gdotb
23.10.04, 12:26
Witam.
Rowniez mam niemile doswiadczenia (ciagle jeszcze w toku) z bylym pracodawca.
Ale na pocieszenie - nie kazdy Burak-Szef rezyduje w Polsce. Moj Czeresniak
jest Nowozelandczykiem na stale zamieszkalym w Kraju Kangura. I nie jest wcale
Czeresniakiem - niezwykle inteligentny, blyskotliwy, utalentowany - niestety,
do bolu zaklamany.
Moja, nazwijmy to przygoda, zaczela sie w lipcu zeszlego roku, kiedy
rozpoczalem wspolprace, jako wolny strzelec programista-grafik, z firma
Australijska, MykMyk. Poczatki byly slodkie niczym wata cukrowa. Mieszkalem w
Polsce, robilem projekty, wlasciwie jeden projekt, dla Australijczykow.
Zaplaty zadnej nie dostawalem, bo to wszystko szlo na moje konto, to znaczy
bylo 'w pamieci', zebym mial za co zyc, jak juz wyladuje w Australii.
Wlasciwie w tym samym okresie, kwestia kilku dni, rozpoczalem wspolprace z
dwiema firmami z Australii, dziwnym trafem z tego samego miasta. Druga firma,
powiedzmy CykCyk, ze wspolpraca byla na tyle zaangazowana, ze postanowili mnie
zatrudnic na stale i na miejscu (czyli w Australii). Rozpoczalem starania o
wize pracownicza, ale czas uciekal, pieniadze uciekaly, a klopoty rosly.
Najprostszym sposobem na dostanie sie tam okazalo sie wykupienie kursu w
szkole jezykowej. Wg planu mialem jechac jako student, pracowac pol etatu,
uzbierac pieniadze, zatrudnic adwokata w celu przemianowania wizy (wszystko z
pomoca firmy CykCyk) i cieszyc sie zyciem w goracej Australii.
Na poczatku stycznia zeszlego roku wsiadlem na poklad samolotu, ktory
przeniosl mnie w komfortowym stylu: bole w krzyzu z powodu siedzenia w sekcji
'economic' rekompensowalo mile towarzystwo wspolpasazerow, cholernie mile
pogawedki z whisky, wrecz potyczki slowne z piwem. Nie byla to zreszta moja
pierwsza podroz do Down Under wiec i przygotowany bylem psychiczne i fizycznie
(cwiczylem podnoszenie piw z przyjaciolmi przed wyjazdem) do tego
27-godzinnego wojazu.
Musze tu jeszcze wspomniec o moim ex-pracodawcy z Polski. Kiedy rozpoczalem
poszukiwanie pracy za Wielkimi Wodami, ciagle pracowalem w firmie prowadzonej
przez Bratanka (Polak i Niemiec, dwa Bratanki). Chlopak w moim wieku, ktoremu
tatus zafundowal firme w Polsce, nie znajacy sie na niczym, ale ciagle
powtarzajacy "jestem perfekcjonista i to MENU na srodku ekranu wydaje mi sie
przesuniete o dwa piksele w lewo". Temat Szefa-Bratanka to zupelnie osobny
dzial: ten to naprawde byl (jest) Dilbert-Burak z prawdziwego zdarzenia. Moj
bauer za bardzo sobie chyba do serca wzial bycie bauerem i pracownikow
traktowal jak gastarbeiter'ow wg starej, dobrej szkoly SS i Wehrmachtu.
Wiec kiedy pozegnalem te firme, wsiadlem do samolotu w srodku zimy, wysiadlem
w tropikach Australii - nowy etap mojego zycia zostal rozpoczety.
Dopisze reszte kiedy indziej. Dzis mialem kolejna potyczke z firma MykMyk,
ciagle jeszcze mam nerwowy tik, poza tym pozno jest - ide spac.