zly_wilk
24.09.03, 19:31
Nieraz tu naśmiewaliśmy się z braku logiki w feministycznych tekstach. Miło
mi więc było przekonać się, że inni ludzie też dostrzegają to zjawisko.
Pozdrawiam -
_________________________________
LECH STĘPNIEWSKI
Artyści nie muszą myśleć logicznie, ponieważ miewają wizje i przeczucia. W
dodatku logika jest - jak to już objawiły postmodernistyczne feministki -
skrytym wyrazem męskiej agresji i żądzy dominacji, więc szczególnie artystkom
wprost nie wypada się z nią obnosić.
"Wysokie Obcasy" (dodatek "Gazety Wyborczej" dla pań) w numerze z 8 stycznia
2000 r. proponują zabawę w zgadywanie, jaka będzie kobieta XXI wieku. Pisarka
Olga Tokarczuk pisze tak: "Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, to czeka nas
rozwój nauk biologicznych, w szczególności medycyny, i w końcu, przepowiadam,
około roku 2125 nastąpi kres kobiecości". Nie ma co, bardzo dobrze nam
wszystko pójdzie, a nawet znacznie lepiej, bo w tym nowym, wspaniałym świecie
również mężczyźni "będą mogli zajść w ciążę, urodzić i wykarmić dziecko".
Zapewne przy okazji będą się jeszcze samozapładniali - jak tasiemce.
"Oczywiście narobi to dużo zamętu" - dopowiada ze staroświecko kobiecą
delikatnością p. Tokarczuk - "powstaną nowe kierunki filozoficzne, nowe
religie", ale za to "dojdzie do prawdziwego równouprawnienia płci". Jak może
dojść do równouprawnienia czegoś, czego kres właśnie nastąpił, to wprawdzie
nielicha zagadka, ale do roku 2125 zostało sporo czasu, więc ludzkość
niezawodnie zdąży wymyślić jakieś "nowe kierunki filozoficzne", które rzecz
całą pięknie objaśnią. Grunt że "wielu mężczyzn odetchnie z ulgą - milsze
wyda im się chodzenie z dzieckiem na spacer niż walka o pieniądze i
władzę". "Kobiety także odetchną" - bo w żadnym parlamencie nikt ich już nie
będzie zapędzał do garów.
Więc cały ten zamęt, "rozwój nauk", a nawet "nowe religie" tylko po to, bym
mógł pójść ze szczeniakiem na spacer?!!! Owszem, z tym karmieniem własną
piersią to byłaby pewna nowość... Ale czy w takim wypadku nazwanie kogoś
mężczyzną rodzącym, karmiącym i wychowującym dziecko nie przypomina aby
twierdzenia, że herbatę można słodzić nawet solą, jeśli tylko wcześniej
dzięki skomplikowanym zabiegom chemicznym uczyni się tę sól nieodróżnialną od
cukru?
Z sekretami płci p. Olga Tokarczuk ma zresztą największe kłopoty. Za głupie
pięćset lat - wróży zrazu - i tak odkryjemy, że "płeć jest tylko cechą
biologiczną, z którą się rodzimy, jak kolor skóry czy kolor oczu". A już w
następnym akapicie z anachronicznie kobiecą niekonsekwencją odkręca tę
wróżbę: "«Płeć jest wytworem umysłu» - tak będzie brzmiało pierwsze zdanie
podręcznika wychowania seksualnego".
Więc jak właściwie wygląda sprawa z tą płcią? Czy to cecha biologiczna, "z
którą się rodzimy", czy tajemniczy "wytwór umysłu"? Bardzo proszę się
zdecydować w imię Jednolitej Teorii Świetlanej Przyszłości! Chyba że p.
Tokarczuk ma na myśli Umysł Boży, ale wtedy jej wizyjny cytat pochodzi raczej
z przyszłego podręcznika wychowania religijnego.
Ponieważ, nie ukrywam, zafrapowała mnie ta nie dająca się wtłoczyć w ciasne
przegródki logiki kobieca wyobraźnia, postanowiłem odrobić swe kulturalne
zaległości i sięgnąłem po jedną z książek Olgi Tokarczuk. Wybrałem nie
pierwszą lepszą, ale "Prawiek i inne czasy", która m.in. dostała nagrodę
Kościelskich i nominowana do NIKE 97' wygrała plebiscyt czytelników. Jej
drugie wydanie ukazało się w wydawnictwie W.A.B w 1998 roku.
Jako że niżej pozwolę sobie na kilka niewinnych złośliwości, najprzód powiem
tak: jest to bardzo ładna książka, zgrabnie napisana i czas przy jej czytaniu
miło płynie. Klarowna narracja, zajmujące historie, no i - co nie najmniej
ważne - żadnych zwariowanych eksperymentów na żywym czytelniku!
Owszem, znać że autorka pilnie terminuje - przede wszystkim u Hermana
Hessego - ale to żaden wstyd; dawniej artyści tak właśnie okazywali swój
szacunek dla solidnego rzemiosła, a i sam mistrz też przecież wysokiej miary.
Lecz książki jego są już dzisiaj dla telewizyjnego ludu chyba trochę za
trudne i odniosłem wrażenie, że p. Tokarczuk postanowiła dać nam Hessego w
wersji uproszczonej i w krajowych dekoracjach.
Do wytwarzania atmosfery swojskości służą zwłaszcza postaci-klisze: Mądry
Rabin, Pazerny Ksiądz, Stara Wariatka, Miejscowa Jawnogrzesznica, Dziedzic
Cierpiący na Spliny etc. Jest też w opowieściach "Prawieku" szczypta
Poetyckiej Metafizyki, Ludowe Bajędy, nieskomplikowane aluzje do Kabały,
jungizmu, czy wreszcie Pouczająca Gra z okruchami niby-Gnostyckiej Teologii.
Nie za dużo, by nie zmęczyło, ale w sam raz, by było głęboko i kulturalnie.
Pewne pojęcie o tej strategii pisarskiej może dać choćby taki oto cytat:
"Izydor wypożyczał tylko książki z Feniksem [z przedwojennej biblioteki
miejscowego dziedzica] i znak ten stał się marką dobrej książki. Niestety,
szybko się zorientował, że cały zbiór książek zaczyna się od litery L. Na
żadnej z półek nie znalazł autorów o nazwiskach od A do K. Czytał więc Lao-
cy, Lenina, Leibniza, Loyolę, Lukiana, Marcjalisa, Marksa, Meyrinka,
Mickiewicza, Nietzschego, Orygenesa, Paracelsusa, Pitagorasa, Porfiriusza,
Platona, Plotyna, Poego, Prusa, Pitagorasa, Quevedo, Rousseau, Schillera,
Słowackiego, Sokratesa, Spencera, Spinozę, Szekspira, Swedenborga,
Sienkiewicza, Towiańskiego, Talesa z Miletu, Tertuliana, Tomasza z Akwinu,
Verne'a, Wergiliusza, Woltera. A im więcej czytał, tym bardziej brakowało mu
autorów początkowych liter: Augustyna, Andersena, Arystotelesa, Awicenny,
Blake'a, Chestertona, Dantego, Darwina, Diogenesa, Eckharta, Eriugeny,
Freuda, Goethego, Grimmów, Heinego, Hegla, Hoffmana, Homera, Hölderlina,
Hugo, Junga, Klemensa. Przeczytał też w domu encyklopedię powszechną, lecz
nie stał się przez to ani mądrzejszy, ani lepszy" (s. 243-244).
Oczywiście, wszystkie te nazwiska to jedynie porozkładane martwe rekwizyty i
próżno byłoby na przykład pytać autorkę, w jakim języku Izydor (który liznął
wyłącznie, jak wynika ze stron 213-214, odrobinę niemieckiego) czytał
przedwojenne wydania Paracelsusa, Porfiriusza albo Plotyna. Niemniej nie
zostały one wypisane na łapu-capu: jest to najwidoczniej zestaw przeznaczony
dla czytelnika, co przełknie gładko, że między "dobre książki" policzono tu -
obok Szekspira i Homera - także Lenina i Marksa, a przy tym nie zapyta,
dlaczego w takim razie brakuje Hitlera albo Mussoliniego.
Szkoda też, że ów wielki popis erudycji został sporządzony bez zaglądania
do "encyklopedii powszechnej". Wcześniej podobne zaniedbanie skończyło się
błahą literówką w nazwisku Machiavellego (s. 78), teraz zaś wpadka jest już
kompromitująca. Trudno bowiem rozczytywać się dziś w Diogenesie czy w Talesie
z Miletu, skoro ocalała po nich zaledwie garstka niepewnych przytoczeń oraz
anegdot. Natomiast z Pitagorasem prawdopodobnie, a z Sokratesem na pewno,
nawet i to nigdy nie było możliwe - ponieważ obaj po prostu niczego nie
napisali!
Równie niefrasobliwie Olga Tokarczuk układa swoje przypowieści. W
rozdziale "Czas sadu" opisuje "dwa czasy, które przeplatają się i następują
rok po roku. To czas jabłoni i czas grusz". W roku jabłoni wszystko się
zmienia i chwieje w posadach. Ludzie "podejmują ważne decyzje [...]. Powstają
nowe idee. Zmieniają się rządy. Giełdy są niestabilne i z dnia na dzień można
stać się milionerem albo stracić wszystko". W roku grusz - przeciwnie. Owoce
pięknie dojrzewają, nasiona dają tłuste plony. "Ludzie myślą o budowie domów
[...], ale nie biorą się do roboty". Jest tak dobrze, że "wzmacniają się
rządy", "banki wykazują ogromne zyski, a w magazynach wielkich fabryk
zalegają towary" (s. 191).
Istna Kraina Pieczonych Gołąbków, ale jeśli w magazynach "zalegają towary",
to przecież znaczy, że akurat jest kryzys, albo też fabryka wyrabia okropną
tandetę! Pocieszny błąd! Jednak z drugiej strony: czy artystka powinna