Dodaj do ulubionych

Walka o szczęście

18.11.09, 22:44
Kochani "przed,w trakcie i po", chcę postawić bardzo proste pytanie, a może
jednak wcale nie takie proste (zwłaszcza, że zauważyłam, iż wiele osób na tym
forum ma zadatki na Szymona Słupnika, albo innego spożywającego zaledwie
korzonki, suchary i wodę z jeziora cierpiętnika.)
Jestem zwolenniczką walki o swoje szczęście za wszelką cenę. Wierzę, że nie po
to na ten padół nas zesłano, żeby robić coś wbrew sobie, póki oczywiście nie
krzywdzimy tej drugiej osoby.I od razu słowo wyjaśnienia dla ironicznych.Dla
mnie krzywdzeniem drugiej osoby jest oszukiwanie jej, nie mówienie wprost,
utrzymywanie status quo bez szansy na rozwój, nasz i jej.
Wybierając partnera i założywszy, że wszelkie małżeństwa biorą się z miłości,
nikt nie planuje rozwodu. Chyba, że jest wyrachowanym draniem płci męskiej lub
żeńskiej.
Potem coś się nie układa, ludzie przecież się zmieniają, zmieniają swój punkt
widzenia, jedne rzeczy zaczynają akceptować, a inne DOPIERO STAJĄ SIĘ NIE DO
ZAAKCEPTOWANIA pod wpływem nowych doświadczeń.
Moje stanowisko więc jest takie, że argumenty typu WIDZIAŁY GAŁY... itp nie
zawsze są fair. Nie można czuć się sfrustrowanym dla dobra sprawy. Nikt też
nie wmówi mi, że dziecko będzie cierpieć, jeśli rodzice pomimo konfliktu i
różnic nie do zaakceptowania będą nadal szanować siebie, szanować dziecko i po
prostu je KOCHAĆ.

Wiele osób napisało, że np mnie (ale i innym forumowiczom, którzy mnie poparli
w poście o "wrednej żonie")w d**** się poprzewracało-sorry za ten skrótsmile
Otóż nie!!! Myślę, że po prostu niektórzy mają odwagę cywilną aby walczyć o
swoje szczęście, a inni wzorem Polaka-katolika upatrują sensu w cierpieniu, w
którym ja sensu jakoś nie widzę.
Obserwuj wątek
    • mola1971 Re: Walka o szczęście 18.11.09, 22:56
      kiciabeauty napisała:
      Myślę, że po prostu niektórzy mają odwagę cywilną aby walczyć o
      > swoje szczęście, a inni wzorem Polaka-katolika upatrują sensu w cierpieniu, w
      > którym ja sensu jakoś nie widzę.

      Jestem Polką, jestem również katoliczką a nijak sensu w cierpieniu nie widzę smile
      Bo to nie o cierpienie chodzi tylko o odpowiedzialność.
      Podejmujesz decyzję i ponosisz jej konsekwencje.
      Masz prawo do szczęścia. Każdy człowiek ma. Ja też nie widzę sensu w siedzeniu w nieudanym związku. Uważam, że również dla dzieci lepiej jest gdy mają rodziców osobno, ale zadowolonych niż razem, ale sfrustrowanych.
      Jedyne co mnie tylko denerwuje to dopisywanie do tego zbędnej filozofii.
      • kiciabeauty Re: Walka o szczęście 18.11.09, 23:05

        > Bo to nie o cierpienie chodzi tylko o odpowiedzialność.
        > Podejmujesz decyzję i ponosisz jej konsekwencje.

        Ok, odpowiedzialność to ważna rzecz, ale ja dookoła widzę multum związków
        opartych już chyba tylko na odpowiedzialności... np za hipotekę i patrzących na
        siebie wilkiem. A np Odpowiedzialność za wychowanie dziecka polega moim zdaniem
        również na nie wtłaczaniu dziecka w jakieś czarne dziury emocjonalne, skoro w
        sercach rodziców już chyba tylko to ostało się (ja i mój mąż przynajmniej się
        lubimy, na szczęście dla syna)

        > Jedyne co mnie tylko denerwuje to dopisywanie do tego zbędnej filozofii.

        nie mam takiego odczucia, uwierz mi
        • mola1971 Re: Walka o szczęście 18.11.09, 23:13
          kiciabeauty napisała:
          > Ok, odpowiedzialność to ważna rzecz, ale ja dookoła widzę multum związków
          > opartych już chyba tylko na odpowiedzialności... np za hipotekę i patrzących na
          > siebie wilkiem.

          To akurat nie jest odpowiedzialność tylko najczęściej tchórzostwo. Strach przed
          podjęciem decyzji i przed konsekwencjami tejże decyzji. A to akurat jak dla mnie
          jest brak odpowiedzialności.
          Odpowiedzialność to nie zawsze jest rozsądne zachowanie, lecz gotowość na
          poniesienie konsekwencji własnych decyzji. A decyzje nie zawsze muszą być rozsądne.
        • nangaparbat3 Re: Walka o szczęście 18.11.09, 23:27
          A ja, nie bedąc katoliczką, nie pojmuje sformulowania "prawo do szczęścia".
          Bo co to znaczy na przyklad dla rodziców chlopca, ktory urodzil sie z polowa
          mozgu, ma 18 lat a jest na poziomie roczniaka co najwyzej, o wzroście 185 i
          wadze 90?

          Albo dla dziewczyny, ktora roni kolejna ciażę?

          Albo dla faceta, ktory traci pracę i zaczyna chorowac na depresję?

          Albo dla nastolatki od urodzenia wychowywanej przez samotna matkę, która jest
          uzależniona od alkoholu?

          Co ono znaczy dla rodziców dzieci, na ktore dzisiaj wpadl samochod, kiedy z
          babcia były na chodniku?

          Szczęście sie w zyciu zdarza, i oby go było jak najwiecej. Jest cala wspaniala
          ksiazka o naprawdę szczęsliwych ludziach, Abrahama Maslowa "W stronę psychologii
          istnienia". Polecam wszystkim.
          Ale bohaterowie Maslowa nie tupia nogą i nie wrzeszczą o swoim "prawie do
          szczęścia". Czym sie roznia od tych "mniej" czy raczej "rzadziej" szczęśliwych?
          Ano są twórczy, lubia robic to co robią, są niezalezni w opiniach, mają wiecej
          niz przeciętni dystansu do samych siebie, są spontaniczni i zdolni do milosci
          (ale z ta miłoscia trzeba uważac, bo u Maslowa znaczy ona niekoniecznie to samo
          co potocznie).
          W normalnym, ludzkim losie jest i szczęście, i cierpienie, i radosc, i gniew, a
          nawet strach, i smutek. Wszystkiego po troche.

          Nigdy nie byłam zwolenniczka trwania w zwiazku za wszelka cenę, powiedzialabym
          nawet, ze wręcz na odwrót.

          Ale, Kiciu, nic Ci nie da rozwalanie starego zwiazku i wchodzenie w nowy, jesli
          nie przestaniesz tupac, krzyczec, i widziec tylko i wylącznie siebie.
          • tricolour Bo to sformułowanie... 18.11.09, 23:32
            ... "prawo do szczęścia" - to najczęściej usprawiedliwienie zachowań,
            nawet egoistycznych i niegodziwych.
            • nangaparbat3 Re: Bo to sformułowanie... 18.11.09, 23:42
              tricolour napisał:

              > ... "prawo do szczęścia" - to najczęściej usprawiedliwienie zachowań,
              > nawet egoistycznych i niegodziwych.

              Niestety tez mi sie to tak kojarzy.
              • kiciabeauty Re: Bo to sformułowanie... 18.11.09, 23:57


                > tricolour napisał:
                >
                > > ... "prawo do szczęścia" - to najczęściej usprawiedliwienie zachowań,
                > > nawet egoistycznych i niegodziwych.
                >
                > Niestety tez mi sie to tak kojarzy.


                A czymże jest dla was szczęście? Skoro jesteśmy na forum rozwodowym to chyba na
                miejscu będzie opisanie w poniższy sposób czym dla mnie jest szczęście (znowu
                napiszecie, że wsiadam na męża i traktuję go instrumentalnie.
                Czułabym się szczęśliwa gdyby:
                1.mój mąż czasem wykąpał dziecko wieczorem, uśpił a potem zjadł ze mną kolację
                (oboje pracujemy nadmieniam)
                2. Pojechał ze mną w odwiedziny do moich rodziców i dziadków częściej niż raz w
                roku (a gdyby chciałoby się mu spędzić z nami święta to już normalnie orgazm bym
                miała a nie tylko poczucie szczęścia)
                3. chociaż raz zaplanował wolny czas (weekend, czy "cuś" takiego) ze mną i z
                dzieckiem a nie z mamą
                4. zrobił w końcu prawo jazdy!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! (ma 34 lata)-2 razy robił
                kurs, ale nigdy nie podszedł do egzaminu
                itp itd

                ufff, każdy ma kurka coś, każdy ma swoją historię, ale na Boga, każdy chce być
                szczęśliwy, znacznie to lepsze od bycia nie-szczęśliwym, prawda?
                • tricolour Ciepło, troskę... 19.11.09, 00:07
                  ... oddanie, bliskość, miłość...

                  ... to się czuje nawet gdy się NIC nie robi. Przyznam także (dla
                  równowagi) że domowy leń potrafi zburzyć każde szczęście.
                  • mola1971 Re: Ciepło, troskę... 19.11.09, 00:13
                    tricolour napisał:
                    domowy leń potrafi zburzyć każde szczęście.

                    Otóż to.
                    • drambui Re: Ciepło, troskę... 19.11.09, 10:22
                      A ja wolę domowego lenia (lenicę), ale ciepłego i troskliwego, od wiecznie
                      naburmuszonej, sfrustrowanej, obrażonej na wszystkich a głównie na męża kobiety,
                      która sama juz nie wie, czego chce.
                      Wolę, jak mój leniuszek pośpi dłużej, ale obudzi sie w dobrym humorze,
                      uśmiechnie się, powie dzień dobry kochanie, zapyta, jak mi się spało, ucieszy
                      się ze śniadanka przyniesionego do łóżka, wymasuje bolące mięśnie, przytuli...
                      to już nie musi robić w domu nic więcej. Nota bene, jak się partnerka nie cieszy
                      ze śniadanka do łóżka, tylko traktuje to jak coś, co się należy, a partnera
                      traktuje jak służbę, partner szybciutko przestaje to robić.
                      Tak więc nawet domowy leń może się przyczyniac do domowego szczęścia, a nie je
                      burzyć. Nie będę szczęśliwszy,jak mi partnerka w domu umyje sedes, ale bardzo
                      mojemu szczęściu sprzyja, kiedy usłyszę na dobranoc cichy szept - kocham Cię.
                      Wolę mieć partnerkę do kochania, a nie do sprzątania, czy gotowania. Do umycia
                      tego przysłowiowego sedesu, czy innych prozaicznych czynności domowych zawsze
                      się znajdzie ktoś chętny, kto będzie szczęśliwy, że może mi to zrobić za
                      pieniądze, natomiast za pieniądze nikt mnie nie pokocha.
                      W razie braku pieniędzy zawsze mogę sobie to zrobić sam (mam na myśli ten sedes)
                      natomiast prawdziwa miłość pozostaje nawet wobec braku pieniędzy.
                      W pobliżu mojego domu, w domku na działkach mieszka para niestarych jeszcze
                      ludzi. Domek nędzny, letni, a oni mieszkają w nim całorocznie. Oboje bez pracy,
                      nędznie ubrani, utrzymują się z czego sie da, zbierają puszki, itp. Pod koniec
                      mojego małżeństwa, wychodząc z ciepłego domu do samochodu często widziałem, jak
                      idą powoli razem pchając wózeczek z jakimis śmieciami, puszkami i czuć było to
                      ciepło, jakie było między nimi. Zawsze im tego straszliwie zazdrościłem i bez
                      namysłu zamieniłbym wtedy swoje względnie dostatnie życie na ich los, byle mieć
                      to ciepło.
                      Inna rzecz, że prawdopodobnie szybko bym się wygrzebał z takiego dna
                      społecznego, do czego oni nie byli zdolni, ale nie potrafiłem sprawić, by moja
                      exia spojrzała na mnie z taka miłością, jak tamta patrzyła na swojego obdartusa.
                      W tym sensie on był odemnie lepszy.
                      • mola1971 Re: Ciepło, troskę... 19.11.09, 11:56
                        drambui napisał:
                        > Tak więc nawet domowy leń może się przyczyniac do domowego szczęścia, a nie je
                        > burzyć. Nie będę szczęśliwszy,jak mi partnerka w domu umyje sedes, ale bardzo
                        > mojemu szczęściu sprzyja, kiedy usłyszę na dobranoc cichy szept - kocham Cię.

                        No widzisz...
                        Ja z kolei codziennie słyszałam "kocham cię", ale co z tego skoro tego nie czułam? Co z tego skoro fakty temu przeczyły?
                        I to nie tylko o lenistwo chodzi. Nadal nie rozumiem jak można kogoś kochać i jednocześnie go zdradzać i dręczyć psychicznie?
                        I chyba nigdy tego nie zrozumiem bo to nie moja bajka jest. Już na szczęście nie moja.
                      • nangaparbat3 Re: Ciepło, troskę... 19.11.09, 15:08
                        Własnie.
                        Pamietam, jak wcale nie rzadko myślalam, ze machnelabym ręka na wszelkie wady i
                        niedorobki Exa, gdyby od czasu do czasu zwyczajnie poglaskal mnie po tyłku.

                        I jeszcze to

                        Romans

                        Romans śpiewam, bo śpiewam! Bo jestem śpiewakiem!
                        Ona była żebraczką, a on był żebrakiem.

                        Pokochali się nagle na rogu ulicy
                        I nie było uboższej w mieście tajemnicy...

                        Nastała noc majowa, gwiaździście wesoła,
                        Siedli - ramię z ramieniem - na stopniach kościoła.

                        Ona mu podawała z wyrazem skupienia
                        To usta do pieszczoty, to - chleb do gryzienia.

                        I tak śniąc, przegryzali pod majowym niebem
                        Na przemian chleb - pieszczotą, a pieszczotę - chlebem

                        Dwa głody sycili pod opieką wiosny:
                        Jeden głód - ten żebraczy, a drugi - miłosny.

                        Poeta, co ich widział, zgadł, jak żyć trzeba?
                        Ma dwa głody, lecz brak mu - dziewczyny i chleba.
                • nangaparbat3 Re: Bo to sformułowanie... 19.11.09, 00:16
                  Oczywiscie, ze kazdy chce byc szczęśliwy.
                  ja kiedys kupilam doroslego juz i duzego psa, ktory mieszkal na wsi, w obejsciu,
                  i nie wiedzial, ze zalatwiac sie nalezy na dworze. Z sikaniem poszlo dosc latwo,
                  za to codziennie rano i po powrocie z pracy znajdowalam wielką kupę sraczkowatą
                  w salonie pod stołem. Uważalam wtedy, ze jesli nie bede musiala zaczynac dnia i
                  popoludniowego wypoczynku od sprzatania tych kup, bedę najszczęśliwszą osoba na
                  tym padole.
                  Po 10 dniach przestal robic kupy w salonie pod stolem.
                  Przez jeden dzień zylam pelnią szczęścia.

                  Mozesz sie rozstac z męzem, mozesz zwiazac sie z kimś innym - ale szczeście albo
                  zbudujesz w sobie samej, albo nigdy go nie osiagniesz.
                  • kiciabeauty podróż za jeden, chociaż, uśmiech :))) 19.11.09, 00:28

                    >
                    > Mozesz sie rozstac z męzem, mozesz zwiazac sie z kimś innym - ale szczeście alb
                    > o
                    > zbudujesz w sobie samej, albo nigdy go nie osiagniesz.

                    Zgadzam się, buduję, ale muszę mieć fundament... wiesz, kiedyś odpowiedziałam
                    jednej z moich znajomych na pytanie dlaczego się rozwodzę w ten sposób: bo ja
                    podążam na wschód, a mąż na zachód i jakoś nigdy nie udaje nam się spotkać
                    gdzieś w Polsce centralnej.

                    A dla mnie fundamentem jest to żeby właśnie gdzieś w tej Polsce centralnej się
                    spotkać, nawet od czasu do czasu, no bo może ja częściej wolę ten wschód, a on
                    zachód, ale tak chociaż od wielkiego dzwonu o tę Polskę centralną zawadzić...
                    tak po drodze...
                    • nangaparbat3 Re: podróż za jeden, chociaż, uśmiech :))) 19.11.09, 00:34
                      Cos mi sie przypomnialo:
                      koleja transsyberyjska jedzie dwóch nieznajacych sie panów, od tygodnia siedza w
                      jednym przedziale, graja w szachy i popijaja wodke. Wreszcie jeden mowi.:
                      -A wy kuda jedetie?
                      -W Moskwu. A wy?
                      -Ja wo Władywastok.
                      Tamten jakby sie zdziwil. Myślal, myślal, wreszcie:
                      - Wot, kakaja technika!
                      • kiciabeauty Re: podróż za jeden, chociaż, uśmiech :))) 19.11.09, 00:39
                        nangaparbat3 napisała:

                        > Cos mi sie przypomnialo:
                        > koleja transsyberyjska jedzie dwóch nieznajacych sie panów, od tygodnia siedza
                        > w
                        > jednym przedziale, graja w szachy i popijaja wodke. Wreszcie jeden mowi.:
                        > -A wy kuda jedetie?
                        > -W Moskwu. A wy?
                        > -Ja wo Władywastok.
                        > Tamten jakby sie zdziwil. Myślal, myślal, wreszcie:
                        > - Wot, kakaja technika!
                        >
                        ha ha hasmile))
                        to tak dla rozładowania napięcia, dzięki, fajnesmile
                        • nangaparbat3 Re: podróż za jeden, chociaż, uśmiech :))) 19.11.09, 00:42
                          Dobranoc smile
              • kasiapfk Re: Bo to sformułowanie... 19.11.09, 08:56
                Mi również tak się kojarzy. Niestety.
                Od razu zaznaczam, że konsekwencje takiej postawy przerabia ktoś
                bardzo mi bliski - to co miało być 'prawdziwym' szczęściem po czasie
                okazało się takim samym 'wybrakowanym' związkiem jak poprzedni,
                tylko braki inne są.
                Nie czuję się porzucona, to ja zdecydowałąm o końcu małżeństwa, ale
                o tym, że mogę być szczęśliwa bez eksa wiedziałam zanim "wpadłam" w
                ramiona 'tego jedynego'.
                Wychodzi na to, że miałam odwagę i nie musiałam mieć zakładki.
                Dlatego, mam ograniczony szacunek do ludzi, którzy odchodzą, bo
                znaleźli 'prawdziwą miłość'. Tchórzostwo zyciowe. Ale to nie mój
                problem.
                Naforum kochanki był kiedyś wątek: jaki związek z kimś, kto
                rozbiłswoją rodzinę przetrwał - nie było optymistycznie. Pojawienie
                się dzieci też tego nie zmieniało. Stąd b. ostroznie podchodzę do
                takich zwwiązków, któe powstają na gruzach innego związku. Są
                oczywiście wyjątki, ale raczej potwierdzają regułę niż ją tworzą.
          • kiciabeauty Re: Walka o szczęście 18.11.09, 23:37
            nangaparbat3 napisała:

            > A ja, nie bedąc katoliczką, nie pojmuje sformulowania "prawo do szczęścia".
            > Bo co to znaczy na przyklad dla rodziców chlopca, ktory urodzil sie z polowa
            > mozgu, ma 18 lat a jest na poziomie roczniaka co najwyzej, o wzroście 185 i
            > wadze 90?
            >
            > Albo dla dziewczyny, ktora roni kolejna ciażę?
            >
            > Albo dla faceta, ktory traci pracę i zaczyna chorowac na depresję?
            >
            > Albo dla nastolatki od urodzenia wychowywanej przez samotna matkę, która jest
            > uzależniona od alkoholu?
            >
            > Co ono znaczy dla rodziców dzieci, na ktore dzisiaj wpadl samochod, kiedy z
            > babcia były na chodniku?

            Nanga, jeśli ktokolwiek teraz filozofuje to chyba Ty. Czasem chyba warto być
            bardziej prostolinijnym. Oczywiste jest, że nie na wszystko mamy wpływ, życie to
            ups and downs, czasem więcej tych ups, czasem downs. Czasem same downs się
            zdarzają. Wtedy pchasz ten wózek. Ale są rzeczy na które wpływ mamy przemożny,
            wtedy warto je zmieniać...
            >
            >
            > Ale, Kiciu, nic Ci nie da rozwalanie starego zwiazku i wchodzenie w nowy, jesli
            > nie przestaniesz tupac, krzyczec, i widziec tylko i wylącznie siebie.
            >
            >
            >
            Nie wchodzę i na razie nie mam nawet zamiaru wchodzić w żaden związek. Czy tupię
            i krzyczę, może czasem z bezsilności. Czy widzę tylko siebie? Tu bym dyskutowała...
          • mola1971 Re: Walka o szczęście 18.11.09, 23:37
            Do Twoich Nango przykładów się nie odniosę bo takich akurat ani ja, ani nikt mi bliski doświadczeń nie miał a nie chcę gdybologii uprawiać.
            Znam za to np bardzo szczęśliwych rodziców syna z zespołem Downa.
            Szczęście ma się w sobie, albo się go nie ma. To raczej sposób na życie jest niż jakieś ulotne chwile. Tyle tylko, że czasem tak bywa, że ktoś bliski swoim postępowaniem tą naszą naturalną radość życia (którą ja szczęściem nazywam) skutecznie nam psuje.
            • nangaparbat3 Re: Walka o szczęście 18.11.09, 23:49
              Alez moje przyklady nie sa przykladami ludzi, którzy nie moga byc szczęśliwi. Mogą.
              Mnie chodzi o to kretyńskie sformułowanie: mam prawo do szczęscia.
              Zreszta dokładnie tak jak piszesz: albo ma sie je w sobie - czy raczej zdolnosc
              doświadczania go - albo figa.

              I tak jak napisał Tri - szermowanie tym prawem powoduje, ze domyslam sie czegos
              niefajnego. Nawet mam takie doświadczenie: kobieta, ktora porzuca meza mowiąc,
              ze ma "prawo do szczęścia", ma w zanadrzu innego. A maz jest juz tylko przeszkodą.
              Męzczyźni raczej rzucaja inne hasła, czesto: to pomylka, NIGDY cie nie kochalem
              - brrrrrrrrrrr.
              • mola1971 Re: Walka o szczęście 18.11.09, 23:54
                Aaaa... To że slogan wyświechtany to fakt. Nawet najgorszą podłość czy niegodziwość można pod to podpiąć i "prawem do szczęścia" uzasadnić i usprawiedliwić. Ale tak sobie myślę, że tylko pozornie. Innych ludzi można oszukać, siebie nie.
    • anbale Re: Walka o szczęście 18.11.09, 23:07
      Nie wiem czy to jest to "walka o szczęście" czy po prostu wycofanie się z
      jakiejś nieznośnej sytuacji życiowej...
      Mam wrażenie, że w naszej kulturze małżeństwo jest postrzegane jak monolit,
      który niezależnie od okoliczności ma trwać póki śmierć nie rozłączy. Ma to
      pewnie dobre i złe strony. Dobrze mieć w życiu coś pewnego, jeśli to w ogóle
      możliwe- a źle być ochrzanianym i wpędzanym w poczucie winy, jeśli się nie ma
      ochoty reanimować latami trupa, albo tkwić uporczywie w czymś nie do zniesienia...
      Jeśli Twoja decyzja jest ostygła i dojrzałaś do tego, żeby coś zrobić ze swoim
      życiem, to naprawdę nie musisz się tłumaczyć, tylko próbujsmile Jeśli ktoś uważa,
      że "walczyć o szczęście" należy nadal jedynie tylko na polu naprawiania
      małżeństwa- jest to również godna szacunku decyzja, ale naprawdę nie jesteśmy
      wszyscy zobligowani do działania wg jednego, jedynie słusznego schematu...
      • kiciabeauty Re: Walka o szczęście 18.11.09, 23:25
        Jeśli ktoś uważa,
        > że "walczyć o szczęście" należy nadal jedynie tylko na polu naprawiania
        > małżeństwa- jest to również godna szacunku decyzja, ale naprawdę nie jesteśmy
        > wszyscy zobligowani do działania wg jednego, jedynie słusznego schematu...

        zwłaszcza jeśli były próby ratowania małżeństwa już były i nic... poza próbami,
        ...czasem po prostu trzeba sobie powiedzieć" nie wyszło nam" i tyle..., może
        następnym razem wyjdzie bo bogatsi o tę wiedzę, którą nabyliśmy jesteśmy już
        chociaż ciut mądrzejsi...
        • mola1971 Re: Walka o szczęście 18.11.09, 23:29
          kiciabeauty napisała:
          " nie wyszło nam" i tyle...

          To, co napisałaś jest BARDZO ważne. Bez obwiniania siebie, bez obwiniania jego.
          Zresztą jeśli ratowałaś to małżeństwo to na pewno etap obwiniania masz już za sobą.
    • tricolour O szczęście się nie walczy... 18.11.09, 23:30
      ... szczęście się buduje, tworzy, przeżywa. Walka oznacza rany i straty -
      zawsze, wygraną - czasami.

      "Jestem zwolenniczką walki o swoje szczęście za wszelką cenę" - nawet do
      śmierci?
      • kiciabeauty Re: O szczęście się nie walczy... 18.11.09, 23:44
        Tri, już wychodzi na to że jestem podłym niegodziwcemsmile))(patrz Twój pierwszy
        post), który gotów do śmierci staczać walki o to szczęściesmile)))(drugi).
        Przepraszam, użyłam kurde blaszka oklepanego sloganu i teraz za to płacę. Ale
        wiesz, Tri, jak tak patrzę na swoje życie, zawodowe również, to niestety czasami
        naprawdę trzeba o to szczęście POWALCZYĆsmile))
        • tricolour I masz to szczęście, o które walczyłaś? 18.11.09, 23:48
          Moim zdaniem nie masz. To na co była walka?

          Faktem jest, że użyłaś sloganu. Pytanie czy slogan ten jest elementem
          Twojej świadomości i decyzji czy "wypadł jak sroce spod ogona"?
      • nangaparbat3 Re: O szczęście się nie walczy... 18.11.09, 23:50
        tricolour napisał:

        > ... szczęście się buduje, tworzy, przeżywa. Walka oznacza rany i straty -
        > zawsze, wygraną - czasami.

        Dokładnie tak.
    • kiciabeauty Re: Walka o szczęście 19.11.09, 00:08
      > tricolour napisał:
      >
      > > ... "prawo do szczęścia" - to najczęściej usprawiedliwienie zachowań,
      > > nawet egoistycznych i niegodziwych.
      >
      > Niestety tez mi sie to tak kojarzy.


      A czymże jest dla was szczęście? Skoro jesteśmy na forum rozwodowym to chyba na
      miejscu będzie opisanie w poniższy sposób czym dla mnie jest szczęście (znowu
      napiszecie, że wsiadam na męża i traktuję go instrumentalnie.
      Czułabym się szczęśliwa gdyby:
      1.mój mąż czasem wykąpał dziecko wieczorem, uśpił a potem zjadł ze mną kolację
      (oboje pracujemy nadmieniam)
      2. Pojechał ze mną w odwiedziny do moich rodziców i dziadków częściej niż raz w
      roku (a gdyby chciałoby się mu spędzić z nami święta to już normalnie orgazm bym
      miała a nie tylko poczucie szczęścia)
      3. chociaż raz zaplanował wolny czas (weekend, czy "cuś" takiego) ze mną i z
      dzieckiem a nie z mamą
      4. zrobił w końcu prawo jazdy!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! (ma 34 lata)-2 razy robił
      kurs, ale nigdy nie podszedł do egzaminu
      itp itd

      ufff, każdy ma kurka coś, każdy ma swoją historię, ale na Boga, każdy chce być
      szczęśliwy, znacznie to lepsze od bycia nie-szczęśliwym, prawda?
      Aha, i jeszcze jedno dla Nangi-nie mam żadnego nowego faceta, którego pomiędzy
      wierszami, już kilka razy mi wmówiłaś. Sorry, ale zdrada to nie dla mnie...
      • nangaparbat3 Re: Walka o szczęście 19.11.09, 00:18
        Nie mialam na myśli zdrady, tylko nadzieje na nowy zwiazek - osobe budzacą takie
        nadzieje.
        • kasiapfk Re: Walka o szczęście 19.11.09, 09:02
          Cholerka smile
          Mogę dać receptę na szczęście: znaleźć je w sobie. Znalazłam. I nie
          wiążę go z osobą next. Ja je mam i mogę się podzielić. Nie zakochuję
          się bo muszę uzupełnić braki. - aż się sama dziwię, że tak mogę
          pisać. Dawniej dla mnie to był niewyobrażalny frazes. A teraz: teraz
          rozumiem 'co autor miał na myśli'. Szczęście się przydarza i się je
          ma w sobie. Niezależnie czy ktoś obok jest, czy go nie ma.
      • dorotaci Re: Walka o szczęście 19.11.09, 09:26
        Sądze ,ze kazdy człowiek ma prawo do szczęścia!! Nie musiałabym miec
        pieknego domu ,samochodu.Szcześciem byłby dla mnie drugi człowiek z
        którym mogłabym się zwierzyć ,rozmawiac i wspolnie rozwiązywać
        problemy. Mam 44 lata 25 -letni związek który się
        rozsypuje.Analizując to moje 25 letnie pozycie to stwiedzam ,że
        osoba która powinna mi byc najbliższa zadała mi najwiecej
        bólu ,wypłakanych łez....Ciekawe czy kiedyś będę szczęsliwa
        • alinawk Re: Walka o szczęście 19.11.09, 10:39
          > Sądze ,ze kazdy człowiek ma prawo do szczęścia!!

          Ja bym to trochę inaczej ujęła - każdy człowiek ma prawo DĄŻYĆ do
          szczęścia. Ma prawo dążyć do lepszego zycia. Ma prawo do ZMIANY
          swojego życia na lepsze jeżeli jest nieszczęśliwy.

          Załóżmy ze mam pracę w której jestem wyśmiewana,tłamszona,
          wykorzystywana. Czuję się nieszczęśliwa, zaczynam chorować na
          wrzody, depresję, bóle głowy itp. Atmosfera jest nie do
          wytrzymania. Czy ktos mógłby mieć pretensję że robię coś aby to
          zmienić, np. zwalniam się albo zaczynam szukać innej pracy?
          Załóżmy że zaczynam chorować, a mój lekarz próbuje mi pomóc. Jedna
          kuracja, druga nie dają efektów, ból się wzmaga a lekarstwa nie
          pomagają. Czy mam dalej cierpieć i cierpliwie czekać na zmiłowanie
          boże czy szukać ratunku u innego lekarza?

          A może sobie powiedzieć że skoro szczęście mam nosić w sobie to nie
          mam prawa czuć się nieszczęśliwa z tak błahych powodów jak praca
          czy choroba, czy nieszczęśliwe małżeństwo i nic nie robić?

          • nangaparbat3 Re: Walka o szczęście 19.11.09, 14:56
            To o czym piszesz nazwalabym zwyklym dbaniem o siebie i stawianiem granic.
            Szczeście to cos o wiele wiecej.
      • sonia_30 Re: Walka o szczęście 19.11.09, 09:54
        "Czułabym się szczęśliwa gdyby:
        1.mój mąż czasem wykąpał dziecko wieczorem, uśpił a potem zjadł ze
        mną kolację..... itd."

        Skoro te wszystkie wymienione kwestie uczyniłyby Cię szczęśliwą,
        to "walka o szczęście" powinna oznaczać wysiłek wypracowania tych
        wszystkich rzeczy z mężem. Walkę o to zarzuciłaś, stwierdzając że
        lepiej gdy będziesz sama z dzieckiem. Zatem to nie walka o
        szczęście, a wybór tego co na dany moment wydawało się
        perspektywiczne, lepsze dla Ciebie.
        • scindapsus Re: Walka o szczęście 19.11.09, 11:21
          Soniu, wierz mi, można walczyc i się walczy, ale w pewnym momencie
          dochodzi się do sciany.
          I trzeba zrozumiec że bardziej sie juz nie da starac/prosic/dawać z
          siebie wszystko i czekać az druga strona da z siebie odrobinę.
          Nie wiem jak założycielka wątku ale ja wreszcie musiałam zrozumieć
          że stoję pod scianą i wszystkie moje wysiłki są daremne.
          I dla zdrowia własnego psychicznego odeszłam.
          Po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw.
          Odeszłam
          I naprawdę jest lepiej
          Jest spokojniej
          • sonia_30 Re: Walka o szczęście 19.11.09, 11:50
            Ależ ja to wiem Scindapsus, jedynie a'propos określenia 'walka o
            szczęście' zdefiniowane w określony sposób przez Kiciabeauty się
            wypowiedziałam....
            Założycielka wątku sama wie najlepiej ile i jaką pracę włożyła
            w 'walkę' o związek i jedynie sama może ocenić czy jest jej z tym
            dobrze, czy nie, czy czuje się komfortowo, czy nie do końca...
            Ponieważ stawia pytanie w kolejnym wątku, zakładam że ma jakieś
            wątpliwości...
            • scindapsus Re: Walka o szczęście 19.11.09, 12:15
              parę pieterek wyżej zalozycielka wątku napisala ze uzyla
              niefortunnego wyrazenia
              wystarczy przeczytac
              smile
              forum.gazeta.pl/forum/w,24087,103186500,103189143,Re_O_szczescie_sie_nie_walczy_.html
              • sonia_30 Re: Walka o szczęście 19.11.09, 13:38
                Po części owszem, ale mnie nie do końca o slogan oklepany
                chodziło... ale to wystarczy przeczytać co napisałam smile
    • nangaparbat3 jeszcze takie pytanie 19.11.09, 15:00
      Jakie jest źródlo "prawa do szczęścia"? Kto - czy jakie sily kosmiczne lub
      naturalne - je ustanowil?
      I co na jego temat moze powiedziec dziecko, ktore od urodzenia jest dręczone
      przez wlasnych rodziców? czy raczej - co my, tak przekonani o swoim "prawie do
      szczęścia", mozemy na temat tego prawa powiedziec dręczonemu dziecku?
      • mola1971 Re: jeszcze takie pytanie 19.11.09, 15:15
        My, dorośli ludzie dręczonemu dziecku o prawie do szczęścia nie możemy mówić, my to prawo dziecku mamy gwarantować. A gwarantować możemy albo resocjalizując jego rodziców, albo gdy to niemożliwe odbierając im dziecko i oddając je innym rodzicom, którzy będą je kochać.
        A jakie jest źródło "prawa do szczęścia"? Pierwotne bym powiedziała smile I związane po prostu z przybyciem na ten świat smile
        • nangaparbat3 Re: jeszcze takie pytanie 19.11.09, 15:40
          mola1971 napisała:


          > A jakie jest źródło "prawa do szczęścia"? Pierwotne bym powiedziała smile I związ
          > ane po prostu z przybyciem na ten świat smile

          Ciekawe. Nigdy wcześniej, w zadnej epoce, religii, filozofii, ludzie tak nie
          twierdzili. A tu nagle takie fiku-miku - w świecie, ktory wcale nie jest taki
          znowu dobry i sprzyjajacy szczęściu.
          W swiecie ludzi sfrustrowanych, pelnych lekow, deklarujacych niechec do dzieci
          wlasnie - i to nie tylko cudzych (tak o tym pisze, bo to dla mnie dosc jasny
          wyznacznik poczucia szczescia jest).
          Mam poczucie, ze jestem swiadkiem jakiejs totalnej schizy.

          Ale znam też jedną na pewno szczęsliwa rodzinę - Cyganow , okropnie biednych, z
          10 wlasnych dzieci, a teraz adoptuja jeszcze czwórkę.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka