Dodaj do ulubionych

3 lata w plecy?

24.06.03, 15:31
Ktos, z kim mialam spedzic reszte zycia, wlasnie odszedl. Czekalismy na
siebie 3 lata - bo miasta odlegle o 350 km., bo praca, bo rozne zobowiazania.
Rozne nieszczescia sie po drodze zdarzyly. W koncu wszystko mialo sie
poukladac, on przyjechal do mojego miasta, mielismy szanse na mieszkanie, on
szukal pracy. Przyjechal i po niecalym miesiacu wyjechal - bo...
zdiagnozowana depresja. Postanowil leczyc sie w swoim rodzinnym miescie, bo
lekarz znajacy trudna sytuacje, bo poczucie bezpieczenstwa. Bolalo, ale
czekalam kolejne 10 tygodni. Lekarz okazal sie sukinsynem i konowalem, jak
sadze - po 10 tygodniach 'leczenia' odstawil leki (informacja od producenta
glosila, ze trzeba to brac ok. 6 miesiecy _po_ wyleczeniu). On znow
przyjechal do mnie, i wlasciwie w dniu przyjazdu okazalo sie, ze jest bardzo
zle. Wiem, ze on nie chcial zle, ze mial racje mowiac, ze jeszcze kilka
takich dni i sie znienawidzimy. Ale boli potwornie. Mialo byc inaczej. Cale
pieprzone 3 lata samotnosci, czekania, rachunkow za telefon i internet. A on
nawet nie chcial sprobowac poszukac lekarza w moim miescie. Latwiej bylo
spakowac sie i wyjechac. Nie rozumiem tego. Wiem, ze mu zle, ze jest
nieszczesliwy, bo nie tylko ja z nim planowalam zycie - on ze mna tez. Ale
nie chcial nawet sprobowac... i tego nie rozumiem.
Kurcze, gdyby to byl 'zwykly' zwiazek, ktory sie rozpadl - bylabym
silniejsza. Ale te 3 lata czekania strasznie mnie zniszczyly. Znikla cala
wiara wlasciwie we wszystko.
Czemu to tak boli?

A.
Obserwuj wątek
    • Gość: kama Re: 3 lata w plecy? IP: *.acn.pl 24.06.03, 16:21
      i Bogu dziekuj. po co ci furiat albo nieudacznik. Pisze to w złości ( bo
      takiego mam) ale dojrzewam (po 18 latach ) do rozstania. Tez boli tym
      bardziej ,że tak naprawde to dobry człowiek, ale ile razy mozna sie wstydzic
      przed kimś za wulgarne wybuchy złości podobno bliskiej osoby.
      • kamfora Re: 3 lata w plecy? 24.06.03, 18:29
        Gość portalu: kama napisał(a):

        Tez boli tym
        > bardziej ,że tak naprawde to dobry człowiek, ale ile razy mozna sie wstydzic
        > przed kimś za wulgarne wybuchy złości podobno bliskiej osoby.

        Przed kim?
      • Gość: smilla Re: 3 lata w plecy? IP: *.sloneczny.pl / 10.102.17.* 25.06.03, 10:44
        Chorego na depresję nazywasz furiatem i nieudacznikiem? Hmm...
    • Gość: Martyna Re: 3 lata w plecy? IP: *.proxy.aol.com 24.06.03, 17:14
      andrea_75 napisała:

      > Ktos, z kim mialam spedzic reszte zycia, wlasnie odszedl. Czekalismy na
      > siebie 3 lata - bo miasta odlegle o 350 km., bo praca, bo rozne zobowiazania.
      > Rozne nieszczescia sie po drodze zdarzyly. W koncu wszystko mialo sie
      > poukladac, on przyjechal do mojego miasta, mielismy szanse na mieszkanie, on
      > szukal pracy. Przyjechal i po niecalym miesiacu wyjechal - bo...
      > zdiagnozowana depresja. Postanowil leczyc sie w swoim rodzinnym miescie, bo
      > lekarz znajacy trudna sytuacje, bo poczucie bezpieczenstwa. Bolalo, ale
      > czekalam kolejne 10 tygodni.


      Droga andrea!

      Naprawde wspolczuje Ci znalazlas sie w trudnej sytuacji i pewnie czujesz sie
      sfrustowana , zla i sama nie wiesz co robic?
      Dobrze by bylo gdybys napisala troche wieej o tych nieszczesciach - moze by to
      wyjasnilo sytuacje. Czy jego depresja to posrednio wynik tych nieszczesc?
      Dlaczego mialabys czekac 10 tygodni? ( tylko 10 tygodni)

      Depresja jest choroba , ktora leczy sie zdecydowanie dluzej niz 10 tygodni.
      Taki krotki okres czasu w niczym nie pomoze. Depresja jest bardzo niszczaca
      choroba , przychodzi nieoczekiwana.Mozg traci balans chemiczny co powoduje stan
      depresyjny, czarne mysli, bezsens, poczucie izolacji, niechec do zycia,
      czegokolwiek, wyczerpanie fizyczne i psychiczne i wwiecej symptomow w
      zaleznosci od przypadku. Wymaga pracy z psychologiem i lekarstw .



      Lekarz okazal sie sukinsynem i konowalem, jak
      > sadze - po 10 tygodniach 'leczenia' odstawil leki (informacja od producenta
      > glosila, ze trzeba to brac ok. 6 miesiecy _po_ wyleczeniu). On znow
      > przyjechal do mnie, i wlasciwie w dniu przyjazdu okazalo sie, ze jest bardzo
      > zle. Wiem, ze on nie chcial zle, ze mial racje mowiac, ze jeszcze kilka
      > takich dni i sie znienawidzimy. Ale boli potwornie. Mialo byc inaczej. Cale
      > pieprzone 3 lata samotnosci, czekania, rachunkow za telefon i internet. A on
      > nawet nie chcial sprobowac poszukac lekarza w moim miescie. Latwiej bylo
      > spakowac sie i wyjechac. Nie rozumiem tego. Wiem, ze mu zle, ze jest
      > nieszczesliwy, bo nie tylko ja z nim planowalam zycie - on ze mna tez. Ale
      > nie chcial nawet sprobowac... i tego nie rozumiem.



      Czy on teraz mieszka w Twoim miescie czy u siebie?
      Pewnie to, ze nie chce poszukac nastepnego lekarza jest wynikiem depresji i
      nie ma nic wspolnego z jego uczuciami do Ciebie i troska o zwiazek. Depesja
      powoduje czesto poczucie beznadziejnosci , ze nic nie pomioze , ze bedzie tylko
      gorzej. Tuy jedynie mozesz kontynuowac i zachecac do znalezienia dobrego
      psychologa i psychiatry. Czy jego rodzina wie o depresji? Moze mozesz
      porozmawiz z nimi - moze oni tez beda go zachecac do terapii i leczenia.

      > Kurcze, gdyby to byl 'zwykly' zwiazek, ktory sie rozpadl - bylabym
      > silniejsza. Ale te 3 lata czekania strasznie mnie zniszczyly. Znikla cala
      > wiara wlasciwie we wszystko.
      > Czemu to tak boli?
      >
      > A.

      Tego nie rozumiem dlaczegpo niszczylo Cie to czekanie? Z Twojego postu
      wyczytalam jakbys Ty nie miala zadnego zycia poza tym czekaniem - JAKBY NIC
      INNEGO JUZ SIE NIE LICZYLO JAKBY TYLKO ON BYL JEDYNYM SENSEM w Twoim zyciu ,
      tylko on i ten zwiazek przynioslby Ci szcescie i radosc . Napisz jesli jest
      inczej.
      Jak wygladalo Twoje zycie w czasie tych 3 lat? Czy masz jakiejs marzenia, plany
      osobiste niezalezne od zwiazku? jakiejs cele? praca, edukacja, pasje,
      przyjaciele , wiara, duchowosc ? Udane zycie i szczescie jest wynikiem balansu
      we wszystkich tych czesciach nie tylko milosc .

      Piszac, ze znikla wiara we wszystko? A mozesz napisac wiecej szcegolow ?
      W co wierzylas i przestalas wierzyc?
      • andrea_75 Re: 3 lata w plecy? 24.06.03, 18:14
        Gość portalu: Martyna napisał(a):

        > Naprawde wspolczuje Ci znalazlas sie w trudnej sytuacji i pewnie czujesz sie
        > sfrustowana , zla i sama nie wiesz co robic?

        To nie jest dobre okreslenie. Nie jestem zla. Czuje sie nieszczesliwa. To
        zdecydowanie trafniejsze okreslenie.

        > Dobrze by bylo gdybys napisala troche wieej o tych nieszczesciach - moze by
        > to wyjasnilo sytuacje.

        Smierc dwoch bliskich osob w krotkim odstepie czasu, strata pracy... Wystarczy
        na jednego czlowieka...

        > Czy jego depresja to posrednio wynik tych nieszczesc?

        Mysle, ze wcale nie posrednio. Jego lekarz powiedzial, ze 'to musialo sie tak
        skonczyc'.

        > Dlaczego mialabys czekac 10 tygodni? ( tylko 10 tygodni)

        Czekalam kilka lat. Kiedy juz mielismy byc razem, okazalo sie, ze jest zle. On
        poszedl do lekarza, zdiagnozowano mu depresje. I zaczal sie leczyc. Lekarz
        powiedzial o 6-8 tygodniach. Przedluzylo sie to do 10. Wiec czekalam o te 2,5
        miesiaca dluzej.

        > Depresja jest choroba , ktora leczy sie zdecydowanie dluzej niz 10 tygodni.
        > Taki krotki okres czasu w niczym nie pomoze. Depresja jest bardzo niszczaca
        > choroba , przychodzi nieoczekiwana.Mozg traci balans chemiczny co powoduje
        > stan depresyjny, czarne mysli, bezsens, poczucie izolacji, niechec do zycia,
        > czegokolwiek, wyczerpanie fizyczne i psychiczne i wwiecej symptomow w
        > zaleznosci od przypadku. Wymaga pracy z psychologiem i lekarstw .

        Alez ja o tym wszystkim wiem!!! Jak moj mezczyzna zaczal brac leki poczytalam
        troche o zapisanym mu srodku. Jak juz napisalam w pierwszym poscie - w
        informacji producent napisal, ze trzeba to brac ok. 6 miesiecy _po_ jakim-takim
        zaleczeniu choroby, zeby utrzymac efekty. Wyobraz sobie teraz, ze on chodzil na
        spotkania terapeutyczne i bral lek, po czy po rzeczonych 10 tygodniach
        zakonczyly sie spotkania, i jednoczesnie odstawiono leki. W polaczeniu ze
        zblizajaca sie przeprowadzka do innego miasta - ja sie wcale nie dziwie, ze
        choroba wrocila.

        > Czy on teraz mieszka w Twoim miescie czy u siebie?

        U siebie.

        > Pewnie to, ze nie chce poszukac nastepnego lekarza jest wynikiem depresji i
        > nie ma nic wspolnego z jego uczuciami do Ciebie i troska o zwiazek.

        Widzisz, gdybym byla tego az tak pewna...

        > Depesja
        > powoduje czesto poczucie beznadziejnosci , ze nic nie pomioze , ze bedzie
        > tylko gorzej.

        Alez wiem, ksiazkowe objawy.

        > Tuy jedynie mozesz kontynuowac i zachecac do znalezienia dobrego
        > psychologa i psychiatry.

        Chodzi o to, ze on wyjechal. Mowiac cos o tym, ze to 'dla mojego dobra', ze on
        mnie ciagnie na dol. Ja nie moge nic zrobic, bo jestesmy kilkaset kilometrow od
        siebie. A on chyba nie chce mojej pomocy.

        > Czy jego rodzina wie o depresji?

        Wie.

        > Moze mozesz
        > porozmawiz z nimi - moze oni tez beda go zachecac do terapii i leczenia.

        Nie, rozmowa z przyczyn przeroznych nie wchodzi w gre. Niestety.

        > Tego nie rozumiem dlaczegpo niszczylo Cie to czekanie?

        Bo to bylo czekanie na odleglosc. Ze spotkaniami raz na 3-4 tygodnie.
        Kiedy zdecydowalam sie na ten zwiazek mialam swiadomosc, ze on bedzie trudny.
        Ale nie wiedzialam, ze az tak.

        > Z Twojego postu
        > wyczytalam jakbys Ty nie miala zadnego zycia poza tym czekaniem - JAKBY NIC
        > INNEGO JUZ SIE NIE LICZYLO JAKBY TYLKO ON BYL JEDYNYM SENSEM w Twoim zyciu ,
        > tylko on i ten zwiazek przynioslby Ci szcescie i radosc . Napisz jesli jest
        > inczej.

        Wiesz, w pewnej okreslonej sferze zycia ('osobisto-uczuciowo-seksualnej') ten
        zwiazek byl istotnie sensem mojego zycia.
        To od poczatku nie byla zabawa, tylko cos powaznego. Wiadomo bylo, ze nie
        bedzie latwo. Wiec juz samo wchodzenie w taki uklad swiadczylo o tym, ze
        powaznie myslimy o sobie i wspolnym zyciu. Czekalismy na to, duzo w tym
        kierunku robilismy... To mialo przyniesc szczescie i radosc.

        > Jak wygladalo Twoje zycie w czasie tych 3 lat? Czy masz jakiejs marzenia,
        > plany osobiste niezalezne od zwiazku? jakiejs cele? praca, edukacja, pasje,
        > przyjaciele , wiara, duchowosc ? Udane zycie i szczescie jest wynikiem
        > balansu we wszystkich tych czesciach nie tylko milosc .

        Robilam wszystko to, o czym napisalas. Studiowalam, pisalam prace magisterska,
        szukalam pracy, cos tam robilam 'spolecznie', uprawialam sporty, zeglowalam,
        czytalam ksiazki, chodzilam do kina... Zylam - chcialoby sie powiedziec -
        najzwyczajniej w swiecie.

        > Piszac, ze znikla wiara we wszystko? A mozesz napisac wiecej szcegolow ?
        > W co wierzylas i przestalas wierzyc?

        Wierzylam w sile milosci, chociaz to patetycznie brzmi. To smieszne, ze te lata
        czekania na siebie naszego zwiazku nie zniszczyly, chociaz czasem bylo naprawde
        okropnie ciezko. Ufalam, ze dzieki sile uczucia uda nam sie pokonac
        przeciwnosci, brak pracy, odleglosc - i poniewaz chcemy byc razem - bedziemy.
        Nie wierze juz w to. Nie wierze, ze moje dzialania, powodowane najbardziej
        szczytnymi celami i uczuciami - dadza efekty. Stracilam wiare w to, ze warto
        kochac. To znaczy ze mnie sie to 'oplaca' - oddawac sie komus, angazowac w
        niego emocje i uczucia. Zdecydowalam sie na to, i zamiast szczescia, zwizku,
        milosci - dostaje bol. Nie sadze, zeby szybko mnie bylo na to stac po raz
        kolejny... Bo jak tu probowac, skoro sie nie wierzy w sens?

        A.
    • kamfora Re: 3 lata w plecy? 24.06.03, 18:33
      andrea_75 napisała:

      > Ktos, z kim mialam spedzic reszte zycia, wlasnie odszedl.


      Czy Ty go kochasz?
      Czy tylko żal Ci tych 3 lat straconych dla człowieka, który okazał
      się być chory?
      • andrea_75 Re: 3 lata w plecy? 24.06.03, 18:54
        kamfora napisała:

        > Czy Ty go kochasz?
        > Czy tylko żal Ci tych 3 lat straconych dla człowieka, który okazał
        > się być chory?

        Kocham.
        Minionych lat szkoda mi niezaleznie. Bo i on i ja bardzo duzo zaangazowalismy w
        tym czasie.
        Ale wpadam w histerie przede wszystkim dlatego, ze ktos, kogo kocham, nie umie
        byc ze mna i cierpi z powodu choroby.

        A.
        • martyna14 Do Andrei! 24.06.03, 19:11
          andrea_75 napisała:

          > kamfora napisała:
          >
          > > Czy Ty go kochasz?
          > > Czy tylko żal Ci tych 3 lat straconych dla człowieka, który okazał
          > > się być chory?
          >
          > Kocham.
          > Minionych lat szkoda mi niezaleznie. Bo i on i ja bardzo duzo zaangazowalismy
          w
          >
          > tym czasie.
          > Ale wpadam w histerie przede wszystkim dlatego, ze ktos, kogo kocham, nie
          umie
          > byc ze mna i cierpi z powodu choroby.
          >
          > A.


          Nie umie byc z Toba bo ma depresje . Piszesz, ze wiesz duzo o tej chorobie
          ale z drugiej strony oczekiwalas , ze mozna ja zaleczyc po 10 tygodniach.
          To niemozliwe - moze po 7 miesiacach dobrej terapii i brania lekow .

          Jestes w bardzo trudnej sytuacji ale nie rezygnuj moze wysylaj do niego listy
          napisz jak sie czujesz , ze jestes w histerii, ze sie martwisz , zey poszedl do
          lekarza tylko dla Ciebie.
          Osoby z depresja czesto maja poczucie winy i porazki za chorobe. Nie wiem czy
          on zdaje sobie sprawe, ze depresja to taka sama choroba jak cukrzyca , wada
          serca czy rak. To nie jego wina, ze zachorowal- szczegolnie po takich
          przezyciach . Znajdz ciekawe artykuly nt depresji wysylaj moze to zmieni jego
          nastawienie do leczenia. On potrzebuje Twojego wsparcia i aceptacji.



          Poza tym czemu stracilas wiare w milosc? Przeszlosc nie rowna sie
          przyszlosci . Ja na Twoim miejscu sama poszlabym do dobrego terapeuty aby
          latwiej przejsc przez ten ciezki okres.

          • andrea_75 Re: Do Andrei! 24.06.03, 21:51
            martyna14 napisała:

            > Nie umie byc z Toba bo ma depresje .

            Chcialabym w to uwierzyc. Ze to jedyny powod... A czlowiek glupi jest,
            watpliwosci go ogarniaja...

            > Piszesz, ze wiesz duzo o tej chorobie
            > ale z drugiej strony oczekiwalas , ze mozna ja zaleczyc po 10 tygodniach.

            Nienienie... ja nie oczekiwalam. Ja napisalam, co zrobil jego lekarz! Przeciez
            moj facet poszedl do psychologa, regularnie sie leczyl. I to jego lekarz
            zalecil taki tryb postepowania, o jakim pisalam wyzej. To znaczy 'leczenie'
            trwajace 10 tygodni. Ja poczytalam i o chorobie, i o leku - szlag mnie trafil.
            Ale przeciez nie jestem w stanie diagnozy podwazyc...

            > To niemozliwe - moze po 7 miesiacach dobrej terapii i brania lekow .

            Prawda? Ja to wiem. Tylko co z tego?

            > Jestes w bardzo trudnej sytuacji ale nie rezygnuj moze wysylaj do niego
            > listy
            > napisz jak sie czujesz , ze jestes w histerii, ze sie martwisz , zey poszedl
            > do lekarza tylko dla Ciebie.

            Nie pomaga. Wiesz, bo to tez nie tak - to nie byla latwa decyzja. Jemu jest
            ciezko, mimo choroby wyjazd kosztowal go potwornie duzo.
            Ale ja jestem rowniez slabiutka. Po kilku ciezkich latach, trudno mi sie do
            niego przebic kiedy on nie chce.

            > Osoby z depresja czesto maja poczucie winy i porazki za chorobe. Nie wiem czy
            > on zdaje sobie sprawe, ze depresja to taka sama choroba jak cukrzyca , wada
            > serca czy rak.

            Mysle, ze zdaje sobie sprawe. Albo inaczej - tak 'zdroworozsadkowo' patrzac -
            zdaje. Ale podswiadomie sie obwinia (chyba?).

            > To nie jego wina, ze zachorowal- szczegolnie po takich
            > przezyciach .

            Ale chyba troche sie obwinia. Na zasadzie 'probowal i sie nie udalo, wiec teraz
            nie bedzie juz probowal, bo sie boi, ze znow sie nie uda'...

            > Znajdz ciekawe artykuly nt depresji wysylaj moze to zmieni jego
            > nastawienie do leczenia.

            Wiesz, on sam to wszystko sobie znalazl, przeczytal. Nie chce mu sie narzucac,
            bo w jego przypadku taki kontakt (nawet z najlepszej woli z mojej strony) on
            moze potraktowac bardzo zle.

            > On potrzebuje Twojego wsparcia i aceptacji.

            Staram sie o tym pamietac, kiedy mnie odrzuca. Staram sie pamietac, ze to nie
            on, tylko choroba.

            > Poza tym czemu stracilas wiare w milosc? Przeszlosc nie rowna sie
            > przyszlosci .

            Ale przeszlosc wplywa na przyszlosc.

            > Ja na Twoim miejscu sama poszlabym do dobrego terapeuty aby
            > latwiej przejsc przez ten ciezki okres.

            O to to to!
            Jakby to rzec - ja od pol roku do tego dojrzeje. I czuje sie jak wisienka -
            lada dzien poszukam kogos, kto mi pomoze.

            Dziekuje Ci.

            A.
        • kamfora Re: 3 lata w plecy? 25.06.03, 20:53
          andrea_75 napisała:

          > Ale wpadam w histerie przede wszystkim dlatego, ze ktos, kogo kocham, nie
          umie byc ze mna i cierpi z powodu choroby.

          Co znaczy: "umieć być z kimś"? Czy ta "nieumiejętność bycia z..."
          dotyczy tylko jego z Tobą, czy Ciebie z nim też ?

          A tak na marginesie: zastanawiam się, jakie są choroby, które
          dyskwalifikują człowieka do "bycia z kimś" do bycia kochanym,
          do bycia godnym poświęceń...
          Jedną z takich chorób jest na pewno alkoholizm.
          A inne?
          • andrea_75 Re: 3 lata w plecy? 26.06.03, 10:41
            kamfora napisała:

            > Co znaczy: "umieć być z kimś"?

            Chciec? Miec sile na pokonywanie przeszkod? Miec silne przekonanie o
            sensownosci bycia?

            > Czy ta "nieumiejętność bycia z..."
            > dotyczy tylko jego z Tobą, czy Ciebie z nim też ?

            Z tego, co widze, tylko jego ze mna. To on podejmuje decyzje, z ktorymi ja nie
            mam mozliwosci polemizowac.

            > A tak na marginesie: zastanawiam się, jakie są choroby, które
            > dyskwalifikują człowieka do "bycia z kimś" do bycia kochanym,
            > do bycia godnym poświęceń...

            Rozumiem, ze to zupelnie na marginesie i nie odnosisz tego do mnie?

            > Jedną z takich chorób jest na pewno alkoholizm.

            Widzisz, chyba nie do konca sie zgodze. Alkoholizm mozna 'zaleczyc', alkoholik
            moze funkcjonowac w spoleczenstwie, i chociaz nigdy nie bedzie w pelni zdrowy
            i 'normalny' - moze byc wrazliwym, kochajacy, troskliwym partnerem, a zycie z
            nim wcale nie musi byc koszmarem. Mimo, ze alkoholikiem jest sie do konca
            zycia. Mysle, ze podobnie jest z narkomania - tez mozna ja 'zaleczyc' i
            funkcjonowac w zyciu.

            > A inne?

            Inne? Moze jakas psychopatia...?

            A.
    • martyna14 Re: 3 lata w plecy? 24.06.03, 19:20

      Ja nie jestem religijna ale wierzaca i czesto w preszlosci w sytuacjach
      tragedii i bez wyjscia rozmawialam , modlilam sie do Boga , do kochajacej mnie
      sily wyzszej o

      " Boze daj me pokoj, harmonie, sile, madrasc, odwage, wiare aby przetrwac
      ten trudny okres "

      Mi to pomagalo w wielu wielu ciezkich sytuacjach , na ktore nie mialam wplywu
      i powiem wiecej po takich modlitwach czesto sytuacja rozwiazywala sie ,
      poprawiala na lepsze.
      • andrea_75 Re: 3 lata w plecy? 24.06.03, 21:52
        [...]

        Modle sie od dawna. Nie biegam co tydzien do kosciola, ale Bog w moim zyciu
        jest. I od dawna prosze Go i o sile, i o pomoc... I wiesz - to mi pomaga.
        Spokojniejsza jestem.

        ale w tej sytuacji potrzeba dobrego psychologa i trafionego leku
        antydepresyjnego, nie tylko modlitwy...

        A.
    • aiszka4 Na dobre i na złe ... 24.06.03, 19:30
      Nie było super przez te trzy lata - odległość, doświadczenia życiowe -
      rozumiem.
      Ty jesteś silniejsza niż on - z depresją. Ale to jest uleczalne, choć będzie
      ciężko, czasem jeszcze ciężej. Spróbuj, nie wyrzucaj nie śmietnik tych lat
      czekania, walcz o Wasz związek.
      Często powtarzamy na tym forum - co nas nie zabije, to nas wzmocni.
      Na początku strasznie się wkurzałam na ten tekst, ale teraz zaczynam wierzyć,
      że to prawda.
      U mnie depresję zdiagnozowano na początku lutego, a zaczęła się conajmniej dwa
      miesiące wcześniej. Nie chciało mi się walczyć, ale inni mnie wspierali. Teraz
      jest lepiej, ale cały czas biorę leki i czasem (ze względu na finanse) chodzę
      do teraputki. I jest lepiej, bo zaczynam wierzyć, że może być lepiej. A byłam
      już o krok od rezygnacji z życia.
      Powiem Ci jeszcze, że przyczyną bezpośrednią nie były okoliczności zewnętrzne -
      śmierć bliskich osób (też przeżyłam w krótkim czasie), brak pracy, oddalenie
      od ukochanej osoby. To ta ukochana osoba przyczyniła się do mojej choroby, a
      mimo tego jakoś mi się udaje, choć wiem, że długa terapia jeszcze przede mną.

      Nie zostawiaj go samego, nawet jeśli będzie tego chciał. On teraz naprawdę nie
      wie, czego chce.
      Pozdrawiam i trzymam kciuki za Was:))
      A.
      • andrea_75 Re: Na dobre i na złe ... 24.06.03, 22:01
        aiszka4 napisała:

        > Nie było super przez te trzy lata - odległość, doświadczenia życiowe -
        > rozumiem.

        No nie bylo, ale ja bylam zdecydowana na niego. Wciaz jeszcze jestem.

        > Ty jesteś silniejsza niż on - z depresją. Ale to jest uleczalne, choć będzie
        > ciężko, czasem jeszcze ciężej.

        To moze byc jeszcze ciezej? <usmiech_przez_lzy>

        > Spróbuj, nie wyrzucaj nie śmietnik tych lat
        > czekania, walcz o Wasz związek.

        Przeciez ja nie wyrzucam... Boze, wszystko bym zrobila, zeby mu pomoc i zebysmy
        wciaz byli _my_. Tylko chyba mi sie metody dzialania skonczyly... Po prostu nie
        wiem, jak mam pomoc na odleglosc kilkuset kilometrow, przy jego odrzucaniu mnie
        i zacieciu...

        > Często powtarzamy na tym forum - co nas nie zabije, to nas wzmocni.
        > Na początku strasznie się wkurzałam na ten tekst, ale teraz zaczynam wierzyć,
        > że to prawda.

        E, ja w to wierze od dawna. Tylko co z tego? Co innego mowic to komus, co
        innego w to wierzyc, a co innego zmagac sie z wlasnym bolem ktory zapiera dech.
        Zreszta - Ty to chyba wiesz niestety, prawda?

        > U mnie depresję zdiagnozowano na początku lutego, a zaczęła się conajmniej
        > dwa miesiące wcześniej.

        U niego jakos w marcu (to ma chyba zwiazek z zima i mala iloscia swiatla,
        prawda?). Podejrzewam, ze zaczela sie miesiac, moze dwa wczesniej. Nie wiem, bo
        wtedy on byl jeszcze w swoim miescie.

        > Nie chciało mi się walczyć, ale inni mnie wspierali. Teraz
        > jest lepiej, ale cały czas biorę leki i czasem (ze względu na finanse) chodzę
        > do teraputki.

        Widzisz, a on sie wtedy zaparl. Sam z siebie chcial walczyc - dla _nas_. Bral
        leki, chodzil na takie spotkania terapeutyczne (bardzo regularnie).Bardzo byl
        dzielny. I widac bylo, ze jest coraz lepiej.
        Podejrzewam, ze bardzo mu zaszkodzilo odstawienie lekow i przerwanie terapii
        jednoczesnie...

        > I jest lepiej, bo zaczynam wierzyć, że może być lepiej.

        Bo moze byc lepiej i na pewno bedzie! Ty walczysz o siebie, i wygrasz, wiesz
        juz o tym. Tylko trzeba te walke podjac. A on chyba boi sie powtorki...

        > A byłam
        > już o krok od rezygnacji z życia.

        Ale cos Cie w strone zycia popchnelo (na szczescie).

        > Powiem Ci jeszcze, że przyczyną bezpośrednią nie były okoliczności
        > zewnętrzne - śmierć bliskich osób (też przeżyłam w krótkim czasie), brak
        > pracy, oddalenie od ukochanej osoby.

        U mojego mezczyzny to akurat dosc latwo znalezc... to znaczy te zewnetrzne
        przyczyny - widac je jak na dloni.

        > To ta ukochana osoba przyczyniła się do mojej choroby,

        Toksyczny zwiazek? :-(

        > a mimo tego jakoś mi się udaje, choć wiem, że długa terapia jeszcze przede
        > mną.

        Dziewczyno, zebys poczula ile sily jest w Twoim liscie, nie balabys sie o swoja
        przyszlosc...
        Wygrasz.

        > Nie zostawiaj go samego, nawet jeśli będzie tego chciał. On teraz naprawdę
        > nie wie, czego chce.

        Tak bym tego chciala... pozbyc sie watpliwosci (takich glupich i ludzkich), i
        wierzyc, ze mozna pomoc... I ze to nie on, ze to wszystko tylko choroba...
        A ja naprawde sama powinnam pewnie do specjalisty isc, zeby troche utraconych
        sil odzyskac...

        > Pozdrawiam i trzymam kciuki za Was:))

        Dziekuje Ci calym sercem.

        A.
        • aiszka4 Andrea:) 25.06.03, 12:13
          Dziś Ci dużo nie napiszę, bo mam 35,8 w porywach do 36,2 i ledwo żyję;)
          Ale trzymaj się, idź do specjalisty, jeśli jeden nie będzie Ci odpowiadał,
          znajdź kolejnego. Ja miałam to szczęście, że za drugim razem trafiłam dobrze -
          to był ktoś z polecenia.
          Na forum Depresja zapytaj o dobrego fachowca w Twojej okolicy, możesz również
          w ten sposób spróbować znaleźć lekarza dla Twojego mężczyzny. Jeśli dobrze
          trafi, to może nie zniechęci się tak szybko.
          Dużo siły i wytrwałości życzę (to słowa, którymi ze szczerym uśmiechem żegna
          mnie moja terapeutka), co niniejszym również czynię:)))))
          A.
          • andrea_75 Re: Andrea:) 25.06.03, 12:18
            Dziekuje Ci bardzo.
            I podwyzszenia temperatury zycze :-))))

            A.
            • aiszka4 Re: Andrea:) 26.06.03, 12:51
              andrea_75 napisała:

              > Dziekuje Ci bardzo.
              > I podwyzszenia temperatury zycze :-))))
              >
              > A.

              Dzięki, tepm. się podwyższyła... do 39,1;)

              Ale choroba zdiagnozowana, antybiotyk zaaplikowany i dziś mogę już myśleć i
              pisać:))))
          • eilen Do aiszki 25.06.03, 14:25
            Czy mozesz zdradzic jaki lek bierzesz? Czy pierwszy lek, jaki dostalas, pomogl
            Ci? Ja mialam strasznego pecha do lekarzy, bralam przerozne swinstwa: jeden
            lekarz cos mi przepisywal, drugi mowil, ze ten pierwszy musial oszalec, zeby
            dac mi taki lek, trzeci mniej wiecej to samo powiedzial o drugim. I tak w kolo
            macieju... Czy chodzilas na psychoterapie?
            • Gość: aiszka4 Eilen:) IP: srv1:* / 192.168.1.* 26.06.03, 13:08
              Zajrzyj na priva:))

              eilen napisała:

              > Czy mozesz zdradzic jaki lek bierzesz? Czy pierwszy lek, jaki dostalas,
              pomogl
              > Ci? Ja mialam strasznego pecha do lekarzy, bralam przerozne swinstwa: jeden
              > lekarz cos mi przepisywal, drugi mowil, ze ten pierwszy musial oszalec, zeby
              > dac mi taki lek, trzeci mniej wiecej to samo powiedzial o drugim. I tak w
              kolo
              > macieju... Czy chodzilas na psychoterapie?
              • eilen Re: Eilen:) 26.06.03, 15:50
                Gość portalu: aiszka4 napisał(a):

                > Zajrzyj na priva:))

                Ty też :)
    • walentyna Re: 3 lata w plecy? 24.06.03, 19:32
      Mężczyzna, którego ja kocham też cierpi na depresję. Wiem, jak trudno jest
      teraz Tobie. Wszystko to, co w odpowiedziach na Twojego posta jest słuszne i
      prawdziwe. I to, że depresja to choroba i to, że nie ma nic wspólnego z
      uczuciami Twojego Mężczyzny do Ciebie. Wiem, że trudno w to uwierzyć, sama
      staczam walkę codziennie, by tę wiarę w sobie utrzymać.
      Dobre są dobre rady, więc i ja mam kilka dla Ciebie. Wynikają z
      czteromiesięcznego bycia z kimś, kogo kocham i z jego depresją, wynikają z
      codziennych zmagań, czasem z walki na śmierć i życie, na miłość i jej brak.
      Po pierwsze - porozmawiaj z nim. Spróbuj. Spróbuj dotrzeć do Niego prawdziwego,
      tego, który jest ukryty pod depresją.
      Po drugie - Nie utożsamiaj jego poczucia bezsensu i rezygnacji z brakiem
      uczucia do Ciebie. W tym układzie jest Was teraz troje: Ty, On i Depresja. Ty i
      On razem przeciwko niej jednej. Zjednoczcie siły, wspierajcie się nawzajem i
      walczcie z nią.
      Po trzecie - Wiem, jak trudno jest Ci wierzyć w Jego miłość do Ciebie, kiedy
      zamyka się w sobie, kiedy ucieka od Ciebie. Chcesz wiedzieć, czy Cię kocha?
      Zapytaj go, poproś o szczerą odpoiwedź. Może to naiwne, ale to chyba jedyny
      sposób na uzyskanie jakiejkolwiek odpowiedzi w tej burzy bardzo złych dni i
      nastrojów, ucieczek itd. Jeśli się kochacie, wierz w to. Wierz, pomimo
      wszystko. Depresja to zdzira, która okłamuje wszystkich - Ciebie, bo zmusza
      Twojego Mężczyznę do zachowań, jakie ona mu dyktuje; Jego - bo myśli, jakie mu
      podsuwa są tak sugestywne...
      Po czwarte - potrzebujesz ogromnego wsparcia i siły, jeśli chcesz Mu pomóc i
      przetrwać tę próbę. Sięgnij po wsparcie przyjaciół, rodziny, kogo tylko możesz.
      I znajdź dobrego terapeutę dla siebie. Jeśli chcesz o Was walczyć, potrzebujesz
      teraz siły za dwoje. Zadbaj o nią dla siebie.

      To chyba tyle... Napisałam to, do czego sama doszłam stojąc naprzeciw depresji
      mojego ukochanego. Może na coś przyda się i Tobie te kilka myśli.
      Jeśli masz ochotę pogadać - daj znać mailem.

      W.
      • andrea_75 Re: 3 lata w plecy? 24.06.03, 22:16
        walentyna napisała:

        > Mężczyzna, którego ja kocham też cierpi na depresję. Wiem, jak trudno jest
        > teraz Tobie. Wszystko to, co w odpowiedziach na Twojego posta jest słuszne i
        > prawdziwe. I to, że depresja to choroba i to, że nie ma nic wspólnego z
        > uczuciami Twojego Mężczyzny do Ciebie. Wiem, że trudno w to uwierzyć, sama
        > staczam walkę codziennie, by tę wiarę w sobie utrzymać.

        Jestes kolejna dzielna Kobieta, ktora dzis spotkalam... ;-)

        > Dobre są dobre rady, więc i ja mam kilka dla Ciebie. Wynikają z
        > czteromiesięcznego bycia z kimś, kogo kocham i z jego depresją, wynikają z
        > codziennych zmagań, czasem z walki na śmierć i życie, na miłość i jej brak.

        Jakbym o sobie czytala... :-(
        Z ta roznica, ze my nie jestesmy fizycznie razem. Dzieli nas 350 km. Kontakt
        tylko mailem, SMS-em, telefonem...
        Dlaczego?
        Bo on 'nie wytrzymal' w moim miescie. To miejsce - w polaczeniu z brakiem
        pracy, z bezczynnoscia - wywolalo (jak sadze) nawrot choroby...

        > Po pierwsze - porozmawiaj z nim. Spróbuj. Spróbuj dotrzeć do Niego
        > prawdziwego, tego, który jest ukryty pod depresją.

        Probowalam. Wiele, wiele razy. Byla agresja, odpychanie mnie, wychodzenie z
        pokoju. W koncu cos peklo i on zaczal rozmawiac. Ale wiesz, to smieszne - przed
        rozmowa z nim pogadalam z takim znajomym psychologiem, ktory mnie uprzedzil, ze
        moj mezczyzna moze zdecydowac o odejsciu, nie wytrzymac i 'machnac reka' na
        wszystko. I dokladnie tak sie stalo. Moze nie 'machnal reka' bo ta decyzja bylo
        potwornie trudna dla niego, ale postanowil odejsc, argumentujac to moim dobrem,
        tym ze nie bedzie mnie ciagnal na dno za soba.

        > Po drugie - Nie utożsamiaj jego poczucia bezsensu i rezygnacji z brakiem
        > uczucia do Ciebie.

        Staram sie wierzyc w to, ze to nie on tylko choroba. Staram sie nie denerwowac,
        nie miec zalu o to, ze on nie chcial sprobowac poszukac kogos w moim miescie.
        Ze to nie z braku milosci, tylko z choroby. Ale wiesz sama, jak trudno w to
        uwierzyc...

        > W tym układzie jest Was teraz troje: Ty, On i Depresja. Ty i On razem
        > przeciwko niej jednej. Zjednoczcie siły, wspierajcie się nawzajem i
        > walczcie z nią.

        On musi chciec wlaczyc, prawda?
        A on chyba nie ma sil... Wyjechal, zamknal sie w sobie, z tego co wiem - nie
        poszedl do lekarza. Typowy objaw choroby - bezczynnosc, bezradnosc, niemoznosc
        podjecia jakichs dzialan...

        > Po trzecie - Wiem, jak trudno jest Ci wierzyć w Jego miłość do Ciebie, kiedy
        > zamyka się w sobie, kiedy ucieka od Ciebie. Chcesz wiedzieć, czy Cię kocha?
        > Zapytaj go, poproś o szczerą odpoiwedź. Może to naiwne, ale to chyba jedyny
        > sposób na uzyskanie jakiejkolwiek odpowiedzi w tej burzy bardzo złych dni i
        > nastrojów, ucieczek itd. Jeśli się kochacie, wierz w to. Wierz, pomimo
        > wszystko.

        Zapytalam. Ale nawet bez pytania on wiele razy mowil, ze tak. Ze kocha, ze
        tylko ja, ze nie zapomni chocby nie wiadomo co, ze z nikim innym zyc nie chce.
        Ale przede wszystkim - ze kocha.
        Ja jestem poza choroba, nie moge sie wczuc w jego stan mimo calej mojej
        empatii. Dlatego tak trudno mi sie pogodzic z tym, ze ten moj facet, ten
        ktorego znalam i kocham - nie chce sprobowac walczyc o nas. Na logike - wiem,
        ze to nie on, tylko 'ona'. Ale serce sie boi i mowi swoje...

        > Depresja to zdzira, która okłamuje wszystkich - Ciebie, bo zmusza
        > Twojego Mężczyznę do zachowań, jakie ona mu dyktuje; Jego - bo myśli, jakie
        > mu podsuwa są tak sugestywne...

        Madrze napisalas. Troszke moze zrozumialam dzieki temu?

        > Po czwarte - potrzebujesz ogromnego wsparcia i siły, jeśli chcesz Mu pomóc i
        > przetrwać tę próbę. Sięgnij po wsparcie przyjaciół, rodziny, kogo tylko
        > możesz.

        Mam chyba takiego Przyjaciela, ktory po prostu JEST. I on mi pomaga.
        Rodzina - martwi sie - i o mojego mezczyzne i o mnie. Przyjaciele - nie moga
        zrozumiec, ze jest tak zle, jak to sie stalo, nie wiedza, jak pomoc, ale wiem,
        ze gdyby umieli - zrobiliby bardzo, bardzo duzo.

        > I znajdź dobrego terapeutę dla siebie. Jeśli chcesz o Was walczyć,
        > potrzebujesz teraz siły za dwoje. Zadbaj o nią dla siebie.

        Napisalam wyzej - dojrzewam do tego niczym owocek. Musze sie sama z siebie
        otrzasnac po wydarzeniach ostatnich dni, i nabrac sil do szukania. A wtedy
        kogos madrego znajde. I nawet jesli to nie bedzie walka 'o nas', to moze
        chociaz mi pomoze...

        > To chyba tyle... Napisałam to, do czego sama doszłam stojąc naprzeciw
        > depresji mojego ukochanego. Może na coś przyda się i Tobie te kilka myśli.
        > Jeśli masz ochotę pogadać - daj znać mailem.

        Bardzo, bardzo mi pomoglas. I dodalas otuchy przez sama swiadomosc tego, ze nie
        jestem z tym sama, jedyna.
        Dziekuje Ci.

        A.
        • walentyna Re: 3 lata w plecy? 25.06.03, 09:49
          Jeśli mieszkasz w Warszawie, mogę polecić Ci dobrego psychologa, kiedy już
          będziesz gotowa, by się z nim spotkać.
          Mnie moja terapeutka wspiera od dwóch miesięcy i nasze spotkania dają mi bardzo
          dużo.
          Nie miej żalu do Twojego Mężczyzny, że nie podejmuje walki o Was. To nie jest
          tak, jak wygląda. Ja sama otarłam się o depresję - może był to prezent od losu,
          żebym mogła lepiej zrozumieć chorobę która dręczy mojego mężczyznę. Wiem, jakie
          to uczucie - absolutnej beznadziei, bezwiary w cokolwiek, bezsilności
          wszechogrniającej. Zapadanie się w siebie jak w głęboką przepaść. Kiedy spadasz
          w przepaść wszystko inne nagle przestaje się liczyć. I to nie dlatego, że to,
          co masz w życiu jest mało ważne, tylko dlatego, że... spadasz i nic nie możesz
          z tym zrobić.
          Nie miej do niego żalu, że nie podejmuje walki. Ty ją podejmij. Ty możesz, on
          nie ma siły. Twoja walka może go przekonać, że jest światełko w tunelu i wtedy
          on dołączy do Ciebie.
          Życzę Ci niezłomnej wiary, cierpliwości i upartej ponad wszystko miłości.
          W.
          • andrea_75 Walentyno... 25.06.03, 12:57
            Sprzedz maila, prosze.

            A.
    • jmx Zajrzyjcie tam 24.06.03, 23:51

      www.leczdepresje.org/main.php?S=leczdepresje&L=pol
    • eilen Re: 3 lata w plecy? 25.06.03, 11:22
      To ja z troche innego punktu widzenia- znam taka sytuacje z wlasnego
      doswiadczenia, z tym ze to ja bylam ta chora. W pewnych stadiach choroby
      zupelnie nie kontrolowalam moich uczuc, wydawalo mi sie, ze wszyscy w moim
      otoczeniu sa mi obojetni, ze nikogo nie umiem kochac, ze chce od nich uciec.
      Potem przychodzilo uspokojenie i znow zdawalam sobie sprawe, ze wiele osob jest
      mi bliskich i ze bez nich moje zycie byloby puste. Ten pozorny brak milosci to
      czesty objaw depresji. Sprobuj jeszcze powalczyc, przeciez depresja to choroba
      wyleczalna jak kazda inna. Fakt, terapia wymaga wiecej czasu, poswiecenia i
      zaangazowania niz wyleczenie grypy... Ale warto poczekac.
      • andrea_75 Re: 3 lata w plecy? 25.06.03, 12:16
        eilen napisała:

        [ciach]

        > Ten pozorny brak
        > milosci to czesty objaw depresji.

        Wiesz, co jest dziwne? Ze on caly czas twierdzi, ze kocha. Mysle, ze mnie nie
        oszukuje (bo do cholery po co?).
        Tyle tylko, ze uczucie nie przeklada sie na dzialanie. I to chyba rowniez objaw
        depresji, prawda?

        > Sprobuj jeszcze powalczyc, przeciez depresja to choroba
        > wyleczalna jak kazda inna. Fakt, terapia wymaga wiecej czasu, poswiecenia i
        > zaangazowania niz wyleczenie grypy... Ale warto poczekac.

        To nie zalezy tylko ode mnie. Mam bardzo ograniczone pole manewru bedac o
        kilkaset kilometrow od niego, i oprocz odleglosci borykajac sie rowniez z jego
        biernoscia.
        Sprobuje jeszcze. Byle to efekt przynioslo.

        Dziekuje.

        A.
        • eilen Re: 3 lata w plecy? 25.06.03, 14:16
          andrea_75 napisała:

          > Wiesz, co jest dziwne? Ze on caly czas twierdzi, ze kocha. Mysle, ze mnie nie
          > oszukuje (bo do cholery po co?).
          > Tyle tylko, ze uczucie nie przeklada sie na dzialanie. I to chyba rowniez
          objaw
          > depresji, prawda?

          Ja tez mowilam, ze kocham. Nie czulam milosci, ale mowilam tak, zeby go nie
          zranic. Poza tym, sama wierzylam, ze to sie zmieni, ze kiedy choroba ustapi, to
          znow bede soba i znow bede czula to, co czulam bedac zdrowa. Uwierz mi, ze ta
          choroba jest silniejsza od nas samych, nie panujemy ani nad tym, co czujemy,
          ani nad tym, co robimy etc.

          > To nie zalezy tylko ode mnie. Mam bardzo ograniczone pole manewru bedac o
          > kilkaset kilometrow od niego, i oprocz odleglosci borykajac sie rowniez z
          jego
          > biernoscia.
          > Sprobuje jeszcze. Byle to efekt przynioslo.

          A nie ma jakiejs mozliwosci, zebyscie byli razem? On raczej nie bedzie mogl sie
          do ciebie sprowadzic, przynajmniej na razie: depresja + nowe otoczenie, obcy
          ludzie i stres z tym zwiazany = zbyt duzy ciezar dla chorego. Zreszta, taka
          decyzja jest niemozliwa do podjecia dla osoby chorej. Moze Ty sprobuj
          zorganizowac swoje zycie tak, zebys mogla czesciej go odwiedzac?
          Kolejny zbieg okolicznosci- ja i moj facet rowniez mieszkalismy daleko od
          siebie, byla to odleglosc znacznie wieksza niz 350km. I wtedy, kiedy bylismy
          oddzielnie, bylo najgorzej, zupelnie tracilam grunt pod nogami. Tu ta przekleta
          choroba, a tu jeszcze zwiazek, ktory niby istnieje, a jakby go nie bylo... Te
          ciagle telefony i udawanie, ze wszystko jest w porzadku, podczas, kiedy w
          srodku sie we mnie gotowalo. Ale kiedy bylismy razem, od razu moj nastroj sie
          poprawial, nie mialam juz takich wielkich watpliwosci.

          > Dziekuje.
          >
          > A.

          Przepraszam, ze sie tak wymadrzam i angazuje w Twoje sprawy :) Po prostu
          przezylam to i chce, zebys spojrzala na sprawe z jego punktu widzenia.
          Aha, i jeszcze cos. Rozegraj to wszystko tak, zebys Ty na tym nie ucierpiala.
          Ta depresja niszczy jego, ale nie pozwol, zeby zniszczyla tez ciebie.
          Pozdrawiam i zycze powodzenia :)))
          P.S. Ktos wczesniej podawal link do fajnej strony. Bylo tam kilka przydtanych
          rad dla rodziny chorego:

          www.leczdepresje.org/main.php?S=leczdepresje&L=pol&T=info4family

          • andrea_75 Re: 3 lata w plecy? 25.06.03, 14:42
            eilen napisała:

            > Ja tez mowilam, ze kocham. Nie czulam milosci, ale mowilam tak, zeby go nie
            > zranic.

            O tym nie mialam pojecia...

            > Poza tym, sama wierzylam, ze to sie zmieni, ze kiedy choroba ustapi,
            > to znow bede soba i znow bede czula to, co czulam bedac zdrowa. Uwierz mi, ze
            > ta choroba jest silniejsza od nas samych, nie panujemy ani nad tym, co
            > czujemy, ani nad tym, co robimy etc.

            To, ze czlowiek jest zagubiony, ze sam ze soba nie moze dojsc do porozumienia -
            ja to wszystko wiem. I zauwazylam, i wyczytalam. No i obserwuje go, widze co
            sie z nim dzieje, jak bardzo nie panuje nad soba.

            > A nie ma jakiejs mozliwosci, zebyscie byli razem?

            Nie. Gdyby byla, wykorzystalabym ja.

            > On raczej nie bedzie mogl sie do ciebie sprowadzic, przynajmniej na razie:

            To oznacza rozstanie. Nie da sie dluzej na odleglosc. Tym bardziej, ze ona nie
            niszczy tylko mnie... Przyczynila sie do jego stanu.

            > depresja + nowe otoczenie, obcy
            > ludzie i stres z tym zwiazany = zbyt duzy ciezar dla chorego.

            Wiesz, co uslyszalam? Ze bledem lekarza bylo to, ze sklonil go do powrotu do
            jego miasta. Ze - aby to mialo sens - trzeba bylo zaczac leczenie u mnie, i u
            mnie konsekwentnie je prowadzic. Oczywiscie przy zalozeniu, ze on ma sie tu
            przeprowadzic i zyc.
            A teraz wlasciwie nie wiem, jaki powinien byc tok dzialania.
            Tym bardziej, ze on odwiedzil (tego samego) lekarza. I co uslyszal? Ze
            takie 'nawroty' moga sie zdarzac. I dostal jakis lek na uspokojenie...
            Przyznam, ze nie sadze, aby to bylo profesjonalne podejscie nastawione na pomoc
            czlowiekowi z problemem.

            > Zreszta, taka decyzja jest niemozliwa do podjecia dla osoby chorej.

            Widze. Niestety.

            > Moze Ty sprobuj
            > zorganizowac swoje zycie tak, zebys mogla czesciej go odwiedzac?

            Nie moge. Po prostu nie ma mozliwosci. Uwierz mi, gdyby byly, ja od 3 lat
            mieszkalabym tam. Nie ma szans na spotkania, nie ma na nie miejsca...

            > Kolejny zbieg okolicznosci- ja i moj facet rowniez mieszkalismy daleko od
            > siebie, byla to odleglosc znacznie wieksza niz 350km. I wtedy, kiedy bylismy
            > oddzielnie, bylo najgorzej, zupelnie tracilam grunt pod nogami.

            Domyslam sie. Ja - mimo braku zdiagnozowanej depresji (chociaz kto wie, jak to
            ze mna naprawde jest) - tez najgorzej czuje sie osobno.

            > Tu ta przekleta choroba, a tu jeszcze zwiazek, ktory niby istnieje, a jakby
            > go nie bylo... Te ciagle telefony i udawanie, ze wszystko jest w porzadku,
            > podczas, kiedy w srodku sie we mnie gotowalo. Ale kiedy bylismy razem, od
            > razu moj nastroj sie poprawial, nie mialam juz takich wielkich watpliwosci.

            Nie umiem powiedziec, jak jest z nim. Nie moge sie z nim dogadac, sama wiesz
            najlepiej, jak to jest. Nie moge sie przebic.

            > Przepraszam, ze sie tak wymadrzam i angazuje w Twoje sprawy :)

            no co Ty! Przeciez ja napisalam z jakiegos powodu na to forum... Bo potrzebuje
            porady jakiejs, poznac zdanie innych ludzi na temat mojego problemu...

            > Po prostu
            > przezylam to i chce, zebys spojrzala na sprawe z jego punktu widzenia.

            I to jest ogromnie cenne.

            > Aha, i jeszcze cos. Rozegraj to wszystko tak, zebys Ty na tym nie ucierpiala.
            > Ta depresja niszczy jego, ale nie pozwol, zeby zniszczyla tez ciebie.

            To jest trudne... :-(

            > P.S. Ktos wczesniej podawal link do fajnej strony. Bylo tam kilka przydtanych
            > rad dla rodziny chorego:

            Znam ja, bardzo dobrze znam te strone, juz od dawna.

            Dzieki i pozdrawiam.

            A.
    • Gość: astinger Re: 3 lata w plecy? IP: 213.231.15.* 25.06.03, 11:43
      Kobiety!! Wy jestescie jakies pomnikowe i nierealne wrecz. Czy wy z tymi
      chłopami o których tak walczycie macie cos wiecej niz tylko tę miłość
      (przepraszam za wyrażenie)Dzieli was przaktycznie wszystko inne, mam wrazenie
      (to o Andrei) że gośc sam nie kocha (chciałbym zobaczyc jego taki list)Zdrugiej
      strony zastanawiam sie kim sa ci faceci o których miłośc tak
      walczycie......jawia mi sie jak jacys półbogowie...
      • Gość: M. Re: 3 lata w plecy? IP: *.stacje.agora.pl 25.06.03, 11:46
        Może jesteśmy uzależnione od miłości... Ona daje taki fajny haj.
        • lallka Re: 3 lata w plecy? 25.06.03, 12:21
          Gość portalu: M. napisał(a):

          > Ona daje taki fajny haj.
          ja bym to hajem nie nazwala.
          • Gość: M. Re: 3 lata w plecy? IP: *.stacje.agora.pl 25.06.03, 12:23
            Dlaczego nie? Nawet w mózgu wytwarzane sa endofiny, które są odpowiedzialne za
            dobry nastrój.
            • lallka Re: 3 lata w plecy? 25.06.03, 12:31
              milosc nie wiaze sie tylko z radoscia; banalne ale prawdziwe

              > Dlaczego nie? Nawet w mózgu wytwarzane sa endofiny, które są odpowiedzialne
              za
              > dobry nastrój.
              • Gość: M. Re: 3 lata w plecy? IP: *.stacje.agora.pl 25.06.03, 12:37
                lallka napisała:

                > milosc nie wiaze sie tylko z radoscia; banalne ale prawdziwe

                Wiem, że nie. Czasem cierpienie jest ogromne i trwa bardzo długo.
          • lallka Re: 3 lata w plecy? 25.06.03, 12:25
            ale nawet najgorszemu wrogowi nie zycze takiej milosci; jeszcze nie
        • saana do M 25.06.03, 12:38
          pociesze Cie ,ze nawet z najgorszej milosci sie wychodzi. Te miejsca gdzie
          razem kiedys i juz nigdy mielismy tam nie pojs bo by Nas trafilo, jakos
          wypaczaja sie z czasem. I nawet milo sie potem wraca pamiecia.
          To tyle a propos milosci.
          Co do tych 3 lat. jedyna zaleta chyba jest ze widzisz, ze sama potrafisz sobie
          dac rade, mieszkalas sama dawalas sobie rade sama w praktyce sie sprawdzilas.
          I wytrzymalas.
          ps twoj post zrobil na mnie wrazenie, sama jestem w 3 letnim zwiazku na
          odleglosc i rozumiem na wlasnej skorze co bym czula gdyby te wszystkie
          wyzeczenia skonczyly sie niczym.
          Ale z drugiej strony jestem po tych latach duzo silniejsza psychicznie i
          twarda.
          • lallka Re: do M 25.06.03, 13:00
            latwo mowic, trudniej zapomniec.

            saana napisała:

            > pociesze Cie ,ze nawet z najgorszej milosci sie wychodzi. Te miejsca gdzie
            > razem kiedys i juz nigdy mielismy tam nie pojs bo by Nas trafilo, jakos
            > wypaczaja sie z czasem. I nawet milo sie potem wraca pamiecia.
            > To tyle a propos milosci.
            > Co do tych 3 lat. jedyna zaleta chyba jest ze widzisz, ze sama potrafisz
            sobie
            > dac rade, mieszkalas sama dawalas sobie rade sama w praktyce sie sprawdzilas.
            > I wytrzymalas.
            > ps twoj post zrobil na mnie wrazenie, sama jestem w 3 letnim zwiazku na
            > odleglosc i rozumiem na wlasnej skorze co bym czula gdyby te wszystkie
            > wyzeczenia skonczyly sie niczym.
            > Ale z drugiej strony jestem po tych latach duzo silniejsza psychicznie i
            > twarda.
            • Gość: M. Re: do M IP: *.stacje.agora.pl 25.06.03, 13:59
              saana napisała:
              >
              > > pociesze Cie ,ze nawet z najgorszej milosci sie wychodzi. Te miejsca gdzie
              >
              > > razem kiedys i juz nigdy mielismy tam nie pojs bo by Nas trafilo, jakos
              > > wypaczaja sie z czasem. I nawet milo sie potem wraca pamiecia.
              > > To tyle a propos milosci.

              Gorzej, jak nie chce się zapomnieć i czepia się nierealnych nadzieji.
            • saana lallka 25.06.03, 16:05
              zapomina sie. sama kiedys nie wierzylam.
              • Gość: ja Re: lallka IP: *.sienna14.enetwork.pl 26.06.03, 13:47
                saana napisała:

                > zapomina sie. sama kiedys nie wierzylam.
              • Gość: ja Re: lallka IP: *.sienna14.enetwork.pl 26.06.03, 13:48
                saana napisała:

                > zapomina sie. sama kiedys nie wierzylam.
                kto sie podszywa pod moj nick???????????????
          • andrea_75 Re: do saany 25.06.03, 13:01
            saana napisała:

            > pociesze Cie ,ze nawet z najgorszej milosci sie wychodzi. Te miejsca gdzie
            > razem kiedys i juz nigdy mielismy tam nie pojs bo by Nas trafilo, jakos
            > wypaczaja sie z czasem. I nawet milo sie potem wraca pamiecia.

            A pewnie. Przeciez ja juz 'stara dupa' jestem, to nie jest moj pierwszy
            zwiazek... Wiec ja to wiem wszystko, tylko do cholery - nie chce tak! Rozumiesz?

            > To tyle a propos milosci.

            :-)

            > Co do tych 3 lat. jedyna zaleta chyba jest ze widzisz, ze sama potrafisz
            > sobie dac rade, mieszkalas sama dawalas sobie rade sama w praktyce sie
            > sprawdzilas.
            > I wytrzymalas.

            Pewnie, ze tak. Pewnie, ze jesli to sie skonczy - ja to przezyje, dam sobie
            rade...
            Tylko ja nie chce. Dazylam do czegos innego, czekalam na cos innego. I chce,
            wciaz chce, zeby bylo dobrze _z_nim_.

            > ps twoj post zrobil na mnie wrazenie, sama jestem w 3 letnim zwiazku na
            > odleglosc i rozumiem na wlasnej skorze co bym czula gdyby te wszystkie
            > wyzeczenia skonczyly sie niczym.

            U Ciebie nie bedzie zle. Wierz w to.

            > Ale z drugiej strony jestem po tych latach duzo silniejsza psychicznie i
            > twarda.

            Tez tak myslalam. Problem w tym, ze jak wszystko sie zalamuje, to nagle sie
            okazalo ile sil stracilam i ze wcale nie jestem az tak silna jak myslalam. Mam
            nadzieje, ze Ty nie bedziesz czegos podobnego przezywac.

            Pzdr.
            A.
            • saana Re: od saany 25.06.03, 16:03
              rozumiem, naprawde.
              a na spokojniej. Wiesz, ze w takim zwiazku buduje sie kupe mitow. Spotkania w
              weekendy powalaja wciaz nie poznawac sie. I do tego jest wciaz zbyt malo
              czasu ,zeby przedyskutowac problemy. A te rosna. Przyrownam to do brzucha
              pelnego gazow. Z czasem mozna sie zaczac obawiac ,ze sie nie spelni oczekiwan
              tej drugiej strony, lub samemu zawiesc. A wlasnie te wszystkie wyrzeczenia
              powoduja, ze bardziej sie jest pod presja zbudowania czegos wielkiego...w koncu
              o to chodzi no nie, inaczej dawno bys sobie kogos poszukala albo On. Wiec skoro
              wytrwaliscie to chyba cos iskrzy miedzy Wami.
              Sama wiesz z drugiej strony, ze po takim czasie nie bedziemy sie zachowywac
              wobec tych facetow jakbysmy wlasnie z nimi zaczely byc.
              I moze tutaj jest problem. Okres miodowy uciekl, oczekiwania sa jak po 3
              latach , poznanie siebie nawzajem wlasciwie zadne- no z pewnych stron
              przynajmniej. Moze nie zdawaliscie sobie sprawy z tych trudnosci i za szybko
              sie poddaliscie.

              ....z moim mezem rozmawialam o tym i stwierdzilismy ze na poczatku bedzie
              bardzo trudno nam byc razem.
              Wracajac do was, mieszkajac w koncu razem schemat do ktorego sie
              przyzwyczailiscie 'cos nie pasowalo to myslaliscie o.k nie bede psuc ostatnich
              minut razem zaraz wyjade a teraz nie mozna bylo wyjechac..
              Po 3 latach chyba powinniscie sprobowac jeszcze raz. Zdajac sobie sprawe ze
              oboje macie pewnie lekko nadszarpniete nerwy. I ze musicie sie w koncu poznac.
              Dajcie sobie sporo czasu na odwykniecie od jednego schematu i przywykniecie do
              siebie. Po 3 latach rok chyba to juz nie za duzo.
              Oczywiscie moglo sie stac ,ze Wasze uczucia gdzies sie pogubily. I tak naprawde
              zyliscie fikcja. Na to sama musisz sobie szczerze odpowiedziec.

              Ale z drugiej strony ( z wlasnego doswiadczenia czy jak sie uczucia koncza to
              nie latwiej w takim zwiazku o tym powiedziec, technicznie mniej zachodu).

              jesli cos mialabym Ci doradzic, to zycze Wam duzo cierpliwosci. I rozmow
              powolnego przyzwyczajania sie do siebie. I odwagi.
              PS u mnie nie wiem czasem jest naprawde zle.
              A czasem fajnie ale chyba ratuje mnie to ze moj maz to cierpliwy Szwed, ale tez
              mamy oboje depresje i mnostwo roznych 'gazow' w zoladkach.
              I zanim sie bedziesz buntowac wiez sie w garsc w koncu o cos chyba Wam chodzilo
              w ciagu tych 3 lat.
              andrea_75 napisała:

              > saana napisała:
              >
              > > pociesze Cie ,ze nawet z najgorszej milosci sie wychodzi. Te miejsca gdzie
              >
              > > razem kiedys i juz nigdy mielismy tam nie pojs bo by Nas trafilo, jakos
              > > wypaczaja sie z czasem. I nawet milo sie potem wraca pamiecia.
              >
              > A pewnie. Przeciez ja juz 'stara dupa' jestem, to nie jest moj pierwszy
              > zwiazek... Wiec ja to wiem wszystko, tylko do cholery - nie chce tak!
              Rozumiesz
              > ?
              >
              > > To tyle a propos milosci.
              >
              > :-)
              >
              > > Co do tych 3 lat. jedyna zaleta chyba jest ze widzisz, ze sama potrafisz
              > > sobie dac rade, mieszkalas sama dawalas sobie rade sama w praktyce sie
              > > sprawdzilas.
              > > I wytrzymalas.
              >
              > Pewnie, ze tak. Pewnie, ze jesli to sie skonczy - ja to przezyje, dam sobie
              > rade...
              > Tylko ja nie chce. Dazylam do czegos innego, czekalam na cos innego. I chce,
              > wciaz chce, zeby bylo dobrze _z_nim_.
              >
              > > ps twoj post zrobil na mnie wrazenie, sama jestem w 3 letnim zwiazku na
              > > odleglosc i rozumiem na wlasnej skorze co bym czula gdyby te wszystkie
              > > wyzeczenia skonczyly sie niczym.
              >
              > U Ciebie nie bedzie zle. Wierz w to.
              >
              > > Ale z drugiej strony jestem po tych latach duzo silniejsza psychicznie i
              > > twarda.
              >
              > Tez tak myslalam. Problem w tym, ze jak wszystko sie zalamuje, to nagle sie
              > okazalo ile sil stracilam i ze wcale nie jestem az tak silna jak myslalam.
              Mam
              > nadzieje, ze Ty nie bedziesz czegos podobnego przezywac.
              >
              > Pzdr.
              > A.
              • andrea_75 Re: od saany 26.06.03, 12:46
                saana napisała:

                > rozumiem, naprawde.

                :-(

                > a na spokojniej. Wiesz, ze w takim zwiazku buduje sie kupe mitow. Spotkania w
                > weekendy powalaja wciaz nie poznawac sie. I do tego jest wciaz zbyt malo
                > czasu ,zeby przedyskutowac problemy. A te rosna. Przyrownam to do brzucha
                > pelnego gazow. Z czasem mozna sie zaczac obawiac ,ze sie nie spelni oczekiwan
                > tej drugiej strony, lub samemu zawiesc.

                Wiem to wszystko (z doswiadczenia...), oj wiem.

                > A wlasnie te wszystkie wyrzeczenia
                > powoduja, ze bardziej sie jest pod presja zbudowania czegos wielkiego...

                W zalozeniu tak. Nawet nie wiem, czy czegos 'wielkiego', ale na pewno czegos
                dobrego i trwalego.

                > w koncu o to chodzi no nie, inaczej dawno bys sobie kogos poszukala albo On.

                Widzisz... niekoniecznie musi tak byc. Przeciez na pewno znasz sytuacje, kiedy
                ludzie sa ze soba 'z rozpedu', ze strachu, z przyzwyczajenia, dlatego ze nie
                chce im sie nikogo innego szukac...
                Wiem, dlaczego ja jestem z nim.
                Ale co do jego intencji - rak sobie nie dam poucinac. Niestety :-(

                > Wiec skoro wytrwaliscie to chyba cos iskrzy miedzy Wami.

                Moze tak. Ale moze iskrzylo i juz przestalo?

                > Sama wiesz z drugiej strony, ze po takim czasie nie bedziemy sie zachowywac
                > wobec tych facetow jakbysmy wlasnie z nimi zaczely byc.

                E, pewnie ze nie. Ale on ani ja nie oczekiwalismy czegos takiego. Tylko
                normalnosci, jak sadze.

                > I moze tutaj jest problem. Okres miodowy uciekl, oczekiwania sa jak po 3
                > latach , poznanie siebie nawzajem wlasciwie zadne- no z pewnych stron
                > przynajmniej. Moze nie zdawaliscie sobie sprawy z tych trudnosci i za szybko
                > sie poddaliscie.

                Nienienie. Zupelnie nie w tym rzecz. Tu kwestia nie jest w zwyklym kryzysie w
                zwiazku (to tez sie zdarzalo).
                Rzecz jest w tym, ze facet, z ktorym bylam/jestem ma depresje. Zaleczyl ja
                kilkutygodniowym leczeniem. Ale w tej chwili ona wrocila. A czlowiek dotkniety
                problemem deresji (w sensie zdiagnozowanej jednostki chorobowej) zachowuje sie
                nieco inaczej, niz w normalnej sytuacji. Poczawszy od tego, ze ma problemy z
                podjeciem najprostszych decyzji, a skonczywszy na tym, ze nie potrafi dzielic
                zycia z druga osoba i tworzyc zwiazku. I mojemu facetowi to wlasnie moglo sie
                przydarzyc. To znaczy depresja zmienila jego stosunek do zycia i do mnie. Na
                tyle mocno, ze (argumentujac to moim dobrem) postanowil wyjechac do swojego
                miasta i nie podjal leczenia w moim.
                To nie jest sprawa 'prostego' kryzysu w zwiazku na odleglosc.

                > ....z moim mezem rozmawialam o tym i stwierdzilismy ze na poczatku bedzie
                > bardzo trudno nam byc razem.

                Nam pewnie tez by bylo trudno. Ale widzisz - ja nie mam wplywu na to, zdaje
                sie, ze decyzja zostala podjeta poza mna.

                > Wracajac do was, mieszkajac w koncu razem schemat do ktorego sie
                > przyzwyczailiscie 'cos nie pasowalo to myslaliscie o.k nie bede psuc
                > ostatnich minut razem zaraz wyjade a teraz nie mozna bylo wyjechac..

                Jak napisalam wyzej - to zupelnie nie to. Nie sama odleglosc jest problemem.

                > Po 3 latach chyba powinniscie sprobowac jeszcze raz.

                Bylaby na to szansa, gdybysmy _my_ chcieli. Ja sama nic nie zdzialam.

                > Zdajac sobie sprawe ze
                > oboje macie pewnie lekko nadszarpniete nerwy. I ze musicie sie w koncu poznac.
                > Dajcie sobie sporo czasu na odwykniecie od jednego schematu i przywykniecie
                > do siebie. Po 3 latach rok chyba to juz nie za duzo.

                Jak wyzej - pewnie, ze to nie jest duzo. Ale chciec musza dwie osoby. A poza
                tym jesli partner jest chory, jesli ma dosc zaburzone postrzeganie...?

                > Oczywiscie moglo sie stac ,ze Wasze uczucia gdzies sie pogubily. I tak
                > naprawde zyliscie fikcja. Na to sama musisz sobie szczerze odpowiedziec.

                Ja moge odpowiedziec za siebie. A niestety nie jestem w stanie tej odpowiedzi
                uzyskac od niego. Wiec... zostaje w punkcie wyjscia.

                > Ale z drugiej strony ( z wlasnego doswiadczenia czy jak sie uczucia koncza to
                > nie latwiej w takim zwiazku o tym powiedziec, technicznie mniej zachodu).

                Zalezy od stopnia zaangazowania. Mnie nie jest latwo.

                > jesli cos mialabym Ci doradzic, to zycze Wam duzo cierpliwosci. I rozmow
                > powolnego przyzwyczajania sie do siebie. I odwagi.

                Nie w cierpliwosci tu rzecz...

                > PS u mnie nie wiem czasem jest naprawde zle.
                > A czasem fajnie ale chyba ratuje mnie to ze moj maz to cierpliwy Szwed,

                I znow powtorze - nie w tym tu rzecz. Ja nie moge nic zrobic, nie mam
                mozliwosci dzialania w sytuacji, kiedy jego tu nie dosc, ze nie ma, to i nie
                chce pomocy, kontaktu. Odrzuca mnie bardzo silnie. I chce tylko wierzyc, ze to
                choroba, a nie jego 'serce'.

                > ale
                > tez mamy oboje depresje i mnostwo roznych 'gazow' w zoladkach.

                U nas chyba tez tak jest. Ze to nie tylko on ma problem. Ja tez, tyle tylko, ze
                ja nie mam dokad wyjechac, i u mnie sie to inaczej objawia.

                > I zanim sie bedziesz buntowac wiez sie w garsc w koncu o cos chyba Wam
                > chodzilo w ciagu tych 3 lat.

                I jeszcze raz powiem - nie o to chodzi. Ja jestem 'wzieta w garsc'. Ja
                deklarowalam uczucia, chec bycia razem, chec pomocy - to wszystko. To on jest
                rozbity. Niezdecydowany. Pewnie nieszczesliwy. I nie umie dokonac wyboru. To
                nie we mnie tkwi problem. Gdybym to ja byla - moze byloby latwiej...?

                Nic to, zycie sie toczy dalej. Niezaleznie od sytuacji trzeba je kontynuowac.

                Pzdr.

                A.
                • Gość: astinger Re: od saany IP: 213.231.15.* 26.06.03, 13:03
                  Alez to wszystko poplatane. Kim jest ten człowiek, ze andrea uparła sie że go
                  bedzie kochac i juz. Ludzie nie przesadzajcie. Owszem wszyscy jestesmy w jakis
                  sposób wyjatkowi, ale nie az do tego stopnia by sobie na wzajem zatruwac zycie
                  i nazywac to miłoscią. Cóz wy tam budować chcecie skoro na tym suchym piachu
                  nawet cegły nie da sie połozyć????
                  • Gość: aiszka4 Astinger IP: srv1:* / 192.168.1.* / *.pl 26.06.03, 13:56
                    Gość portalu: astinger napisał(a):

                    > Alez to wszystko poplatane. Kim jest ten człowiek, ze andrea uparła sie że
                    go
                    > bedzie kochac i juz.

                    Wystarczy, że Andrea widzi w swoim mężczyźnie osobę, o którą chce walczyć.
                    Była z nim na odległość, kiedy był zdrowy, teraz nie chce opuścić go w
                    chorobie. Ja tak interpretuję jej wątek. Bo go pokochała i nie przestała
                    kochać - i już:)



                    Ludzie nie przesadzajcie. Owszem wszyscy jestesmy w jakis
                    > sposób wyjatkowi, ale nie az do tego stopnia by sobie na wzajem zatruwac
                    zycie
                    > i nazywac to miłoscią. Cóz wy tam budować chcecie skoro na tym suchym piachu
                    > nawet cegły nie da sie połozyć????

                    Ty widzisz tylko suchy piach. A może jak się go odgarnie, to pod spodem będzie
                    skała, na której można zbudować zamek? Nie Ty jesteś tu "inspektorem
                    budowlanym", tylko Andrea. Czy jest róznica, że jej chłopak ma depresję, a nie
                    cukrzycę, czy raka? Jest chory, ona chce mu pomóc, tylko nie wie, jak. Myślę,
                    że gdyby dolegało mu coś innego, ale też poważnego, mógłby zareagować
                    podobnie, żeby nie obciążać ukochanej osoby. A Andrea ma w sobie siłę, żeby
                    postąpić wbrew jego oczekiwaniom, bo czuje, że tak będzie lepiej.
                    *******************************************************************************
                    ANDREA - podziwiam Cię, że chcesz walczyć, choć Tobie też jest ciężko:))))
                    I trzymam kciuki, nieustająco:o)
                    • Gość: astinger Re: Astinger IP: 213.231.15.* 26.06.03, 15:23
                      Ja tez ja podziwiam (o tym pisałem wyzej) ale z całej dyskusji wieje mi
                      pesymizmem i brakiem swiatła w tunelu. Odczuwam to mniej wiecej w ten sposób,
                      ze oddechem dla adrei byłoby gdyby to uczucie zeszło z niej. Przepraszam, ale
                      depresje klasyfikuje nieco inaczej niz choroby o których piszesz, i mówie to na
                      podstawie własnych doswiadczeń. To oczywiscie świadczy równiez o mnie, ale co
                      mam powiedzieć; Ja bym takiej trzyletniej traumy nie wytrzymał, szczególnie
                      czujac wątpliwosci z drugiej strony.
                      • Gość: aiszka4 Re: Astinger IP: srv1:* / 192.168.1.* 26.06.03, 15:34
                        Gość portalu: astinger napisał(a):

                        > Ja tez ja podziwiam (o tym pisałem wyzej) ale z całej dyskusji wieje mi
                        > pesymizmem i brakiem swiatła w tunelu. Odczuwam to mniej wiecej w ten
                        sposób,
                        > ze oddechem dla adrei byłoby gdyby to uczucie zeszło z niej. Przepraszam,
                        ale
                        > depresje klasyfikuje nieco inaczej niz choroby o których piszesz, i mówie to
                        na
                        >
                        > podstawie własnych doswiadczeń. To oczywiscie świadczy równiez o mnie, ale
                        co
                        > mam powiedzieć; Ja bym takiej trzyletniej traumy nie wytrzymał, szczególnie
                        > czujac wątpliwosci z drugiej strony.

                        Ja też nie stawiam znaku równości między tymi chorobami. Ale czy to ma
                        oznaczać, że jak ukochany ma depresję, którą można wyleczyć, to odchodzę, bo
                        sobie nie radzę? A jak ma raka, to zostaję, bo to mój obowiązek?
                        Chcę wierzyć, że mój mąż wytrwa przy mnie mimo depresji, mimo tego, że jest
                        ciężko. A nie odejdzie, bo to jest wyleczalne i sama sobie poradzę. A przy
                        raku będzie na odwrót.
                        Tym razem piszę tylko o sobie, nie odnoszę ani do Andrei, ani do nikogo innego.
                        Ale pozdrawiam wszystkich:))
    • komandos57 Re: 3 lata w plecy? 25.06.03, 14:10
      Masz 76 lat andrzeju?Jak sie wabisz?Mam dla ciebie propozycje.Musisz miec 50
      lat mniej.Masz?
      • Gość: chłost Re: 3 lata w plecy? IP: *.icpnet.pl 26.06.03, 14:31
        komandos57 napisał:

        > Masz 76 lat andrzeju?Jak sie wabisz?Mam dla ciebie propozycje.Musisz miec 50
        > lat mniej.Masz?

        byp.
    • ninel Re: 3 lata w plecy? 25.06.03, 14:11
      Mam takie pytanie z innej beczki. Czemu Ty nie zdecydowalas sie na
      przeprowadzenie do jego miasta? Czemu czekaliscie az 3 lata z przeprowadzka?
      Wedlug mnie, w zwiazkach na odleglosc, powinno sie dzialac (w rozsadnych
      granicach) szybko, bo fizyczne oddalenie, nie buduje dobrego zwiazku.

      Wydaje mi sie, ze nawet jesli on Cie kocha, to strach (przed roznymi rzeczami,
      np. przed przeprowadzka) jest w nim silniejszy niz milosc do Ciebie i chęc czy
      umiejętność bycia z Toba. Niestety Tobie przypadla rola tej silniejszej strony.
      I teraz, to juz chyba za pozno, na zmiane ukladu sił w zwiazku.
      Moze pomoglabys Waszemu zwiazkowi, gdybys bardziej "zaopiekowala sie" swoim
      chlopakiem i np. do niego sie przeprowadzila, bo samemu bedzie mu trudno sie
      pozbierac.

      • andrea_75 Re: 3 lata w plecy? 25.06.03, 14:30
        ninel napisała:

        > Mam takie pytanie z innej beczki. Czemu Ty nie zdecydowalas sie na
        > przeprowadzenie do jego miasta?

        Nie bylo (i wciaz nie ma) warunkow. Sa tylko w moim miescie.

        > Czemu czekaliscie az 3 lata z przeprowadzka?

        Bo praca, bo wlasnie warunki, ktorych kiedys nie bylo w ogole, bo
        zobowiazania... nie dalo sie. Kombinowalismy oboje, ale sie nie dalo.

        > Wedlug mnie, w zwiazkach na odleglosc, powinno sie dzialac (w rozsadnych
        > granicach) szybko, bo fizyczne oddalenie, nie buduje dobrego zwiazku.

        O wiem wiem, niestety...

        > Wydaje mi sie, ze nawet jesli on Cie kocha, to strach (przed roznymi
        > rzeczami, np. przed przeprowadzka) jest w nim silniejszy niz milosc do Ciebie
        > i chęc czy umiejętność bycia z Toba.

        Przyjmuje (w swiadomosci) taka mozliwosc, aczkolwiek nie za bardzo mi sie
        podoba :-(

        > Niestety Tobie przypadla rola tej silniejszej strony.

        Ano.

        > I teraz, to juz chyba za pozno, na zmiane ukladu sił w zwiazku.

        Czy ja wiem?
        Wierze w psychoterapie. Madrze przeprowadzona moze duuuuuzo zdzialac.

        > Moze pomoglabys Waszemu zwiazkowi, gdybys bardziej "zaopiekowala sie" swoim
        > chlopakiem i np. do niego sie przeprowadzila, bo samemu bedzie mu trudno sie
        > pozbierac.

        Nie moge sie przeprowadzic. Nie mam tam gdzie zamieszkac, prace mam w moim
        miescie, brak pieniedzy zalatwilby i mnie.
        Niestety, chociaz kombinowalam i w te strone - nie da rady...

        A.
        • komandos57 Re: 3 lata bez sexu 25.06.03, 14:37
          Widze ze cos ukrywasz.To ty potrzebujesz terapii.Mozesz wymyslec inny nik dla
          siebie.Smierdzisz zbukiem!
    • matrek Re: 3 lata w plecy? 28.06.03, 06:06
      andrea_75 napisała:

      > Czemu to tak boli?

      Bo zawsze najbardziej boli, gdy w coś, w kogoś wierzymy, a ów ktoś zawodzi
      zaufanie. To przecież, aż banalne.
    • Gość: Maxxx Re: 3 lata w plecy? IP: *.elsat.net.pl / 10.4.0.* 28.06.03, 23:44
      witam
      nie czytałem wypowiedzi gości--napisze to co ja myśle--moze juz to ktoś
      powiedział nie wiem--ON jest podobno chory a TY się zastanów czy kochasz--a
      jeżeli się zastanowisz to znaczy że nie kochasz i odpuść-zapomnij-będzie boleć
      ale przestanie--jeżeli kochasz jedz do niego i go przytul--pozdrawiam i zycze
      siły

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka