nikodem_73
01.08.09, 04:05
Od pewnego czasu "prześladują mnie" żeńskie formy nazewnictwa zawodów.
Pomijając neologizmy (te jeszcze jakoś znoszę), to neosemantyzmy mną z lekka
"trząchają". No ok... premierzyca (a dlaczego nie premierka?), ministra
(dlaczego nie ministerka?), psycholożka... Dziwne (pewnie bo nowe), ale ok,
niech będzie. Ale co z nazwami zawodów, gdzie żeńskie formy już są zajęte i
pojawiają się neosemantyzmy? Oficerka (a może oficerzyca?), tokarka (a może
tokarzyca?), pilotka (pilota?), kominiarka (kominiarzyca?), kierownica
(kierowczyni?), maszynistka, frezarka (frezarzyca?). A co z tymi, które po
prostu śmiesznie (to wględne) brzmią? magisterka (magisterzyca?),
doktorka (doktorzyca?), fizyczka, prezeska, prezydentka, górniczka, hutniczka,
spawaczka, drwalka, chirurżyca etc.
Czy nie sądzicie, że rozsądniejszym byłoby dążenie do "odpłciowienia" tych
nazw w miejsce tworzenia nowych bytów? W końcu zdania "Sędzia odczytała
wyrok", "Pilot wykonała lot", czy "Oficer oddała 7 strzałów ostrzegawczych"
nie brzmią jakoś strasznie pokrętnie. I chodzi mi właśnie o unikanie owego
"pani" na początku. W końcu nikt nie mówi "Pan sędzia odczytał wyrok", a
dodawanie owej "pani" na początku niewiele się różni od "rodzajowania" zawodów.
Idąc tropem słowotwórstwa można wbić się w małe bagno. No bo jak będzie np.
wyglądała męska forma od prostytutka? Prostytut? A przedszkolanki (tak, wiem,
że formalnie to dziewczynka uczęszczająca do przedszkola, ale chodzi mi o
potoczne rozumienie tego słowa)? Przedszkolanek? A to tylko przykłady, które
właśnie wpadły mi do głowy. A w końcu można stwierdzić, że nadawanie
rodzajowych nazw przedmiotom też jest "niefajne". "Dlaczego komputer jest
rodzaju męskiego, a miotła żeńskiego?". Wiem, brzmi to absurdalnie. Tyle, że
wg mnie jest to naturalne następstwo tego rodzaju poprawiania języka. Jak już
"poprawimy" wszystkie możliwe nazwy zawodów to co? "Walka płci" nagle
wygaśnie? Śmiem wątpić.
Nie bez znaczenia wydaje też mi się fakt, że takie podkreślanie swojej
odrębności płciowej trąci z lekka szowinizmem. Dla mnie to coś tak jakby Jan
Maria Rokita każdą wypowiedź rozpoczynał od "jako mężczyzna...". Trochę
śmieszne, trochę żenujące, a trochę dziwne.
Bo przecież nie chodzi o to aby uświadomić odbiorcy jakiej płci jest dana
osoba? Prawda? To przecież i tak to wynika z budowy zdania. Czasowniki (w
czasie przeszłym) naprawdę nieźle determinują płeć.
PS. Ten post napisałem zupełnie serio. Bez chęci wywołania jakiegoś flame'a,
czy jakiejkolwiek uszczypliwości. Prosiłbym o takież odpowiedzi.