walentyna
31.07.03, 11:02
Zawsze sądziłam, że sami kształtujemy nasze życie. Myślami, czynami,
decyzjami... Sądziłam, że to, co się ze mną dzieje zależy ode mnie, że mam na
to wpływ - przy mniejszym bądź większym wysiłku, ale mam. Wierzyłam, że sama
jestem odpowiedzialna za swoje życie - człowiek kowalem swego losu.
Tym bardziej więc jeśli dwoje ludzi myśli, czuje i decyduje podobnie - że
chcą być razem - to powinno się udać.
Dlatego nie mogę zrozumieć, że mimo obustronnych chęci i starań rozpada się.
Wydaje się, jakby jakieś fatum udaremniało wszelkie wysiłki.
Próbuję ogarnąć to rozumem, ale bez szczególnych efektów. Bo jakie jest
wyjaśnienie?
Może tak naprawdę chęci są tylko z jednej strony, a ja jestem naiwna? Jeśli
tak - dlaczego to jeszcze trwa?
A może jednak wtrąca się przeznaczenie?
Gdybym to wszystko pojęła, może wiedziałabym, czy lepiej pogodzić się z tym,
co się dzieje, czy trwać w walce?
Mieć odwagę, by zmieniać to, co zmienić mogę.
cierpliwość, by znosić to, czego zmienić nie mogę
i mądrość, by odróżnić jedno od drugiego.
Tym razem brakuje mi mądrości.
W.