absurd
11.05.03, 02:51
Pewnego dnia śniłem o K. Długo nie przychodziła. Miałem jej coś bardzo
ważnego do powiedzenia; chyba to, że jestem z nią i wierzę w naszą miłość. Bo
cóż mogło być ważniejszego. Dokoła wionęło pustką, a ona nadal nie
przychodziła.
Na horyzoncie pojawił się człowiek. W jego postaci nie było nic
charakterystycznego. Może tylko oczy. W ręku trzymał nie zapalonego
papierosa.
Człowiek przystanął nieopodal i jakby unikał mojego wzroku. Staliśmy tak,
dopóki nie podszedł i gestem nie poprosił o ogień.
- Oddaj mi twoje oczy - rzekł człowiek - bo moje się już zużyły. Są całkiem
do niczego.
- Po cóż ci moje oczy? - spytałem.
- Chcę nimi spojrzeć na świat - padła odpowiedź.
- A twoje oczy dużo widziały? - pytałem dalej.
- Tak i nie. Ale są już do niczego - powtórzył.
- Nie mogę ot tak oddać ci swoich oczu, ale pozwolisz, że spytam, co
dostałbym w zamian?
- Dam ci spokój, którego tak bardzo pragniesz.
- Hm, zastanowię się jeszcze, ale myślę, że i tak nic z tego nie będzie.
- Mimo to przyjdź jutro w to samo miejsce. Może się jakoś dogadamy - rzekł na
odchodnym.
Nie poszedłem tam już nigdy, lecz człowiek nie zapomniał. Pewnej nocy, kiedy
śniłem o K., przyszedł do mnie i skradł mi moje oczy.