Gość: Dosia
IP: 195.217.253.*
13.04.04, 16:22
Do zadania takiego pytania sklonila mnie dyskusja na forum kobieta i
definicja feminizmu jaka podal jeden z uczestnikow (wzieta z encyklopedii?).
Wsrod wielu wymienionych rzeczy, o ktore walcza feministki, znalazlo sie
takze prawo do aborcji (w domysle - na zyczenie).
I tu mam dylemat. Zawsze bowiem uwazalam sie za feministke (czy raczej
obronczynie prawa do wolnosci wyboru...), ale nie godze sie na aborcje na
zyczenie. Feminizm rozumiem jako walke o nadanie kobietom (i mezczyznom tez)
prawa do wlasnych, nieskrepowanych wyborow zyciowych. Jednakze uwazam, ze
tam gdzie zaczyna sie czyjes prawo do zycia, konczy sie tym samym czyjes
prawo do wolnego wyboru. Tj. prawo kobiety do aborcji nie moze byc wazniejsze
niz czyjes prawo do narodzenia sie.
Takie mam poglady i mysle, ze myslenie "feministyczne" nie musi z gory
zakladac zgody na aborcje tj. nie powinno sie aborcji wlaczac do paradygmatu
feministycznego. Innymi slowy feministka moze byc zarowno kobieta bedaca za,
jak i przeciw aborcji na zyczenie.
Czy ja sie myle? Czy to, ze jestem przeciwko aborcji sprawia, ze nie moge sie
nazywac feministka?