Dodaj do ulubionych

Do zainteresowanych moimi podrozami….

30.05.06, 14:05
Tak rozhulalam się w prywatnym watku do Kristy, ze w koncu to wszystko
zostalo nagle zezarte przez wirtualna bestie (ani slowa przepraszam!) i do
Kristy nic nie dotarlo. Musze od nowa, ale teraz to robie już oficjalnie, bo
przeciez winnam wytlumaczenie nie tylko Krystynie, ale również Dance-na-
rolkach, Reginie, Mirze, Stasi, Wiktorii, Malwinie (czyli Grazynie, czy
tak?), Malenkiej i innym.

Otoz przez kilka dni (prawie tydzien) bylam pozbawiona peceta, przez co
narobily mi się okrutne zaleglosci w korespondencji. Musialam je natychmiast
uzupelnic, a jak chyba sami zauwazyliscie, nie umiem pisac krotko. Poza tym
chce/musze skonczyc prace, która chyba przerasta mnie, a mianowicie
prezentacje korzeni rodziny. To pociaga za soba nie tylko skanowanie i
opisywanie starych zdjec i dokumentow, ale również szukanie map w Internecie,
w czym wydatnie pomogla Kryzar, dziekuje Ci bardzo. Musze tez dbac o
utrzymanie kontaktu z przemila osoba we Francji, która z wlasnej,
nieprzymuszonej woli wydeptuje sciezki za moja francuska babcia zmarla w
wieku zaledwie 24 lat – i już BABCIA, he, he! – a temu wszystkiemu chce
jeszcze nadac sensowne historyczne tlo, czyli znowu siedze w „Bozym igrzysku”
Normana Daviesa, przy okazji w „Dereszewiczach 1863” Stefana Kieniewicza i od
czasu do czasu zagladam do „Pamietnikow” naszego kochanego Chryzostoma Paska,
jak również do „Diariusza” autorstwa jednego z moich antenatow doby
Oświecenia.
A robie to dla corki i wnukow, także dla siostrzenicy, która zyje na drugim
biegunie kuli ziemskiej i wszystko co europejskie jest dla niej baaaardzo
egzotyczne, a już najabardziej jej wlasne korznie.
Nie jestem historykiem. Dzieje Polski od czasow rozpadu dzielnicowego nigdy
nie trzymaly mi się kupy, a już szczególnie ostatnie 2 wieki, bo po prostu
nasi nauczyciele musieli nas uczyc historii sfalszowanej.
No, a oprocz tego musze znalezc czas dla rodziny, dla meza, dla moich
zwierzat, dla ogrodu, przyjaciol i dla wlasnego zdrowia psycho-fizycznego,
czyli na hobby, na kontakt z przyroda, na ruch czysto fizyczny. O fryzjerze,
kosmetyczce i innych takich już nawet nie wspomne, bo dla mnie doba ma po
prostu za malo godzin.
A do Was wpadam dla odsapki, dla zmiany sposobu myslenia i dla innego
wiedzenia swiata.
Tu i owdzie podczytam, czasem cos wyklepie na klawiaturze, ale nie za wiele
mam na to czasu…

Do swoich podroznych zapiskow zajrze, ale zanim je wkleje, winnam je
przegladnac i usunac fragmenty zbyt intymne, co chyba wszyscy rozumiecie.
Tak wiec przepraszam i jeszcze raz proszę o cierpliwosc.
Zalaczac będę w tym już zaczetym watku.
Serdecznie pozdrawiam cale Forum, Gr.
Obserwuj wątek
    • malwina52 Re: Do zainteresowanych moimi podrozami…. 30.05.06, 14:08
      milo ze sie zdecydowalas,
      juz zakladam okularki i czytam
      i nawet jak osobiscie nie poprosze
      to napewno chce jeszczesmile))))
      dzieki imienniczko!!!!
      • maladanka Re: Do zainteresowanych moimi podrozami…. 30.05.06, 14:12
        no to będzie co czytać! Poczekamy, a swoją drogą jestes niesamowita w swojej
        pracowitości - oj,zawstydziłam się...
        • regine Re: Do zainteresowanych moimi podrozami…. 30.05.06, 14:42
          Czekam z niecierpliwiością wielką. Cóż czasami faktycznie doba nam się kurczy,
          wierzę Ci i uzbrajam się w cierpliwość.
          Dziękuję za wyjaśnienie GR smile)
          • wiktoria53 Re: Do zainteresowanych moimi podrozami…. 30.05.06, 16:47
            Grago, zawsze znajdę czas aby poczytać o Twoich ciekawych podróżach i w dodatku
            ciekawie opisanych smile , popartych pieknymi zdjęciami. Rzeczywiście niektóre z
            Was (maladanko już nie badź taka skromna)to nie mają zbyt wiele czasu lub wcale
            na zwykłe poleniuchowanie. I wydaje się, że nie jesteście nigdy zmęczone.
            • del.wa.57 Re: Do zainteresowanych moimi podrozami…. 30.05.06, 17:03
              Będę czekać na Twoje wpisy i fotki Grago,ciekawie piszesz.
              Pozdrawiam i zdrówka zyczę.
              Helenasmile
              • dankarol Re: Do zainteresowanych moimi podrozami…. 30.05.06, 17:29
                Grzecznie siedzę i czekam i podziwiam pracowitość Twoją.
    • graga21 Zaczynam... 01.06.06, 18:15
      Długo zastanawiałam się, czym Was zainteresować. W końcu postanowiłam dalej
      pociągnąć to, co rozpoczęłam w wątku pt. „Nasze wschody i zachody słońca”,
      bowiem Afryka dla mnie była chyba tym samym, czym Indie dla Toskanii…
      I właściwie cieszę się, że nareszcie wyrzucę z siebie te wszystkie zapachy,
      dźwięki oraz barwy, które ciągle przenoszą mnie w tamten świat, że od nowa będę
      odbierać afrykańskie słońce, twardość szczeciniastej trawy, szum wiatru, który
      mierzwił włosy, szarpał ubraniem i łagodnie chłodził skórę. A nade wszystko
      znowu zobaczę oczami wspomnienia te rewelacyjne odcienie błękitów oraz
      pomarańczy, malachitową zieleń i ugier wpadający w rdzę.
      I biel aż wprawiającą w osłupienie…
      I wspaniały ciemny brąz z lekko matowym połyskiem…

      A więc do dzieła!
      (Kontynuuję zapis w/wspomnianego wątku i gdybym zaczęła nadto nudzić, proszę,
      nie krępujcie się, tylko od razu sygnalizujcie, z czym mam dać spokój Wam i
      sobie.)

      ----------
      -Tea? Coffee? Juice? – głos stewardesy dociera do mnie jakby z zaświatów.
      Unoszę powiekę i widzę, że dzieci baraszkują w przejściu pomiędzy rzędami
      foteli, dorośli ogarniają się z nocnego rozmamłania, zwijają koce i podnoszą
      stoliki, stewardesy przesuwają wózek z dymiącym wrzątkiem, rozdają tacki z
      posiłkiem.
      -Tea? Coffee? Juice? – jedna pochyla się nade mną.
      Kawy. Dużo i mocnej, najlepiej dwie filiżanki…
      -Two cops, please!
      Samolotem lekko rzuca, lecz silniki pracują równo, mrucząc przyjaźnie: “Te
      wstrząsy to nic takiego, po prostu zwykłe schodzenie w dół, gdzie wieją wiatry
      i wiszą gęste chmury. Wsio charaszo!” Zapalają się lampki z napisem NIE PALIĆ,
      ZAPIĄĆ PASY, a z głośników dobiega ostatni komunikat:
      - Godzina siódma czterdzieści pięć, lądujemy w Maputo. Na zewnątrz temperatura
      powietrza plus dwadzieścia dwa stopnie Celsjusza. Dziękujemy za pomyślny lot i
      życzymy miłego dnia. Do swidania!
      Powietrze z hukiem wdziera się w otwieraną komorę podwozia, czuję lekki ucisk
      pod czaszką. Czarny, smolisty płyn w mojej filiżance balansuje niebezpiecznie,
      muszę dołożyć starań, by zapobiec jego rozchlapaniu, tymczasem brunatna ziemia
      zbliża się szybko, widać już rdzawobrązowe drogi tnące pożółkłą sawannę na
      czworokąty z maleńkimi sześcianikami domostw otoczonych klepiskiem nagich
      podwórek. Na każdym stoi wiatrak i betonowy krąg wypełniony niezwyczajnie
      zieloną wodą aż gęstą od bujnie rozwijającego się planktonu. To wkrótce zostaje
      w tyle za nami, a my opadamy w dół, aż żołądek podchodzi do gardła, aż w mózgu
      lęgnie się strach.
      Nareszcie słyszymy głuche uderzenie kół o beton i wysoki ton silników
      hamujących.

      ---------

      Lotnisko jest małe, bodaj tylko z dwoma pasami startowymi. Nieopodal stoi
      szeroko rozłożony, parterowy budynek z brązowymi szybami chroniących wnętrze
      przed nadmiernym nasłonecznieniem. Pusto. Oprócz nas, to znaczy dwunastu
      pasażerów i sprzątaczki przeciągającej miotłą od jednego do drugiego końca
      holu – nikogo, żadnych strażników, żadnych celników ani innych mundurowych, od
      których roiło się na dotychczasowych lotniskach.
      Do środka wnosimy bagaże i rozglądamy się za kimś lub czymś, co podpowie, co
      mamy robić dalej i co w ogóle wolno nam robić. Jedna para już znikła, nie
      wiadomo kiedy, więc zostaje nas tylko dziesięć osób, w tym troje dzieci młodej
      lekarki wracającej z świątecznego pobytu w Polsce.
      Lokujemy się w fotelach obitych ohydnym skajem, obok pani doktor rozściela
      flanelowy kocyk, na którym kładzie swoje niemowlę. Pani doktor leci do Umtata,
      gdzie jest jej dom i czeka mąż.
      -Transkei – opowiada – to mikroskopijny kraj niedawno jeszcze zaliczany do
      jednego z południowoafrykańskich bantustanów. Od niedawna jest wolny, lecz
      ciągle boryka się z poważnymi problemami. Po uzyskaniu niepodległości okazało
      się, że powszechny analfabetyzm paraliżuje całą gospodarkę i trzeba z zewnątrz
      ściągać fachowców. Po całym świecie, również do Polski, rozsyłano oferty
      zatrudnienia i kiedy zaproponowano mi roczny staż w Transkei, nie zastanawiałam
      się ani chwili - jak dzisiaj przyjechałam wtedy do Afryki z niemowlęciem na
      ręku. Była nim ta oto już kilkuletnia pannica – wskazuje na dziewczynkę, która
      razem z nieco młodszym bratem ślizga się na lśniącej posadzce, jak jeszcze
      niedawno ślizgali się w Polsce na chodniku skutym lodem. - Po upływie roku
      ściągnęłam męża – kontynuuje moja rozmówczyni. - On także jest lekarzem… No i
      na tym stażu minęło nam już kilka ładnych lat, w czasie których urodziło się
      dwoje następnych dzieci, a my tak mocno wrośliśmy w tutejszy pejzaż, że już nie
      wyobrażamy sobie życia gdzie indziej.
      -A dlaczego nie w RPA? – pytam.
      Ona leciutko parska śmiechem, sięga po paczkę marlboro, zapala papierosa i
      zaciąga się głęboko.
      -No, cóż. Prawda jest taka, że nasz szpital to namiot. Prawdą jest również, że
      większość zabiegów wykonujemy pod gołym niebem. Nie brakuje nam jednak ani
      leków, ani materiałów opatrunkowych, ani kwalifikowanych pielęgniarek. Właśnie
      widziałam, co dzieje się w polskich szpitalach… My takich problemów nie znamy,
      gdyż na Transkei łoży zarówno Wschód jak i Zachód. Oboje z mężem kochamy naszą
      pracę, ale także i wolność, której nie mieliśmy w Polsce i również nie
      mielibyśmy w RPA, gdyż musielibyśmy tam zabiegać o drobiazgi, na których wcale
      nam nie zależy, a do tego godzić się na apartheid, z którym pogodzić się nie
      umiemy. Nie, to kraj nie dla nas – lekarka macha ręką, jakby odpędzała muchę i
      zaraz dodaje, wzruszając ramionami – my także mamy dom z basenem, dwa samochody
      i pomoc domową, a na luksusowe zakupy zawsze można udać się do Johannesburga.
      Dla samolotu to żadna odległość. W Afryce bieda nie dotyka białych.
      Rozmowę przerywają głośniki nadające komunikat o zaplanowanych rejsach. W
      najbliższym czasie odbędą się dwa: jeden późnym wieczorem do Johannesburga,
      drugi jutro rano do Umtata, stolicy Transkei.
      Pani doktor preferuje kurs wieczorny, choć dobrze wie, że w Johannesburgu
      będzie musiała czekać jeszcze dobę, by nareszcie dotrzeć do domu w Transkei.
      Kiedy pytam, czy nie prościej przespać noc w Maputo i śniadanie zjeść przy
      własnym stole, lekarka łypie na mnie wzrokiem pełnym zdziwienia przemieszanego
      rozbawieniem, zaskoczeniem i zgrozą. Zaciąga się głęboko i dopiero po chwili
      zastanowienia mówi:
      - W Afryce mieszkam wystarczająco długo, by wiedzieć, czego może spodziewać się
      biały człowiek w Mozambiku. Widzi pani, jak tu jest – przesuwa wzrokiem po
      pustym holu – a chyba nie zdaje sobie sprawy, do czego zdolni są Mozambijczycy
      tak bardzo nienawidzący białych, że aż tracą rozsądek. Już ja tam wolę czekać
      dwa razy dłużej w Johannesburgu, byle nie w Maputo!
      • czarny.humor Re: Zaczynam... 02.06.06, 06:57
        Hej Grażko!!

        Masz niezłe pióro!! Teraz powinno się chyba raczej mówić "niezła klawiatura" nie? Może z tego książka powstanie? Mnie się bardzo podoba.

        A kiedy to się zaczęło - brakuje mi umiejscowienia w czasie.
        Dawaj więcej!

        Jeszcze, jeszcze, jeszcze...

        smile))
        • krista57 Re: Zaczynam... 02.06.06, 09:39
          Przeczytalam po raz drugi ,pełna podziwu dla lekkości pióra.
          Dlaczego sie zastanawiasz,ze nas to moze znużyć?
          Większośc z nas nie odważyłoby się na taką podróż z wielu powodów.Moj organizm
          na przykład nie toleruje upałów i zaczyna wariowac.
          Grazynko! Czekam na cd.
    • dankarol Re: Do zainteresowanych moimi podrozami…. 01.06.06, 18:40
      smile) Zaczyna sie wspaniale, czekam niecierpliwie na ciąg dalszy.smile))
      • malwina52 Re: Do zainteresowanych moimi podrozami…. 01.06.06, 18:52
        buziaczki smile))
        ja jeszcze nie siedzialam w samolocie nigdywink
        polatam sobie z Toba
        • krista57 Re: Do zainteresowanych moimi podrozami…. 01.06.06, 21:59
          Grazynko,dziękuje,doczekalam sie....wielkie dzięki.
          • maladanka Re: Do zainteresowanych moimi podrozami…. 01.06.06, 22:06
            ojeju...kiedy dalej?????
            • del.wa.57 Re: Do zainteresowanych moimi podrozami…. 01.06.06, 22:24
              Bardzo fajnie sie to czyta,kiedy dalszy ciąg?????
    • banitka51 Re: Do zainteresowanych moimi podrozami…. 02.06.06, 01:29
      Ja jestem b. zainteresowana Twoim opisaniem podróży! kiedy całość się ukaże?
      (Pewnie gdzieś to opublikujesz). Rozumiem, że masz więcej takich reportaży? Mam
      szukać na tym forum, czy gdzieś indziej? Załapałam się na czytelnika. Świetnie
      się czyta! A poza tym - gratuluję spełniania marzeń!!
      • wiktoria53 Re: Do zainteresowanych moimi podrozami…. 02.06.06, 05:58
        No, poczytałam, interesujące........czekam na dalsze i na........fotki smileDzięki.
        • graga21 c.d. 02.06.06, 12:49
          Wszystkim dziękuję za pozytywne przyjęcie, ale nie przesadzajcie w swoich
          peanach, żeby mnie nie zdemoralizować smile))))) już bowiem Horacy napominał:
          Saepe stilum vertas…
          Ze zdjęciami sprawa jest tragiczna – wtedy miałam aparat kompaktowy i te, które
          wywoływał nasz zakład fotograficzny, dzisiaj tracą kolor. Ale te, które były
          wywołane tam na miejscu przez maszynę, są dobre. Niektóre, postaram się
          zeskanować i wkleić.
          Malwinko, ze mną popodróżujesz nie tylko odrzutowcem, gdyż w podróżach nie
          lubię skrótów. Poza powszechnie utartymi ścieżkami można dużo więcej zobaczyć i
          przeżyć…
          Humorku, to działo się dnia 04.I.1989r, godzinę znasz. Apartheid zniesiono 3
          lata później w środę 18.III.’92, a klawiaturę mam fatalną – robi co chce, wcale
          mnie nie słucha. Kapryśna jakaś taka…
          No, to lecę dalej.

          Jej słowa przypominają mi audycję radiową wyemitowaną tuż przed naszym
          wyjazdem. Tematem była miesięczna ekspedycja pracowników naukowych Uniwersytetu
          Śląskiego do Mozambiku. Z tej audycji dowiedziałam się, że Mozabik przez całe
          wieki znajdował się pod dominacją najpierw Arabów, później Portugalczyków,
          którzy wywozili kość słoniową, złoto i czarnych niewolników (oczywiście z
          błogosławieństwem Kościoła katolickiego). Po stuleciach kolonialnego ucisku
          wybuchły zaciekłe walki wyzwoleńcze zakończone uzyskaniem niepodległości w roku
          1975, jednak życie nie stało się bezpieczniejsze - kraj uwikłał się w
          wieloletnią, krwawą wojnę domową. Tubylcy, ciągle śpiący w chatach z liści
          palmowych, nie dziwią się już, kiedy ze snu wyrywa ich głuchy huk dział
          ukrytych w pobliskim buszu… Ekspedycja polskich naukowców przybyła do wioski
          odwiedzonej kilka godzin wcześniej przez grupę ekstremistów, bojówkarzy, czy
          jak ich tam zwał i mieszkańców zastała w głębokim szoku. Okazało się, że
          bandyci nie tylko zabrali wszystko, co dało się zabrać, ale na pożegnanie
          rozpruli brzuch ciężarnej kobiety i zostawili ją konającą z płodem na zewnątrz.
          Ale z drugiej strony słyszałam także, że miesiąc temu polski student nocował w
          Maputo aż dwie doby i nic złego mu się nie stało...
          Rozglądam się wokół. Nic. Senna cisza, kompletny bezruch wilgotnego powietrza,
          a za brązowymi szybami dumny TU-154 z siwą pierzyną chmur na niebie.

          Nagle, nie wiedzieć skąd, pojawia się drobna Murzynka ubrana w kwiecisty
          fartuszek. Głośno paple, rękami wywija jak wiatrakami, a jej patykowate nogi
          noszą ją w tę i we w tę. Jest nad wyraz gadatliwa i - choć nikt jej nie
          rozumie, bo nie jest to ani angielski, ani żaden inny nam znany język - rzucamy
          się do niej z pytaniami. Jakimś dziwnym sposobem znajdują się też wózki
          bagażowe, którymi wozimy nasze torby, także w tę i we w tę. Tylko lekarka
          siedzi nieporuszona i spokojnie pali entego papierosa.
          W głębi holu otwierają się drzwi. Kwiecisty wiatrak znika, a na jego miejsce
          wkracza czarna piękność z fryzurą wcale nie afro, w sukni białej, zwiewnej,
          podkreślającej szczupłą figurę. Jej stopy obute są w rzymskie sandałki, a w
          rękach trzyma arkusze papierów, których biel silnie kontrastuje z bardzo ciemną
          skórą dłoni o długich palcach z wypielęgnowanymi paznokciami pokrytymi
          perłowoczerwonym lakierem. Pachnie perfumami z rodzaju opium i już wiem, że
          zapach ten będzie mi towarzyszył przez cały mój pobyt w Południowej Afryce.
          Piękną zasypujemy lawiną pytań, lecz ona stoi nieruchoma niczym posąg i dopiero
          po wyczerpaniu się naszych indagacji, pyta poprawną angielszczyzną:
          -Kto do awionetki?
          Wszyscy, a jakże!
          -Tylko cztery osoby – informuje oschle. – Pozostałe dwie polecą o czwartej po
          południu.
          Zainteresowani awionetką spoglądamy na siebie niechętnie, bo komu wypadnie
          czekać?!
          Tymczasem Piękna bez pośpiechu przegląda nasze paszporty, ich dane porównuje z
          wpisem w przyniesionych papierach i wreszcie decyduje, że pierwszym kursem
          poleci pani Malinowska z Krakowa, pan W z Warszawy i państwo M z Poznania, z
          czego wynika, że czekanie przypada nam.
          Jestem w panice, w jednej chwili z pamięci ulatują wszystkie angielskie słówka
          i zanim udaje mi się sklecić sensowne zdanie, Piękna znika za drzwiami z
          napisem ONLY PERSONEL. Rzucam się za nią, lecz drzwi są już głucho zatrzaśnięte
          i na stukanie nikt nie odpowiada.
          Odnajduję wzorzysty wiatrak.
          -Help me, please! – błagam, a ona aż podskakuje na tych swoich patykowatych
          nogach.
          Dlaczego się cieszy? Czy dlatego, że mi broda drży i mam łzy w oczach? Ech,
          obojętna przyczyna, ważne, że na zaplecze frunie niczym na skrzydłach i po
          niedługiej chwili wychodzi Piękna.
          -Sorry – mówię do niej – ja i mój mąż jedziemy do Cape Town. W Nelspruit czeka
          samochód, którym musimy dojechać do Johannesburga na godzinę szóstą po południu
          (ach, te angielskie ‘a.m.’ i ‘p.m.’!), gdyż o tej godzinie odchodzi autobus do
          Cape. Jeżeli teraz nie polecimy awionetką, przepadną bilety autobusowe i
          wszystko mocno się skomplikuje. My NAPRAWDĘ musimy lecieć TERAZ!
          Piękna usiłuje mnie spławić, już odchodzi, dlatego gorączkowo dodaję:
          -Do Cape jedziemy tylko my i pan W, reszta pasażerów kończy podróż w
          Johannesburgu.
          Nie wiem, czy mnie zrozumiała... Nie było to piękne, ale tonący brzytwy się
          chwyta... Tymczasem za radzieckim TU-154 ląduje samolocik maleńki niczym
          dziecinna zabawka i pierwsza czwórka rusza w jego kierunku. W ogonie maszyny
          upychają bagaże i sami znikają w ciasnej kabinie. Dopóki jednak awionetka stoi,
          mam rozpaczliwą nadzieję na cud znalezienia się w niej.
          I cud następuje!
          Piękna pojawia się z informacją, że w dokumentach państwa M są nieścisłości,
          które trzeba wyjaśnić, dlatego ich prosi o opuszczenie pojazdu.
          -Pojedzie pan i pani Kowalska – dodaje zaraz, po czym znika na dobre.
          W ogonie awionetki następuje gorączkowe kopanie, bagaże państwa M zostają
          wyładowane, a w zamian załadowane nasze. Państwo M niechętnie gramolą się z
          pojazdu, natomiast my bardzo ochoczo wskakujemy do środka.
          W nozdrza uderza kwaśny zapach, którym przesiąknięte są ściany, podłoga,
          fotele, pasy bezpieczeństwa i poręcze. Wysłużone pokrowce są mocno przepocone,
          lecz czy to ważne? Grunt, że siedzimy na nich teraz, a nie o szesnastej!
          Drobny Murzyn o wyjątkowo czarnej skórze z granatowym połyskiem dokonuje
          przeglądu nitów spinających poszycie awionetki. Coś do nas mówi, lecz nie
          potrafimy go zrozumieć, dlatego w sukurs przychodzi drugi tak samo czarny i tak
          samo chudy. Nie bawi się w grzeczności, tylko ostro rzuca:
          -Out! - i wykonuje gest jasno wyrażający znaczenie tego słowa.
          -Why, dlaczego? – niechętnie odpinamy zaciśnięte pasy.
          -It’s broken-down, uszkodzone – wskazuje urwaną śrubę, z której pomocą lewe
          skrzydło wspiera się o metalowe ramię przymocowane do osi koła z gładziuteńką
          oponą podejrzanie rozpłaszczoną o beton.
          Odchodząc, kątem oka zauważam, że uszkodzona śruba zostaje klepnięta młotkiem
          (sic!), przy okazji również kilka wystających nitów na skrzydle, a opona-flak
          kopnięta jakby dla sprawdzenia, czy jeszcze będzie zdolna odbić się od matki
          Ziemi. Arcyważna mina nie daje takiej gwarancji, bo właściwie trudno być
          pewnym, że flak nie trzaśnie w trakcie lądowania w Nelspruit, co oczywiście
          będzie już problemem całkiem innych ludzi…








































          • del.wa.57 Re: c.d. 02.06.06, 14:36
            Ale trzymasz w napięciu!!!
            • maladanka Re: c.d. 02.06.06, 14:51
              o kurcze, chyba bym nie wsiadła....ale skoro piszesz to przeżyłaś smile))
              • graga21 Taaak? No to zamknijmy fragmrent latania... 02.06.06, 15:02
                c.d.
                Pełni obaw o przebieg dalszych wydarzeń wracamy do budynku.
                Państwo M stoją nad stertą swojego bagażu i na świat spoglądają okiem
                bazyliszka, a beztroskie dzieci pani doktor bawią się w berka.
                -To nie Europa – ich matka jest rozbawiona sytuacja. – Pamiętajcie, że w Afryce
                wszyscy mają bardzo dużo czasu, a na dokładkę tubylcom wydaje się, że to
                właśnie oni produkują czas. Najlepiej zrobicie, jeśli uzbroicie się w
                cierpliwość i po prostu przestaniecie się martwić.
                Dobre sobie, nie martwić się… po prostu…. Ale próbujemy oczekiwanie zabić
                rozmową.
                Państwo M mówią, że tuż przed wyjazdem wzięli ślub, dlatego na zaproszeniu
                widnieje panieńskie nazwisko żony, a paszport jest już z nazwiskiem męża.
                - No i teraz gdzieś telefonują – prycha pogardliwie pan M - żeby sprawdzić, czy
                nie ma w tym jakiegoś przekrętu, bo przecież w każdym komunistycznym kraju
                człowieka traktuje się jako potencjalnego przestępcę.
                Pan W natomiast wspomina swój ubiegłoroczny pobyt u syna zamieszkałego w
                Kapsztadzie. Dzisiaj syn będzie czekał w Nelspruit, skąd obaj panowie pojadą
                samochodem osobowym dalej, ale mnie i mojemu mężowi proponuje spotkanie w
                niedzielę w kaplicy Nazareth House.
                -Kaplica znajduje się w dzielnicy Rondebosch i pełni funkcję polskiego kościoła
                parafialnego. Msze Święte celebruje ksiądz Jan, dzięki któremu niedzielne
                spotkania stają się wyjątkową okazją do wymiany ploteczek i do poznania nowych
                przybyszów z Polski. Jeśli zachodzi potrzeba pomocy w zrobieniu pierwszych
                kroków w osiedleniu się, miejscowa Polonia zawsze pomoże, a rodzina na pewno
                państwa tam zawiezie – zapewnia uważając, że przecież nie może być inaczej,
                gdyż jego zdaniem na emigracji niewierzący stają się wierzącymi, a egoiści –
                altruistami.
                - Chyba, że mają kłopoty materialne. Jednak w RPA, poza nielicznymi przypadkami
                popadających w alkoholizm, takich nie ma i wszyscy biali, a już szczególnie
                Polacy szybko stają na mocnych nogach.
                Państwo M chłoną te słowa jak spragniony wodę... Czyżby właśnie zasilali
                szeregi południowoafrykańskiej Polonii???
                Jest godzina 11:00, wzywają nas na pokład awionetki. Jeszcze raz żegnamy panią
                doktor i państwa M, jeszcze raz zapinamy pasy unieruchamiające w twardych
                fotelach, a kiedy nareszcie samolocik niesie nas w górę, czujemy się
                prawdziwymi wybrańcami losu.
                Lecimy pograniczem Swazilandu i południowej części Parku Narodowego Krugera.
                Park właściwie jest teraz zamknięty, gdyż w miesiącach najcieplejszych, tzn.
                właśnie od grudnia do kwietnia potoki deszczu niszczą drogi, szaleje malaria
                oraz czarna gorączka wywoływana przez pierwotniaki z rodzaju Plasmodium.
                Prawdziwy sezon safari zaczyna się dopiero od maja i trwa do sierpnia, ale o
                wstęp na teren parku trzeba starać się blisko rok wcześniej.
                – Chyba, że ma się dużo pieniędzy i jest się bardzo upartym - zauważa pani
                Kaliszka, która wielokrotnie gościła w RPA.
                Nie, nie grzeszymy ani jednym, ani drugim, dlatego w pełni usatysfakcjonowałby
                nas sam widok słonia pod baobabem lub niewielkiego hipopotamka baraszkującego w
                rzece Olifants, ponad którą właśnie przelatujemy. Ale nie mamy szczęścia,
                bowiem szczelne chmury całkowicie zasłaniają ziemię.
                Pozostaje mi tylko przyglądanie się osobom siedzącym w awionetce.
                Pierwsze dwa fotele zajmują piloci, następne dwa pan W i jakiś obcy mężczyzna,
                którego dotąd nigdzie nie widziałam. Za nimi pani Malinowska i ja, a za nami
                już tylko Adam, koło którego jest miejsce puste, co oznacza, że gdyby nie
                nieznajomy obok pana W, nikt nie musiałby czekać na drugi kurs i teraz wszyscy
                lecielibyśmy razem...
                -Erpeowski Bur – konkluduje sąsiadka. – Oni są grubej kości, jakby kwadratowi i
                jakby ciosani, a na dokładkę często ryżawi i raczej bardzo butni. Nie są
                lubiani. Niedługo nauczycie się ich rozpoznawać.
                Nie odpowiadam nic, bo przy tak głośnej pracy silnika trudno prowadzić
                jakąkolwiek konwersację. W uszy wciskam zatyczki i wtulam się w twardy fotel.
                Sąsiadka jednak nie daje za wygraną, trąca mnie w ramię i woła wprost do
                zatkanego ucha:
                -Niech pani spojrzy, kto prowadzi tego grata! Za nic nie wsiadłabym do niego,
                gdybym wiedziała, że pilotami będą czarni i w dodatku jeden dopiero uczy się
                latać. Chyba umrę ze strachu!
                Obaj piloci rzeczywiście są czarni - ich nieskazitelnie białe koszule silnie to
                podkreślają – i faktycznie jeden sprawia wrażenie żółtodzioba, lecz po bliższej
                obserwacji widać, że latał już wcześniej, tyle, że na czymś innym. Obaj piloci
                mają skupione twarze, z rzadka rozmawiają z sobą w swoim narzeczu, a ich dłonie
                sprawnie obsługują pokładowe urządzenia. „Nie, przynajmniej przez najbliższą
                godzinę nie muszę niczego się bać”, myślę i głębiej wpycham woskowy czop.
                Zasypiam natychmiast, a na ekranie pamięci pojawiają się twarze Harrisa oraz
                Demeresta, pilotów Złotego Okrętu linii Trans America. I Keitha dyżurującego
                przed monitorem w wieży kontrolnej portu lotniczego Lincoln. „Ciekawe, myślę,
                że książka Arthura Hailey’a pt. ‘Port lotniczy’ przypomina mi się w awionetce,
                a nie w odrzutowcu... Który z nich miał skórę czarną? A niby dlaczego nie
                powinien jej mieć...??”
                -Zbliżamy się! – sąsiadka znowu wyrywa mnie z błogiego odrętwienia. – Jest syn,
                widzę go! O, jest synowa, i wnuki, moje złotka kochane!
                Patrzę w dół. Wielka łąka suchej trawy zbliża się szybko, przecina ją wąski pas
                betonu, w którego pobliżu stoi drewniany barak z służbą celną, a obok niewielki
                placyk otoczony drucianym płotem z kilkoma osobami czekającymi na nasze
                lądowanie. Dwaj malcy podskakują w szalonej radości, a po ich otwartych buziach
                widać, że wrzeszczą niemiłosiernie. Nieco dalej wysokie eukaliptusy otulają
                słonecznym cieniem kilka samochodów przed murowanym budynkiem.
                Awionetka dotyka betonu, kołuje pod barak i nieruchomieje. Piloci wyłączają
                silnik, odpinają swoje pasy bezpieczeństwa, zdejmują słuchawki i wieszają nad
                przednią szybą. Wysiadają bez jednego słowa. My za nimi.
                Witaj, Południowa Afryko!
                • dankarol Re: Taaak? No to zamknijmy fragmrent latania... 02.06.06, 15:22
                  pochłonęłam i czekam na cd.
                • regine Re: No to zamknijmy fragmrent latania... 02.06.06, 15:33
                  Graga21, dopiero przed chwileczką mogłam usiąść i spokojnie przeczytać Twoją
                  podróż. Od wczoraj zabierałam się. Przepraszam, że tak późno. Pięknie opisujesz.
                  Masz lekką rękę, wspaniałe wspomnienia i pięknie je potrafisz oddać.
                  Bardzo serdecznie dziękuję. Czekam na dalszą część, tych "naziemnych", już
                  chyba przeżyć. Prowadziłaś "dziennik" ? Bo doskonale pamiętasz wszystkie,
                  najmniejsze nawet zdarzenia. Jeśli nie, to chylę głowę przed Tobą, że wszystko,
                  ze szczegółami mam tu opisałaś. Dziękuję i Gratuluję !!! Czekam na Cd.smile)
                  • takanietaka dobre! 02.06.06, 15:44
                    dobrze sie czyta-ten rzeczowy ton,z cieniem usmiechu, no,fajne do czytania!I ja
                    czekam na dalszy ciąg!
                    _______________________________________________________ ** nigdy nic nie
                    wiadomosmile **
                    • krista57 Re: dobre! 02.06.06, 17:14
                      No nie....Graga21 to jakas znana reporterka lub powiesciopisarkasmile))
                      Czyta sie swietnie!
                      • del.wa.57 Re: dobre! 02.06.06, 19:12
                        Powtórzę...świetnie sie czyta Twoje podroże Grago,masz talent
                        dziewczyno,pięknie to wszystko opisujesz z poczuciem humoru,będe czeka ć na
                        dalszy ciąg z niecierpliwościąsmile
                        • wiktoria53 No tak, już jesteśmy w Południowej Afryce :) 02.06.06, 22:25
                          Fajnie się czyta Twoje opisy....
                          • natla Graga! Super! 02.06.06, 23:28
                            Juz wklejam do "Naszej książki" i może dzięki Tobie załatwie tam zaległości.
                            Pisz, pisz, bo czyta się wspaniale, a obrazy same układają się w całość.smile
                            • malwina52 Re: Graga! Super! 03.06.06, 06:12
                              super super super smile))
                              • tofika Re: Graga! Super! 03.06.06, 18:07
                                Grazynko ,ale sobie Ciebie poczytałam... Dziękuje...
                                jeszcze,jeszcze bbb proszę..
                                • graga21 Zanim ruszymy dalej... 04.06.06, 09:57
                                  Dzięki. Jeszcze kilka zdań o odprawie.
                                  -----
                                  Przed sobą mamy odprawę celną, formalności związane z odebraniem wypożyczonego
                                  samochodu, czterysta kilometrów do Johannesburga, w którym trzeba będzie
                                  odszukać punkt wypożyczalni ‘Budget’, by oddać samochód, a potem odszukać
                                  przystanek autobusowy do Kapsztadu. Na to wszystko mamy sześć godzin czasu, co
                                  niby jest wystarczająco dużo, lecz wobec nieznanego terenu, kłopotów
                                  językowych, jak również johannesburskiego molocha i rosnącego zmęczenia –
                                  naprawdę niewiele. Sama odprawa może pożreć lwią część.
                                  Za kontuarem stoi młody celnik, faktycznie nieco ryżawy i nieco kwadratowy.
                                  Zawartość bagaży pani Malinowskiej przegląda z dużym zainteresowaniem, lecz
                                  bariera językowa utrudnia odprawę, dlatego godzi się wpuścić do środka jej
                                  syna, by za matkę wypełnił formularze z mnóstwem przeróżnych pytań. Kiedy
                                  dochodzi do ustalenia listy przywiezionych prezentów, celnik wskazuje
                                  pozycję „srebrne łyżeczki”.
                                  -Znajdź je, mamo – prosi syn.
                                  Matka bezskutecznie przeszukuje torbę podróżną. Jej dłonie coraz bardziej drżą,
                                  ona sama robi się coraz bardziej nerwowa, bowiem łyżeczki prawem złośliwości
                                  przedmiotów martwych zawieruszyły się na amen.
                                  – Tylko spokojnie – napomina syn z szerokim uśmiechem zza gęstej brody – tylko
                                  spokojnie. On ma czas. Tutaj raz w tygodniu trafia się jakaś robota, a już
                                  szczególnie turysta spoza Afryki, dlatego więcej dla rozrywki niż z obowiązku
                                  sumiennie wykonuje swoje powinności. Musisz pokazać wszystko co masz, bo
                                  wszystko jest dla niego nadzwyczajnie egzotyczne.
                                  -Szczególnie, że pochodzi z centrum komunizmu – dorzucam, też uśmiechając się
                                  jak najpromienniej, by nie daj Boże celnikowi nie wpadła do głowy myśl o
                                  spiskowaniu pod jego nosem.
                                  Młody Malinowski mruga do mnie znacząco, ale kiedy przychodzi moja kolej, już
                                  na samym wstępie gubię się w litanii pytań dotyczących narkotyków, broni,
                                  alkoholu, świerszczyków-porno, kaset video, nasion i flancek. W międzyczasie
                                  przedstawicielka firmy Budget wręcza list mojej siostry i o czymś informuje
                                  stróża prawa granicznego. Ten, po chwili zastanowienia zgadza się, by mój mąż
                                  przeszedł do murowanego budynku celem odebrania wizy i wykonania telefonu do
                                  Kapsztadu z informacją, ze już jesteśmy na terenie RPA, po czym wraca do
                                  nieśpiesznego przeglądania moich pakunków. Ze szczególną ciekawością zerka na
                                  opakowania z konfiturami domowego wyrobu.
                                  -Co to jest? – wskazuje jeden ze słoiczków.
                                  -Porzeczka.
                                  -A to?
                                  -Także porzeczka.
                                  -??
                                  -Ta jest czerwona, tamta czarna.
                                  -A to?
                                  -Agrest.
                                  -Co to jest ‘agrest’?
                                  -Kpi czy jak?! – zwracam się do Malinowskiego, jednocześnie głębiej wpychając
                                  kilka korzeni selera i pietruszki, o które Ania prosiła („tak bardzo tęsknię za
                                  jarzynową sałatką, przywieź!”wink, więc wiozę, a tu na liście zakazanych towarów
                                  są również i te. Gotów kazać wyrzucić!
                                  -Proszę nic nie robić bez jego zezwolenia – szepcze mi do ucha brodacz. – Jeśli
                                  złapie na jakimś wykroczeniu, nikt pani nie będzie w stanie pomóc. On naprawdę
                                  jest niebezpieczny!
                                  -Przecież poza porzeczkami i agrestem niewiele go obchodzi – dziwię się, ale
                                  zaraz wyjaśniam: - gdyby to były moje przetwory, dałabym mu, niech kosztuje na
                                  zdrowie, ale są wyrobem matki szwagra, który nie wybaczyłby mi, gdyby jego
                                  ulubione powidła utknęły tutaj.
                                  -O.K. – wzdycha tymczasem celnik i uśmiecha się wylewnie: - Welcome to South
                                  Africa!
                                  W oka mgnieniu zmiatam słoiki do torby, głębiej wpycham moje narkotyki marki
                                  DS, Gent i Caro, szczególnie pieczołowicie owijam butelkę z etykietą ‘Czysta
                                  Wyborowa’, a tak naprawde z czyściutkim, najwyższej klasy spirytusem („postaraj
                                  się przemycić polski spirytus, bo tutaj jest takie świństwo, że szkoda gadać”wink,
                                  zasuwam zamek, zaciągam pasy. Adam zdążył już wrócić, więc przedstawicielka
                                  Budget prowadzi nas do zaparkowanego volkswagena, objaśnia co, gdzie i jak,
                                  wręcza dokumenty oraz kluczyki jednocześnie przypominając, iż w tym kraju
                                  obowiązuje ruch lewostronny.
                                  Obok Malinowski upycha rozświergotaną rodzinkę do swojego golfa.
                                  -Jeżeli państwo chcecie – proponuje – służę jako pilot. Dla osób odwiedzających
                                  po raz pierwszy Johannesburg, wjazd do miasta bywa trudny.
                                  • dankarol Re: Zanim ruszymy dalej... 04.06.06, 10:25
                                    Nie mam zdolności literackich i nie mogę po każdej części wymyślać nowych ochów
                                    i achów, więc powiem tylko z niecierpliwością czekam na cd. smile))
                                    • del.wa.57 Re: Zanim ruszymy dalej... 04.06.06, 15:57
                                      A wiesz,ze nieżle się uśmiałam z Twego opisu /odprawy celnej/
                                      Pisz,pisz dalej,nerwówke masz za sobą? albo jeszcze nie?
                                      smile)))
                                      • e-baba Re: Zanim ruszymy dalej... 04.06.06, 16:40
                                        Pisz, Graga,pisz, bo nie dosyć, że to własne przeżycia to jeszcze wspaniała
                                        literatura. Jak inni - czekam na c.d.
                                        • graga21 Dzięki. 04.06.06, 20:28
                                          Na razie mam kwadratową głowę, bo ciągnę 2 rzeczy równolegle. Chyba zacznę mieć
                                          alergię na kompa....
                                          • dankarol Ja się nie zgadzam na żadną alerię na kompa n/t 04.06.06, 20:31

                                            • del.wa.57 Re: Ja się nie zgadzam na żadną alerię na kompa n 04.06.06, 20:51
                                              PROTESTUJĘ!!!!!
                                              Żadnych alergii,szczególnie na kompa Grażynkosmile
    • night_breeze Re: Do zainteresowanych moimi podrozami…. 05.06.06, 21:19
      Graga,to gdzie Ty w końcu jesteś,w Afryce?
      • maladanka Re: Do zainteresowanych moimi podrozami…. 06.06.06, 09:55
        Grago - cierpliwośc się opłaci..czekam smile choć córka mnie ponagla,podsyłam jej
        Twoje opowieści
        • graga21 Jestem zainteresowana 06.06.06, 13:58
          jej wrazeniami; chyba tez cos notowala, bo nie wyobrazam sobie inaczej. A juz
          szczegolnie Sahare!
          Czy wiesz, ze nastepna czesc mialam prawie gotowa, gdy nagle "zezarlo" mi
          ja?!?! I to mnie, starej wydze! Chyba tropi mnie galopujaca skleroza, bo
          przeciez dobrze wiem, ze nalezy pilnowac zapisywania tekstu co chwile...
          Nie mam sil od nowa. Nie mam na razie i dla uspokojenia nerwow wdepnelam do Was.
          A nowy rozdzial chyba zaczne w nowym watku, zeby ten juz skasowac, bo zaczyna
          sie ciagnac.
          Co Ty na to Adminko???
          • wiktoria53 Re: Jestem zainteresowana-Grago 06.06.06, 14:32
            Proponuję zapisaywać w Wordzie i przenosić po napisaniu do forum, ale przecież
            to dla Ciebie oczywiste smile
            • graga21 tak robię, Wiktorio 06.06.06, 16:10
              • graga21 ale tez trzeba zapisywac n/t (ucieklo zbyt szybko) 06.06.06, 16:11
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka