w depresje.
            Niedojrzalosc uczuciowa Zuluguli jest przyczyna jej leku.
            • Gość: Toi Re: zulugula IP: *.cm-upc.chello.se 22.11.01, 05:03
              No wlasnie tak sie obawialam, ze o to Ci chodzilo. Powiedz, gdzie zwiazek
              miedzy toksycznoscia rodzica a niedojrzaloscia uczuciowa doroslego dziecka? Czy
              nie uwazasz, ze swiadomosc miotania sie miedzy ta toksycznoscia a miloscia
              wskazuje raczej na uczuciowa dojrzalosc? Miotanie sie wynika z emocjonalnego
              szantazu drugiej osoby i z dojrzaloscia uczuciowa ofiary ma raczej niewiele
              wspolnego.
              • Gość: renka Re: zulugula IP: *.home.cgocable.net 22.11.01, 06:40
                No, nie moge, nie moge sie z tym zgodzic. Toksycznosc rodzica, a gdzie jest
                SWIAT? Przeciez nie tylko rodzice nas ksztaltuja? Nie jestesmy wychowywani w
                szklanych akwariach? Chodzimy do przedszkola(toksyczna nauczycielka), do szkoly
                (toksyczni nauczyciele),jezdzimy na wycieczki(toksyczni wychowawcy i koledzy),
                zielone szkoly(jw), w szkolach spedzamy 2/3 naszego czasu, z rodzina zaledwie
                moze 10% calej doby !!!! Rodzice to tylko ULAMEK wiekszej calosci, ktora NAS
                KSZTALTUJE.Dlatego nie zgadzam sie z tym, ze to rodzice sa winni. Winne jest
                cale srodowisko spoleczne, w jakim wzrasta ten czlowiek. To jest spora grupa.
                • Gość: renka Re: zulugula IP: *.home.cgocable.net 22.11.01, 07:02
                  Jak sie w taaaakie srodowisko "TOKSYCZNYCH" *)(patologicznych czesto, co moze
                  nawet byc "uzdrawiajace"dla "zaplesnialych") nastolatkow wpadnie, to wszystkie
                  idealy wywracaja sie do gory nogami, i te wpojone przez rodzicow i te z
                  ksiazek..Liczy sie tylko AKCEPTACJA srodowiska.Dziewczyna , z ktora on chodzi
                  ma byc zaakceptowana przez...,chlopak z ktorym ja chodze ma byc zaakceptowany
                  przez..moja paczke. Jak nie jest ..fru!, albo ja trace paczke , albo
                  jego.Ludzie, ktorzy nie poznaja tych regul w wieku kilkunastu lat,bo
                  pozniej "dojrzewaja" po prostu, to ci wlasnie "niedojrzali uczuciowo". Oni sa
                  zagubieni, bo swiat juz poszedl dalej, ich kolezanki juz dawno nie robia sobie
                  zadnych ceregieli z rodzicami. Sa juz dojrzale o swoje nastoletnie
                  doswiadczenia, ktore z powodzeniem sluza w wyborze odpowiedniego partnera.A
                  zulugula zatrzymala sie na etapie 17 latki i co gorsza wini swoich rodzicow !
                  *)uzywam tego wyrazu IRONICZNIE, poniewaz kazda TRUCIZNA moze byc LEKIEM,
                  jezeli uzyta w odpowiedniej ilosci
                  • Gość: ........ Re: zulugula IP: *.sympatico.ca 22.11.01, 09:07
                    Powiedz im ze to Ty z nim bedziesz zyc, nie oni. Powiedz
                    tez ze jest Ci z nim dobrze (tak mysle). Jezeli maja cos
                    do niego to niech zalatwiaja to miedzy soba w zywe oczy
                    a nie za posrednictwem Twoim. Powiedz tez ze jestes juz dorosla
                    i to co oni robia jest czesciowym szantazem z ich strony.
                    Podziekuj im tez za ich szczere checi pomocy jak i za
                    wychowanie proszac zarazem zeby dali Ci szanse decydowac o
                    swoim zyciu. Powiedz tez ze zawsze cenisz i rozwazasz ich
                    opinie i wcale nie gniewasz sie za to. Popros tez o ich
                    wyrozumialosc i przebaczenie (to tak dla grzecznosci) w wypadku
                    gdybys postapila niezgodnie z ich wola. Powiedz ze masz
                    dopuszczalna granice tolerancji czy tez uleglosci ktora bys
                    chciala miec nienaruszona. W wypadku jej przekroczenia sytuacja
                    raczej moze sie tylko pogorszyc czego naprawde bys bardzo
                    nie chciala widziec. W przypadku ich upartosci powiedz ze
                    jestes kobieta i nie zawsze kierujesz sie wylacznie rozumem
                    gdyz uczucie Ci w tym przeszkadza. Widze ze jestes madra
                    kobieta, jestem pewien ze bedziesz wiedziala co im powiedziec.
                    Pozdrawiam
                    • Gość: zulugula Re: zulugula IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 22.11.01, 09:13
                      Dziękuję "..........".
                      Dziękuje w wiarę we mnie. Mam nadzieję, że nie zwiodę przede wszystkim siebie.
                      Chciałabym stowrzyć coś co będzie tylko moje ale zdaję sobie sprawę, że jeśli
                      dalej tak będzie że on będą się we wszystko wtrącali to albo skończę w
                      psychiatryku albo następne świea Bożego Narodzenia spędzimy we dwoje, zaprosimy
                      mojego brata z jego dziewczyną (który nota bene też mieszka osobno i nie ma
                      specjalnie ochoty na wizyty w rodzinnym domu) i bedzie miło, radośnie - nam a
                      moim rodzicom .... może jednak do tego nie dojdzie, zobaczymy.

                      A tak przy okazji renka, to mój brat też zatrzymał się na poziomie 17 latka,
                      skoro też nie potrafi dojść do porozumienia z własnym ojcem?

                      Pozdrawiam
    • Gość: zulugula Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 22.11.01, 09:07
      Jak sugeruje renka zatrzymałam się na poziomie siedemnastolatki,... sama nie
      wiem... zastanawiałam się nad tym przez dłuższą chwilę i myśle że jednak nie!
      Choć nie pamiętam jaka byłam w wieku 17 lat, podobno jak na swój wiek bardzo
      dojrzała emocjonalnie...

      Tak naprawdę to jadąc na święta nie chcę pokazywać swojej nowej zdobyczy mojemu
      ojcu w celu akceptacji. Ja boję się tam jechać tylko dlatego, by nie narażać go
      na bardzo nieprzyjemne sytuacje. Wiem jaki jest mój ocjceic i oczywiście mogę
      sobie nic z tego nie robić, puszczać wszystko mimo uszu, ale ja się już tego
      nauczyłam przez te wszystkie lata. Problem jest raczej w tym by mój ukochany
      nie czuł się dokładnie tak jak czuł się mój ex małżonek, poniżony. Mój ojciec
      potrafi być przykry dla całego swojego otoczenia w imię ideii - "Chcę dla was
      dobrze, jesteście moimi dziećmi, a wy jesteście tacy niewdzięczni"...

      Jestem gotowa do tego by wystawić ich miłość na próbę czasu. Wiem że za jakiś
      czas zrozumieją co tracą. OK. W pierwszym małżeństwe poległam, chciałam
      wyprowadzić się z domu chociażbyśmy mieli mieszkać w małym wynajętym pokoiku.
      Ale mój mąż powtarzał, wytrzymamy jeszcze tylko trochę, za rok odbierzemy nasze
      własne mieszkanie i będziemy szczęsliwi... nie potrafiłam go obronić przed
      szponami mojego ojca, który na każdym kroku go atakował, krytykował, poniżał...
      nie mogłam być wszędzie, ... nie chcę przechodzić przez to kolejny raz.

      Tak naprawdę chciałabym stworzyć normalną rodzinę i normalne stosunki między
      swoimi rodzicami a moją nową, kształtującą się dopiero rodziną. Chciałabym by
      świeta były źrócłem miłości, radości a nie frustracji i stresu, że znów będę
      musiała tego wszystkiego słuchać. A jeśli będą kazali mi wybierać , no cóż
      będzie bolało ale będę musiała wybrać... tak jak powiedział fnoll, ... może to
      pomoże, może zrozumieją... co tracą...

      Dziękuję wam za wszystkie słowa, także krytyki bo to również pomaga...
      • Gość: renka Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? IP: *.home.cgocable.net 22.11.01, 14:30
        W zyciu na wszystko przychodzi odpowiednia chwila, tak jak z prawem jazdy,
        najlepiej, jak sie je robi majac 16 lat!Bo potem coraz gorzej i gorzej. Jezeli
        ojciec jest taki szponiasty, to nalezy naprawde doprowadzic do walki na SZPONY!
        Przynajmniej nalezy o tym uprzedzic swojego mezczyzne, ze taka walka moze miec
        miejsce.Jestem pewna, ze to wyjasnienie(obiektywne) pomoze obu SAMCOM.
        • Gość: Toi Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? IP: *.cm-upc.chello.se 22.11.01, 15:01
          Toi, spokojnie, tylko spokojnie.
          Przeraza mnie latwosc i lekkosc, z jaka niektorzy ludzie wypowiadaja tu swoje
          poglady przy mocno ograniczonej empatii (co za slowo modne cholernie) i,
          najwyrazniej, wiedzy na temat zagadnienia. Wydaje mi sie, ze renka wciaz nie
          rozumie, o co chodzi, niestety. Zulugula, trzymaj sie, trzymaj sie. Pozdr b.
          cieplo. Toi
        • Gość: mirka Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? IP: *.u.mcnet.pl 22.11.01, 15:23
          ktos pytal o kwestie praktyczna. a gdyby tak wykorzystac swieta do manifestacji
          swojej doroslosci? nie jedziesz do nich ale zapraszasz ich do siebie. jest w
          tym duzo symboliki. np. co wazne dla WAS - swieta przebiegaja na WASZYM
          terenie. rodzicow ustawiasz w roli gosci a siebie - doroslej Pani Domu.
          i pole do popisu dla masy szczegolow demonstrujacych Twoja/Wasza odrebnosc.np.:
          rodzice zwyczajowo sztuczna choinka (czy mala), a u Was zywa i duza; menu w
          czesci domowe "po mamusi" (zeby jednak czuli sie swojsko) a kilka potraw nowych;
          w domu rodzinnym wigilia przy tv (tu przesadzilam ale i tak bywa) a u Was -
          świece i koledy np. prawoslawne...
          z pewnoscia wiesz, co mam na mysli...
          a i brat moze byc szczesliwy z takiego rozwiazania, skoro cierpi na "niewygodne
          kontakty" z rodzicami.
        • Gość: zulugula Do renki IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 22.11.01, 15:46
          Renka,
          tu nie chodzi o dominację mojego ojca nad moim facetem, tylko o dominację nad
          moim życiem. On nie potrafi się pogodzić z tym, że jestem dorosłą osobą i
          potrafię podejmować swoje własne decyzje. I nawet jeśli te decyzje są błędne to
          ja chcę je podjemować by uczyć się na swoich własnych podknięciach.

          I wcale ale to wcale nie chcę doprowadzać do żadnych konfrontacji bo to nie
          jest spór pomiędzy moim facetem a starszym, zgorzkniałym ojcem. To jest mój
          stosunek z rodzicami. Im się wydaje że jak powiedzą - on jest taki i taki (bo
          widzieli go dwa razy i mają zdanie), nie zadawaj się z nim, on cię wykorzysta,
          wogóle do nas nie przyjeżdżasz, pewnie on cie nastawia przeciwko nam, on
          dziwnie wygląda, jakiś taki małomówny (no tak ale jakby był rozgadany to też
          nie byłoby dobrze), ...

          Myśle, że nie problem leży we mnie ale w moich rodzicach, których też
          postrzegam jako toksycznych. Nie potrafią zrozumieć że skończył się etap
          niańczenia dzieci, teraz trzeba patrzeć jak dojrzewają i kreują swoje własne
          życie.

          Kiedyś myślałam, że mój ex małżonek miał w sobie coś co powodowwało, ze moj
          ojciec nie potrafił go zaakceptować. Dziś wiem, że wina nie leży po stronie ani
          mojej anie mojego ex. To mój ojciec nie dorósł do roli ojca dorosłych dzieci.

          Toi, dzięki.
    • Gość: Kim Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? IP: 213.77.91.* 22.11.01, 15:47
      Wiecie co, z nieba spadł mi dziś ten temat. Właśnie wczoraj po raz pierwszy
      rozmawiałam z moimi rodzicami na temat mojego mężczyzny. W skrócie wygląda to u
      mnie tak, prawie rok temu wyprowadziłam się z domu, potem założyłam sprawę o
      rozwód, mój były trochę zalazł nawet za skórę moim rodzicom, ale potem się
      zmienił i chciał do mnie wrócić. Ale już było dla mnie za późno.
      W międzyczasie w całym tym zamęcie poznałam mężczyznę, z którym teraz jestem.
      Jest nam dobrze razem, on od początku wiedział, jak wygląda moja sytuacja.
      Bardzo mnie wspierał, przegadaliśmy razem wiele godzin. Pokochaliśmy się. I
      jesteśmy szczęśliwi.
      Ale moi rodzice nie mogą tego zrozumieć. Jak to możliwe, że po rozwodzie jestem
      szczęśliwa z innym. Przecież to niemoralne.
      I przecież mają prawo jako rodzice zwracać mi uwagę, że popełniam błędy. Że
      robię źle, bo oni przecież chcą mojego dobra.
      I te pytania, dlaczego nie chcę wrócić do byłego męża...
      Pomóżcie, co robić? Rozmowy z nimi to ciągłe powarzanie tych samych rzeczy.
      Mam czekać, aż sami zrozumieją????
      • Gość: zulugula Do Kim IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 22.11.01, 15:55
        Chyba jednak czekanie...
        U mnie było podobnie. Ja również w trakcie postępowania rozwodowego (pozew
        złożyłam ja) poznałam faceta, który również bardzo mnie wspierał. Mój ex
        małżonek, nigdy nie został zaakceptowany przez rodziców inawet się ucieszyli że
        się rozejdziemy. (jak można się cieszyć z takich rzeczy?) Potem mój ojciec
        powtarzał - przecież nie możesz być sama znajdż sobie kogoś... powtarzałam mu,
        że nie chcę się wiązać... Kiedy jednka kogoś poznałam i jestem szczęśliwa oni
        mówią, że ten nie jest lepszy od poprzedniego... Wiem, pewnie powinnam
        powiedzieć mojemu tatusiowi - no to znajdź mi faceta a ja za nigo wyjdę.... :))
        pewnie tego by oczekiwał, całkowite podporządkowanie...
        A najgorsze jest w tym wszystkim to, że nie mam siły się z nimi już szarpać i
        prosić, rozmawiać, tłumaczyć udawadniać... jestem zmęczona i coraz bliżej
        decyzji o definitywnym ograniczeniu kontakrów z rodzicami. A wszystko stawiam
        na Święta, zobaczymy jak się to wszystko ułoży.
        Kim - pozdrawiam.
        • Gość: 3X1 Nie-dorosli rodzice IP: 209.226.65.* 22.11.01, 16:44
          Czas czasem pomaga, czasem nie do konca ale na pewno daje szanse na
          spokojniejsze refleksje i pewna perspektywe. Dajcie sobie, dziewczyny (Zulugula
          i Kim) czas na nie-bycie blisko Waszych rodzicow. Zapewne diagnoza Zuluguli
          jest sluszna - Jej rodzice sami jeszcze nie dorosli do tego, by stac z boku,
          wspierac usmiechem i po prostu byc bez narzucania wlasnych pogladow i stylu
          zycia. Oni tez potrzebuja widocznie wiecej czasu, by sie takimi stac. Naprawde
          mysle, ze potrzebne jest Wam dluzsze rozstanie by obie strony mogly docenic
          wartosc wzajemnych kontaktow.
          I to jest jeszcze jedna nauczka dla nas wszystkich - jacy nie mozemy byc gdy
          juz nasze dzieci beda dorosle! Trzeba to sobie gdzies dobrze zapisac i
          zapamietac.
        • Gość: Kim Re: Do Kim IP: 213.77.91.* 22.11.01, 16:44
          No tak...
          Moi akceptowali mojego męża, co prawda potem on pokazał rogi, ale zupełnie się
          zmienili, kiedy on chciał do mnie wrócić. Wtedy, do ostatniego dnia przed
          rozwodem namawiali mnie, żebym spróbowała jeszcze raz. Ale przecież moje życie
          to nie jest poligon doświadczalny! Dosyć już się przez niego napłakałam.
          Teraz naprawdę jestem szczęśliwa, a oni, nawet go nie znając ostrzegają mnie -
          uważaj, bo ten może być jeszcze gorszy od poprzedniego... Po co takie słowa.
          Przecież wiedzą, że trudno mi było się pozbierać, odzyskać wiarę w siebie. Po
          co chcą mnie dołować. NIe wiem, jak mam sobie ułożyć kontakty z nimi.
          • Gość: renka nie ma jak rodzinka na swieta IP: *.home.cgocable.net 23.11.01, 07:00
            Mysle, ze zulugula zrobi jak bedzie uwazala za sluszne.Czas wydoroslec i tupnac
            nozka!To TWOJE ZYCIE! Jezeli mozesz spedzic Swieta z rodzina zrob to. Jak ja
            sie miotam ..bo nie moge byc z moimi staruszkami na Swieta..Twoi rodzice cie
            kochaja i napewno nie chca komplikowac tobie zycia. Oni ci chcieli zawsze
            pomoc, ale to ty komplikujesz sprawy..Radzisz sie ich, wyplakujesz sie im , i
            tym jeszcze bardziej uzalezniasz sie.Radz sie rowiesnikow, to jest
            zdrowsze.Kolezanka, przyjaciolka, BRAT i BRATOWA.Ich sie radz.Nie rodzicow. Dla
            rodzicow miej tylko szacunek i milosc, ale nie dopuszczaj do dyskusji na TEMATY
            OSOBISTE.Przylepienie tatusiowi nalepki "toksycznego" to zwykle zrzucenie winy
            za nieudolnosc w rozwiazywaniu swoich problemow.A jezeli tatus
            jest "toksyczny", badz pewna , ze ty tez juz jestes potencjalna "toksyczna zona
            i matka".Zreszta dowiodlas tego: to TWOJE malzenstwo sie rozpadlo, a nie
            tatusia! ha! I jak sie dowiaduje z postow , nie bylo tam specjalnej winy meza ,
            tylko TATUSIA (!?)W koncu za kogo wyszlas za maz ? Wydoroslej, dziewczyno,
            prosze.I skoncz a ta toksykologia , bo mnie mrowie przechodzi po plecach jak
            mozna tak nazywac kogokolwiek bliskiego.
            • Gość: zulugula Re: nie ma jak rodzinka na swieta IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 23.11.01, 09:14
              Mówisz renko, że masz mrówki. Może pupcia Ci zdrętwiała od siedzenia na
              krzesełku i wklepywania bzdurek na ekranik swojego kompa? Za rozpad mojego
              małżeństwa obwiniam swojego męża, który nie potrafił rozwiązywać problemów ze
              mną a poszukał panienki na boku (zdrada emocjonalna, fizyczna nie wiem, bo nie
              jeżdziłam z nim w delegacje), obiwniam moich rodziców za to że nie potrafili
              uszanować naszej prywatności i siebie za to że nie dostrzegłam na czas problemu
              mojego meża, że nie wyprowadziliśmy się z domu moich rodziców na czas, jak
              jeszcze było co ratować, że wtedy nie zerwałam stosunków z moimi rodzicami.

              Co do radzenia się moich rodziców, no cóż tu też się mylisz i źle wyciągasz
              wnioski nie wiem na podstawie czego... ? Nigdy się ich nie radziłam, bo z nimi
              nie ma rozmowy. To oni narzucają mi swoje zdanie. Rozmowa zapoczątkowana przez
              mojego tatę na temat - a jakie masz palny, to nie jest rozmowa dwóch dorosłych
              ludzi. Bo on nie chce słyszeć jakie ja mam plany a raczej za każdym razem mi
              mówi co i jak powinnam zrobić. Więc o planach nie rozmawiam już od dawna. Nasze
              rozmowy ograniczają się do zapytania o zdrowie, co słychać w pracy i takie tam
              dyrdymały. Kiedy któregoś razu przyjechaliśmy do moich rodziców na obiad,
              bodajrze były to imieniny mojej mamy, nadmienię iż była to nasza pierwsza
              wizyta w domu moich rodziców z moim nowym mężczyzną. Po obadku mój tatuś bez
              pardonu, jak tylko wyszłam na chwilkę z pokoju ośmielił się zapytać mojego
              faceta, a jakie ma pan plany wobec mojej córki. No wybacz renka, ale mój ojciec
              to chory facet. I rzeczywiście masz rację, zrobię jak będę uważała. I nie mów
              mi że nie ma toksycznych rodziców, są i moi są tego typowym przykałdem i sama
              będę się musiała jakoś do tego ustosunkować. A Święta będą ostatnią próbą, mam
              nadzieję że jednak miną w miłej i przyjaznej atmosferze. Mimo wszystko ostatnią
              rzeczą jaką chciałabym robić to zrywanie stosunków jakby nie było z moją
              najbliższą rodziną. Ale jeśli bedę musiała wybierać między swoim własnym
              szczęściem a świętym spokojem moich rodziców, to chyba wiesz co wybiorę... a
              jeśli nie wiesz to ci powiem, wybiorę swojego mężczyznę i z całej siły będę się
              starała by nie być taką matką jakim ojcem jest mój ojciec. Zrobię wszystko by
              toksycznym rodzicem nie być i nie wpływać na postępowanie dzieci poprzez wpływ
              na ich emocje i używając do tego celu szantażu emocjonalnego.
              A ty renka to chyba miłaś bardzo poprawne stosunki z rodzicami bo mam wrażenie
              że nie potrafisz postawić się w moiej sytaucji i za wszelką cenę chcesz mi
              wmówić że problem jest we mnie. A ja jedyny problem jaki w sobie widzę to po
              prostu chciałabym być blisko zarówno rodziców jak i swojej nowo zakładanej
              rodziny. A niestety będę musiała wybierać. Bo do tego jestem zmuszana. I to nie
              przez nikogo innego jak przez mojego własnego ojca, który chce dobrze a nie
              potrafi dobrych chęci zamienić w adekwatne do tego celu czyny.
              Pozdrawiam
              • Gość: Kim Re: nie ma jak rodzinka na swieta IP: 213.77.91.* 23.11.01, 10:38
                Moi rodzice za to powiedzieli mi otwarcie, że na razie nie mają ochoty poznawać
                mojego ukochanego, że muszą przyzwyczaić się do myśli, że jest w moim życiu
                ktoś inny poza ślubnym mężem. I powiem szczerze, że jest mi trochę przykro,
                także wobec niego...Jego rodzice też trochę się dziwią, że go nie
                przedstawiłam. Wymawiamy się odległością, ale dobrze wiem, że to nie o to
                chodzi. Dobrze, że chociaż z nim mogę szczerze pogadać.
                Ale przykro mi, bo jest dla mnie ważny, a słyszę od rodziców, że skoro raz się
                rozwiodłam, to nie będę miała skrupułów, żeby teraz mieć dziesiątki
                kochanków, "pocieszycieli", jak to ironicznie ujmują. Nie mogą zrozumieć, że
                właśnie dlatego, że się rozwiodłam, nie mam ochoty powtarzać tej sytuacji,
                chciałabym wreszcie być szczęśliwa i znaleźć spokojną przystań. I że nie szukam
                wrażeń, wilebicieli, tylko naprawdę kogoś pokochałam i jestem kochana. I mimo
                trudnej sytuacji - jestem szczęśliwa. Choć wiem, że nie stanę koło niego przy
                ołtarzu..
                Niedługo będziemy w pobliżu domu moich rodziców... Powiedzieli mi jasno, że ja
                zawsze mogę przyjechać, że możemy pogadać, ale muszę zrozumieć, że oni będą mi
                zadawać pytania o niego, dlaczego z nim jestem, czy jestem jego pewna itp. Że
                mogą się wtrącać, mówić mi, co robię źle, krytykować, bo są moimi rodzicami.
                Ale nie chcą, żebym go przywoziła. A ja nie wiem, co robić. Czy mam jechać do
                nich sama, podczas gdy on będzie na mnie czekał w samochodzie, czy powiedzieć
                im, że odwiedzimy ich, jak dojrzeją do sprawy?
                Boli mnie, że teraz obwiniają mnie o rozwód...Że to przez niego się rozwiodłam,
                a przecież tak nie było...
                Kocham go, kocham rodziców i nie chcę wybierać.
                • Gość: zulugula do KIM IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 23.11.01, 14:41
                  Kim, powiedz czemu rodzice chcą przedobrzyć, czemu na siłe chcą nas
                  uszczęliwić.
                  Ja również, tak jak Ty, nie chciałabym wybierać, ale jeśli mnie do tego zmuszą
                  nie zawacham się. W sumie to moje życie. Wiem jednak że będzie mnie to bardzo
                  dużo kosztowało. Byłabym dużo bardziej szczęśliwa gdyby potrafili chociażby
                  tolerować mój wybór, już nie mówię że chciałabym by potrafili się cieszyć moim
                  szczęściem. Przecież najważniejsze że jestem szczęśliwa...

                  Ja również przynajmniej narazie nie potrafię być w pełni szczęśliwa ze względu
                  na nich... mojego pierwszego małżenstwa nie zaakceptowali, tego jak prowadzę
                  obecne życie też nie potrafią zaakceptować. Ja doszłam do jednego wniosku, po
                  licznych rozmowach, tłumaczeniach i perswazjach,... że ... to oni będą musieli
                  wybierać. Albo pogodzą się z tym jak układam sobie życie albo nie będą tego
                  wiedzieli. To straszne. Powoli dojrzewam do tego, by radykalnie ograniczyć
                  kontakty.

                  Kim, to jest bardzo ciężkie, ale może za kilka lat zrozumieją, że popełnili
                  błąd i będą chcieli go naprawić a ja wówczas przyjmę ich z otwarymi ramionami.
                  Mam już dość słów krytyki... jestem zmęczona szapraniem się między tym co
                  słuszne w mniemaniu moich rodziców a moim własnym... postanowiłam dorosnąć...
                  niech sami wybiorą ... teraz wszystko zależy od nich... nie będę tam jeździć i
                  szarpać sobie nerwów na własne życzenie, mam i tak dużo innych stresów,...
                  Rozmawiałam z moim mężczyzną i doszliśmy do wniosku, że najważniejsi jesteśy MY
                  , nie jesteśmy w stanie spełniać oczekiwań całego naszego otoczenia...

                  Co do wizyty w Twoim domu, to chyba powiedziałabym rodzicom że skoro nie chcą
                  widzieć mojego ukochanego to tak jakby nie chcieli widzieć mnie, nie
                  zostawiłabym go samego w samochodzie, choćby nie wiem co, on nie jest psem
                  który czeka pod drzwiami, jest człowiekiem któremu należy się szacunek, a jeśli
                  Twoi rodzice nie potrafią mu tego okazać to radziłabym im dać czas... tak jak
                  ja damo swoim, może ich to czegoś nauszy...

                  Pozdrawiam.
                  • Gość: Kim Re: do KIM IP: 213.77.91.* 23.11.01, 15:40
                    Ja też próbowałam ich pytać, dlaczego na siłę próbują mnie uszczęśliwiać,
                    dlaczego nie potrafią uwierzyć mi na słowo, że jestem szczęśliwa i nie
                    potrzebuję teraz ich "ostrzeżeń", że to może nie być ten mężczyzna. Przecież
                    oni go nawet nie znają! A już potrafią stwierdzić, że znalazł
                    się "pocieszyciel". Kiedy się rozwodziłam, też nie potrafili tego zaakceptować,
                    dzień przed rozwodem usłyszała, że robię błąd i będę tego żałować. A przecież
                    sama wiesz najlepiej, że ludzie nie rozwodzą się dla kaprysu...
                    Kiedy im mówię, że nie chcę słuchać tekstów, że to początek mojej serii
                    kochanków, że wykorzysta mnie i rzuci, że krótko się znamy, twierdzą, że są
                    moimi rodzicami i mają prawo zwracać mi uwagę, kiedy ich zdaniem popełniam
                    błędy lub robię coś, co może mi zaszkodzić. Tylko po co??? Jestem krótko po
                    rozwodzie, to nie był dla mnie miły czas, potrzebuję wreszcie wsparcia, a nie
                    wchodzenia mi z butami w życie - zwłaszcza, że tak niewiele o nim wiedzą.
                    Oczywiście mogłabym ich informować dokładnie z detalami - tylko po co, skoro i
                    tak nie przyjmują do wiadomości tego, co mówię i obrażają człowieka, którego
                    kocham i szanuję.
                    On też twierdzi, że liczymy się my a nie czyjaś wizja świata. Ale mi jest
                    zwyczajnie przykro, że traktuje się osobę tak mi bliską jak przelotny romansik.
                    Jeden z wielu. Oczywiście nie mogę powiedzieć rodzicom na 100%, że będę z nim
                    do końca życia, choć teraz tak czuję, ale sama wiesz, co się czuje po
                    rozwodzie, kiedy człowiek brutalnie jest odarty ze złudzeń. Fakt jednak jest
                    taki, że powiedzieliśmy sobie, że chcemy być razem na dobre i na złe, nie
                    potrzebujemy na razie papierka - to nic nie gwarantuje. Że chcemy razem iść
                    przez życie. Ale im to nie wystarcza - mówią, że za krótko się znamy, ale
                    przecież to jest tak różnie w życiu.
                    Jeśli chodzi o moją wizytę w domu - też miałam takie myśli. Nie chcę, żeby on
                    czuł się poza nawiasem mojego życia. Dobrze to ujęłaś z tym psem...Liczę, że
                    niedługo pojedziemy razem.
                    • Gość: zulugula Re: do KIM IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 23.11.01, 16:08
                      Ja myślę że Twoi rodzice tak jak moi potrzebują czasu, by zrozumieć że nie tędy
                      droga. I miejmy nadzieję, że zrozumieją wcześniej niż za późno.

                      Myślę jednak, że musisz poczekać z tą wizytą u nich jeszcze trochę. Oni nie są
                      gotowi na to by go poznawać... Moi rodzice nie mogą do tej pory dojść do
                      siebie, że ich dzieci nie ułożyły sobie życia tak jak to nakazuje dobry
                      obyczaj. Tzn. ja się rozwiodłam a teraz żyję jak to mówią "na kocią łapę" z
                      jakimś alfonsem, a mój brat... również na kocią łape z jakąś ... nie ... aż mi
                      za nich wstyd... Rozumiem, że chcieli by ich dzieci mieli szczęsliwe rodziny,
                      męża, żonę, dzieci a oni wnuki, ale nic na siłę. To że nigdy już nie będę
                      ślubowała w kościele miłości i wierności nie znaczy że jestem nieszczęśliwa...

                      A to że on mnie wykorzysta i rzuci to też słyszę od nich nawet zbyt często...

                      Trzymaj się KIM, teraz jak nigdy dotąd potrzebujemy wsparcia najbliższych i
                      dzięki Bogu znalazłyśmy wsparcie we wspaniałych facetach i to jest
                      naważniejsze. Nie jesteśmy same, kobiety po przejściach a jednak potrafiły
                      jeszcze raz pokochać... a jak sama wiesz nie jest łatwo... ale dziś kocham
                      zdecydowanie mocniej...

                      Pozdrawiam
                      • Gość: Kim Re: do KIM IP: 213.77.91.* 23.11.01, 16:23
                        Wiesz, oni nie potrafią zrozumieć, że go kocham, dla nich to sposób na
                        pocieszenie się. Ja też mam wrażenie, że teraz te uczucia są silniejsze, może
                        bardziej doceniam to, co mam, ale inna sprawa, że poprzedni nie dał mi tyle
                        radości, choć byliśmy razem tyle lat...
                        A poza tym nie chcę go zmieniać, nie szukam ideału, choć wiem, że spotkałam
                        wspaniałego człowieka, który po po północnej imprezie po przyjściu do domu
                        myśli najpierw o tym, żeby przygotować mi rozgrzewającą kąpiel.
                        Moi rodzice też mają ten argument - ślub kościelny... Co mam im powiedzieć - że
                        to wcale nie ja chciałam opuścić małżonka.
                        NIe wiem, czy po prostu chcę jechać do domu i się kłócić, czuć, że traktują
                        mnie jak osobę niemoralną, rozwiązłą itd. Upokarza mnie to, po prostu.
                        Może to tchórzostwo?
                        Tylko dlaczego mam się tłumaczyć i przepraszać za coś, co nie jest zbrodnią?
                        Kogo krzywdzimy naszą miłością?
                        • Gość: Toi Re: do KIM i zuluguli IP: *.cm-upc.chello.se 23.11.01, 17:04
                          KIM, nigdy nie tlumacz i nie przepraszaj, o ile nie ma czego, bo to tylko
                          przyzwolenie na szantaz. Oczywiscie podejscie typu 'najlepsza obrona jest atak'
                          tez absolutnie sie nie sprawdza i w dodatku krzywdzimy wtedy samych siebie. Nie
                          warto miec udzialu w wykrzywianiu czegos takiego jak milosc, zwlaszcza gdy jest
                          juz pokrzywiona... Cos w rodzaju serdecznego dystansu, kiedy juz dochodzi do
                          spotkania na sliskim gruncie, jest jedyna sensowna opcja...

                          Sciskam Was obie, zycze madrosci i na koniec podziwiam zulugule za dystans
                          wobec komentarzy kompletnie niezorientowanej w problemie renki.

                          Toi
    • dike Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? 23.11.01, 21:30
      Opinia rodzicow jest zawsze bardzo wazna, cokolwiek by sie mowilo.
      I czlowiek chcialby jakos na te dobra opinie ..."zasluzyc"? Tak samo jak
      rodzice chcieliby, zeby ich dziecku udalo sie wszystko, lacznie z tym, czego im
      nie udalo sie dokonac...I... tego sie nie przeskoczy.

      Ale mozna ominac..:)

      Przeciez Twoj Ojciec na pewno ma jakies hobby. Kupcie jakis fajny prezent. Od
      obojga, ale z zaznaczeniem, ze to Twoj Kochany wybieral(nie zapomniec o Mamie -
      dobry czas, zeby zastanowic sie, co tak naprawde moze sprawic radosc...).
      A rozmowe mozna tak poprowadzic, zeby tematem nie byly Wasze plany, tylko np.
      lowienie ryb, psy, albo jakies inne rzeczy, ktorymi Twoj Tato sie pasjonuje.
      Warto nawet cos poczytac, zeby rozwinac ten watek...Ale bez przesady - dac sie
      Tacie wykazac!
      Swieta to taki dobry czas... Moze wspolnie pospiewac koledy? To naprawde bardzo
      zbliza ludzi - nawet jak nie umieja spiewac, to chociaz mrucza pod nosem.
      (Czas mija, juz trzeba odjezdzac..."trzymaj sie, corcia, wreszcie zmadrzalas,
      masz takiego faceta, jak trzeba"...)

      Pozdrawiam.
      Dike
      • Gość: Toi Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? IP: *.cm-upc.chello.se 23.11.01, 21:47
        Serdeczny dystans, a nie mowilam? :))
        Uwazam, ze pomysly dike trafione w dziesiatke...
        Poprzedniczke mojej wypowiedzi pozdrawiam... :)
        • Gość: renka Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? IP: *.home.cgocable.net 24.11.01, 07:48
          Tytul watku zawiera w sobie odpowiedz ostateczna. Jasne , ze wlasne zycie. To
          ty jestes odpowiedzialna za SWOJE ZYCIE.
          Sadze, ze twoj rozwod to TYLKO twoja sprawa i twojego meza.Nie mieszaj w to
          rodzicow, bo gotowa jestem uwierzyc, ze o sprawach lozkowych tez rozmawialas z
          rodzicami...
          Popieram w 100% pomysl dike i toi. Serdeczny dystans. Tak.
          • Gość: Kim Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? IP: 213.77.91.* 02.01.02, 12:00
            No i po świętach... Byłam w domu i niestety, nasłuchałam się tyle "ciepłych"
            słów o moralności itp. Moi rodzice nawet nie mają ochoty poznać "tego pana',
            jak sami o nim mówią. Mieli tyle nadziei, że pogodzę się z byłym mężem.
            Dlaczego nagle zapomnieli. ile krzywdy mi zrobił??? Wróciłam do Warszawy
            zmęczona, bez radości życia... To miały być Święta? I wszyscy życzyli mi, żeby
            mi się w życiu poukładało! A mi się przecież ukłąda, jestem szczęśliwa!
            Dlaczego oni nie potrafią się z tego cieszyć. I paradoksalnie nie zdają sobie
            sprawy, że przez ten ich dystans będę jeszcze bliżej mojego ukochanego. Dobrze,
            że mogłam liczyć na jego ciepłe słowa. Wróciłam najszybciej, jak mogłam...
            Wielkanoc? Pewnie spędzimy razem... Za to Sylwester był cudowny, w Nowy Rok
            gorąco pocałował mnie pod jemiołą i nawzajem spytaliśmy się siebie, czy chcemy
            spędzić razem resztę życia... Odpowiedź sprawiła, że urosły mi skrzydła.
            Szkoda tylko, że moi bliscy nie potrafią się ze mną cieszyć, tylko mówią, że
            juz jeden związek mi nie wyszedł, więc muszę uważać, bo pewnie coś ze mną nie
            tak. A poza tym obecny może się okazać jeszcze gorszy niż poprzedni. Nie ma to
            jak słowa wsparcia.
            • Gość: Renka Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? IP: *.home.cgocable.net 02.01.02, 20:50
              Ciesze sie z toba.To twoje szczescie.Jak im wszystkim pozwolisz z buciskami
              wchodzic do twojego "tajemniczego ogrodu" , rozdepcza go, a ty bedziesz
              plakac. Wszystkiego najlepszego ci zycze.
            • kwieto Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? 02.01.02, 23:24
              Jacys ortodoksi, czy co? A moze po prostu oni "wiedza lepiej" jak powinnas
              sobie ukladac zycie (bo sa starsi, i sa rodzicami na przyklad) i nie wyobrazaja
              sobie, ze moze byc inaczej?

              Trudno, wychodzi na to, ze nie ma co liczyc na rodzicow, moze kiedys sami
              zrozumieja...
              • Gość: Kim Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? IP: 213.77.91.* 03.01.02, 09:29
                Wiem, że to moje życie i to ja muszę sama je sobie ułożyć. Ale kocham moich
                rodziców, chciałabym, żeby cieszyli się moją radością, bo naprawdę jestem
                szczęśliwa. A oni chyba sami nie wierzą, że jestem tego warta, żeby ktoś mnie
                pokochał, nie skrzywdził i nie wykorzystał. I do tego dochodzi emocjonalny
                szantaż typu: "ja przez Ciebie płaczę i spać nie mogę" - takie teksty też
                słyszałam.
                Dziękuję wszystkim za życzenia szczęścia.
                • kwieto Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? 03.01.02, 10:03
                  Szantarze emocjonalne to szeroki temat... Ale kazdy musi byc odpowiedzialny za
                  siebie i swoje emocje. Nie mozna zwalac swoich uczuc na kogos innego. Jesli
                  ktos Ci mowi, ze "przez Ciebie spac nie moze" to tak na prawde jest to
                  WYLACZNIE JEGO PROBLEM. I to co robisz Ty, nie ma tu nic do rzeczy. Wiec
                  prawdziwie brzmiace stwierdzenie powinno brzmiec: "Przez SIEBIE spac nie moge".
                  Co mozesz zrobic z taka osoba? Starac sie jej to w jakis sposob uswiadomic. Ze
                  to jej problem nie Twoj. Postawic wyrazna granice. I nie dac wrzucic na siebie
                  odpowiedzialnosci za czyjes uczucia.
                  • Gość: Kim Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? IP: 213.77.91.* 03.01.02, 10:36
                    Dokładnie tak im powiedziałam - że nie muszą się martwić, bo ja jestem
                    szczęśliwa, że jest mi dobrze i potrafię o siebie zadbać, ale ciągle jest ten
                    argument, że jeszcze jestem młoda i nie wiem, co jest dla mnie dobre. Że
                    jeszcze będę żałować, że opuściłam męża, zwłaszcza, że oni nadal są zdania, że
                    opuściłam go dla mężczyzny, z którym jestem teraz (poznałam go po rozstaniu). I
                    nie przyjmują do wiadomości innych interpretacji niż własna. Koszmar. No i
                    potem się dziwią, że jest mi szczególnie bliski, że "zastąpił mi rodziców", oni
                    chyba nie chcą przyjąć do wiadomości, że nie jestem małą dzidzią, że fakt jest
                    taki, że w którymś momencie życiowym to partner jest na 1. miejscu. Rodziców
                    nie kocham mniej, ale nie mają już takiego wpływu na moje życiowe decyzje.
                    Martwi mnie to, w zasadzie nie umiemy ze sobą rozmawiać, bo wiadomy temat rodzi
                    kłótnie, wyrzuty. Co ja takiego strasznego zrobiłam? Dlaczego mój były mąż,
                    który nieraz mnie krzywdził ma u nich tak wysokie notowania, przyjęliby go z
                    otwartymi ramionami, a mój obecny partner jest beee, mimo, że jak na razie
                    traktuje mnie bardzo dobrze. Nie rozumiem tego...
                    • kwieto Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? 03.01.02, 10:44
                      Ja tez nie rozumiem. Mam podobnie z babcia - jakis czas temu jej poglad na
                      pewna sprawe podzielil nas troche. I ona ma wlasne wyobrazenie o czyms, nie
                      przyjmuje do wiadomosci czysto obiektywnych argumentacji, mozesz mowic, ze
                      "slonce swieci", ona ciagle twierdzi, ze "slonca nie ma" - ten typ rozmowy -
                      przeciez wystarczy spojrzec w niebo, prawda?

                      No i efekt jest taki, ze babcie odwiedzam z obowiazku i z niechecia, ostatnio
                      sie dowiedzialem, ze "moja mama mnie zle do niej nastawia" - jakbym nie byl
                      dorosly, i nie mial wlasnego zdania.

                      Przykro to mowic o rodzinie, ale jest to po prostu "beton". Nie ma sensu sie
                      klocic, nie przekonam jej, lepiej po prostu zajac sie swoimi sprawami, jej
                      pozwolic zyc we wlasnym swiecie...
                      • Gość: Kim Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? IP: 213.77.91.* 03.01.02, 11:27
                        To przykre, ale niestety masz rację. Wiesz, mnie trochę przeraża inna rzecz -
                        jeśli by, odpukać, nie wyszło mi z moim obecnym, albo nawet gdyby były jakieś
                        problemy - usłyszę "widzisz, ostrzegaliśmy Cię". A przecież w życiu różnie
                        bywa. Dlaczego bardziej mogę polegać na kimś kogo znam niecały rok, a rodzice,
                        którzy powinni być opoką na każde czasy - nie mogą być oparciem?
                        • kwieto Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? 03.01.02, 11:35
                          Bo rodzicom wydaje sie, ze znaja Cie lepiej. Albo, ze jestes taka sama jak oni.
                          To znaczy - jesli Twoja mama nie lubi na przyklad koloru rozowego, Ty tez go
                          nie lubisz (wedlug niej oczywiscie), nie wazne jest co Ty myslisz na ten temat.
                          Jesli Twoi rodzice uwazaja, ze trzeba zyc w jednym zwiazku mimo totalnej
                          porazki (moze sami to robia?), to Ty tez tak musisz, oni wiedza lepiej... albo
                          moze uwazaja, ze tak "nie wypada"? Albo "co ludzie powiedza"? Rozne moga byc
                          przyczyny... Po prostu nie mysla o Tobie ale o sobie.

                          Troche tak, jak powiedziala kiedys moja znajoma (cos co wprawilo mnie w szok
                          totalny) - "chce miec dziecko, aby byl ze mna ktos na stare lata". No wlasnie.
                          To co mysli na ten temat dziecko, co ono czuje - tutaj nie liczy sie
                          zupelnie...
                          • Gość: Kim Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? IP: 213.77.91.* 03.01.02, 12:31
                            Masz rację - oni wiedzą lepiej. Ich małżeństwo jest udane, więc łatwo im mówić
                            i oceniać, że są gorsze i lepsze chwile. Czasem tych złych jest tyle, że mówi
                            się dość. Tylko jeśli ma się wsparcie w drugiej osobie, to można te złe chwile
                            przetrwać. Mi takiego wsparcia w małżeństwie zabrakło. Więc łatwo im mówić, że
                            byłam za mało wytrwała. Bolą mnie takie oceny, opinie, że jeśli raz mi nie
                            wyszło, to jest ze mną coś nie tak, usłyszałam nawet, że "nikt ze mną nie
                            wytrzyma".
                            • kwieto Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? 03.01.02, 12:42
                              To wlasnie nie tak: "nikt z toba nie wytrzyma" A jesli nawet? Czy warto
                              zmieniac siebie i swoje pragnienia, tylko po to, zeby ludzie dookola byli z
                              siebie bardziej zadowoleni? Dlaczego nietolerowana jest innosc?

                              Moja mama krytykowala podejscie "bierz mnie jakim jestem" - co zaowocowalo tym,
                              ze zamiast myslec o wlasnym zyciu, szczesciu - za wszelka cene staralem sie
                              uszczesliwiac innych, kladac swoja osobe na oltarzu, milosci, przyjazni, czy
                              czego tam jeszcze.
                              Dlugo sie z tego leczylem.

                              A prawda jest taka: "albo bierzesz z czerwona kokardka, a jesli kokardka sie
                              nie podoba, to nie bierz wogole" - czyli - jesli do siebie nie pasujemy, nie ma
                              co sie meczyc i naginac, to tylko niepotrzebnie komplikuje zycie, rodzi
                              frustracje i oskarzenia, kumulujace sie czasem latami...

                              podejscie "bierz mnie jakim jestem" jest najlepsze - jesli sie nie podoba -
                              trudno, nie musimy byc razem, przymusu nie ma...
    • Gość: z Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 03.01.02, 21:34
    • Gość: zulugula Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 03.01.02, 21:59
      Kim,
      ja również źle przeżyłam Święta... Było cudownie w jego domu rodzinnym.
      Przyjęto mnie tam z otwartymi ramionami i ogromną radością, czułością. Czułam
      się jak ktoś wyjątkowy, czułam się jak córka, jak dobry anioł w życiu ich
      syna... Ale to wszystko szybko się skończyło, w pierwszy dzień świąt
      pojechaliśmy do moich rodziców i było strasznie, okropnie, potwornie. Tylko
      żale, pretensje i pytania - kiedy sformalizujemy nasz związek, jakie mamy
      plany, kiedy ślub, ... pytania nie na miejscu, zadane niegrzeczynm tonem,
      powodujące, że chcesz się schować w swoją własną skprupkę i nigdy się stamtąd
      nie wychylać... Po godzinie wyjechaliśmy z przekonaniem, ze długo moja noga się
      tam nie pojawi.. A mój ukochany powiedział - proszę nie miej do mnie żalu,
      niech Ci nie bedzie przykro, ale nie chcę tu więcęj przyjeżdżać.. i jak ja mam
      mieć do niego o to pretensję, skoro przez całą godzinę nie robiliśmy niczego
      tylko odpieraliśmy ciągle ataki, robiliśmy uniki... wychodząc, już w drzwiach,
      mój chory ojciec powiedzial, że jeśli on zrobi krzywdę jego córce to on mu
      pokarze... wiele nieprzyjemności, które jeszcze dziś powodują, że jest mi źle i
      smutno...

      Rodzice, którzy ciągle mają pretensję że o nich zapominam i nie przyjeżdżam, a
      jak tylko się pojawiam prawią mi kazania, robią mi podsumowania, są moim
      sumieniem... kiedy do nich dzwonię, słyszę kazania, mówią mi jak powinnam
      zorganizować sobie życie. Zadzwoniłam z życzeniami noworocznymi z nadzieją że
      telefon odbierze mama. Odebrała ale potem dała słuchawkę ojcu, a ten oczywiście
      swoje - jak można żyć w ten sposób, że powinnam dbać o swoje zabezpieczenie i
      dążyć do zawarcia małżeństwa, przeszedł siebie mówiąc mi gdzie powinnam spędzić
      sylwestra, w jakim towarzsystwie, w jakiej sukience i jak uczesana...
      A tak byłoby miło w niedziele wpaść do rodziców na obiad... Dziś wybieramy
      knajpki, których w Warszawiwe na szczęście jest bardzo wiele.

      Oj i tak to minęły mi Święta. Każde następne będą lepsze, bo spędzone tylko tak
      jak my sami tego chcemy. Szansa, którą dałam moim rodzicom została zmarnowana
      przez nich samych i jest mi naprawdę przykro, ale... ja mam tylko jedno życie.
      I jeśli oni nie chcę być przy mnie to ja na siłę nie będę ich do tego zmuszać.

      Sylwester, Nowy Rok i każdy kolejny dzień, wieczór, noc, poranek z moim
      ukochanym jest cudowny, piekny i jeszcze słoneczniejszy od tego poprzedniego. I
      zrobię wszystko by moi rodzice nie mogli tryumfować... a oni tylko czekają by
      móc powiedzieć - a nie mówiłem, że to kawał drania, ja zawsze mam rację a ty
      niewdzięczna córka mnie nie słuchasz...

      Kim, najważniejsze byśmy były szczęśliwe. Najsmutniejsze jest jednak to, że
      nasi rodzice nie potrafią cieszyć się naszym szczęściem.
      Pozdrawiam Cie serdecznie.
      • Gość: claire Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? IP: 217.99.1.* 03.01.02, 22:35
        Cześć
        Kiedy tak czytałam Twoje słowa przypomniały mi się historie z moimi rodzicami,
        którzy też wyczyniali różne cuda. Tzn nigdy nie byli niemili dla moich gości,
        czy przyjaciół, ale mój tato miał paranoję że biorę narkotyki. Co było
        zupełnym nonsensem i dlatego tym bardziej mnie wkurzało. Doszło do tego że
        robiąc mu na złość zostawiałam porozrzucane strzykawki np w szufladach, na
        półkach, w kieszeni bo wiedziałam że będzie ich szukał, i chyba pewnego dnia
        zdał sobie sprawę z tego że jest śmieszny.
        Zupełnie sobie odpuścili kiedy wyprowadziłam się w czasie studiów i dzisiaj
        śmieję się że mój brat ma utorowaną drogę i wychowanych rodziców.
        A wracając do Ciebie, ponieważ chyba z nimi już nie mieszkasz to musisz zdać
        sobie sprawę że Twoje życie to TWOJE życie, a ich życie to ICH życie. Nie
        jesteś im nic winna, nie musisz im być za nic wdzięczna (o ile tego nie
        czujesz), nie musisz się z niczego tłumaczyć, ani siebie obwiniać. Jesteś
        zupełnie inną książką, inną historią, może stojącą w tej samej bibliotece, ale
        odrębną i niezależną. Chciałabyś żeby Twój ojciec poprał Twój wybór, prawda? I
        kiedy po raz kolejny jest niezadowolony to gdzieś w środku ściska, boli, jest
        przykro. Wiem, jeszcze do dzisiaj czasem mi się to zdarza. Ale problem tkwi w
        Tobie a nie w nim. To Ty musisz się od niego (ojca) uwolnić, uniezależnić. I
        wtedy dopiero poczujesz jak można bardzo kochać swoich rodziców, nawet jak
        czasami są okropni.

        Oczywiście możesz spróbować ich zrozumieć. Może ojciec jest o ciebie
        zazdrosny, po prostu jak facet? Może mają jakieś niespełnione marzenia i
        chcieliby żebyś to Ty je zrealizowała?

        Ale sądzę, że po prostu są nieszczęsliwi we własnym sosie i nie potrafią już
        tego zmienić bo jest za późno. Jedyne co potrafią to potrafią narzekać.
        Moja mama troszkę taka jest. I kiedyś zrozumiałam że jedyne co mogę zrobić to
        jej współczuć i dać jej miłość, radość, to co w sobie miałam a ona nie, i wtedy
        czasami moja mama się zmienia i zaczyna się sama śmiać ze swoich myśli.

        Trochę pomieszałam wątek mojej mamy i taty, to dwie odrębne historie, ale to
        chyba nieszkodzi.

        Trzymaj się i nie smuć
      • Gość: Kim Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? IP: 213.77.91.* 04.01.02, 09:00
        Cieszę się, Zulugula, że się odezwałaś. No tak, Święta, ja pojechałam do
        rodziców (nie mieszkają w Warszawie), mój mężczyzna został tu, a właściwie
        spędzał Święta pod Warszawą. Konkluzja: wyjechałam najszybciej, jak mogłam. I
        marzyłam, żeby wtulić się w niego i wypłakać cały żal. Rodzice mieli do mnie
        tyle pretensji no i to nastawienie: zobaczysz, on może być jeszcze gorszy.
        Znacie się krótko. Oni ciągle patrzą na to tak, jakbym poświęciła dla niego
        moje małżeństwo. Dla nich ślub kościelny jest jedynym ważnym i mój były mąż
        będzie dla nich moim jedynym mężem. Nawet go zaprosili na święta (na szczęście
        nie przyszedł). Powiedziałam im otwarcie, że to poważny związek, a nie
        romansik.
        Za to jego rodzice... Przed Świętami miałyśmy z jego Mamą bardzo serdeczną
        rozmowę, ona naprawdę się cieszy naszym szczęściem.
        Kiedy wróciłam, było tak, jak u Ciebie - każdy dzień piękniejszy od
        poprzedniego.
        Ściskam Cię serdecznie.
        • Gość: zulugula Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 06.01.02, 17:44
          Wiesz Clear,
          może masz rację, że w głębi duszy chciałabym by moje działania, moje życie było
          akceptowane przez rodziców... chciałabym by potrafili się cieszyć moim
          szczęściem. Jadę do nich, dzwonię i jestem przepełniona radością życia,
          szczęściem a oni w ciągu dwóch minut, ... potrafią wyprowadzić mnie z
          równowagi, próbując szukać dziury w całym, próbując mi wmówić, że to moje
          szczęscie to tylko mi się tak zdaje, jestem młoda i głupia, oni wiedzą lepiej i
          więcej i że napewno wrócę do nich z płaczem a oni wtedy powiedzą - a nie
          mówiłem...
          Wiesz Clear, czego chciałabym najbardziej? ... By móc jechać do nich z radością
          i wyjeżdżać od nich z radością, myśląc o nich - moi wspaniali rodzice (dziwne,
          ze nigdy o nich nie pomyślałam "wspaniali"). Chciałabym spędzić od czasu do
          czasu miłe niedzielne popołudnie w ich towarzystwie... Chciałabym by moje
          dzieci mieli babcię i dziadka... a oni mieszkają zaledwie 30 km ode mnie...

          Ostatnio zrobili mi scenę z wyrzutami, że jak to mogłam zamieszkać bez ślubu z
          facetem. Mam wrażenie, ze oni żyją jeszcze w tych swoich starych czasach i nie
          potrafią zaakceptować inności.

          Co do narkotyków, to może bez takich obsesji jak u ciebie ale mój ojciec
          oczywiście też mnie podejrzewał. Ale jego obsesją było dziecko, które przecież
          mogłam mu przynieść do domu - z wakacji, z imprezy, z... i nigdzie mnie nie
          puszczał, a ja i tak po kryjomu...
          Masz rację, ja zdaję sobie sprawę, że mój ojciec może być zazdrosny jak facet o
          faceta, ale wszystko ma swoje granice. Obrażanie najblższego mojemu sercuu
          człowieka jest z jego strony nieostrożne i cąłkiem nieprzemyślane, bo nie
          zrezygnuję z własnego szczęścia tylko dlatego, że mój ojciec jest o mnie
          zazdrosny... Wiesz co ostatnio powiedział, wracaj do domu, to kupię ci samochód
          (niedawno zrobiłam prawo jazdy)... a więc do przekupstwo? A może mój tato myśli
          w głębi duszy że jego córeczka należy tylko do niego?..

          Pozdrawiam
        • Gość: zulugula Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 06.01.02, 18:01
          Kim,
          no cóż, zawsze marzyłam o wspaniałej, dużej rodzinie w której panuje radość,
          ciepło i szczęście. Ale takie rodziny pewnie zdażają się tylko w filmach a ja
          jestem niepoprawno marzycielką, zawsze troszkę z głową w chmurach. Moi rodzice
          nie wpadli na pomysł zapraszania mojego ex, ale ojciec go nie lubił a on nie
          lubił ojca, więc jak by się zobaczyli to pewnie by się pozabijali. Poza tym mój
          ex układa sobie życie od nowa i w Swieta zaręczył się ze swoją nową kobietą.

          Kiedy po "milutko" spędzonej godzinie u moich rodziców (u niego w domu
          spędziliśmy 3 dni i żal mi było wyjeżdżać), wychodząc z domu powiedziałam mamie
          by nie miała do mnie pretensji i żalu, ale po takich świętach nie pojawię się u
          nich zbyt szybko, powiedziała - cała rodzina odsunie się od niego, przez to
          jego zachowanie... no cóż, chyba nie będę się wyłamywała.

          Po świętach rozmawialiśmy telefonicznie, znów mi dał popalić więc powiedziałam
          sobie dość i postanowiłam , że więcej z nim rozmawiać nie będę jeśli nie zmieni
          swojego stosunku do mojego życia i do sposobu w jaki okazuje swoją dezaprobatę.
          Wiesz Kim, myślę, że nasi rodzice kiedyś zrozumieją, że popełnili bład, może
          nie będzie za późno. Ja nie mam zamiaru czekać aż zmądrzeją i martwić się po
          powie tatuś i mamusia. Ja mam swoje życie oni swoje, tak jak powiedziała Clair,
          każde z nas ma swoją własną historię. Szkoda tylko, że jako rodzina nie możemy
          mieć oddzielnych historii w tej samej ksiażce. Ja mam wrażenie, że ta moja
          historia nawet nie stoi na tej samej półce w bibliotece.

          Kim, trzymaj się. Ja wierzę w to, że nasi rodzice kiedyś zrozumieją. Bo właśnie
          z tym facetem chciałabym mieć dzieci, i chciałabym by nasze dzieci mieli dwie
          babcie i dwóch dziadków...

          Pozdrawiam serdeczenie
          • Gość: Kim Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? IP: 213.77.91.* 07.01.02, 09:16
            Zulugula,
            właśnie jestem po kolejny weekendzie, który spędziłam z moim Mężczyzną, taki
            mamy zwyczaj. Nie mieszkamy jeszcze razem, więc korzystamy z weekendów, żeby
            jak najwięcej pobyć razem. I myślę, że dlatego mogę powiedzieć moim rodzicom,
            że znamy się już dość dobrze, chociaż mają rację mówiąc, że nigdy nie wiadomo i
            że dopiero po latach mogę im powiedzieć, że to jest to. Wiem to aż za dobrze,
            przecież to przerabiałam. Ale teraz chciałabym, żeby nam się udało, a oni
            podcinają mi skrzydła. No ale wracam do weekendu. Trochę byliśmy u mnie, trochę
            u jego rodziców i znowu czułam się tam jak w domu. Zwłaszcza, że mój Mężczyzna
            na każdym niemal kroku okazuje mi swoją czułość i jego rodzice wiedzą, jak
            bardzo jesteśmy dla siebie ważni. Dla nich liczy się fakt, że uszczęśliwiam ich
            syna i ich też to cieszy. Boże, jak ja mu czasem zazdroszczę.
            • Gość: zulugula Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 09.01.02, 14:36
              Wiesz Kim,
              ja mieszkam z moim facetem już pół roku... nawet ciut więcej. To dłużej niż
              jestem po rozwodzie. Mieszkałam z nim już kiedy byłam w trakcie postępowania
              rozwodowego.. i też wiem, że tak miało być. Ja już to wiem, moi rodzice nie. A
              ja tak. Jestem pewna, ze takie było nasze przeznaczenie. On jest lepszą częścią
              mnie, to cudowne stworzenie w którym zakochałam się po uszy po naszym trzecim
              spotkaniu... a może wcześniej... spędzalismy ze sobą coraz więcej czasu, coraz
              częściej. Raz on został u mnie na noc raz ja u niego i któregoś razu nie
              potrafiliśmy już tak dłużej, nie potrafiliśmy nie wrócić po pracy do siebie...
              To był ból fizyczny... Dziś, kiedy on wyjeżdża w del. na kilka dni, ja jestem
              chora z tęsknoty, a on dzowni do mnie kilka razy dziennie, by sprawdzić że
              jestem. Przysyła mi kwiaty i traktuje jak siudmy cód świata. ... ja wiem, że
              jesteśmy swoim przeznaczeniem, dwoma połówkami tego samego jabłka.. ja to wiem,
              moi rodzice nie mogą w to uwierzyć... Ja nie zazdroszczę mojemu facetowi
              rodziców, ale również jestem szczęśliwa w ich domu... szczęśliwsza niż u
              własnych rodziców... no cóż... obiecałam tylko sobie, oboje sobie to
              obiecaliśmy, że razem stworzymy cudowną rodzinę, a nasze dzieci będą się czuły
              z nami szczęśliwe, nasz dom będzie tętnił radością i rodzinną atmosferą... Ja
              to wiem! A moi rodzice, no cóż, oni już raz układali swoje życie i mają tak jak
              sobie ułożyli, potem na siłę wtrącali się w moje pierwsze małżeństwo, a teraz
              nie mają prawa głosu. Bo nie.

              Jest mi przykro o tyle, że nie potrafią zobaczyć że jestem najszczęśliwszą
              kobietą na świecie i sprawia to nie kto inny tylko ten mężczyzna, który tak
              niespodziewanie pojawił się w moim życiu, ten który wspierał mnie w
              najtrudniejszych momentach i dziś planuje ze mną przyszłość.

              Kim, pozdrawiam Cię serdecznie i trzymaj się. Niestety nie wszyscy dorastają by
              być rodzicami. I chyba moi i Twoi nie dorośli do swojej roli. A czy Ty masz
              rodzeństwo? Mój brat także wyprowadził się z domu, bo nie potrafił znieść
              ciągłego wtrącania się w jego prywatne, dorosłe jakby nie było życie. I życzę
              Ci jak najwięcej wspólnych weekendów.
              • Gość: Kim Re: Wybór rodzice a własne życie... jak? IP: 213.77.91.* 09.01.02, 15:31
                Witaj!
                Cieszę się, że tak Ci się dobrze ułożyło. Właściwie mogłabym się niemal
                podpisać pod Twoją historią (no może poza przysyłaniem kwiatów - ale za to mój
                Mężczyzna ma fantastyczny sposób na sprawianie mi przyjemności: po prostu, jak
                stwierdził, chce spełniać moje marzenia. Kilka razy było tak, że powiedziałam
                mu o czymś, co sprawia mi przyjemność i mogłam być pewna, że przy najbliższej
                okazji to zrobi). Wiesz pewnie jak to jest: mimo nieudanego małżeństwa nadal
                nosiłam w sobie marzenia o idealnym partnerze i on je nie tylko spełnił, ale
                pokazał mi uczucia, jakich nie znałam nigdy (mam nadzieję, że nie spotykamy się
                z tym samym mężczyzną, :-) To oczywiście żart!).
                Jeśli chodzi o Twoje pytanie: mam rodzeństwo, starszą siostrę, ale ona też
                mieszka oddzielnie. I jest trochę inaczej traktowana, bo przede wszystkim nie
                brała ślubu kościelnego, ale to osobna historia.
                Dziękuję za życzenia wspólnych weekendów. Wzrusza mnie w moim Mężczyźnie to, że
                każdą w zasadzie wolną chwilę staramy się spędzać razem, nawet, jeśli oboje
                jesteśmy zajęci swoimi sprawami.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka