Gość: pochwała dojutrkow
IP: *.acn.waw.pl
21.11.08, 12:35
od kilku tygodni męczyła mnie sprawa pewnego wdrożenia, którym
kierowałem. Od początku szło marnie, a potem jeszcze gorzej.
Powinienem był eskalować, dzwonić, poganiać, reportować, telefony
powinny się przegrzewać a piksele podczas wideokonferencji wybuchać.
Ale projekt od początku wyglądł mi na beznadziejny, nie mogłem
wydobyć z siebie woli walki, pogrążałem się w maraźmie, odkładając
kolejne kroki na jutro, a potem jeszcze na jutro. Aż sprawa z
kiepskiej zaczęła wyglądać na beznadziejną.
Dziś rano obudziłem się wcześnie rano, bo czarne myśli o tym
wdrożeniu nie dawały mi spać, a teminy nadchodziły nieubłaganie jak
Monika Olejnik. Trzeba jednak w to brnąć dalej, bo znikąd nadziei, a
roczna ocena się zbliża i przynajmniej muszę wykazać, że wykazałem
się obowiązkowym korporacyjnym entuzjazmem.
aż tu około południa telefon z centrali. To właściciel procesu.
Słuchałem nic nie rozumiejąc... zmieniła się strategia... musimy
skoordynować się z innymi wdrożeniami... zasady efektywności
wymagają... zaparkować projekt... przyszły rok... wznowienie w nowym
środowisku infrastrukturalnym... aż zaczęło z wolna do mnie
docierać... odwołali! zdechło! koniec! nie chcą tej bzdury! miałem
rację! wiwat lenistwo! wiwat dojutrkowanie!