Po wielu latach pierwsza moja większa podróż. Ale nie jestem
podekscytowana, powiem więcej…..jadę na rozum. Dziwne to uczucie.
Zmuszam się mózgiem do radości.
Jadę do przyjaciółki, a następnie do W-wy.
Na dworcu rozbraja nas i wprowadza w dobry humor ta oto prześmieszna
tabliczka, którą zresztą trochę musiałam rozwinąć:
img263.imageshack.us/img263/9374/hihi1xu0.jpg
Ponad 3-godzinna podróż do „stolycy”, to betka w porównaniu z
dojściem (błądzenie po dworcu) do taksówki i błądzeniem po osiedlu,
na którym mieszkają przyjaciele, dający nam schronienie na jedną
noc. Dlaczego? Bo okazuje się, że mamy niespotykanie ciężkie
walizki,
i mimo, że mamy kółka, okrutnie męczymy się na różnych schodach,
które wyrastają przed nami jak grzyby po deszczu.
Przyjemna kolacyjka i wygodne spanie kończą dzień pierwszy podróży.
Raniutko jedziemy na lotnisko i wsiadamy w samolot linii egipskich.
……40 minut opóźnienia….nie pamiętamy już, że czas egipski płynie o
wiele wolniej

))
Lot jak lot, bez specjalnych uniesień, bo pochmurno, a kiedy
wylatujemy nad chmury, widać tylko ich gładką powierzchnię. Chmury
rozstępują się nad morzem śródziemnym, więc podziwiamy jego brzegi,
a kiedy nadlatujemy nad Synaj, widoki są prześliczne.
Załączam album ze zdjęciami swoimi i mojej siostrzenicy, która
doleci za tydzień w pięknej pogodzie. Są też zdjęcia z powrotu.
picasaweb.google.pl/natlaaa/WidokiZSamolotuGWnieZdjeciaBogdy?authkey=BbeGk0QLxvQ
Przed lądowaniem bardzo silne turbulencje. Po wyjściu z samolotu już
wiemy dlaczego. Wietrzysko nami prawie rzuca. Dla mnie przyjemna
niespodzianka. Niebo zachmurzone…..a to numer…..w Egipcie chmury?
Niebywałe

))
Wita nas przed lotniskiem rezydentka, wymieniamy informacje i
telefony i idziemy do wskazanego mikrobusu. A tu niespodzianka. Całe
auto dla nas. Zaczyna się obiecująco
Jedziemy piękną asfaltową drogą, miedzy łańcuchami dziwnych,
niesamowitych piaskowych gór. Krajobraz jak z Księżyca i to
zamieszkałego, bo towarzyszą nam też słupy wysokiego napięcia.
Kierowca prowadzi jak wariat…..150, a w porywach 200 km na godz. Ale
przestajemy się dziwić nawet skracaniem zakrętów, bo szosa jest
pusta.
W pewnej chwili kierowca zapina pasy bezpieczeństwa. Za chwilę wiemy
dlaczego. Podjeżdżamy do punktu kontrolnego, przed którym z 200 m
poprzeczne ograniczniki szybkości i kolce. Samochód staje,
rozleniwiony wojskowy? podchodzi, wypytuje, sprawdza paszporty.
Takich punktów przez całe 2 tyg. spotykamy dziesiątki. Na niektórych
wystarczy, że kierowca powie Bolanda lub Poland i możemy jechać.
Szczęśliwie dobijamy do hotelu w chwili wyjścia słońca zza chmur.