ldmochowski
10.06.11, 14:56
My, lekarze
Moja Corolla spotkała się z TIR-em. To, co nastąpiło potem - dwie operacje i pobyt na kilku oddziałach - nasunęło mi pytania, na które może powinniśmy my, lekarze, poznać odpowiedź.
Czy człowiek po poważnym urazie ma szansę wyzdrowieć w naszych szpitalach tak szybko jak powinien ze względu na naturalny przebieg gojenia i procesów naprawczych, tak szybko jak przebiega proces gojenia po zabiegach operacyjnych? Na ile proces leczenia i rekonwalescencji przedłużają lekceważenie zasad, błędy, ignorancja, niechlujstwo i bezwładność naszej służby zdrowia? I kolejne pytanie: o ile mniejsze szanse na wyzdrowienie po urazie ma "zwykły człowiek", bez kolegów, znajomych, którzy pomogą - nie w załatwieniu skomplikowanych procedur, ale w zwykłym przetrwaniu.
Złota godzina
Odliczanie złotej godziny rozpoczyna się w momencie zaistnienia urazu. Trwa ona, jak każda godzina, 60 minut, a to, co uda się w niej zmieścić ma istotne znaczenie dla późniejszego rokowania. Ile udało się zmieścić w mojej - nie wiem.
Nie pamiętam nic z okresu okołowypadkowego. Myślę, że ze względu na remonty dróg czas dojazdu karetki mógł wynosić do 30 minut i był niezależny od dobrej woli Pogotowia; podróż do szpitala też chyba nie była łatwa; i może to właśnie na tych podróżach minęła moja złota godzina?
Po przywiezieniu do szpitala zaczęła się dalsza część leczenia i diagnostyki. Po około czterech godzinach od wypadku nadal trwały moje wycieczki pomiędzy poszczególnymi pracowniami diagnostycznymi - zaczynały się dreszcze, ból, pojawił się strach o to, co będzie dalej i o to, czy w danej poczekalni (gabinecie?) ktoś przy mnie czuwa. Pamiętam radość, kiedy udało mi się przekonać dyżurnego chirurga z IP do samodzielnego zeszycia powieki, bez odsyłania mnie do okulisty (zrobił to naprawdę świetnie, po zdjęciu szwów nie ma śladu po ranie!). Zaoszczędziłem co najmniej godzinę. Ale w tym samym czasie zaoszczędzono na mnie bandaż elastyczny i może chustę trójkątną - mimo ewidentnych objawów złamania kości ramiennej, przez cały czas aż do zabiegu operacyjnego nie dorobiłem się żadnej stabilizacji ramienia. O rękę musiałem dbać sam. Na szczęście byłem już w miarę przytomny i świadomy sytuacji.
Diagnostyka
W ramach wstępnej diagnostyki zaliczyłem CT głowy, klasyczną radiologię, badanie ultrasonograficzne jamy brzusznej. Dzięki działaniu leków przeciwbólowych z karetki (i chyba endorfinom) podczas próby wykonania zdjęcia bocznego kręgosłupa pięknie współpracowałem - co prawda nie dałem rady zgodnie z sugestią technika radiologii położyć złamanej ręki nad głową, ale wziąłem ją w drugą - tę zdrową - i uniosłem do pionu (wykonalne dzięki brakowi unieruchomienia), uwidoczniając odcinek Th-L kręgosłupa. Następnie była kolejna podróż na Izbę Przyjęć, i znowu wycieczka do Pracowni CT (tym razem kręgosłup i staw barkowy). Potem znowu izba przyjęć, celem umycia i zeszycia.
Do wdrożenia drugiego etapu diagnostyki musiały minąć dwie doby Zespolenie śrubą złamanej kości ramiennej utrudniło podjęcie decyzji o wykonaniu MRI złamanego kręgosłupa. I w tym momencie okazało się o ile większe szanse na wyzdrowienie ma lekarz. Pracownia rezonansu magnetycznego mieszcząca się w tym szpitalu jest zakładem prywatnym, dzierżawiącym tylko pomieszczenie, szpital wykonuje badania rezonansu wożąc pacjentów do zakładu w innym szpitalu, chociaż trudno to pojąć. Kolejna podróż karetką ze złamanym kręgosłupem może się skończyć, i mogła się dla mnie skończyć, trwałym kalectwem. Dzięki koledze - szefowi pracowni MRI - miałem to badanie wykonane od ręki i na miejscu. Pozostał jeden szkopuł - dyrektor szpitala wystosował pismo, że nie zapłaci za to badanie i jego kosztami należy obciążyć lekarza kierującego (cena badania w tej pracowni jest niższa niż w miejscu, gdzie pacjenci wożeni są normalnie).
Zespolenie złamania
Szpitalny wózek, łóżko, sala chorych, oczekiwanie na zabieg i wątpliwości, czy jeszcze "coś nie wyskoczy". A jeśli jest się lekarzem, to wie się, czego można się spodziewać... Boli nadbrzusze i boli "gdzieś z tyłu", więc pojawia się skądinąd uzasadnione pytanie, czy nie doszło do uszkodzenia trzustki. Pomysł i "własną inicjatywę diagnostyczną" zweryfikuje czas - koledzy ortopedzi nie badają brzucha ani nie oznaczają diastaz - dowiaduję się, że aby je zlecić, potrzeba konsultacji chirurgicznej - może im nie wolno, może ordynator nie pozwala - całkiem możliwe. Może dlatego, że w zasadzie wszystko mnie boli, a może dlatego, że akurat otrzymałem coś przeciwbólowego - robi mi się wszystko jedno. Ale gdzieś w podświadomości lęk zostaje - widziałem już kilka pourazowych zapaleń trzustki i wolałbym, aby ewentualne rozpoznanie było postawione wcześniej niż później.
Wreszcie zabieg operacyjny - zespolenie kości ramiennej i powrót na salę. Tu zaczyna się okres pełniejszej świadomości, pełnego odczuwania bólu. A boleć musi i ty[b]le. Jak powszechnie wiadomo ból wynika z nadmiernego litowania się nad sobą i generalnie jest nieszkodliwy, nie generuje powikłań i niekorzystnych konsekwencji, w przeciwieństwie do silnych leków z grupy opioidów, które:
* mogą spowodować depresję ośrodka oddechowego, a więc śmierć,
* nawet w pojedynczej dawce mogą uzależnić i spowodować w efekcie śmierć na samym dnie społeczeństwa,
* petydyna (dolargan) w dawce 100mg iv. działa dokładnie przez sześć godzin i ani chwili krócej,
* są złe, prawdopodobnie są gdzieś daleko w kasetce i trzeba po nie iść, pewnie daleko,
* a morfina prawdopodobnie jest jeszcze bardziej szkodliwa
Natomiast metamizol (pyralgina) jest:
* bezpieczna w każdej dawce ( 4 x 2,5g iv.),
* ma działanie wprost proporcjonalne do dawki - dlatego właśnie podaje się 4 x 2,5g,
* ale 4 x 2,5g = 10g, a maksymalna dawka dobowa dla metamizolu w Polsce wg danych z rejestracji wynosi 5 gramów! Odwaga? Brawura wynikająca z niewiedzy i postępowania rutynowego? Chęć pomocy za wszelką cenę? Na szczęście moja wątroba i szpik tę pomoc wytrzymały.
Leżąc w łóżku człowiek traci poczucie co faktycznie jest bólem Według definicji "Ból jest to nieprzyjemne doznanie zmysłowe i emocjonalne związane z aktualnie występującym lub potencjalnym uszkodzeniem tkanek, albo opisywane w kategoriach takiego uszkodzenia". A ból bywa bezwzględny i obiektywny szczególnie, gdy jest źle leczony. Odwiedzająca mnie żona zauważała, że po podaniu dolarganu (niestety w bolusach co 6 godzin - a podręcznikowy czas działania wynosi 2-4 godziny, w rzeczywistości bliżej 2-3 godzin) robiłem się spokojniejszy, odzyskiwałem kolory i zaczynałem lepiej oddychać. A więc podróżowałem w klasyczny sposób pomiędzy bólem, który oceniłbym w skali VAS na 8-9, a sedacją i snem. O PCA lub innej bardziej skutecznej formie podaży mogłem sobie pomarzyć. Tak na marginesie, nie monitorowano u mnie równowagi kwasowo zasadowej ani prostej saturacji. Wracając do kwestii analgezji - nie pomagały dzwonki co 5 minut, nie dało się doprosić konsultacji anestezjologicznej (w końcu kiedyś przyszedł anestezjolog, ale w skuteczności leczenia nic to nie zmieniło), wreszcie drugiego wieczoru podłączono mi butelkę z placebo - z wielkim napisem MORFINA. A może była tam morfina, tyle że w dawkach homeopatycznych? W tym momencie zaznaczyła się korzyść bycia lekarzem i bycia anestezjologiem. Wiedząc, że trzeba się ruszać, że trzeba oddychać, że ból niesie szereg niekorzystnych reakcji patofizjologicznych - mogłem o siebie zadbać: o przyrząd do rehabilitacji oddechowej typu balonik na sondzie grzecznie poprosiłem, do pewnej aktywności starałem się jakoś zmotywować, a leki przeciwbólowe w końcu, po wezwaniu pomocy, po prostu miałem (istnieje na szczęście coś takiego jak apteki otwarte i recepty)... Wreszcie miałem poczucie bezpieczeństwa i choć jedną w miarę przespaną noc. Szczególnie fajne jest we wspomnieniach nabieranie morfiny do strzykawki o trzeciej w nocy przy pomocy 1,25 ręki i przy świetle ekranika telefonu komórkowego. Ale jaka ulga, gdy wreszcie można swobodnie wciągnąć powietrze do płuc! I jaka satysfakcja, że jest