Dodaj do ulubionych

Rocznica POWSTANIA WARSZAWSKIEGO

01.08.10, 17:26
Zeznanie Wandy Lurie


Zeznanie złożone dnia 10 XII 1945 r. przed sędzią Haliną Wereńko z
Okręgowej Komisji Badania Zbrodni
Niemieckich w Warszawie przez Wandę Felicję Lurie z d. Podwysocką,
ur. 23 V 1911 r.


Od roku 1937 mieszkałam wraz z rodziną w Warszawie, przy ul.
Wawelberga 18 m. 30. W dniu 1 sierpnia 1944 r. o godzinie 3 po
południu rozpoczęły się na naszym punkcie zacięte walki. Powstańcy
wybudowali w pobliżu naszego domu, tj. na rogu Wolskiej i
Górczewskiej, dwie zapory. W sąsiednim domu znajdowały się karabiny
maszynowe, amunicja, granaty. Sytuacja od pierwszych chwil była
bardzo ciężka. Liczni zamieszkujący tu Volksdeutsche strzelali z
ukrycia do powstańców i wskazywali Niemcom położenie i sytuację
Polaków. Użyto do akcji czołgi - tygrysy, rozbito szereg domów.
Czołgi niemieckie atakowały od ulicy Górczewskiej i od Wolskiej i
wtargnąwszy na nasz teren Niemcy wyciągnęli z domów mężczyzn, każąc
im rozbierać barykady. Jednocześnie podpalono parę domów rzucając do
mieszkań butelki z benzyną. Ludność, której nie wezwano przedtem do
opuszczenia mieszkań, uniemożliwione miała wyjście na ulicę. Do dnia
5 sierpnia przebywałam w piwnicy domu z trojgiem dzieci w wieku lat
11, 6, 3,5 i sama będąc w ostatnim miesiącu ciąży. Tegoż dnia o
godzinie 11-12 wkroczyli na podwórko żandarmi niemieccy oraz
Ukraińcy, wzywając ludność do natychmiastowego opuszczenia domu.
Kiedy mieszkańcy piwnic od strony podwórza wyszli, żandarmi wrzucili
do piwnic granaty zapalające. Zapanował popłoch i pośpiech. Nie mając
przy sobie męża, który nie powrócił z miasta, ociągałam się z
opuszczeniem domu, miałam nadzieję, że pozwolą mi zostać. Musiałam
jednak opuścić dom. Wraz z dziećmi i rodziną Gulów wyszłam na ulicę
Działdowską. Domy na ulicy już płonęły.

Usiłowałam przejść początkowo w stronę Górczewskiej, ale na ulicy
Działdowskiej stało dużo Ukraińców i żandarmów, którzy nie pozwolili
mi przejść w tym kierunku, a kazali mi udać się na ulicę Wolską.
Droga była ciężka. Na ulicach leżało pełno kabli, drutów, resztek
barykad, gumy, trupy.
Domy paliły się po obu stronach ulic. Na ulicy Wolskiej i na ulicy
Skierniewickiej wszystkie domy były już spalone. Na rogu
Działdowskiej i Wolskiej widziałam pojedyncze trupy młodych mężczyzn
w cywilnym ubraniu. Na ulicy Wolskiej podeszłam do grupy osób z
naszego domu. Ogółem było nas pod fabryką ponad 500 osób. Z rozmów
współtowarzyszy zorientowałam się, że w fabryce zgromadzono
mieszkańców domów z ulic Działdowskiej, Płockiej, Sokołowskiej,
Staszica, Wolskiej i z ulicy Wawelberga.
Staliśmy przed bramą fabryki „Ursus", położonej przy ulicy Wolskiej
nr 55. Fabryka ta stanowi warszawski oddział państwowej fabryki,
położonej w miejscowości Ursus pod Warszawą. Przed bramą fabryki
czekaliśmy około godziny. Z podwórza fabryki słychać było strzały,
błagania i jęki. Do wnętrza fabryki Niemcy wpuszczali, a raczej
wpychali, przez bramę od ulicy Wolskiej po sto osób. Chłopiec około
lat 12 ujrzawszy przez uchyloną bramę zabitych swoich rodziców i
brata dostał wprost szału, zaczął krzyczeć, wzywając matkę i ojca.
Niemcy i Ukrańcy bili go i odpychali, gdy usiłował wedrzeć się do
środka.
Nie mieliśmy wątpliwości, że na terenie fabryki zabijają, nie
wiedzieliśmy, czy wszystkich. Ja trzymałam się z tyłu, stale się
wycofując, w nadziei, że kobiety w ciąży przecież nie zabiją.
Zostałam wyprowadzona w ostatniej grupie. Na podwórzu fabryki
zobaczyłam zwały trupów do wysokości jednego metra. Trupy leżały w
kilku miejscach po całej lewej i prawej stronie pierwszego podwórza.
Wśród trupów rozpoznałam zabitych sąsiadów i znajomych. Środkiem
podwórza wprowadzono nas w głąb do przejścia wąskiego na drugie
podwórze. Tu Ukraińcy i żandarmi ustawili nas czwórkami. Mężczyźni
szli z rękoma podniesionymi w górę. W grupie prowadzonej było około
20 osób, w tym dużo dzieci lat 10-12, często bez rodziców. Jedną
bezwładną staruszkę przez całą drogę niósł na plecach zięć, obok szła
jej córka z dwojgiem dzieci 4 i 7 lat Trupy leżały na prawo i na
lewo, w różnych pozycjach.
Naszą grupę skierowano w kierunku przejścia między budynkami. Leżały
tam już trupy. Gdy pierwsza czwórka dochodziła do miejsca, gdzie
leżały trupy, strzelali Niemcy i Ukraińcy w kark od tyłu. Zabici
padali, podchodziła następna czwórka, by tak samo zginąć. Bezwładną
staruszkę zabito na plecach zięcia, on także zginął. Przy ustawianiu
ludzie krzyczeli, błagali lub modlili sie. Ja byłam w ostatniej
czwórce. Błagałam otaczających nas Ukraińców, by ratowali dzieci i
mnie, któryś z nich zapytał, czy mogę się wykupić. Dałam mu złote
trzy pierścienie. Zabrawszy to, chciał mnie wyprowadzić, jednak
kierujący ekipą Niemiec - oficer-żandarm, który to zauważył, nie
pozwolił i kazał dołączyć mnie do grupy przeznaczonej na
rozstrzelanie, zaczęłam go błagać o życie dzieci i moje, mówiłam coś
o honorze oficera. Odepchnął mnie jednak, tak że się przewróciłam.
Uderzył też i pchnął mego starszego synka wołając "prędzej, prędzej,
ty polski bandyto"
W międzyczasie wprowadzono nową partię Polaków. Podeszłam więc w
ostatniej czwórce razem z trojgiem dzieci do miejsca egzekucji
trzymając prawą ręką dwie rączki młodszych dzieci, lewą - rączkę
starszego synka. Dzieci szły płacząc i modląc się. Starszy widząc
zabitych wołał, że i nas zabiją. W pewnym momencie Ukrainiec stojący
za nami strzelił najstarszemu synkowi w tył głowy, następne strzały
ugodziły młodsze dzieci i mnie. Przewróciłam się na prawy bok. Strzał
oddany do mnie nie był śmiertelny. Kula trafiła w kark z lewej strony
i przeszła przez dolną część czaszki wychodząc przez lewy policzek.
Dostałam krwotok ciążowy. Wraz z kulą wyplułam kilka zębów. Byłam
jednak przytomna i leżąc wśród trupów widziałam prawie wszystko, co
się działo dokoła. Obserwowałam dalsze egzekucje. Wprowadzono nową
partię mężczyzn, których trupy padały i na mnie. Przywaliły mnie
około cztery trupy. Wprowadzono dalszą partię kobiet i dzieci - i tak
grupa za grupą rozstrzeliwano aż do późnego wieczora.
Było już ciemno, kiedy egzekucje ustały. W przerwach oprawcy chodzili
po trupach, kopali, przewracali, dobijali żyjących, rabowali
kosztowności.. Ciała dotykali przez jakieś specjalne szmatki. Mnie
samej zdjęto z ręki zegarek, nie zauważyli przy tym, że żyję. W
czasie tych okropnych czynności pili wódkę, śpiewali wesołe piosenki,
śmieli się. Obok mnie leżał jakiś tęgi, wysoki mężczyzna w skórzanej
kurtce, który długo rzęził. Niemcy oddali pięć strzałów, zanim
skonał. W czasie dobijania strzały raniły mi nogę. Leżałam tak przez
długi czas w kałuży krwi, przyciśnięta trupami. Myślałam tylko o
śmierci, jak długo będę się jeszcze męczyć. W nocy zepchnęłam martwe
ciała leżące na mnie.
Następnego dnia egzekucje ustały. Niemcy wpadli tylko kilkakrotnie z
psami, biegali po trupach, sprawdzali, czy kto nie żyje. Słyszałam
pojedyncze strzały, prawdopodobnie dobijali żyjących. Leżałam tak
trzy dni, to jest do poniedziałku (egzekucja odbyła się w sobotę).
Trzeciego dnia poczułam, ze dziecko, którego oczekiwałam, żyje. To
dodało mi energii i podsunęło myśl o ratunku. Zaczęłam myśleć i badać
możliwości ocalenia. Próbując wstać, kilka razy dostałam torsji i
zawrotu głowy. Wreszcie na czworakach przeczołgałam się po trupach do
muru. Wszędzie leżały trupy, na wysokość co najmniej mojego wzrostu i
to na całym podwórzu. Odniosłam wrażenie, że mogło tam być ponad 6000
zabitych.
Z miejsca, na którym leżałam, przeczołgałam się pod mur i stąd
szukałam możliwości wydostania się dalej. Droga przejściowa przez
pierwsze podwórze, przez które nas wprowadzono, było zawalone
trupami. Za bramą słychać było głosy Niemców, musiałam szukać innego
wyjścia. Przeczołgałam się na trzecie podwórze, po drabinie przez
otwarty lufcik weszłam do hali. W obawie przed Niemcami pozostałam tu
całą noc. W nocy tyg
Obserwuj wątek
    • loszak5 Re: Rocznica POWSTANIA WARSZAWSKIEGO 01.08.10, 17:39
      cd...W nocy tygrysy wyły bezustannie na ulicy Płockiej, samoloty
      bombardowały. Myślałam, że lada chwila fabryka spłonie wraz z
      trupami. Nad ranem uciszyło się. Weszłam na okno i na podwórzu
      zobaczyłam żywego człowieka - mieszkankę naszego domu Zofię
      Staworzyńską. Połączyłam się z nią.
      Przyczogał się do nas jakiś niedobity mężczyzna w wieku około 60 lat
      z wybitym okiem, którego nazwiska nie znam. Po długim szukaniu i
      wielu próbach wydostania się odkryliśmy wyjście od ulicy
      Skierniewickiej i tamtędy wraz z ob. Staworzyńską opuściłyśmy
      fabrykę. Mężczyzna słysząc głosy Ukraińców, został. Wyszłyśmy na
      ulicę Skierniewicką, chcąc się udać na przedmieście Czyste, gdzie
      znajdował się szpital. Ukraińcy stali na ulicy Wolskiej i początkowo
      nie zorientowali się, skąd idziemy. Zatrzymali nas i pomimo próśb i
      błagań, by nas puścili do szpitala jako ranne, popędzili nas w
      kierunku Woli, zabierając po drodze coraz więcej osób.
      Niedaleko kościoła św. Stanisława rozdzielono grupę młodych i
      starych. Grupę młodych mężczyzn i kobiet wprowadzono do jakiegoś
      zburzonego domu, skąd po chwili doszły odgłosy strzałów.
      Przypuszczam, iż odbyła się tam egzekucja. Resztę w tej grupie i mnie
      popędzono do kościoła św. Wojciecha przy ulicy Wolskiej. Po drodze
      widziałam leżące na jezdni i na chodnikach trupy i części ciała.
      Grupy Polaków pod strażą uprzątały trupy. Stojący przed kościołem
      oficerowie niemieccy przyjęli nas popychaniem, biciem i kopaniem.
      Kościół był już zapełniony ludnością Warszawy z różnych dzielnic.
      Leżałam przez parę dni przy głównym ołtarzu. Żadnej pomocy nie
      udzielono. Jedynie współtowarzysze niedoli podali mi tylko trochę
      wody. Po dwóch dniach zostałam przewieziona furmanką z ciężko rannymi
      lub chorymi do obozu przejściowego w Pruszkowie, stąd do szpitali w
      Komorowie i Leśnej Podkowie. Obecnie nie czuję się zdrowa, jakkolwiek
      muszę pracować, by wychować dziecko urodzone po strasznych
      przeżyciach.

      Wywiad lekarski (fragment)
      ... Do dnia dzisiejszego poszkodowana pozostaje pod opieką lekarską
      PCK, czuje się niedobrze, odczuwa bóle głowy, szczęki, obu nóg,
      wątroby, jest osłabiona, łatwo się męczy. Syn poszkodowanej jest
      nerwowy i źle sypia.
      A na imię dano mu Mścisław.
    • darino wielki błąd 04.08.10, 12:26
      Wywołanie Powstania Warszawskiego było wielkim błędem. Polacy przez to powstanie
      nie zyskali niczego, a straty nim spowodowane (materialne i niematerialne)
      obciążyły Polskę na kilka dziesięcioleci.
      Poza tym niemieckie straty wyniosły poniżej 2 tysięcy zabitych żołnierzy, a
      Polacy stracili 20 tysięcy powstańców i około 180 tysięcy mieszkańców Warszawy.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka