fajny-tygrysek
31.08.11, 15:12
Witam Was wszystkie. Piszę to dla Was jako podziękowanie za to forum w trudnych dniach, za pomoc i silę jaką ono mi dawało.
W czerwcu 2009 roku przeszłam przez ciąże pozamaciczną. W trzydziestym dniu cyklu wyszedł mi pozytywny test ciążowy, nie miałam żadnych typowych objawów. Byłam u gina, który na podstawie mojej relacji stwierdził, że to chyba ciąża i kazał przyjść za dwa tygodnie. Powiedziałam mu, że jest jakoś dziwnie bo nie mam żadnych objawów. Miałam już wtedy trzyletnią córeczkę i pamiętałam, że wtedy było mi niedobrze jeszcze zanim test wyszedł mi pozytywny. Wzruszył jedynie ramionami i kazał się cieszyć. Po tygodniu wybrałam się prywatnie na usg, Pani doktor stwierdziła pęcherzyk ciążowy, ale nie widziała jeszcze zarodka, kazał przyjść za dwa tygodnie. Ja na tym usg nie widziałam nic, a pamiętałam że poprzednio pęcherzyk był czarną dziurą z czymś w środku. Ciągle nie miałam żadnych objawów i pobolewał mnie brzuch. Po tygodniu brzuch bolał mnie jeszcze bardziej, w związku z czym poszłam ponownie na usg do tej samej Pani dr. Powiedziałam, że boli mnie brzuch, że nie mam żadnych objawów ciążowych. Zrobiła mi usg i powiedziała, że tym razem nie stwierdza uwidocznionego poprzednio pęcherzyka. Powiedziała, żebym zbadała bhcg w odstępie 48 godzinnym i czekała. Akurat było Boże Ciało i długi weekend, ale powiedziała, że mnie nic z tego powodu nie grozi, spokojnie mogę czekać z badaniem do poniedziałku i środy.
Brzuch bolał mnie nadal, pojawił się także ból w krzyżu. Na własną rękę, w świąteczny poranek zrobiłam badanie w Szpitalu Orłowskiego - bhcg ponad 30 000. W sobotę powtórzyłam badanie - niestety tylko 39 000. W sobotę wieczorem pojechałam na izbę przyjęć do szpitala na Starynkiewicza. Powiedziałam, że mam chyba ciążę pozamaciczną. Lekarz popatrzył na mnie jak na idiotkę. Pokazałam mu wyniki badań... Zbadał mnie, zrobił mi usg i było wszystko jasne. Zobaczył ciąże po lewej stronie, nie był jedynie pewien czy na jajniku, czy w jajowodzie. Ciąg dalszy taki jak u Was wszystkich. Morze łez, wielka tragedia, do tej pory nie potrafię zrozumieć dlaczego moje dziecko nie dotarło tam gdzie powinno. Czekałam do poniedziałku na zabieg, miałam laparoskopię, wycięto mi fragment jajnika, jajowodu nie dotykano.
Po powrocie ze szpitala przeryczałam wiele dni, przeczyłam całe Wasze forum wzdłuż i wszerz, szukałam pocieszających historii, happy endów. Brzuch szybko się zagoił, serce do tej pory nie. Po pół roku ponownie byłam w ciąży i ponownie ją straciłam, tym razem nawet nie widziałam jej na usg, a wspomnieniem po niej są jedynie dwa pomiary bety...
Potem spotkałam dr Jerzak... Bardzo szybko mnie zdiagnozowała, szybko byłam w kolejnej ciąży. Nie powiem, że było łatwo. I przed i w trakcie aż do porodu towarzyszył mi lęk. Całą ciążę przyjmowałam mnóstwo lekarstw..., końcówkę przeleżałam. Ale było warto. W grudniu tuż przed gwiazdką urodziłam kolejną córeczkę. Dziś ma 9 miesięcy i właśnie zżera zasilacz od laptopa.
Głowy do góry...będzie dobrze. Nic i nikt nie zastąpi Wam dzieci, które straciłyście, kolejne którym będzie dane się urodzić nie będą zamiast nich...Ale czas na prawdę leczy a raczej zalecza rany, chociaż do dziś 1 listopada zapalam dwie lampki na tarasie...