wenecka
30.03.05, 14:34
w najbliższą sobotę. i cieszę się, bo może zamiast wymyślać durnoctwa jako
zadania dla mnie, zajmie się żonką, robieniem dzieci, etc.
ale mnie wqrwił nasz kolega na spotkaniu, taki dziciety - zonaty - lysiejący -
nudny ćwok. spotkanie dotyczyło spraw zawodowych. i zeszło coś na temat
ślubu, bo się okazało, że mój pryncypałek nie będzie obecny kiedyś tam i nie
będzie mógł czegoś zrobić, bo będzie na tygodniu miodowym.
prawdpodobnie wykonałam jakiś grymas, bo już sobie wyobraziłam, że wykonanie
tegoż spadnie na mnie, a nie lubię robić durnoctw, które na dodatek do moich
obowiążków nie należą. i wiecie jak ten ćwok się do mnie odezwał?!
"nie smuć się, że szef się żeni"
jakbym co najmniej polowała na szefa. nie przyszło nudnemu ćwokowi, że
prędzej pokroić bym się dała, niż spędziła bez przymusu i dobrowolnie więcej
niż pół godziny z tymże szefem.
miałam już zalana krwią odpysknąć: nie wpierdalqaj kutasa w nie swoje sprawy,
ale ugryzłam się w język, nie chcąc konfliktować się z nikim i mieć święty
spokój, odburknęłam: ciesze sie, ciesze.
mam jakieś poczucie przegranej teraz... słusznie czy niesłusznie? moze trzeba
było wygranąć ćwokowi?