kkk30
10.06.03, 13:18
W zeszłym roku pisałem na tym forum o wielkiej niespełnonej i zawiedzionej
miłości. Od tamtego czasu minęło 8 miesięcy. Wtedy myślałem, że świat zawalił
mi się na głowę i każda minuta bez niej była jednym wielkim bólem. Teraz
jednak nie chciałbym do tego wracać. Przez kilka miesięcy stosunki między
nami były napięte. Nie potrafiliśmy ze sobą rozmawiać, pełno było wzajemnych
pretensji, rozdrapywania ran. Jednocześnie oboje próbowaliśmy jakoś ułożyć
sobie życie. Ona spotykała się z jakimś facetem, ja (bardziej chyba dla
zagłuszenia samotności, niż z potrzeby serca) angażowałem się w jakieś
spotkania, flirty itd. Chadzałem do różnych klubów, na różne przyjęcia,
imprezy, spotykałem dziewczyny, na które - będąc z nią - niezwracałem żadnej
uwagi. Ale zwykle kończyło się na jednym, dwóch spotkaniach. Nie chciałem
angażować się w coś, czego nie czułem, co było skazane na porażkę. Po jakimś
czasie sytuacja zmieniła się. Teraz udało nam się - i jej i mi - jako tako
oswoić się z samotnością. Prowadzimy chyba typowe życie "singli" (jeśli jest
jakiś "kanon") - dużo pracy, mało wolnego czasu, nie angażujemy relacje z
płcią "przeciwną". Ale zmieniło się coś jeszcze. Zaczęliśmy się znowu
spotykać, dość regularnie, co kilka dni. Są to czysto "przyjacielskie"
kontakty. Jest bardzo przyjemnie. Umawiamy się na obiad, na piwo, czy na
spacer. Mamy sobie zawsze tyle do powiedzenia. Jest chyba (nasza wspólna
obserwacja) nawet lepiej, niż jak byliśmy razem. Nie ma pretensji, emocji,
małych kłamstewek, itd. Ona twierdzi, że jestem jej największym przyjacielem
(gdzieś czytałem, że to jedyna możliwa forma przyjaźni m-dzy kobietą a
mężczyzna - ex). Mój przyjeciel twierdzi, że ona jest kobietą, która może być
wspaniałym przyjacielem, ale będzie fatalną partnerką. Być może to prawda,
nie wiem sam
Jest jednak jedna kwestia. Z mojej strony to nie jest przyjaźń. Zastanawiam
się nad tym - i proszę o opinię - czy to nie jest przypadkiem tak, że takie
uczucie jest właśnie tą "czystą" miłością? Niczego nie wymaga się od drugiej
osoby, niczego nie oczekuje, nie pragnie jej dla siebie, nie chce jej
zmieniać? Kochamy innych nie dlatego, że są idealni, ale dlatego że są. Lecz
jednak zawsze otrzymujemy coś od tej drugiej osoby (jest nawet taka teoria
wymiany)coś w ZAMIAN za nasze uczucie - ukochana osoba jest przy nas,
zapewnia nam poczucie bezpieczeństwa emocjonalnego, i masę innych potrzeb.
Co, jeśli tego wszystkiego nie ma od bardzo dawna, a uczucie zostaje? I nie
potrzebna nawet nadzieja, że kiedyś będziemy razem?