andrea_75
24.06.03, 15:31
Ktos, z kim mialam spedzic reszte zycia, wlasnie odszedl. Czekalismy na
siebie 3 lata - bo miasta odlegle o 350 km., bo praca, bo rozne zobowiazania.
Rozne nieszczescia sie po drodze zdarzyly. W koncu wszystko mialo sie
poukladac, on przyjechal do mojego miasta, mielismy szanse na mieszkanie, on
szukal pracy. Przyjechal i po niecalym miesiacu wyjechal - bo...
zdiagnozowana depresja. Postanowil leczyc sie w swoim rodzinnym miescie, bo
lekarz znajacy trudna sytuacje, bo poczucie bezpieczenstwa. Bolalo, ale
czekalam kolejne 10 tygodni. Lekarz okazal sie sukinsynem i konowalem, jak
sadze - po 10 tygodniach 'leczenia' odstawil leki (informacja od producenta
glosila, ze trzeba to brac ok. 6 miesiecy _po_ wyleczeniu). On znow
przyjechal do mnie, i wlasciwie w dniu przyjazdu okazalo sie, ze jest bardzo
zle. Wiem, ze on nie chcial zle, ze mial racje mowiac, ze jeszcze kilka
takich dni i sie znienawidzimy. Ale boli potwornie. Mialo byc inaczej. Cale
pieprzone 3 lata samotnosci, czekania, rachunkow za telefon i internet. A on
nawet nie chcial sprobowac poszukac lekarza w moim miescie. Latwiej bylo
spakowac sie i wyjechac. Nie rozumiem tego. Wiem, ze mu zle, ze jest
nieszczesliwy, bo nie tylko ja z nim planowalam zycie - on ze mna tez. Ale
nie chcial nawet sprobowac... i tego nie rozumiem.
Kurcze, gdyby to byl 'zwykly' zwiazek, ktory sie rozpadl - bylabym
silniejsza. Ale te 3 lata czekania strasznie mnie zniszczyly. Znikla cala
wiara wlasciwie we wszystko.
Czemu to tak boli?
A.