mary-beth
25.01.09, 14:39
Witam! Do tej pory nie pisałam na forach w poszukiwaniu rady, rozwiązania
problemów, ale chyba nadszedł czas, że powinnam, bo czuję, że sobie nie radzę.
Może ktoś zechce przeczytać mój wywód i cokolwiek mi doradzi. Sama już nie
jestem obiektywna, nie umiem trzeźwo ocenić sytuacji...
Jestem w kilkuletnim związku. Jeszcze jestem... Za kilka dni bowiem okaże się
zapewne, że to co przez kilka lat budowałam, rozpadnie się jak domek z kart.
Mój związek był szczęśliwy, ale mieliśmy problemy, jak każda para. Kłóciliśmy
się, czasem o bzdety, a czasem o poważniejsze rzeczy. Na pewno różnice naszych
charakterów powodowały sprzeczki. Ja jednak wyzanwałam i wyznaję zasadę, że
jesli jest jakiś problem, to bez sensu udawać, że go nie ma, że wszystko jest
super, ale że należy o tym porozmawiać i go rozwiązać. Tych rozmów z cyklu
poważnych było wiele, inicjowałam je ja, ponieważ z reguły faceci takowych nie
lubią... Moim celem zawsze było rozwiązanie problemu. Głupio to zabrzmi, ale
lwią część tych problemów stanowiła kwestia spędzania wolnego czasu. On zawsze
powtarzał mi, że taki już jest, że lubi się dobrze bawić (w dosłownym
znaczeniu tych słów). Nie widziałam w tym aż takiego problemu, żeby miało to
wpływać na nasz związek. Ale męczące stało się to, że nie można było z nim
osiągnąć kompromisu co do tej dobrej zabawy (dodam, że sama zawsze byłam
towarzyską osobą, ale z czasem to u mnie trochę zmalało). Kolejnym naszym
kłopotem jest to, że on zaangażował się w nową pracę bez reszty. Zaczęła ona
zajmować w jego życiu kluczowe miejsce... Co jakiś czas słyszałam, że jego
praca i znajomi z pracy są dla niego bardzo ważni. Pojawiły się dziwne
tajemnice związane z jego służbowymi wyjazdami czy obowiązkami (gdyby nie
robił z nich tajemnic, to dla mnie byłyby normą). Nie chciał, żebym aplikowała
do jego firmy, gdy bardzo długo nie mogłam znaleźć pracy (myślałam, że gdybym
dostała tę posadę, to aby tylko mieć za co żyć mogłabym tam popracować, a w
międzyczasie szukać czegoś nowego, skoro to byłby dla niego aż taki problem,
ale on uznał, że to nie fair wobec niego...)... Kilka razy zawiódł mnie, nie
będąc przy mnie w ważnych momentach mojego życia. Ale ja pewnie go też
zawiodłam, nikt nie jest ideałem... Jdnak zawsze bardzo się starałam, żeby
nasz związek był udany, ważne było dla mnie jego szczęście, bardzo go kochałam
i kocham nadal...
Zrobiłam kilka rzeczy, które były błędem (chyba teraz muszę to stwierdzić...).
Zrezygnowałam z prestiżowych studiów w innym mieście, by być z nim. Potrafiłam
rezygnować ze swoich planów, by go widywać. A on w tym czasie nie zrezygnował
z niczego i ma swoje życie w takim kształcie, jakie ono było wcześniej...
Wiem, że to były błędy, ale miłość ma jakąś dziwną moc i sprawia, ze potrafimy
robić wszystko z myślą o ukochanej osobie.
Jakiś czas temu (kilka tygodni chyba) okazało się, że on zastanawia się nad
sensem naszego związku. Nawet nie miałam świadomości, że tak jest, bo on nigdy
nie mówił mi o swoich uczuciach, tylko chował je w sobie. To był błąd, bo
gdybym wiedziała, co on czuje, to teraz nie borykalibyśmy się z tymi
problemami. Ja wykazałabym się wększym zrozumieniem, a tymczasem myślałam, że
on te poważne rozmowy traktuje jako moje gderanie i ma wszystko gdzieś. I stąd
mieliśmy tych rozmów tak wiele. Urósł z nich olbrzymi problem, a ja nawet nie
wiem, kiedy to się stało...
Teraz jest tak: on nie wie, czego chce, nie wie, czy nasz związek ma sens, czy
to jest TO... Musi sobie wszystko przemyśleć. Ponad tydzień temu już prawie
doszło do rozstania, ale on chciał, żebyśmy dali sobie kilka dni do namysłu.
Wczoraj była kolejna rozmowa i ja chciałam odejść, bo nie potrafię żyć ze
świadomością, że mogłabym go unieszczęśliwiać, ale on mi na to nie pozwolił,
chciał kolejnych kilka dni... Nie wiem, co te kilka dni może zmienić - albo
się wie, że się kogoś kocha, albo nie... Już dwa razy przeżywałam nasze
ewentualne rozstanie i mam je przeżyć po raz trzeci (bo przecież nie okaże się
za te kilka dni, że nagle zrozumiał, że mnie kocha, że chce ze mną być - to
raczej tlko odwleczenie decyzji w czasie...)... I nie wiem, jak mam to
przeżyć. Nigdy jeszcze nie kochałam nikogo tak jak jego. Nigdy nie myślałam z
taką pewnością, że chcę spędzić z kimś życie... Tak strasznie brakuje mi jego
bliskości (nasze życie intymne było cudowne, idealne...)... A on na pytanie,
czy nie brakuje mu tej bliskości, odpowiedział, że... nie wie. To strasznie
boli...
A propos spędzania życia - tu też tkwi problem. Mimo, że kwestia ślubu
pojawiała się w naszych rozmowach i że on to inicjował, okazało się, że on nie
chce ślubu. Było to dla mnie zaskoczeniem, z tego, co zawsze mówił, wynikało,
że myśli o tym, że zbliżamy się do planowania ślubu. Ale stwierdziłam po
namyśle, że on do tego jednak nie dojrzał emocjonalnie, a ja nie mam zamiaru
zaciągać go siłą do ołatrzai nie chcę być tą, o której on kiedyś powie, że
zmusiła go do ożenku. Być może napatrzył się na innych ludzi, którzy się
rozwiedli i nie chciał, żeby jemu się tak życie zawaliło, a być może ktoś mu
udzelił "dobrej rady"... Bardzo tego chciałam, bo uważałam, że będę dobrą żoną
(nadal to wiem), ale do tego nie można nikogo zmusić. A on się ucieszył na
takie moje stanowisko...
Teraz mam świadomość, że za kilka dni nasz związek będzie przesłością i nie
umiem sobie z tym poradzić. Nadal bardzo go kocham, ale serce mi pęka na myśl,
że on nie wie, czy kocha mnie... Najbardziej boję się, ze popadnę w jakąś
depresję. Dostałam niedawno dobrą pracę, na której mi zależy i ta sytuacja
wpływa już teraz na mnie, a co bedzie, gdy będę musiała nauczyć się żyć
zupełnie bez niego?
Nie wyobrażam sobie, ze jego w moim życiu zabraknie. Tak było między nami
cudownie, że nie umiem o tym ot tak zapomnieć. Nie rozumiem całej tej
sytuacji. Jeszcze w Święta było między nami tak cudownie normalnie, czule i
wtedy nawet bym nie przypuszczała, że za miesiąc będziemy stać przed decyzją o
rozstaniu. Jescze wtedy nawet padł temat wspólnego życia!... A teraz?... Boże,
nie wierzę, że to się dzieje.
Jeśli jest ktoś, kto wie, jak dać sobie radę z rozstaniem, to proszę, niech
odpowie. Nie umiem powstrzymać łez. Nie będę go prosić o to, żeby mnie kochał.
Chyba mam już świadomość, że to nie ma sensu na pół gwizdka, że on musiałby
się teraz mocno zaangażować, udowodnić, że bardzo mnie kocha, że nie wyobraża
sobie życia beze mnie. To cud, który chyba się nie wydarzy. I to tak boli, a
jestem z tym sama. Proszę, niech mi ktoś pomoże...