zly_wilk
23.03.10, 22:52
Polecam bardzo mądry artykuł Barbary Fedyszak-Radziejowskiej.
-----------------------------------------
Barbara Fedyszak-Radziejowska
Równe uprawnienia, czy unifikacja płci?
Kobiety – uciskana klasa społeczna o fałszywej świadomości wdrukowanej
skutecznie przez żądnych władzy mężczyzn.
Kultura patriarchalna – system norm i wartości, w którym mentalność
kobiet-matek zaprogramowano w procesie socjalizacji tak doskonale, że własnych
synów wychowują na swoich panów, a córki na ich służące i to całkowicie poza
świadomością tego, co czynią.
Kobiety i mężczyźni – wynik kulturowej opresji patriarchalnego świata. W
świecie wyzwolonym z patriarchatu stan unifikacji kulturowej i tożsamościowej
osób o różnych cechach biologicznych będzie pełny, czyli doskonały.
Nuda – świat ludzi identycznych.
Jak to w skrajnych doktrynach bywa, likwidacja kulturowej tożsamości kobiet i
mężczyzn oznacza koniec wolności wyboru, koniec prawa do odmienności, czyli
koniec tego wszystkiego, co czyni życie może trudnym, ale inspirującym i
fascynującym. Świat kobiet nieudających mężczyzn i mężczyzn niemających
większych problemów ze swoją odmienną od kobiecej tożsamością wydaje mi się
bardziej interesujący. Zmusza do tolerancji i wzajemnego szacunku, nie
deklarowanego, lecz praktykowanego, bo w moim świecie różnice płci są i mam
nadzieję nadal będą spore, autentyczne i sprawiały będą obu stronom wiele
prawdziwych kłopotów i problemów.
Po wielokroć słyszałam, w reakcji na taki sposób widzenia kobieco-męskich
nierówności, mało sympatyczne komentarze, sugerujące mniej lub bardziej wprost
moją niepełnosprawność intelektualną. I niech tak pozostanie. Wolę taką
niepełnosprawność niż obowiązek równania do męskiego wzorca kariery i stylu życia.
To prawda, że zarabiamy średnio mniej niż mężczyźni i statystycznie rzecz
biorąc nie w każdej instytucji i nie na każdym urzędzie jest nas dokładnie
tyle samo, co mężczyzn. Jeśli istnieje wolność wyboru, to takie różnice są nie
tylko dopuszczalne, lecz także, moim zdaniem, pożądane. Bowiem w nich wyraża
się pluralizm celów, stylów życia i wartości. Są instytucje, w których jest
nas więcej, jesteśmy lepiej wykształcone niż mężczyźni, ale zdaniem
zwolenników unifikacji to tym gorzej. Bo „marnujemy” nasze wykształcenie na
pieluchy i wychowanie dzieci. Przewaga kobiet w „kobiecych” zawodach to też
skandal, bo oznacza, że pozwoliłyśmy się mężczyznom „wepchnąć w gorsze”, bo
niżej płatne zajęcia.
A ja ośmielam się uważać, że człowiek, który zarabia mniej, bo świadomie
wybiera pracę gorzej opłacaną, bo ta nie wymaga pełnej dyspozycyjności, jest
po dokonaniu takiego wyboru równy temu, który wybrał inaczej. Poziom dochodów
nie ma tu nic do rzeczy. Dlaczego kobiece poczucie równości (czy kobiece
poczucie własnej wartości) musi (!) być budowane na jednowymiarowej skali
wartości? Czy męskie wzorce kariery (czyli te statystycznie częściej obecne w
życiu mężczyzn) są z definicji „lepsze”?
Jednowymiarowe hierarchizowanie stylów życia ogranicza pluralizm i bogactwo
wartości. Kobietom należą się równe uprawnienia do kariery, dochodów, władzy,
przedsiębiorczości, ale nie mają obowiązku (!) „równania” do stylu życia i
pracy określanego zwykle jako „męski”, w domyśle – „lepszy”.
Nie widzę powodów, by wartości miękkie, zwane często kobiecymi, traktować jako
„gorsze” od rywalizacji, władzy, kariery, czyli wartości zwanych „męskimi”.
Gdy kobiety wybierają na kilka (kilkanaście) lat dom i dzieci, wycofują się na
emeryturę, by opiekować się starzejącymi się rodzicami, lub podejmują pracę,
niekoniecznie „dyspozycyjną”, więc mniej płatną – statystyki mierzące równość
płci „lecą na łeb na szyję”. Czy to jest katastrofa, czy po prostu równoprawny
wybór?
Więc może wróćmy do rzeczywistości i rozwiązujmy konkretne problemy kobiet,
które w ramach wolności wyboru chcą godzić role macierzyńskie i opiekuńcze z
zawodową karierą i aktywnością publiczną. Nie rzucajmy kobietom ochłapu
parytetów i nie wymyślajmy tego, co już dawno wymyślono. Zróbmy to, co
naprawdę pomaga w godzeniu ról rodzicielskich z zawodowymi.
Po pierwsze, głęboki szacunek dla macierzyństwa i ojcostwa.
Po drugie, polityka rodzinna, a w niej rozwiązania wyrównujące dysproporcje
dochodowe związane z posiadaniem dzieci (emerytury wzbogacone składkami w
okresie wychowawczym, ulgi podatkowe na dzieci, ew. inne formy pomocy).
Po trzecie, przedszkola, ew. żłobki, dodatki dla niań (babć), czyli
infrastruktura usług dla rodziców, którzy role zawodowe i rodzicielskie chcą
godzić.
Żadnych rewelacji, rzeczy podstawowe, bez sugestii, że kobiety potrzebują
parytetowej protezy lub męskich wzorów, bo same z siebie są zwyczajnie do
niczego. Polskie kobiety nie musiały walczyć o rzeczy, które były niedostępne
kobietom w innych krajach; dziedziczyły ziemię, także w chłopskich rodzinach,
prawa wyborcze otrzymały wraz z niepodległością Polski, bez konieczności
demonstrowania i manifestowania na ulicach. Ich zasługi i aktywność w latach
zaborów i okupacji były tak oczywiste, że nie ma powodów wmawiać im, że muszą
walczyć (!) o równe uprawnienia. Te już mają, a unifikacji z mężczyznami wiele
spośród nich po prostu nie chce.
* Barbara Fedyszak-Radziejowska, socjolog, etnograf. Pracuje w Instytucie
Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN oraz na Wydziale Administracji i Nauk Społecznych
Politechniki Warszawskiej.
** artykuł ukazał się w Temacie Tygodnia„Kultury Liberalnej” nr 62 (12/2010) z
23 marca 2010 r.