IP: 10.100.3.* 26.12.01, 05:25
Bardzo prosze o porade. Maz opuscil mnie, pozostawiajac rowniez polroczne
dziecko. Wrocil do matki, ktora jest bardzo zaborcza, jednak mojemu mezowi to
nie przeszkadza, wrecz przeciwnie, twierdzi, ze matka jego jest wspaniala
itd... i co gorsza lepiej jest mu tysiac razy bardziej z matka (z wygody), niz
z nami. Czy ktos spotkal sie z podobnym problemem, nie wiem co mam robic, czy
czekac na niego (moze sie zmieni...), czy nie ma to sensu. Poradzcie mi (maz ma
powyzej 30 lat...)
Obserwuj wątek
    • Gość: Renka Re: mamisynek na Swieta? IP: *.home.cgocable.net 26.12.01, 05:46
      Czy on odszedl na Swieta, aby sie u mamusi najesc? czy odszedl na dobre?
    • maryjo2 Re: mamisynek - do Ona 26.12.01, 11:25
      Miałam męża maminsynka - chorobliwie uzależnionego od matki. Zresztą
      uzależnienie było obopólne, a teściowa traktowała mnie zawsze jak rywalkę.I nic
      nie pomogło. Ani dziecko, ani osobne mieszkanie, ani prośby, ani grożby, ani
      płacz. Uciekał od obowiązków tam, gdzie było mu lepiej, gdzie było wygodniej -
      do mamusi. A ona przyjmowała go zawsze z otwartymi ramionami. Mieszka z nią do
      tej pory, mimo, ze zostało mu mieszkanie, z którego ja się wyniosłam. A
      jesteśmy już 10 lat po rozwodzie. Ja wniosłam sprawę. Nie ożenił się powtórnie,
      nie ma nikogo - tylko mamusię. I pewnie jej pozostanie wierny do grobowej
      deski. A ja mam się dobrze sama, lepiej, niż w tym chorym związku.
      • Gość: Ona Re: mamisynek - do Ona IP: 10.100.2.* 27.12.01, 04:11
        Dziekuje bardzo za list. U mnie sprawa ma sie zupelnie podobnie, zreszta duzo
        by opowiadac. Moj malzonek bardzo dziwnie sie zachowuje, minelo juz poltora
        roku od naszego rozstania (od czasu kiedy od nas odszedl), a on jakby nie widzi
        mojego bolu i cierpienia. Nie widzi jaka krzywde nam wyrzadzil. Kiedy
        przychodzi w odwiedziny do dziecka, mam wrazenie, ze chce wrocic, czasami
        wydaje mi sie byc taki skruszony, ale tylko na chwile. Przewaznie siedzi pare
        godzin (nie mam serca go wczesniej wyrzucic, choc moze to moj blad), ale
        wieczorem ochoczo wstaje, no i jak mowi "idzie do domu" , czyli do mamusi.
        Wiele razy probowalam z nim rozmawiac o tym, co dalej, ale on jak twierdzi nie
        wie, wydaje mi sie , ze tak poprostu mu wygodnie, zyc na "dwa domy", a ja
        poprostu nie mam juz wiecej sil.
        Jego mamusia, podobnie jak w Twoim przypadku, jest bardzo za swoim synusiem,
        wydaje mi sie, ze nigdy mnie lubila, choc uwierz mi, staralam sie byc dla niej
        zawsze jak najlepsza, ale nic to nie dalo. Prosze napisz jeszcze do mnie.
        • Gość: dodo Re: mamisynek - do Ona IP: *.sympatico.ca 27.12.01, 04:27
          bardzo gleboko ci wspolczuje.
          obawiam sie, ze jedyne rozsadne rozwiazanie to zalegalizowanie rozwodu, ustalenie dokladnych
          terminow wizyt i wysokosci alimentow.
          dla twojego wlasnego zdrowia psychicznego bedzie tez pewnie lepiej jesli przynajmniej czesc wizyt
          odbywac sie bedzie poza twoim domem - czego oczy nie widza, tego sercu nie zal - jesli wciaz masz
          jakies uczucia wobec twojego meza, im mniej go bedziesz widziec, tym latwiej ci sie bedzie pogodzic z
          nowa sytuacja.
          skoro okres zycia z toba, narodziny dziecka i teraz rozstanie nie zmienily go, to szanse na to, ze nagle
          stanie sie cud sa znikome.
          jedno, co mozesz zrobic to wychowac swoje dziecko by bylo jak najbardziej samodzielne i nigdy nie
          dopuscic do podobnego uzaleznienia pomiedzy twoim dzieckiem a toba. to jest chyba w ogole nauczka
          dla wiekszosci matek (zwlaszcza matek synow) by zadbac o ich samodzielnosc i odpowiedzialnosc.
          jeszcze raz - bardzo, bardzo mi przykro, ze musisz przez cos takiego przechodzic - czasem az glupio byc
          kobieta, gdy sie slyszy o takich tesciowych jak twoja. trzymaj sie!
        • Gość: masaker Re: mamisynek - do Ona IP: 195.187.97.* 27.12.01, 11:08
          Droga Ona!

          Powiem brutalnie, ale szczerze i z głębi serca: kopnij go w dupę! Na świecie pełno jest takich właśnie
          facetów, których mamusia przygotowała tylko do jednej roli życiowej: ukochanego syneczka. Cóż, twój
          mąż miał pecha, że właśnie trafiła mu się taka mamusia, która spierdoliła mu życie. Ale nie pozwól,
          na litość boską!, żebyś i ty miała do końca życia tkwić w tym gównie. Znajdź kogoś odpowiedzialnego,
          tzw. faceta z jajami, a tamtemu powiedz: "żegnam". Niech go mamusia tuli do snu (pewnie do dzisiaj
          kupuje mu na urodziny misie).

          Trzymaj się - racja jest po twojej stronie!
          • malwinamalwina Re: pif paf 27.12.01, 11:10
            cel - pal ! (w te yaya !)
        • Gość: Renka Re: mamisynek - do Ona IP: *.home.cgocable.net 28.12.01, 01:41
          Maz odszedl od was, kiedy jeszcze nie bylas nawet w ciazy? Dziecko ma pol roku
          roku, a on odszedl poltora roku temu? Nie zgadzaja mi sie numerki.No, ale
          moze sie pomylilas.Powiem ci szczerze , ze ja bym zalatwila sprawy sadowe,
          typu rozwod, alimenty itp zobowiazania finansowe pana meza.Jezeli nie masz
          pieniedzy, znajdz w swojej okolicy jakas organizacje kobieca. Oni maja
          pieniadze i pomoga ci sie z tym wszystkim pozbierac.Nie trac czasu. Czyja
          wina , to naprawde niewazne.Onanohito ma 100% racje. Wazne, ze dziecko rosnie
          i powinno rosnac w spokoju i radosci, a nie w cierpieniu.
    • sabe-na Re: mamisynek 27.12.01, 09:50
      Gość portalu: Ona napisał(a):

      > Bardzo prosze o porade. Maz opuscil mnie, pozostawiajac rowniez polroczne
      > dziecko. Wrocil do matki.

      Moze zatrzymal sie w rozwoju emocjonalnym? Czy teraz mieszka tylko z matka czy
      rowniez z ojcem?
      Przewaznie mezczyza ktorego rodzice rozwiedli sie gdy byl dzieckiem nie potrafi
      zalozyc normalnej rodziny. Jest w nim jakis strach przed kolejnym odrzuceniem (
      bo tak to odczuwal gdy ojciec odchodzil) i woli sam odejsc. Jednoczesnie traktuje
      swoje dziecki jak mlodsze rodzenstwo ktore rywalizuje z nim o milosc jego
      kobiety/zony.

      Od razu mowie ze nie jest to co napisalam oparte na uczonych ksiegach
      psychologicznych tylko na doswiadczeniu. Psychologia moze twierdzic inaczej. Jak
      rowniez niektorzy mezczyzni z rodzin rozbitych.

      Ja wiem swoje. Przed zawarciem zwiazku malzenskiego - upewnic sie trzeba co do
      wychowania emocjonalnego faceta. I jezeli odpowiada ci rola matki - to masz duze
      szanse na udany zwiazek. Jezeli oczekujesz oparcia - daj sobie spokoj.

      Sabe-na

      • Gość: onnanohi Re: mamisynek IP: 213.17.193.* 27.12.01, 15:01
        Wiecie co? Juz wiele razy przy okazji różnych wątków na tym Forum miałam ochotę
        napisać coś na temat tłumaczenia wszystkiego przeżyciami z okresu dzieciństwa,
        wychowaniem. Wiem, że - mówiąc w skrócie - to jacy jesteśmy, jakie mamy
        zahamowania, kompleksy, cały ten bagaż, z którym wchodzimy w dorosłe, świadome
        życie - wiem, że źródło tego wsztskiego leży w naszym dzieciństwie. I dobrze -
        trzeba to wiedzieć = rozumieć = zmieniać to (jeżeli uważamy, że to potrzebne
        itd., itp.). Ale nie rozumiem, dlaczego ma to TŁUMACZYĆ = USPRAWIEDLIWIAĆ
        zachowania nas, dorosłych ludzi. "Zimna emocjonalnie matka, despotyczny ojciec -
        to dlatego on/ona tacy są". I co z tego, pytam? To są dorośli ludzie i to
        WYŁĄCZNIE ONI ponoszą odpowiedzialność za swoje czyny. Mój Tata jest
        alkoholikiem - niepijącym od 11 lat. Nie było miłości w moim domu, normalnych
        relacji matka - ojciec - córka. Po tym, jak przestał pić - bardzo się zżyliśmy
        ja i On - wówczas popsuły się moje kontakty z matką, bo czuła się zdradzona
        (jak to, ona chroniła mnie przed ojcem przez 17 lat aż tu nagle ja z Nim
        tworzyny świetny duet i Ona jest odstawiona w kąt) - ten wielki skrót mojej
        porąbanej historii rodzinnej tylko po to, abyście zobaczyli, że wiem o czym
        mówię. Ale ja nigdy, przenigdy nie mówiłam, że to wina moich Rodziców. Owszem,
        w moim domu, dzieciństwie nie było normalnych, wzorcowych relacji rodzinnych,
        nie miałam gdzie się tego nauczyć, ale od tego mam mózg, żeby dowiadywać się
        różnych rzeczy, pójść na terapię itd. itp. Więc jeżeli w wieku lat -nastu mam
        problemy wynikające z mego dzieciństwa - to "wina" moich rodziców, ale jeżeli w
        ieku 30 paru lat nadal mam te problemy to jest to tylko moja wina i sprawa.
        Moja słabość, moje wady, moja głupota, nie moich rodziców. Trzeba mieć odwagę,
        żeby przyznać się przed samym sobą, że coś ze mną nie tak i stawić temu czoła.
        I wiecie co - jak by mój ukochany porzucił mnie z półrocznym dzieckiem na ręku
        to nie zajmowałabym się tłumaczeniem jego zachowania i szukaniem przyczyn w
        dzieciństwie, w dupie bym to miała - najważniejsza byłabym JA i moje dziecko.
        I jeszcze jedno. Wiem, że jestem "dorosłym dzieckiem alkoholika" z czym wiąże
        się mnóstwo problemów m.in. niepewność co do uczuć innych ludzi (no bo w
        dzieciństwie to było tak, że od czasu do czasu miałam fantastycznego ojca, po
        czym nagle nie wiadomo dlaczego kończyło się to i był schlanym obcym
        człowiekiem - no i u "DDA" jest tak, że brak im pewności w miłości, och, a może
        On mnie już nie kocha, itd., cały czas gdzieś obok jest / może być obawa, że to
        na pewno się skończy i to znienacka - chciałam w skrócie to opisać - ale od
        tego właśnie mam mózg, żeby: 1. dowiedzieć się, że tak jest / może być, 2.
        kontrolować / zauważać u siebie takie zachowania 3. mówić o tym mojemu
        Ukochanemu. I w ten sposób sobie radzić. Przecież mogłabym zachowywać się
        oschle wobec mojego męża, odtrącać Go (z obawy przed Jego utratą) i nie
        próbować z Nim o tym rozmawiać - nasze małżeństwo mogłby się bardzo szybko
        skończyć. Ale mogę też w takich sytuacjach przełamać się, przytulić się do
        Niego i opowiedzieć o moich wątpliwościach, zachamowaniach itd. itp. Bo ja sama
        jestem za siebie odpowiedzialna, a nie moi Rodzice.
        Uff. Zawsze, gdy chcę tu na Forum napisać coś dla mnie ważnego, nie chcę
        przynudzać, a potem mam wrażenie, że wszystko potraktowałam zbyt pobieżnie. W
        każdym razie - jeżeli ktoś ma ochotę - podyskutuję o tym jeszcze. Jestem
        ciekawa Waszego na ten temat zdania.

        Pozdrawiam - Onnanohicińska, jak nazwała mnie jedna z Forumowiczek i co bardzo
        mi się spodobało
        • malwinamalwina Re: mamisynek 27.12.01, 15:46
          i swietnie ze sie zdecydowalas na rozpisanie bo mozesz byc pewna ze przynajmniej jedna osoba
          przeczytala cie z UWAGA (i to jaka !) - ja. I popisac bym popisala bo pb nie jest mi obcy (to jest
          eufemizm !).
          maly dodatek - wytlumaczyc nierowne usprawiedliwic.
          ale chyba warto wytlumaczyc bo tzn zrozumiec.
          i moze tu droga do wybaczenia...?
          cos mi sie wydaje (powiesz mi ze to proste rozumowanie ale ale...) ze czego czlowiek nie rozumie tego
          sie boi
          A strach jest zrodlem wszelkich negatywnych dzialan.
          No, ja tu jak sybilla zasuwam...
          I od tematu pierwotnego sie oddalamy.

          Ten temat inspiruje mi cytat ktory mnie dobija : milosc to dac czego sie nie ma temu ktory wcale tego nie
          potrzebuje (jest zreszta inny temat powyzej/ponizej do ktorego to pasuje - o patologicznej milosci
          wykanczajacej)
          No nic moze kiedys wyjde z blednego kola.
          A za glupia i slaba moglabym sie uwazac gdybym byla wyeksponowana na dzialanie ohydnych sil i
          presji w wieku doroslym. Jako dziecko nie masz tej samej obrony, patyk wbity krzywo i rosniesz
          krzywo. Dzis oczywiscie nawet kopem mnie nie zegniesz ale w wieku lat pieciu, dziesieciu, pietnastu...
          Litosci.
          • Gość: dodo Re: mamisynek IP: 209.226.65.* 27.12.01, 16:40
            to teraz ja chwile poprzynudzam, za co z gory przepraszam.
            do swiadomosci, ze jestesmy sami za siebie odpowiedzialni i ze nie da sie
            swoich niepowodzen zwalic na podle dziecinstwo dochodzi sie najczesciej powoli
            i na raty - tak mniej wiecej: kroczek do przodu, dwa kroczki w tyl. to nie jest
            jakas rewelacja, z ktora sie czlowiek budzi ktoregos rana i juz od tego momentu
            wie, co ze soba zrobic.
            jako dzieci wielu z nas dostalo w kosc, czesto tego nie chcemy pamietac,
            wielokrotnie nawet bardzo dlugo nie zdajemy sobie sprawy z tego, ze nasze
            obecne postepowanie jest pochodna jakichs zawichrowan z dziecinstwa. trudno
            wiec wtedy stawiac diagnoze, jeszcze trudniej leczyc zjawisko.
            iluz jest chocby ludzi, ktorzy az do znudzenia powtarzaja "mnie ojciec pasem
            lal i wyroslem na przyzwoitego czlowieka wiec i moim bachorom nic sie nie
            stanie...", bo nawet nie uswiadamiaja sobie jak to "lanie pasem" skrzywilo ich
            na dlugie lata. to tylko przyklad, dosc drastyczny i oczywisty a jest przeciez
            cala masa drobiazgow, polcieni, min i tonow, ktore jakos tam nas skazily gdy
            bylismy dziecmi. zanim sie czlowiek zacznie z tym zmagac, trzeba umiec to
            zidentyfikowac a wielokrotnie jest to o wiele trudniejsze i mniej jaskrawe niz
            np. ojciec alkoholik (ja wcale nie umniejszam przy tym bolu jakim dziecinstwo z
            alkoholikiem byc musialo).
            dla wielu ludzi dziecinstwo jest bagazem, ktorego otwierac nie chca - wola
            targac go ze soba szczelnie zamkniety, bo otwarcie tej puchy pandory grozi ...
            (kazdy sobie musi dopisac sam).
            ja patrze na siebie i oceniam siebie jako matke z nadzieja, ze ten bagaz moich
            dzieci nie jest pelen jakichs podstepnych wezy czy brudnych szmat ale mimo to
            jestem pewna, ze i one przechowuja tam jakies slady moich bledow, idiotyzmow,
            klopotow ze soba czy ze swiatem. i bardzo sie staram wyrobic w nich chec i
            odwage podejmowania tego ryzyka jakim jest kwestionowanie wlasnego dziecinstwa.
            wielu ludzi potrzebuje takiej zachety czy pomocy w otwieraniu tego swojego
            bagazu i moze wlasnie maz autorki tego watku takiej pomocy jeszcze nigdy dotad
            nie uzyskal.
            oczywiscie, jako dorosly facet, nie powinien chowac sie pod spodnica mamusi i
            teoretycznie powinien miec swiadomosc dlaczego krzywdzi zone i dziecko, co
            zrobic ze soba zeby tak nie bylo czyli ogolnie, jak zwalczyc swojego demona
            dziecinstwa. klopot w tym, ze on nawet jeszcze nie wie, ze to jest problem.
            podobnie, jak autorka watku moze jeszcze nie wie dlaczego sposrod ilus tam
            potencjalnych partnerow, wybrala wlasnie tego, co to woli mamusie.
            i tu lezy ten pies pogrzebany (lacznie, wedlug mnie, z ich malzenstwem), ze aby
            cos leczyc potrzebna jest najpierw diagnoza.
            nie kazdego stac na uczciwe spogladanie w lustro i wypunktowywanie ewentualnych
            skutkow przeszlosci - na to trzeba albo odwagi, albo dojrzalosci, albo
            wsparcia, albo wszystkiego razem. wielu ludzi nigdy nie dokona takiego rachunku
            sumienia i nigdy sie nie dowie czemu sa tak nieszczesliwi i jak temu zaradzic.
            bo ja mysle, ze ten maz, co to wrocil do swojej mamy, tez w gruncie rzeczy,
            szczesliwy nie jest (o tym, ze jego zona cierpi, to wiemy od poczatku).
            a wnioski? coz, jak juz wczesniej napisalam - wnioski sa glownie dla nas,
            ktorzy jestesmy badz bedziemy rodzicami:
            zeby nie popelniac bledow jakie na nas popelniono,
            zeby ksztaltowac w naszych dzieciach chec i potrzebe samodzielnego, krytycznego
            myslenia,
            zeby kochac madrze a wiec stawiac wymagania, rzucac wyzwania, pozwalac dzieciom
            odchodzic od nas coraz dalej, coraz dalej z kazdym kolejnym rokiem by ktoregos
            dnia miec poczucie, ze pomoglismy zaistniec jakiemus madremu, pieknemu, dobremu
            i samodzielnemu (!) czlowiekowi.
            to jest cholernie ciezka i odpowiedzialna praca - mama i tata, ale wiele mozna
            sobie pomoc jesli sie uczciwie podsumuje zmagania wlasnych rodzicow z tymi
            obowiazkami.
            sorry, ze takie to dlugasne.
        • Gość: Toi O IP: *.cm-upc.chello.se 27.12.01, 19:57
          Onnanohicinska !!! Nie masz Ty czegos do zrobienia, he??!!
          • malwinamalwina Re: czy to o zwalanie chodzi ? 28.12.01, 10:37
            cos mi sie wydaje ze nie chodzi tu o jakiekolwiek zwalanie winy, bo to bez sensu, nie jestesmy w
            sadzie. Chodzi o to zeby zdac sobie sprawe kto skad dokad dlaczego i po co i swiadomie, posiadajac
            maximum elementow, naprawic to co mozna we wlasnym obecnym zyciu i przebaczyc w koncu tym
            ktorych uwazalo sie za "winnych". Bez akceptacji i przebaczenia niet rownowagi a i
            terazniejszosc/przyszlosc zahipotekowana.
            Ani to ogladanie sobie pepka, ani egocentryzm, po prostu trzeba prawdzie w oczy spojrzec. Tak mi to
            wyglada w moim wypadku - wieeeeloletnie bajki o wlasnym rozowym zyciu i wspanialym dziecinstwie,
            negacja faktow, pomniejszanie ich wagi sprawily ze krzywizna osobowosci nie pozwolila mi na
            prowadzenie zadawalajacego zycia osobistego, az do point de non retour.
            Nie mozna sobie wmawiac ze wszystko gra gdy nie gra, ze zycie jest/bylo cacy i ze tout va bien.
            Nie gra i z tym trzeba nauczyc sie zyc. I to zyc wzglednie dobrze. Innego wyjscia nie ma.

            Bum bum
        • kwieto Zwalanie winy - do Onnanohito 28.12.01, 09:57
          Naprawde swietne! Mam podobne przemyslenia - w koncu ja tez mialem "trudne"
          dziecinstwo - dosc wspomniec dwa rozwody matki, i jeszcze pare innych
          "drobiazgow"... Co nie zmienia faktu, ze nie wplywa to na mnie juz tak
          drastycznie jak niegdys - po prostu zajalem sie sam swoimi problemami.

          I rowniez, za czesto slysze - on taki jest,(ja taki jestem) bo to przez moich
          rodzicow. Zrozumiec - owszem. Ale czasem wszystko, lacznie z glupota tlumaczy
          sie trudnym dziecinstwem - i nic z tego nie wynika. Po prostu - mialem takich
          rodzicow, wiec juz taki jestem (zmieniac sie nie bede) i mam was w nosie - taki
          typ myslenia.

          Przypomina mi sie tu taki rysunek Andrzeja Mleczki - Kobieta lezy
          rozneglizowana w lozku. Mezczyzna, nagi, stoi obok, i ze smutna mina patrzy sie
          w dol, na swojego "malego", ktory jakos nie chce wspolpracowac - po prostu
          zwisa...
          Kobieta mowi: "Alez Jasiu, nie mozesz wszystkiego zwalac na 40 lat komunizmu!!"
    • Gość: maryjo2 Re: mamisynek IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 28.12.01, 00:44
      Przeczytałam bardzo uważnie wszystkie wypowiedzi.One są bardzo celne, bardzo
      prawdziwe i słuszne. Ja przeszłam już w lwiej części wszystko to, co wyżej
      opisują koledzy i koleżanki. Od uświadomienia sobie tego, czego nie dał mi
      rodzinny dom, a czego szukałam po omacku i może za wcześnie w moim małżeństwie,
      do tego kim właściwie jestem, czego szukam w życiu i jakimi wartościami chcę
      sie w nim kierować. To trudna droga i chyba bez końca, choć im dalej się na
      niej jest-tym prościej i mniej boleśnie daje sie pokonać pojawiające się
      przeszkody. Tyle tylko, że to wszystko następuje potem. Ale najpierw jest ból,
      poczucie odrzucenia, i myśl, że może nie jest się wartą miłości. Do tego małe
      dziecko i ta wielka odpowiedzialność za nie, i niepewność "czy sobie poradzę,
      czy jestem dobrą matką?" Nikt na ogół nie wychodzi za mąż z myślą o rozwodzie.
      A jednak czasem okazuje się, że z partnerem, którego się wybrało, nie można się
      w żaden sposób dogadać pomimo, że się go kocha. Niby dobry z niego człowiek, bo
      nie pije, nie bije, a jednak tak naprawdę nie ma go, nie można na niego liczyć,
      nie daje wsparcia. Za to ucieka do mamusi. Idę o zakład, Ona, że Twoja teściowa
      to nad wyraz "pobożna" kobieta. I że w pierwszym rzędzie to ją właśnie
      obwiniałaś za to, co się stało z Twoim małżeństwem. Ja właśnie tak robiłam,
      tłumaczyłam sobie,że to teściowa jest wszystkiemu winna, bo odciąga męża ode
      mnie i dziecka, bo mnie nie lubi, choć i ja starałam sie być dla niej jak
      najlepsza. Trochę racji w tym jest, bo normalna kobieta i matka nie pozwoliłaby
      synowi przesiadywać u siebie w nieskończoność wiedząc, że ten ma żonę i
      dziecko, że ma już własną rodzinę. Ale jak to ktoś wyżej powiedział, każdy
      powinien mieć już w wieku 30 lat swój własny rozum. I na tym etapie nie da się
      zwalić winy za postępowanie dorosłego mężczyzny na jego mamusię. On po prostu
      nie dorósł do roli męża i nie wiadomo, czy kiedykolwiek dorośnie. Pytanie
      tylko - czy chcesz czekać, aż on dojrzeje? A jeśli nie dojrzeje, co wtedy? A
      jeśli nawet zdecyduje sie wrócić, czy cokolwiek miedzy wami sie poprawi?
      Niełatwo zapomina sie wzajemne urazy, wierz mi. Tkwią jak zadra i kolą na samo
      ich wspomnienie. Może tak sie zdarzyć, że Twój mąż prędzej dorośnie do roli
      ojca i na to absolutnie trzeba mu dać szansę, i nie utrudniać kontaktów z
      dzieckiem. Z tego co piszesz wynika, że interesuje się dzieckiem, odwiedza je -
      to jest mimo wszystko pozytywne, to rokuje dobrze dla dziecka. Może to się
      wydać dziwne, ale moje dziecko właśnie dopiero po naszym rozwodzie zyskało
      ojca. Ja straciłam męża, ale czy tak naprawdę kiedykolwiek go miałam? Dlatego
      nie zapominaj, że Ty również masz prawo do osobistego szczęścia i że dla
      tzw. "dobra dziecka" nie musisz go poświęcać. Ale decyzja o rozwodzie z mężem
      musi być Twoja. Musisz wiedzeć na pewno, że tego właśnie chcesz, bo masz już
      dosyć układu, w którym czujesz się coraz bardziej nieszczęśliwa. W tym nikt Cię
      nie może wyręczyć.
      • Gość: Ona Re: mamisynek IP: *.proxy.aol.com 28.12.01, 04:40
        Dziekuje bardzo za wiadomosc, jak rowniez wszystkim za listy. Wiesz, kiedy tak
        czytalam Twoj list, to czulam sie tak, jakbym to ja sama pisala. To wszystko
        tak bardzo sie zgadza z tym co ja czuje i mysle.
        Masz racje, na poczatku bardzo obwinialam za wszystko tesciowa, pozniej jednak
        doszlam do wniosku, ze wlasciwie to nie ona, ale moj maz jest winny, ze nie
        dorosl do roli meza. Nie napisalam wczesiej, ze pozostawil mnie nie tylko z
        polrocznym dzieckiem, ale rozniez wtedy kiedy bylam bardzo chora (przez rok
        bardzo chorowalam). To wszystko jest prawda co przeczylam, ale jest cos z czym
        nie moge sobie poradzic. Otwoz mimo wszystko nie moge zdecydowac sie jeszcze na
        rozwod (po prostu na 100% nie jestem pewna jeszcze, czy tego naprawde chce).
        Jedyne na co sie zdobylam to to, ze po roku, od odejscia meza zlozylam pozew o
        alimenty, poniewaz maz placil na dziecko bardzo nieregularnie i niestety bardzo
        malo (okolo 100 zl, mimo, ze pracuje i niezle zarabia). To, ze nie moge
        zdecydowac sie co dalej, jeszcze bardziej mnie dreczy, czuje sie taka slaba i
        sama wiem, ze w ten sposob sprawiam, ze moj maz jeszcze mniej mnie szanuje
        (wiem to), poniewaz wie, ze mimo wszystko go kocham i ze byc moze wszystko
        bylabym w stanie mu wybaczyc. Nie wiem, ale to wszystko jest takie trudne.
        Bardzo prosze o listy.
        • Gość: Alga Re: mamisynek IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 28.12.01, 21:48
          Kobieto weż się w garść! Masz zamiar tylko jęczęć i czekać na słowa
          pocieszenia? Załóż konto na poczcie i podaj swój adres jeśli naprawdę chcesz
          pogadać! Na forum nie do końca można szczerze rozmawiać.
    • yata Re: mamisynek 30.12.01, 01:00
      Ona,napisz do mnie.Jestem w podobnej sytuacji,z dwojka maluchow.Ich ojciec
      wreszcie spelnia odwieczne zyczenie swoich rodzicow i sie ze mna rozwodzi.Nigdy
      mnie nie zaakceptowali,bo dla mnie wazniejsza byla nasza rodzina,a nie oni.A
      ojciec moich dzieci gdy mowil o rodzinie,to mial na mysli swego tatusia i
      mamusie.Sad przyznal mi spore alimenty,wczesniej przez pol roku bylam bez
      srodkow do zycia(bezplatny urlop wychowawczy,a maz po wyprowadzeniu sie z domu
      nie uznal za stosowne dawac mi jakichkolwiek pieniedzy na zycie,doradzil abym
      wziela sie do roboty-mlodszy syn mial pol roku).Rozwod w toku,niestety,podobno
      bedzie ciagnal sie dlugo.Ja odzylam,wiem ze musze sobie poradzic,nie mam
      zludzen,ze moge liczyc na jego pomoc.Zludzenia mialam,pomocy nigdy,bo on
      stworzony do wazniejszych rzeczy,a nie do domu i rodziny...Z dziecmi prawie sie
      nie widuje,jesli juz wpada,to na kwadrans z ojcem lub(i)matka.Maminsynek
      rozciagniety takze na ojca,jak takiego nazwac????Popapraniec emocjonalny?(za BJ)
      Pozdrawiam cieplo,trzymaj sie
      • Gość: Renka Re: mamisynek czy cos innego.. IP: *.home.cgocable.net 30.12.01, 01:15
        Wybacz, ale cos w tym jest niedobrego.Trzy osoby nie maja racji, wobec jednej,
        ciebie.Dlaczego?Bo dzieci urodzilas? Malzenstwo to nie tylko dzieci splodzic i
        urodzic.Trzeba tez sie zajmowac MEZEM i odwrotnie ZONA, a takze cala plejada
        spraw zwiazanych w ogole z malzenstwem, jak wspolne wychowanie dzieci,Rodzina
        Zony , jak Rodzina Meza, Wspolni i Osobni przyjaciele, Praca Zony , Praca Meza,
        Czas wolny Zony i Czas wolny Meza..itd...itp Gdzies tam sa Pieniadze i meble i
        caly ten balagan materialny, ktory musi byc uporzadkowany , bo uklad sie
        Rozsypie..
        Moze jestem starej daty, ale zawsze radze ludziom przed slubem POZNAC swoje
        Rodziny.One w koncu ich uksztaltowaly i predzej niz pozniej to da o sobie znac.
        • yata Re: mamisynek czy cos innego.. 30.12.01, 01:42
          Renka,znalam jego rodzine przed slubem,widzialam uklady tam panujace,zwrocilam
          uwage na przedmiotowe traktowanie kobiet,role zony(siedziec cicho),ale
          myslalam,ze u nas bedzie inaczej,normalnie...jako narzeczony byl wspanialy,ja
          mloda,glupia,zakochana...wiem ze to moj wielki blad
          • Gość: Renka Re: mamisynek czy cos innego.. IP: *.home.cgocable.net 30.12.01, 03:17
            To stara spiewka.".myslalam, ze ze mna bedzie inaczej. Nie wazne , ze nie
            szanuje mojej rodziny, wazne , ze szanuje mnie...to nic, ze popija sobie po
            pracy codziennie, ma stresy...." Z serii: widzialy galy co braly.
            Mimo tego nie traccie kobitki nadziei, nie zawsze rozwod i rozstanie jest
            najlepszym wyjsciem.Zalezy czyj interes bierzemy pod uwage, czy dzieci, czy
            swoj, czy meza, czy jeszcze co innego.Najlepsze sa kompromisy.
            • maryjo2 Re: mamisynek 01.01.02, 23:45
              Kompromisy nie zawsze są najlepszym rozwiązaniem. Czasami skutkuje tylko
              chirurgiczny skalpel.
            • kwieto Znowu sie czepiam 01.01.02, 23:56
              Kompromisy sa najgorsze. Kiedys na negocjacjach wykladowca podawal przyklad
              kompromisu - jego niedzielne dogadywanie sie z zona co do obiadu. historyjka
              skonczyla sie wzajemnym obrazeniem sie, oraz daniem glownym obiadu,
              wynegocjowanym droga kompromisu De Volai'em - ktorego OBOJE nie znosza...

              O wiele lepszy jest Konsensus...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka