kajka1234
30.07.07, 22:31
------------------------------------------------------------------------------
--
Byliśmy małżeństwem, teraz nas nie ma. Kilka dni temu powiedział że odchodzi,
że nie kocha mnie od dłuższego czasu. Nie wierzyłam nie chciałam wierzyć w to
co mówi, błagałam żeby został, klęczałam przed nim. Nic to nie dało,
usłyszałam wiele przykrych słów, które nie raniły tak jak to że mnie nie
kocha (tydzień temu mówił ze kocha-kłamał). Wiem ze to wszystko moja wina,
wieczne pretensje, wypominanie, zazdrość, częste upokarzania. Powiedział, ze
w końcu czuje się wolny, ze cieszy się że to powiedział. Chciałam mieć z nim
normalna rodzinę, dziecko. On nie chciał potomstwa, cały czas to odwlekał,
dawał mi kolejne terminy, kolejne obietnice. A może to ja chciałam tych
obietnic i je wymuszałam. Teraz jestem sama i się błąkam po nocach bo nie
potrafię mu spojrzeć w oczy, bo wiem że mnie nienawidzi, bo wiem ze nie chce
na mnie patrzeć,że brzydzi się mną, dla niego moje zachowanie było zwierzęce.
Powiedział że myślał że rozejdziemy się jak kulturalni ludzie, a ja mu
zafudowałam taka chisterię. Powiedział że jestem żałosna ze nie mam godności.
Kiedy klęczałam przed nim błagając go zeby został nie myślałam o tym że brak
mi godności, chiałam tylko żeby został. Po kilku odtrąceniach, płaczu,
prośbach, błaganiach, oraz słowach które padły z jego ust, wsiadłam w
samochód i tak krążyłam do rana.
Dzisiaj rano wpadłam w poślizg, przeklinałam Boga za to że żyję, że jestem
cała.
Miałam tylko jego, teraz nie mam nic. Nie jestem sobie w stanie pomóc, nie
potrafię o tym rozmawiać z nikim. Dlatego tu jestem. Nikt mnie nie zna, nie
widzi mojej opuchniętej od płaczu twarzy. Jestem nikim, dnem gównem, zalosną
namiastką człowieka i nie mam dwudziestu czy trzydziestu lat, mam o wiele
wiele więcej. Moje zycie się skończyło kilka dni temu, nie mam dla kogo żyć,
nie mam dzieci, jestem sama.