aga-ni
03.08.08, 15:26
Sobota , wcześnie rano, jadę z rodziną zawieść ich na zasłużony
urlop do najpiękniejszych lasów i wodospadów w Polsce. Przed nami
prawie 500 km drogi, niedziałająca klimatyzacja i ponad 80 letnia
babcia, dla której taka trasa jest mega męcząca. Musi być szybko
sprawnie i bez stresów. Samochód na maxa wypchany ludźmi i bagażami.
Jedziemy. Trasa katowicka ,miła rozmowa, dawno się nie
widzieliśmy... I nagle jadąc prawym pasem zauważam wbite we mnie
proszące, brązowe oczy.... To był pies, młody wilczur, siedzący na
pasie zieleni po lewej, między jezdniami. Ktoś go musiał potrącić,
lecz pies siedział , nie mogąc się ruszyć w jakąkolwiek stronę ze
względu na jadące z obu stron samochody.
Pierwsza reakcja - zjechanie na pobocze, tłumacząc rodzinie co było
widać, chęć pomocy...Poczym wyjeżdżam z powrotem na trasę i jadę
dalej- bo rodzina ostro zareagowała mówiąc- daj spokój , ktoś go
weźmie, zawiadomi, gdzie go byśmy wpakowali, nic nie da się zrobić
itp.....
Powrót po jakiś 10 h. Wypatrywanie psa. Świadomość , że skazało się
go na : 1 śmierć w wyniku potrącenia w męczarniach, godzinami, bez
pomocy.
2 śmierć w wyniku niekontrolowanego wyjścia na trasę- niezła opcja
bo zginął szybko ( ale czy nie było konsekwencji w postaci wypadku?!)
3 ktoś mądrzejszy, kto ma serce odpowiednio zareagował. Pies jest
bezpieczny. ( marzenie)
Teraz bardzo mnie boli moja bezmyślność. Można było - albo spróbować
zdjąć psa z tego miejsca, w kamizelce odblaskowej. W ostateczności
zadzwonić na policję- bo nawet jeśli zbagatelizowali by problem
rannego psa, to widmo wypadku, gdy będzie próbował wejść na jezdnię
powinno zrobić na nich wrażenie. Czuję się jak świnia, nie obrażając
oczywiście tych cudownych stworzeń..... Zastanawiam się, jak długo
jeszcze będę czuć się tak jak teraz, jak długo będę mieć wyrzuty
sumienia, i jak bardzo musi boleć nauka na przyszłość, żeby już
nigdy nie zachować się tak jak teraz. Żeby nigdy już nie popełnić
grzechu zaniechania.