Kochani "przed,w trakcie i po", chcę postawić bardzo proste pytanie, a może
jednak wcale nie takie proste (zwłaszcza, że zauważyłam, iż wiele osób na tym
forum ma zadatki na Szymona Słupnika, albo innego spożywającego zaledwie
korzonki, suchary i wodę z jeziora cierpiętnika.)
Jestem zwolenniczką walki o swoje szczęście za wszelką cenę. Wierzę, że nie po
to na ten padół nas zesłano, żeby robić coś wbrew sobie, póki oczywiście nie
krzywdzimy tej drugiej osoby.I od razu słowo wyjaśnienia dla ironicznych.Dla
mnie krzywdzeniem drugiej osoby jest oszukiwanie jej, nie mówienie wprost,
utrzymywanie status quo bez szansy na rozwój, nasz i jej.
Wybierając partnera i założywszy, że wszelkie małżeństwa biorą się z miłości,
nikt nie planuje rozwodu. Chyba, że jest wyrachowanym draniem płci męskiej lub
żeńskiej.
Potem coś się nie układa, ludzie przecież się zmieniają, zmieniają swój punkt
widzenia, jedne rzeczy zaczynają akceptować, a inne DOPIERO STAJĄ SIĘ NIE DO
ZAAKCEPTOWANIA pod wpływem nowych doświadczeń.
Moje stanowisko więc jest takie, że argumenty typu WIDZIAŁY GAŁY... itp nie
zawsze są fair. Nie można czuć się sfrustrowanym dla dobra sprawy. Nikt też
nie wmówi mi, że dziecko będzie cierpieć, jeśli rodzice pomimo konfliktu i
różnic nie do zaakceptowania będą nadal szanować siebie, szanować dziecko i po
prostu je KOCHAĆ.
Wiele osób napisało, że np mnie (ale i innym forumowiczom, którzy mnie poparli
w poście o "wrednej żonie")w d**** się poprzewracało-sorry za ten skrót

Otóż nie!!! Myślę, że po prostu niektórzy mają odwagę cywilną aby walczyć o
swoje szczęście, a inni wzorem Polaka-katolika upatrują sensu w cierpieniu, w
którym ja sensu jakoś nie widzę.