Dodaj do ulubionych

W Polskę, panowie, w Polskę ruszamy...

27.09.06, 10:24
Pierwsze plany były obszerne, obejmowały co ciekawsze miasta, na mapie
zaznaczyliśmy nawet trasy, lecz skończyło się na tym, że w wigilię wyjazdu
obraliśmy azymut: Bałtyk. Tę decyzję podyktował wieczorny komunikat
zapowiadający rewelacyjny, trwały wyż z temperatura 24-26ºC. Postanowiliśmy
więc przemierzyć polskie wybrzeże od Gdańska aż po Świnoujście, jak to
zrobiliśmy kiedyś w podróży poślubnej, by teraz obejrzeć, co zmieniło się od
tamtego czasu?

Z domu wyruszyliśmy o 05:00 pewni, że szosa będzie jeszcze pusta i szybko
przeskoczymy Katowicki Okręg. Jakież było nasze zdumienie, gdy przyszło
włączyć się w intensywny ruch samochodowy; coraz to pytaliśmy, gdzie ludzie
pędzą o tak wczesnej porze?!
Mknęliśmy drogą S1, która w okolicach Klimontowa przecina zielone łąki. Ponad
nimi, niziuteńko, prawie dotykając trawy, ścieliły się gęste, połyskliwe
mgły, z których wystawały czubki krzewów oraz długi szereg drzew. Ponad
wszystkim było już filetowo-różowe niebo, a zza horyzontu wyłaniała się
olbrzymia tarcza karminowego słońca. Na widok ten patrzyłam z szeroko
rozdziawioną buzią i zanim zdążyłam ją zamknąć, zanim sięgnęłam po aparat
fotograficzny, słońce wspięło się ponad linię horyzontu, nabrało oślepiającej
złocistości i 2-3 minutowy czar prysł...

W drodze powrotnej udało mi się upolować wschód słońca, może nie tak piękny,
bo nie z takim słońcem jakie było w Klimontowie, ale na pewno też urokliwy,
gdyż rzadko przecież oglądany:
img167.imageshack.us/img167/3758/wschdwgwizdyw3.jpg
c.d.n.
Obserwuj wątek
    • sagittarius954 Re: W Polskę, panowie, w Polskę ruszamy... 27.09.06, 10:32
      Tak Cię proszę ....szybciutko dawaj część drugą, trzecią i następnesmile
      • kryzar Re: W Polskę, panowie, w Polskę ruszamy... 27.09.06, 10:35
        gratulację, masz oko i rękę do fotek.
        • del.wa.57 Re: W Polskę, panowie, w Polskę ruszamy... 27.09.06, 18:33
          To prawda Grago,rzadki widok i nie każemu sie trafia,miałaś farta o świcie.
          Nie każ nam długo czekać co? Fajnie sie Twój reportaż zaczyna i...no dobra na
          pociechę była fotkasmile))
          Pozdrawiam i czekam na dalszy ciąg.
          • e-baba Re: W Polskę, panowie, w Polskę ruszamy... 27.09.06, 19:21
            Chcemy ciągu dalszego, chcemy ciągu dalszego, a więc - prosimy, Graga, o
            jeszcze.
            • graga211 c.d. 29.09.06, 07:59
              Przez Częstochowę, a ściślej: obok, przelatujemy bez zatrzymania się, gdyż
              Aleję Jana Pawła II oraz Jasną Górę zaliczyliśmy już kiedyś i od tego czasu
              niewiele mogło się tam zmienić. Może jest czyściej, może jaśniej, odnowione,
              wymalowane, przystrzyżone, po prostu bardziej zadbane.
              Ruch drogowy jest płynny, dozwolna szybkość 110 km/godz., lecz kto jechałby tak
              wolno? W Piotrkowie Trybunalskim wskakujemy na autostradę, gdzie przepisy
              pozwalają rozwinąć niebywałe 130km/ godz., lecz… kto jechałby tak wolno? Tuż
              przed Łodzią rozlokowało się słynne na całą Polskę wielkie targowisko wyrobów
              tekstylnych, czynne jest całą dobę. Właściciele straganów nocują na miejscu, są
              już po pierwszej, porannej kawce, już handlują, choć na razie nie mają za
              bardzo z kim. Za to posiadają mnóstwo czasu na zwykłe pogaduchy, więc
              roztrząsają, zwykle podobnie: kobiety - rodzinne problemy, mężczyźni –
              polityczne zawirowania.
              W Łodzi - jak zresztą w całej Polsce – wielkie roboty drogowe. Al. Włókniarzy
              rozkopana do imentu, funkcjonuje tylko jeden pas, którym jedzie się dwójeczką
              od czasu do czasu trójeczką, ale często stoi. Tablica informacyjna zaleca
              objazd ulicami:…i tu następuje wyliczenie wszystkich, lecz kto ma czas
              sprawdzać jaką ulicą jedzie?
              Jest jeszcze dość wcześnie, ruch znośny, więc ładujemy się na Włókniarzy. I
              dobrze, bo mimo wszystko dość szybko wskakujemy na Łódzką wyprowadzającą z
              miasta, a dalej to już bajka, więc spokojnie nadrabiam noc i zpadam w drzemkę
              kołysana cichym szumem silnika.

              We Włocławku wizyta u rodziny, a w Toruniu nocleg u przyjaciół z czasów
              studiów. Dużo gadania, trochę spacerów nadwiślańskim bulwarem oraz star ówką.
              Mile zaskoczyło mnie, jak bardzo wyładniał Toruń i odżałować nie mogę, że
              cyfrówkę zapomniałam w mieszkaniu przyjaciół…Niebywała szkoda, nie mam zdjęć.
              Dla przybliżenia ‘drogowej’ atmosfery załączę jednak jedno, choć znowu tylko
              jedno. Sorki!
              img223.imageshack.us/img223/2168/e75rp5.jpg
              • natla Re: c.d. 29.09.06, 09:47
                Masz niepostolite zdolności do fotek. Nawet to tematycznie banalne zdjecie z
                ulicy jest kapitalne....o wschodzie nie wspomnę.
                Ty sie tak nie szanuj, tylko pisz dalej, bo jeszcze nawet nie dojechałaś do
                wybrzeża. Podróż była szybsza niż pisanie. Do roboty wink))
                • sagittarius954 Re: c.d. 29.09.06, 10:33
                  Brrrrrmmmmmm, to jedziemy a kto zgadnie jakim samochodem wybrała się graga na
                  wybrzeże ? ....wink)
                  • dankarol Re: c.d. 29.09.06, 10:51
                    nie zgadnę, ale czekam na cd.
                    Proszę, proszę i o następne zdjęcia też.
                    • graga211 Wybaczcie, 29.09.06, 13:09
                      ciągle brakuje mi czasu, robię bokami na kilka frontów. Piszę z doskoku, by
                      zapomnieć, co jeszcze mam do wykonania, a nocą, niestety, nie mam siły i...
                      śpię. Poza tym oczyska mi wysiadają.
                      Mam jednak nadzieję, że ani mnie ani Wam nie znudzi się zaglądanie tutaj.
                      Pozdrawiam, Gr.
                      • filomena1 Re: Wybaczcie, 29.09.06, 15:56
                        Ale fajnie mi sie podrozuje.... uwielbiam podroze....czekam na te wrazenia
                        morskie, a jak czuje przez kosci i ten powyzszy tekst i zdjecia, to czekaja
                        mnie wspaniale "momenty" ....
                        pozdr...Fil.
                        • sagittarius954 Re: Wybaczcie, 29.09.06, 16:37
                          Fil, naprawdę będą momenty? ....uuuu to ja juz od komputera nie odchodzę smile)
                          • del.wa.57 Re: Wybaczcie, 29.09.06, 19:17
                            Wcale a wcale,mnie przynajmniej nie znudzi się zaglądać na ten wątek,rozumiem i
                            poczekam.
                            Pozdrawiam pracowitą babcię i oszczędzaj oczysmile
                            • e-baba Re: Wybaczcie, 29.09.06, 22:44
                              Mnie też sie nie znudzi. Poczekam, poczekam. Gra, pośpiech jest wskazany przy
                              łapaniu pcheł. Napiszesz c.d. jak będziesz mogła. A oczy oszczędzaj, one takie
                              potrzebne są nam przecież.
                              • graga211 już jestem 02.10.06, 19:29
                                Oj, dopiero teraz widzę, że nienajlepiej robi pisanie w tak skąpych odcinkach -
                                poplątały się czasy: pierwsza część jest w czasie przeszłym, druga w
                                teraźniejszym.
                                A jaki czas następnej?
                                smile)))))
                                Poprawiam przynajmniej u siebie i ciągnę dalej.
                                Sagi, nie byłbyś 100%-wym manem gdybyś nie zainteresował się samochodem i
                                momentami! smile) Nie odchodź od PC, gdyż postaram się wstawić jakieś momenty, a
                                samochód może odnajdziesz na którymś zdjęciu. OK.?

                                W trakcie wczesnego śniadania zaczęliśmy zastanawiać się nad sensem realizacji
                                pierwotnych planów. Pogoda była jak dzwon, temperatura 28°C, co raczej nie
                                zachęcało do zwiedzania. Wrześniowe słońce chodzi nisko, jego promienie parzą,
                                człowiek poci się, co w cieniu grozi gwałtownym ochłodzeniem i w konsekwencji
                                katarem lub jakimś postrzałem. Czy nie lepiej pojechać wprost na plażę, tam
                                rozłożyć się i zapomnieć o bożym świecie? Realizując choćby tylko część
                                dotychczasowych planów, tzn. rezygnując z Świnoujścia i kończąc w Kołobrzegu,
                                musielibyśmy pokonać około 600 km, a rezygnując również z regionu pomorskiego -
                                jedyne 240km.
                                Owszem, chciałabym do Malborka na Zamek Krzyżacki. Chciałabym do Gdańska na
                                Starówkę, również do Rozewia. Chciałabym także do Łeby i przy okazji na
                                wędrujące wydmy, na których spotykałam miejsca, gdzie nagle zapadało się powoli
                                i nieubłaganie. Nigdy nie starczało odwagi, by pozwolić piaskowemu bagnu
                                wciągnąć głębiej niż po kolana. A i to wywoływało niezłą panikę, albowiem
                                wygramolenie się było szalenie trudne i wyczerpujące. Zawsze miałam śmierć w
                                oczach… Chciałabym także zajrzeć do lasu z ruinami gotyckiego kościoła będącego
                                pozostałością po starej Łebie zasypanej przez wydmy. I do resztek hitlerowskiej
                                wyrzutni V-1 z mrocznymi bunkrami po wojnie wykorzystywanymi przez dzieci dla
                                ekscytujących zabaw, kiedy to rodzice w trakcie corocznych letnich wakacji
                                zabierali je na wycieczkę w te rejony.
                                W ogóle Łebę pamiętam jako maleńką wioskę z niewielkim portem rybackim od czasu
                                do czasu pełnym przycumowanych kutrów, z których wyładowywano świeży fracht, a
                                amatorzy śledzi schodzili się zewsząd dając rybakom „lewy” zarobek.
                                Była też mini-stacja kolejowa, poczta i tyciusieńka kawiarenka „Muszelka” oraz
                                niewielkie kino, do którego wiodła ścieżka przez skwer. Każdego dnia
                                przemierzałam na skos boisko do piłki nożnej, by wyjść na asfaltową drogę i
                                dojść nią do reprezentacyjnej willi ‘Neptun’ wybudowanej nad samym brzegiem
                                morza, właściwie wprost na wydmach. W czasie okupacji w willa rezydował Göring,
                                a po okupacji stała się luksusowym hotelem, obok którego wtedy jeszcze
                                swobodnie przechodziliśmy, lecz dzisiaj teren wokół ogrodzono, całość jest
                                monitorowana i przejście na plażę tędy jest niemożliwe.
                                Po prawej stronie drogi stała szkoła podstawowa, w której od 1.IX wesoło
                                rozbrzmiewał dzwonek i jeszcze radośniej pokrzykiwały dzieci, a ja w swej
                                wędrówce na pustą już plażę szczerze im zazdrościłam… Byłam słabiutkiego
                                zdrowia, bardzo podatna na wszelkie dziecięce choróbska, dlatego rodzice
                                starali się zapewniać mi trzymiesięczny pobyt nad morzem, gdzie mój organizm
                                wzmacniał się, hartował.
                                Końcem lat 60-tych odwiedziłam Łebę i z przykrością stwierdziłam, że już w
                                niczym nie przypominała tamtej z lat 50-tych.
                                Cóż mogłabym odnaleźć dzisiaj? Chyba tylko ruchome piaski, choć zapewne i one
                                rozczarowałyby mnie.
                                Tak więc ostatecznie postanowiliśmy leniuchować na plaży w Grzybowie
                                k/Kołobrzegu, a dotrzeć tam przez Bydgoszcz, Człuchów i Koszalin.

                                Dla okraszenia suchego tekstu, wklejam kilka nietypowych zdjęć wykonanych przez
                                mojego wnuka, który tego roku zwiedził Pomorskie. Oto fragmenty zamku
                                krzyżackiego w Malborku (W XIII-XV w. był jedną z największych średniowiecznych
                                warowni w Europie, zajmował powierzchnię 18ha.)
                                Zdjęcia nie były dobre jakościowo, dlatego zastosowałam tzw. równoważenie
                                lokalne, które podkreśla pewne szczegóły, a całość czyni niezwykłą.
                                img507.imageshack.us/img507/5530/003fragdziedzpq8.jpg
                                img443.imageshack.us/img443/9900/006oknaws1.jpg
                                img443.imageshack.us/img443/7560/007oknayt3.jpg
                                (nie chce wkleić najciekawszego, buuu)
                                I jeszcze 2 z łebskiej plaży.
                                Czy dziecięce budowle z piasku nie przypominają Doliny Królów w Tebach???:
                                (Tych także nie chce wkleić. Ciekawostka. Spróbuje później, może za duzo ludzi
                                dobija się do imageshacka? Komp chodzi ślimaczo)
                                • del.wa.57 Re: już jestem 02.10.06, 23:19
                                  Nic nie jest juz takie jak kiedyś Grago,szkoda,prawda?
                                  Byłam kiedyś bardzo,bardzo dawno temu w Malborku z wycieczką i zwiedzaliśmy
                                  zamek krzyzacki,ale chętnie wybarałabym sie tak znowu.
                                  Wiesz co Grago,naprawdę świetnie to opisujesz,bardzo lubie czytać
                                  takie ''relacje'' a nie każdy potrafi opisać to tak wspaniale jak Ty i nie jest
                                  to żadne tam ''głaskanie'' naprawdę ciekawie piszesz i nie kombinuj tylko pisz
                                  dalej bo zapomnę co było w pierwszych częsciach,no!! do robotysmile))))
                                • filomena1 Re: już jestem 03.10.06, 09:02
                                  wiesz Grago, przekazujesz nam swiat twoich percepcji. Bardzo lubie czytac . Od lat marze aby dojechac
                                  w tamte strony. no to jedziemy dalej......
                                  pozdr.
                                  Fil
                                  • maladanka Re: już jestem 03.10.06, 12:11
                                    czekam,czekam, choc sama mam zaległości co do zlotu tatrzańskiego
                                    • graga211 c.d. 03.10.06, 20:41
                                      Bydgoszcz przelecieliśmy bez zbędnego zatrzymywania, choć gotycka fara (XV-XVI
                                      w.) położona w malowniczym zakątku miasta zwanym „Bydgoską Wenecją” warta była
                                      odwiedzenia. Również późnogotycki kościół pobernardyński i późnorenesansowy
                                      kościół klarysek, jednak my woleliśmy zajrzeć do Koronowa odległego jakieś 23
                                      km, a nade wszystko przedkładaliśmy łono przyrody wspaniałego Pojezierza
                                      Krajeńskiego oraz Równiny Charzykowskiej z wszystkimi ich przepięknymi lasami.
                                      Szosa biegła przez falistą wysoczyznę i trasa była wyjątkowo ciekawa pod
                                      względem krajobrazowym.
                                      Nie wiedzieć kiedy dojechaliśmy do Człuchowa, w którym 30 lat temu spędzaliśmy
                                      dwa tygodnie wakacji. Nie wspominam ich dobrze, gdyż w ranek wyjazdu wbiłam w
                                      stopę igłę, która złamała się i zamiast w Polskę, wyruszyliśmy do szpitala, by
                                      chirurg wyciągnął draństwo. Igła była mocno wbita, na monitorze widziałam, że
                                      tkwiła w kości jakieś 0,5 cm. Pęseta objeżdżała, chirurg babrał się tym w
                                      nieskończoność, w końcu wyciągnął, pielęgniarz zagipsował stopę i z taką
                                      pojechałam dalej na urlop, gdzie ani spacerować, ani kąpać w jeziorze, ani nic.
                                      Mąż wypożyczył rower, dzięki czemu mogłam przemieszczać się jako tako, nie
                                      mniej urlop był do niczego, nawet nie mogłam zwiedzić pozostałości po zamku
                                      krzyżackim, który nie ustępował podobno malborskiemu. W północnym rejonie
                                      Polski sporo było takich ciekawych budowli. W trakcie jednej z wakacyjnych
                                      podróży mieszkałam w pokrzyżackim zameczku z wspaniałymi dwiema basztami przy
                                      wjeździe i masywnym, chyba na 10 m wysokim murem z czerwonej cegły, szerokim na
                                      dwóch chłopa, tzn. dwóch wojów mogło na nim swobodnie minąć się. To było w
                                      Starej Kiszewie, która w tegorocznej podróży nie była nam pod drodze. Szkoda,
                                      bo podobno ruiny ktoś wykupił, odrestaurował i fosę za murami wypełnił wodą dla
                                      kajakowych przejażdżek.
                                      Rok później pojechaliśmy do Białego Boru odległego od Człuchowa niecałe 50 km.
                                      W lesie nad jeziorem Łobez stały domki kempingowe. Domki były do kitu, gdyż
                                      każdy posiadał dwa niezależne wejścia do niby różnych kwater, ale cóż z tego,
                                      skoro ściany, jak zresztą cały domek, wykonane były z luźno ułożonych desek?
                                      Przez szpary sączyło się światło sąsiadów, a nocą słychać było nie tylko
                                      oddechy… Nam trafiła się „wesoła wdówka”, która na nocleg wracała dobrze po
                                      północy bynajmniej nie sama i do samego świtu słuchowo uczestniczyliśmy w jej
                                      miłosnych figlach. My, to pestka, lecz naszą 8-letnią córeczkę czasami budziły
                                      wariackie igraszki i wtedy mieliśmy problem z tłumaczeniem, co dzieje się za
                                      ścianą.
                                      W końcu zmieniliśmy domek i nareszcie mogliśmy spokojnie i w miarę szczęśliwie
                                      dotrwać do końca turnusu. Dlaczego w miarę szczęśliwie? A no dlatego, że mój
                                      najmilejszy zamarzył o pieczonej rybce, którą najpierw należało złowić w
                                      jeziorze. Zaopatrzył się w stosowny sprzęt, tzn. sprzęt wypożyczył od studentów
                                      mieszkających nieopodal w namiocie i skoro świt wyruszył na łowy. Ja z córką po
                                      śniadaniu pojechałyśmy do pobliskiej stadniny, gdzie dziecko obejrzało koniki,
                                      a mnie udało się uzyskać zezwolenie na osiodłanie jednego i przypomnienie sobie
                                      dobrych starych czasów spędzanych w siodle.
                                      Z głową naszej skromnej rodziny spotkałyśmy się przy obiedzie.
                                      - Jak łowy? – zapytałam, a ślinka ciekła mi na samą myśl o pieczonej na ognisku
                                      płotce lub okoniu.
                                      - W tym jeziorze nie ma ryb – odparł ponuro.
                                      - Jak to?!
                                      - Obszedłem całe dookoła, chyba 9 km i nigdzie nic. Nogi mam w szyi.
                                      - Czy twoje łowienie polegało tylko na zarzucaniu i wyciąganiu przynęty?
                                      - A jak inaczej?
                                      - No, trochę trzeba ją pomoczyć, o czymś miłym pomarzyć, posłuchać śpiewu
                                      ptaków, plusku wody, i dopiero kiedy poczujesz lekkie szarpnięcie żyłki,
                                      wyciągnąć.
                                      - Nie miałem czasu.
                                      Wieczorem zostaliśmy zaproszeni na ognisko z rybkami na patyku. Wszystkie
                                      złowiono w tym jeziorze, a sposób wędkowania mojego męża przeszedł do historii.
                                      - Może odwiedzimy jezioro Łobez? – przypomniałam mężowi historię sprzed lat.
                                      - Daj spokój, nie męcz ojca – odparł. - Lepiej kupmy grzyby. Poranna jajecznica
                                      z grzybami będzie smakowała wyśmienicie.
                                      Na poboczach szosy, co kawałek stały koszyki, wiaderka i miski pełne grzybów. W
                                      tym rejonie wysokie bezrobocie zmusza mieszkańców do korzystania z szczodrości
                                      rozległych ostępów, dlatego na zbiory leśnych płodów ruszają całe rodziny.
                                      Zatrzymaliśmy się przy stoliku z kilkoma skromnymi pojemnikami prawdziwków i
                                      dorodnych kozaków. Stolik osłaniał ogrodowy parasol, zza którego zerkała
                                      ładniutka dziewczyna. Nie pozwoliła sfotografować się, bo:
                                      - Kto wie, gdzie wyląduje zdjęcie i kto je zobaczy?
                                      - Słusznie – zgodziłam się - na pewno w Internecie i być może obejrzy je pół
                                      Polski i ćwierć świata, cha, cha!
                                      - Kto donosi grzyby? – zapytał mój praktyczny mąż.
                                      - Brat, teść i ojciec – odparła. – Oni od samego świtu są już w lesie, a ja
                                      czyszczę i segreguję. Proszę, może te najdorodniejsze? Są z poligonu.
                                      - I świecą nocą?
                                      - No co pan! Tam przecież nikogo już nie ma.
                                      - Ale czort wie, co ćwiczono i czym eksperymentowano. Dziękujemy, nie
                                      reflektujemy.
                                      Ruszyliśmy dalej.
                                      Za Białym Borem zatrzymaliśmy się przy maleńkim zajeździe z
                                      • regine Re: c.d. 03.10.06, 23:45
                                        Odwiedziłaś Grago, strony mojej młodości. Wróciły wspomnienia. Tam w Człuchowie
                                        nad jeziorem odpoczywałam u koleżanki. Potem w pięknym Debrznie.
                                        Było to tak 4 razy, w wakcje przez 4 lata.Pamiętam jak dziś smile
                                        Nigdy nie zapomnę tamtych stron, choć minęły wieki,
                                        (ponad 30 lat), gdy tam byłam.
                                        Pozostaną na zawsze w pamięci. To były moje napiękniejsze i najmilej wspominane
                                        lata. Piękne strony, ale nieiele jak czytam się zmieiły. Czy to dobrze ? Nie
                                        wiem. Wiem, że zawsze będę wracać we wspomnieniach. Dziękuję i czekam na c.d.
                                        • del.wa.57 Re: c.d. 04.10.06, 00:24
                                          Powiem krótko fajnie to wszystko opisujesz,uśmiałam się z połowów Twego
                                          męza,miałas naprawde ciekawe przygody,czekam na dalszy ciągsmile
                                          • b_ska56 Re: c.d. 04.10.06, 15:33
                                            Och Grago,
                                            czyżbyś "utknęła" w Człuchowie i stąd przerwa w SUPER! relacji?smile)))
                                            Co roku tamtędy jeżdzimy nad morze i stoimy w gigantycznym korkusmile))
                                            Ale innej drogi chyba nie masad((

                                            • graga211 Grzyby, ach, grzyby! 16.10.06, 13:41
                                              Za Białym Borem zatrzymaliśmy się na wydeptanym placyku z niewielką kawiarenką
                                              i rożnem obok. Pobocza zajmowały drewniane ławy dla gości, a pośrodku jakiś
                                              mężczyzna miotłą wzbijał gęste tumany kurzu. Usiedliśmy na zawietrznej jak
                                              najdalej od niego i zamówiliśmy dwa pięknie wyglądające kawałki wieprzowego
                                              karczku. Niestety, mojemu podniebieniu w mniejszym stopniu przypadł do smaku
                                              niźli spodobał się oczom, bowiem wcześniej zapeklowano go czymś, co całkowicie
                                              zabiło smak. Lubię wiedzieć, co jem, dlatego zwykle ograniczam się do
                                              podstawowych przypraw, które tylko podkreślają i nadają rumieńca, a nie
                                              zmieniają w nie wiadomo co. Wieprzowinę wystarczy posolić i przed samym
                                              podaniem oprószyć pieprzem, może być cayenne, a jeśli komuś to za mało, wówczas
                                              przed pieczeniem można umiarkowanie obłożyć cieniutkimi plasterkami czosnku i
                                              potem podać z sosem tabasco. Szkoda, że taki piękny, gruby kawał mięsa
                                              zmarnowano!
                                              -Ech, chyba starzeję się, skoro zaczynam przywiązywać wagę do jedzenia –
                                              westchnęłam.
                                              Wypiliśmy jeszcze po kawie i już mieliśmy wsiąść do samochodu, gdy z lasu
                                              wyłoniła się para, która znikła tam jakiś kwadrans temu. W ramionach trzymali
                                              kilkanaście olbrzymich czubajek kani z kapeluszami o średnicy 20-30 cm i szli
                                              nad wyraz ostrożnie, by nie uszkodzić nader kruchych grzybów.
                                              Oboje z mężem spojrzeliśmy na siebie i… rozporządzili jednocześnie:
                                              - Naszemu psu należy się przebieżka!
                                              Bezzwłocznie ruszyliśmy wzdłuż duktu, mąż stroną lewą, ja stroną prawą, a Tara
                                              zygzakiem z lewa na prawo i z prawa na lewo, cała w skowronkach psiej
                                              szczęśliwości.
                                              Nie trzeba było wchodzić głęboko - grzybobranie zaczynało się już od samego
                                              skraju. Czegoś takiego nie pamiętam od czasów pobytu w lasach okalających
                                              Rajecke Teplice na Słowacji, gdzie był przegląd wszystkich gatunków
                                              umieszczonych w ‘Encyklopedii kieszonkowej’ Edmunda Garnweidnera i aż radość
                                              brała, kiedy oglądało się je w naturze. Ale tu nie było inaczej! Jednak nie
                                              otwierałam przewodnika, nie miałam czasu porównywać. Szłam przed siebie ze
                                              wzrokiem wbitym w darń pełna rozterki: wziąć tego, czy tego? A może zostawić?
                                              Taki piękny! Niech rozsypie swoje zarodniki. W końcu zabierałam tylko
                                              młodziutkie i zdrowiusieńkie, no i te białe kanie z największymi parasolami.
                                              Aparat fotograficzny przeszkadzał mi, dlatego wepchnęłam go głęboko w futerał i
                                              ciasno przytroczyłam do paska, by nie obijał mi się o boki. I szłam, szłam…
                                              Nagle coś dziwnego, jakiś obcy, a jednak znany dźwięk wyrwał mnie z grzybowego
                                              amoku. Co to? Gdzie to? Niedaleko, tuż, tuż. Chyba za tymi krzakami.
                                              Instynktownie przestawiłam wszystkie antenki na odbiór odgłosów dla lasu
                                              niezwyczajnych. Nawet ruchy dostosowałam do sytuacji nieznanej – stąpałam
                                              cicho, miękko, unikałam gałązek zarówno pod stopami jak i obok mnie i ponad
                                              głową. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Wiem. Tam też wiedziałam, lecz
                                              nie potrafiłam zrezygnować ze sprawdzenia kiełkujących przypuszczeń. Chciałam,
                                              musiałam ujrzeć, pragnęłam doświadczyć zaskakującego obrazu, dlatego skradałam
                                              się coraz wolniej, coraz ostrożniej. Dalej i dalej…
                                              Kucnęłam i powoli, delikatnie rozsunęłam gałęzie gęsto porosłe liśćmi.
                                              Pierwsze co zobaczyłam, to olbrzymi dąb o grubym pniu okrytym ciemnoszarą,
                                              głęboko popękaną korowiną. Drugie, to kobiece dłonie na tej korze z szeroko
                                              rozpostartymi palcami i czerwonym lakierem na długich, prosto ściętych
                                              paznokciach. Kobieta była młoda, blondynka, obuta w wysokie kozaczki, aż
                                              zdziwiłam się, że jej nie jest w nich gorąco w tak upalny dzień. Ale zaraz mało
                                              nie parsknęłam śmiechem, gdyż stwierdziłam, że wietrzy się na całego, bowiem
                                              spódnicę miała podkasaną aż do pasa. Dopiero potem dotarło do mnie, że ona
                                              właśnie zarabia w pozycji „od tyłu”!
                                              Za nią stał mężczyzna ogolony na zero. Czy to moda, czy wygodnictwo? Jeśli
                                              moda, to brzydka, zawsze kojarzy mi się z uciekinierami z zakładu wychowawczego
                                              i z więźniami. Jeśli wygodnictwo, to… Nieważne. Facet wyglądał śmiesznie –
                                              spodnie spuszczone do kolan opadały za każdym pchnięciem coraz niżej, a blade
                                              ciało trzęsło się niczym galareta. Nawet pośladkom brakowało mięśni. I sapał.
                                              Ciekawa byłam, czy na koniec będzie też ryczał: „Wuderbar! Wunderbar!” jak
                                              kiedyś pewien Helmut na Półwyspie Istria? Jakby go zarzynali, choć chyba było
                                              mu cudownie. Zaczęłam szukać futerału z aparatem fotograficznym, gdy nagle
                                              poczułam dłoń na moim ramieniu i usłyszałam szept męża:
                                              - Tylko nie waż się fotografować!
                                              Wycofaliśmy się rakiem, cicho. Pies też zachował się przyzwoicie, nie jak ongiś
                                              mój maltańczyk imieniem Pucek, który już siedziałby sapaczowi na karku i
                                              jazgotał prosto w jego ucho, że panią nie wolno dotykać, a co dopiero
                                              podejrzanie trącać! Łomatko, co ja zawsze z Puckiem miałam na wieczornych
                                              spacerach w miejskim parku - zamiast siusiać, bronił wszystkich dziewczyn,
                                              które migdaliły się ze swoimi chłopakami!

                                              Wróciliśmy do kawiarenki, spakowaliśmy grzybową zdobycz, umyliśmy ręce. Zanim
                                              ruszyliśmy w dalszą drogę, zdążyliśmy zobaczyć, jak pan dziarskim krokiem
                                              wkroczył na zamieciony placyk, z kieszeni wyciągnął samochodowy kluczyk,
                                              krótkie pyk-pyk, w bmw, a nie w jakimś tam tirze - zresztą żaden TIR tam nie
                                              stał - błysnęły światła, pan wsiadł, włączył silnik i odjechał, pozostawiając
                                              po sobie tuman piaszczystego kurzu. Po chwili z lasu wyszła blondynka w
                                              spódnicy mini i wysokich, letnich kozaczkach. Ładna. Usiadła przy ławie w
                                              pobliżu rożna i zamówiła herbatę. Przyglądając się jej, wspomniałam podróż z
                                              naszą 6-letnią córeczką po NRD. Właśnie mijaliśmy znak drogowy z napisem: 18
                                              Kurven.
                                              - Przed nami jeszcze 18 kurw - powiedziałam głośno.
                                              - Gdy będą stały przy drodze, to pokaż mi je, chcę zobaczyć, jak wyglądają -
                                              poprosiło dziecko.

                                              Zatrzasnęliśmy drzwi naszego samochodu i ruszyliśmy na drogę nr25 do Bobolic i
                                              potem na nr11 w kierunku Koszalina i dalej do Kołobrzegu. W okolicy wioski
                                              Bagicz starałam się sfotografować 24 wiatraki, które nieprzerwanie kręcą swoimi
                                              strzelistymi skrzydłami i sprawiają niesamowite wrażenie. Później zdjęcia
                                              okazały się zupełnie nieciekawe, więc skasowałam, przyrzekając ujęcia powtórzyć
                                              w drodze powrotnej. Niestety, kiedy wracaliśmy, było jeszcze ciemno i
                                              widzieliśmy tylko 24 czerwone, równo pulsujące światła zawieszone na tle
                                              rozgwieżdżonego nieba…
                                              voila.pl/k1j47
                                              Zainteresowanym grzybkami podrzucam najciekawsze ujęcia i lecę na
                                              wątek ‘Zakopane’, gdyż widzę, że Regine już uporała się z zakończeniem. Nie
                                              mogę odżałować, że w tym czasie byłam nad morzem, gdyż bardzo chętnie
                                              dołączyłabym jako 6-ta maniaczka.
                                              Oczywiście za zgodą pozostałych 5-ciu!
                                              • natla Re: Grzyby, ach, grzyby! 16.10.06, 14:52
                                                Ale śliczne te grzyby z hubami na czele smile
                                                No a przygoda, to juz inna bajka....och te samce sad
                                                • maladanka Re: Grzyby, ach, grzyby! 17.10.06, 10:22
                                                  piękny mini atlasik grzybowy!
                                                  Jesteś na liście następnego zlotu zapisana jako numer 1!
                                                  Szkoda,że nie miałaś papierowej torebki - nadmuchac,huknąć!ale by pan zgubił
                                                  rytm,hihihi...
                                              • filomena1 Re: Grzyby, ach, grzyby! 17.10.06, 19:44
                                                Alez sie obsmialam, Grago,
                                                ale z Toba trzeba do lasu nie tylko po grzyby, hihihihihi, a jeszcze na jakies pornusy sie zalapac
                                                mozna,,,,, a wiatrakow zal......
                                                wiesz, zdaje mi si? , ze jestes z tych osob, co to za rog domu wyjda i zaraz im sie jakas przygoda
                                                przytrafii. Przynajmniej w opowiesci.
                                                Pozdrowka
                                                Fil.
                                                PS. Zakopane tez i mnie ucieklo,,,, dawno tam nie bylam , ale kanapki U poraja pamietam. Chodzilo sie
                                                na jedna , a pilo dwie 50 stki.
                                                • regine Re: Grzyby, ach, grzyby! 17.10.06, 20:18
                                                  Nie ma to jak wypad na grzyby...No przepięknie huby, grzyby i ta opisana reszta
                                                  Grażynko smile)). Boki mnie rozbolały...Dziękuję. Czytałam ze łzami w oczach ze
                                                  śmiechu. A najpiękniejesze to "Jaś i Małgosia". Dziękuję smile))
                                              • sagittarius954 Re: Grzyby, ach, grzyby! 17.10.06, 20:30
                                                No i cudnie , miło mi się czytało .... mieć taki las , taki mech , męża
                                                oczywiście ....Ech.smile)))
                                                • graga211 Re: Grzyby, ach, grzyby! 18.10.06, 11:11
                                                  Cieszy mnie, ze rozbawilam, a Ciebie Sagi, usatysfakcjonowalam.
                                                  Danuska, caly czas chichram nad Twoja propozycja papierowej torebki. Jednak
                                                  mogloby stac się tak, jak z kolezanka w akademiku, która była „w trakcie’ i
                                                  uslyszala glos mamy i chwycil skurcz, i musieli korzystac z pomocy mieszkancow
                                                  akademika oraz lekarza, który w posladki wbil zastrzyk rozkurczajacy. Wtedy nie
                                                  było hihihi.
                                                  Bska56 – w Czluchowie dalej sa korki, lecz my jechalismy tam poznym
                                                  popoludniem, a wracalismy przed 09:00 i ominelo nas stanie. Wezcie to pod uwage
                                                  w przyszlym roku.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka