Gość: eco
IP: *.internetdsl.tpnet.pl
29.09.05, 07:57
Robotni bezrobotni
Daliśmy sobie wmówić, że Polska jest krajem katastrofalnego bezrobocia
W rzeczywistości jest ono niższe o jedną trzecią od oficjalnego i
porównywalne z bezrobociem w Europie Zachodniej.
Sławek na kuroniówce jest od miesiąca, po tym jak stracił pracę w firmie
budowlanej. Ale nowej roboty nawet nie szukał - sama go znalazła i z
rodzinnego miasta w Świętokrzyskiem wyciągnęła do Warszawy. Teraz jako złota
rączka nie może opędzić się od szczęśliwych posiadaczy używanych mieszkań,
którzy na gwałt chcą odnowić lokum. - Bo ja i pomalować mogę, i hydraulikę
zrobię - mówi. Oczywiście tanio, bo na czarno.
Dzięki szarej strefie utrzymuje się również Maryla - samotna matka z dwójką
dzieci. Na bezrobociu jest od tak dawna, że nawet dokładnie nie pamięta,
kiedy pracowała legalnie. Jakoś sobie radzi, mimo że mieszka w małym
miasteczku na południu Mazowsza. Szyje, sprząta, wynajmuje się jako opiekunka
do dzieci.
Co daje bezrobocie
Dla obojga - Sławka i Maryli - bycie oficjalnie bezrobotnym jest niezwykle
istotne. Dla Sławka liczy się przede wszystkim zasiłek - to zasadnicza
korzyść. Otrzymują go wyłącznie ci, którzy w ciągu ostatniego półtora roku
przepracowali co najmniej rok i powiatowy urząd pracy nie ma dla nich żadnej
propozycji pracy ani szkolenia. Standardowa wysokość zasiłku to 521 złotych i
90 groszy brutto.
Czas wypłaty zależy od tego, jak wysokie bezrobocie jest na danym terenie.
Zasada jest taka, że im bezrobocie wyższe, tym zasiłek dostaje się dłużej -
przez pół roku, rok, a maksymalnie nawet półtora. W tym czasie bezrobotny co
najmniej raz w miesiącu musi meldować się w urzędzie pracy na jego wezwanie.
Ale zasiłek to luksus, z którego korzystają nieliczni. Aż 87 procent
bezrobotnych w Polsce nie ma do niego prawa. Mimo to nawet nie myślą o
wyrejestrowaniu się. Dla nich bezcenną korzyścią jest prawo do leczenia się w
bezpłatnej służbie zdrowia. Poza tym zgodnie z ustawą o pomocy społecznej
status bezrobotnego jest jednym z warunków, dzięki któremu można otrzymać
pomoc socjalną, na przykład pieniądze na wyprawkę dla ucznia.
Zostanie bezrobotnym jest dziecinnie proste. Wystarczy pofatygować się do
urzędu pracy, wypełnić krótką ankietę, przedstawić świadectwo pracy lub
ukończenia szkoły czy uczelni.
Rejestracja to nie wszystko
Według oficjalnych statystyk Głównego Urzędu Pracy do końca sierpnia 2005
roku zarejestrowanych bezrobotnych było 2,783 miliona Polaków, czyli 17,8
procent aktywnych zawodowo. Ale czy rzeczywiście aż tylu Polaków nie ma z
czego żyć i gdzie pracować? Jeśli tak, to jak wygląda ich życie? A jeśli nie,
to jakie stosują sposoby, aby utrzymać się na powierzchni? To właśnie
postanowili sprawdzić autorzy "Diagnozy społecznej 2005" - projektu
naukowego, który ma odpowiadać na pytanie o warunki i jakość życia Polaków w
2005 roku.
Wzorem dwóch poprzednich edycji z 2000 i 2003 roku ankieterzy przyszli do
tych samych respondentów. Pozwoliło to na wychwycenie zmian. W marcu tego
roku odwiedzili reprezentatywną ogólnopolską próbę - ponad 3,7 tysiąca
gospodarstw domowych. Anonimowe ankiety wypełniło ponad 8,6 tysiąca osób w
wieku od 16 lat. Odpowiadali między innymi na pytania o to, czy są
bezrobotnymi zarejestrowanymi w urzędzie pracy, jak długo i czy w ogóle biorą
zasiłek, czy zajmują się jakąkolwiek pracą zarobkową oraz czy szukają pracy
bądź mają taki zamiar.
Po przeanalizowaniu odpowiedzi okazało się, że stopa bezrobocia jest niższa
od tej, jaką ogłosił GUS. Według "Diagnozy..." w marcu 2005 roku - kiedy
projekt realizowano - zarejestrowanych jako bezrobotni było 17,6 procent
ankietowanych. Tymczasem według GUS stopa bezrobocia wynosiła wówczas 19,3
procent.
Najciekawsze jest jednak co innego. Tylko 11,9 procent
respondentów "Diagnozy..." okazało się prawdziwymi bezrobotnymi. Autorzy
raportu zdefiniowali prawdziwego bezrobotnego jako osobę, która faktycznie
nigdzie nie pracuje, miesięczne dochody ma niższe niż najniższa płaca brutto,
czyli 850 złotych, nie uczy się, szuka pracy i jest gotowa do jej podjęcia.
I okazało się, że aż jedna trzecia respondentów, czyli obecnie około 900
tysięcy osób, które oficjalnie są zarejestrowane jako bezrobotne, nie spełnia
jednego z tych warunków: albo pracują, albo nie są zainteresowani pracą, albo
też mają jakieś źródła dochodów. Profesor Janusz Czapiński, szef projektu,
twierdzi, że ta liczba jest jeszcze wyższa: - Prawdziwe bezrobocie może
wynosić nawet tylko 10 procent!
Szara strefa mężczyzn
Naukowcy biorący udział w projekcie postanowili dokładniej przyjrzeć się tym -
jak ich nazwali - 900 tysiącom "pozornych bezrobotnych".
Podzielili ich na dwie grupy. Tych, co pracują na czarno, jest aż 42 procent,
czyli około 360 tysięcy. Pozostali - 58 procent, 540 tysięcy - nigdzie nie
pracują i z różnych powodów pracy legalnej podjąć nie chcą lub nie mogą.
Pracujący na czarno bezrobotni najczęściej pochodzą ze wsi (46 procent) i
znajdują zajęcie głównie w rolnictwie, ogrodnictwie, budownictwie i handlu
(aż 62 procent). Dominują wśród nich mężczyźni - 67 procent. Najwięcej wśród
nich jest tych, którzy przekroczyli już 45. rok życia, bo 36 procent. Tylko 1
procent ma wykształcenie powyżej średniego. Najczęściej nie mają żadnego
zawodu. Popyt na swoje kwalifikacje mogą znaleźć wyłącznie w szarej strefie,
gdzie zarabia się grosze. Nawet 850 złotych najniższego wynagrodzenia
legalnie nie zapłaci im nikt. - Więc albo dostaną pracę nielegalnie, albo
wcale i w domu nie będzie co włożyć do garnka - tłumaczy Czapiński.
Czarny zysk i wyzysk
Dlatego praca na czarno to "czarna praca" - fizyczna, bardzo ciężka, w której
jest się właściwie nikim. Pan Ryszard z Warszawy po stracie zatrudnienia w
FSO przez jakiś czas najmował się do przenoszenia mebli w firmie zajmującej
się przeprowadzkami. W miesiącu nigdy nie wyciągnął więcej niż 500 złotych.
Robotę rzucił i teraz opiekuje się wnuczką.
Ale i tak miał lepiej niż pracownicy firmy produkującej obudowy do elektrowni
wiatrowych z Elbląga. Niebawem przed sądem ma ruszyć proces ich właścicieli,
którzy zatrudniali bez umów 50 osób. Ludzie pracowali nawet przez siedem dni
w tygodniu po 20 godzin, a zarabiali 700 złotych na miesiąc. Nikt nie
protestował. - Pracodawca często szantażuje pracownika, mówiąc, że ma wielu
kandydatów na jego miejsce - mówi Lucyna Karczewska, zastępca dyrektora
powiatowego urzędu pracy w niedalekim Braniewie.
Niektórym jednak powodzi się całkiem dobrze. Nie dość, że pobierają zasiłek
dla bezrobotnych, to dodatkowo zarabiają więcej, niż wynosi najniższa pensja.
Takich osób wśród pozornych bezrobotnych pracujących na czarno jest około 80
tysięcy.
Dyrektor Jarosław Namaczyński, szef Powiatowego Urzędu Pracy w Łobzie w
województwie zachodniopomorskim, narzeka, że przez takich właśnie ludzi od
paru lat wszyscy wytykają go palcami. Bo w powiecie łobeskim bezrobocie jest
najwyższe w Polsce (40,3 procent) - ale zdaniem dyrektora to fikcja. - Niby
bezrobotni, a latami siedzą w Niemczech. Oni zarabiają lepiej ode mnie! -
denerwuje się Namaczyński. - Ludzie wolą pracować na czarno i na przykład
brać zasiłek, niż iść do legalnej pracy za mniejsze pieniądze.
Psychologowie społeczni takie postawy tłumaczą słabo zakorzenioną wśród
Polaków identyfikacją z państwem. - Traktuje się je jak frajera, którego
można wykorzystać - tłumaczy profesor Zbigniew Nęcki, psycholog społeczny z
Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Gospodynie i PGR
W przeciwieństwie do bezrobotnych pracujących na czarno wśród ,pozornych",
niezainteresowanych legalną pracą dominują kobiety. Jest ich ponad dwie
trzecie, czyli około 360 tysięcy. Najwięcej, bo 80 procent z nich, zajmuje
się domem i nie ma czasu na pracę zawodową. Jak twierdzą
autorzy ,Diagnozy...", nawet gdyby praca zapukała do ich drzwi, to i tak by
jej nie podjęły.
Jolanta z W