bene_gesserit
29.04.12, 09:28
Tu krótka recenzja ksiązki Michaela J. Sandel "What Money Can't Buy: The Moral Limits of Markets".
Gdy zamożna para szuka kobiety, która urodziłaby im dziecko, najlepiej pojechać do Indii. Tam cena tej usługi - 8 tys. dol. - jest trzykrotnie niższa niż w Stanach Zjednoczonych.
Chcąc mieć pewność, że nasz lekarz przyjmie nas o każdej porze dnia i nocy, wystarczy zapłacić roczny abonament w wysokości od 1500 do 25000 dol. A ludzkie króliki doświadczalne? Za parę tysięcy dolarów testują na sobie leki dla firm farmaceutycznych. A płatni najemnicy w Somalii i Afganistanie? Można mnożyć przykłady transakcji, które czynią "towarami" rzeczy należące ze swej istoty do innego niż rynkowy porządku: ludzkie ciało, zdrowie, bezpieczeństwo, światopogląd. W Iraku i Afganistanie było więcej prywatnych najemników niż amerykańskich żołnierzy. W Stanach Zjednoczonych i w Wielkiej Brytanii pracuje prawie dwukrotnie więcej prywatnych ochroniarzy niż policjantów. Firmy farmaceutyczne w USA prowadzą agresywny marketing skierowany bezpośrednio do konsumentów. Żyjemy w czasach, gdy prawie wszystko da się kupić. Ale nie dokonaliśmy tego wyboru świadomie.
Gdy skończyła się zimna wojna, mechanizmy rynkowe jakoś samoistnie stały się przedmiotem kultu. Od czasu, gdy Margaret Thatcher i Ronald Reagan przekonali świat, że rynek to klucz do dobrobytu i wolności, nikt nie miał odwagi tego podważyć. Dziś coraz częściej zastanawiamy się, gdzie leżą jego granice. Kryzys, który przyszedł w następstwie nadmiernego zaufania do rynków, nauczył nas podejrzliwości. Przyszedł odpowiedni czas - pisze Michael J. Sandel - żeby zastanowić się, na ile chcemy pozwolić rynkowi rządzić naszym życiem. Potrzebna jest publiczna debata na ten temat. Dlaczego jednak mielibyśmy się martwić tym, że wszystko można kupić? Czy to coś złego?