16.09.10, 22:32
Stwierdzam, ze prawie 3 miesiace po rozstaniu zaczyna mnie meczyc zazdrosc o exa sad . Zupelnie irracjonalna, bezsensowna, nieuprawniona i nieproduktywna. A jednak...

Ze wzgledu na laczace nas interesy musimy byc w kontakcie przynajmniej telefonicznym i zasade mamy taka, ze telefon odbieramy, nawet jesli jestesmy wkurzeni na siebie na maksa. Chyba, ze z jakichs powodow nie mozemy odebrac - wtedy sie oddzwania w najblizszym mozliwym momencie. Dzwonilam dzis do niego i nie odebral, oddzwonil dopiero pozniej. Moja wyobraznia zaczela prace zupelnie wbrew moim zyczeniom: "Nie slyszal dzwonka, jasne, pewni jakas laske czarowal" i dalej w tym temacie.

Znacie jakies metody opanowywania glupiej wyobrazni? Umowilam sie dzis z psychologiem, moze podsunie jakis pomysl, ale spotkanie dopiero za 3 tygodnie z okladem.
Obserwuj wątek
    • xciekawax Re: zazdrosc 17.09.10, 03:00
      wez gleboki oddech i powiedz: No i co z tego. On juz nie jest czescia mojego zycia. To JEGO zycie.

      Tez tak mam, oddycham wtedy gleboko i mysle, : a co mnie to obchodzi. To zycie juz jest skonczone. Licze sie teraz tylko ja.
    • malgolkab Re: zazdrosc 17.09.10, 14:37
      to chyba oznacza, że nie jest Ci obojętny. Ja o mojego przestałam być zazdrosna jeszcze zanim się wyprowadził, po prostu nic już nas nie łączyło... teraz - ponad rok po rozstaniu nie robi na mnie w ogóle wrażenia informacja o jego "koleżankach" czy innych ekscesachsmile
      • kalpa Re: zazdrosc 17.09.10, 14:45
        Daj sobie czas... to minie w końcu, jeszcze jest zbyt swieże.
        U mnie minąl rok, i nie zazdrośc, ale tęsknota też mnie dopadnie czasem. I taka mysl, ze teraz rozmawia z kims innym, z kims innym prowadzi takie gorace dyskusje jak ze mna kiedyś, o kogos innego sie troszczy. Nie mam nikogo ot co wink
        pewnie stad ten żalik w mnie w sercu. Wiem, ze gdybym miala fajnego faceta obok, to raczej takie emocje nie byłyby zbyt mocne. Aczkolwiek mam z exiem dobry kontakt, lubimy sie nadal.
        Myśle, że rozstanie jest znacznie trudniejsze dla kobiety niz dla mężczyzny ... ale może sie mylę.
    • krezzzz100 Re: zazdrosc 17.09.10, 15:05
      Więź nie poddaje się całkiem dyktatowi rozwodu. Musi wygasnąć, ale ma swój własny rytm tego wygasania. Wyraża się różnie: w tęsknocie, zazdrości, we wspominaniu, w porównywaniu itd. Zrywanie więzi boli, co również ma różny wyraz: jedni są smutni, inni złośliwi, zazdrości właśnie, jeszcze inni stosują eskapizmy.
      Minie, byle się nie "zawiesić" na jakimś jej etapie. Nie pielęgnować jej, ale też brutalnie nie tłumić. Spojrzeć na nią życzliwszy okiem, bo to ostatecznie ona stanowiła bazę tego, co było dobre w związku smile
    • brel_grl Zdecydowanie moj byly NIE JEST.. 17.09.10, 18:11
      ... mi obojetny. Nie wiem, czy to co czuje ( po wszystkich burzliwych przezyciach, zawiedzionych nadziejach itp) to jest milosc, ale na pewno cos na ksztalt. Rostanie bylo podyktowane rozsadkiem, nie brakiem/wygasnieciem uczucia zadnej ze stron.
      Sfera lozkowa nigdy nie stanowila problemu, szczerze mowiac, nawet gdyby teraz wystapil z propozycja seksu, to nie byloby by mi latwo odmowic.

      krezzz: dobra ta Twoja mysl. O tym, ze ta obecna zazdrosc to czesc tej dobrej wiezi miedzy nami: fizyczno-intymnej i wszystkiego, co sie z tym wiazalo.
      • krezzzz100 Re: Zdecydowanie moj byly NIE JEST.. 17.09.10, 18:47
        To dotyka także tych, którzy odchodzą. U nas to ja odeszłam, a cierpiałam - więź wygasała długo (i chyba jeszcze nie wygasła do końca). I rozsądkiem rzeczywiście nie dało się tego okiełznać, poza tym jednym rozumieniem: że takie coś istnieje i że jest wyrazem wygasającej więzi, być może nawet miłości.
        • zolta_iwulka Re: Zdecydowanie moj byly NIE JEST.. 17.09.10, 22:41
          krezzzz100 napisała:

          > To dotyka także tych, którzy odchodzą.

          Zawsze mnie to ciekawiło, czy tego człowieka, ktory odchodzi, mającego często na podorędziu nowego partnera, też to dotyczy? Te wszystkie emocje? Przecież zaangażowanie w nowe, świeże, inne jest (zakładam) tak silne, że żadna zazdrość, tęsknota do opuszczonego partnera nie powinna mieć racji bytu. Zupełnie inne swiatło na rzuczasz, ciekawe...
          • krezzzz100 Re: Zdecydowanie moj byly NIE JEST.. 19.09.10, 11:37
            zolta_iwulka napisała:
            > Zawsze mnie to ciekawiło, czy tego człowieka, ktory odchodzi, mającego często n
            > a podorędziu nowego partnera, też to dotyczy? Te wszystkie emocje? Przecież zaa
            > ngażowanie w nowe, świeże, inne jest (zakładam) tak silne, że żadna zazdrość, t
            > ęsknota do opuszczonego partnera nie powinna mieć racji bytu. Zupełnie inne swi
            > atło na rzuczasz, ciekawe...

            Długo myślałam nad tym, co napisała Iwulka. Nie nad treścią, bo zdanie na ten temat mam, ale nad tym, jak odpowiedzieć, by wybrzmiał sam problem, który jest niesamowity. Uważam bowiem, że te słowa odzwierciedlają jeden z bardziej poważnych problemów forum, jeśli wręcz nie jego zasadę. Dyskusja z tą zasadą już się tu odbyła wielokroć, i dla mnie kolejna jej edycja byłaby chyba tylko poniżeniem (nie chcę tym nikogo urazić, ale tak to jest).
            Powiem zatem tylko, co to za zasada i nie będę tematu rozwijała, bo ta zasada jest tak wszechpotężna i oczywista dla tych, którzy jej używają, że aż niezauważalna dla nich i dlatego dyskusja z tym mija się z celem. Tą zasadą jest właśnie to że odchodzący są pojmowani "statycznie"- jako obiekty, które nic nie czują poza własną satysfakcją z odejścia, i nie przysługuje im żaden inny status niż zniszczenie. I taka jest w ogromnej części rola tego forum: odreagować na osobach, które reprezentują tu odchodzących.
            Przeczytawszy te słowa na spokojnie i przeanalizowawszy je, widać ich niesłychaność (aż taką, że nie ma sensu z nią dyskutować). Nie można się jednak nie zastanowić nad tym, jakie skutki one przynoszą. Moim zdaniem, gdyby nie to, można by na tym forum oświetlić węzłowe problemy związków, które są w kryzysie okołorozwodowym (przed, w trakcie i po). Poznać sposób myślenia i reagowania obu stron, i czasem zapobiec przez to kolejnym nieszczęściom. To ogromna strata tego forum.

            Podkreślam, że to nie uwaga personalna do Iwulki Cieszę się, że to zauważyła. I nie tylko ona- obok w wątku też ktoś zauważył, że odchodzący mają uczucia. Ale to tylko podkreśla wagę problemu, którym jest nie to, że odchodzący mają uczucia (równie absurdalnie brzmiałoby stwierdzenie, że są ludźmi), ale że to w ogóle trzeba stwierdzać. To pokazuje, w jakim miejscu jest to forum.
            Ogromnie to smutne.
            • airam.as Re: Zdecydowanie moj byly NIE JEST.. 19.09.10, 12:43
              krezzzz100 napisała:

              > zolta_iwulka napisała:
              > > Zawsze mnie to ciekawiło, czy tego człowieka, ktory odchodzi, mającego cz
              > ęsto n
              > > a podorędziu nowego partnera, też to dotyczy? Te wszystkie emocje? Przeci
              > eż zaa
              > > ngażowanie w nowe, świeże, inne jest (zakładam) tak silne, że żadna zazdr
              > ość, t
              > > ęsknota do opuszczonego partnera nie powinna mieć racji bytu. Zupełnie in
              > ne swi
              > > atło na rzuczasz, ciekawe...
              >
              > Długo myślałam nad tym, co napisała Iwulka. Nie nad treścią, bo zdanie na ten t
              > emat mam, ale nad tym, jak odpowiedzieć, by wybrzmiał sam problem, który jest n
              > iesamowity. Uważam bowiem, że te słowa odzwierciedlają jeden z bardziej poważny
              > ch problemów forum, jeśli wręcz nie jego zasadę. Dyskusja z tą zasadą już się t
              > u odbyła wielokroć, i dla mnie kolejna jej edycja byłaby chyba tylko poniżenie
              > m (nie chcę tym nikogo urazić, ale tak to jest).
              > Powiem zatem tylko, co to za zasada i nie będę tematu rozwijała, bo ta zasada j
              > est tak wszechpotężna i oczywista dla tych, którzy jej używają, że aż niezauważ
              > alna dla nich i dlatego dyskusja z tym mija się z celem. Tą zasadą jest właśnie
              > to że odchodzący są pojmowani "statycznie"- jako obiekty, które nic nie czują
              > poza własną satysfakcją z odejścia, i nie przysługuje im żaden inny status niż
              > zniszczenie. I taka jest w ogromnej części rola tego forum: odreagować na osoba
              > ch, które reprezentują tu odchodzących.
              > Przeczytawszy te słowa na spokojnie i przeanalizowawszy je, widać ich niesłycha
              > ność (aż taką, że nie ma sensu z nią dyskutować). Nie można się jednak nie zast
              > anowić nad tym, jakie skutki one przynoszą. Moim zdaniem, gdyby nie to, można b
              > y na tym forum oświetlić węzłowe problemy związków, które są w kryzysie okołoro
              > zwodowym (przed, w trakcie i po). Poznać sposób myślenia i reagowania obu stron
              > , i czasem zapobiec przez to kolejnym nieszczęściom. To ogromna strata tego for
              > um.
              >
              > Podkreślam, że to nie uwaga personalna do Iwulki Cieszę się, że to zauważyła. I
              > nie tylko ona- obok w wątku też ktoś zauważył, że odchodzący mają uczucia. Ale
              > to tylko podkreśla wagę problemu, którym jest nie to, że odchodzący mają uczuc
              > ia (równie absurdalnie brzmiałoby stwierdzenie, że są ludźmi), ale że to w ogól
              > e trzeba stwierdzać. To pokazuje, w jakim miejscu jest to forum.
              > Ogromnie to smutne.

              No nie. Oto Ci chodziło, Krez?
              Jemu tez nie jest łatwo odnaleźć się w tej sytuacji. Mozę nie płacze tak jak ty, ale posiada uczucia i przezywa rozstanie. To że ma kochankę nie oznacza, że nic nie czuje w związku z rozwaleniem własnej rodziny.

              Nie odwracajmy kota ogonem!
              Może go jeszcze przytulić, po główce pogłaskać, pocieszyć, że odchodząc do kochanki tak bardzo cierpi, biedactwo. A najlepiej , aby zona powiexziała: tak , kochanie, masz prawo do wlasnego szczęścia, wiem że porzucając mnie i rodzinę i zdradzając straszliwie cierpiałeś, męki chrystusowe wręcz, tak mi przykro, że musiałeś mnie zdradzić i terza przez to wszystko przechodzisz. Mea culpa, mea culpa. Wiem, że bardzo tego nie chciałeś, ale skoro tak postąpiłeś, to na pewno musiałeś tak zrobić. I teraz cierpisz z tego powodu. Wiem, że to wszystko moja wina. Nie przejmuj sie więc mną, cierp spokojnie w objęciach kochanki, a ja sobie jakos poradzę, o dzieci też się nie martw, będe dla nich odtąd i matką i ojcem. Będę mówiła im o tobie same dobre rzeczy, bo jesteś wspaniałym człowiek, odszedłeś w takich mękach...
              Jesli ci to pomoże, to wiedz, że bardzo cię kocham, i chcę, abyś był naprawdę szczęśliwy z kochanką. Zyczę wam dużo ślicznych bachorków i żebyś pamiętal o nich skoroś ich spłodził, tak jak nie pamiętasz o naszych dzieciach. Amen. Krzyż ci na drogę moj luby.

              Umarrrłam big_grin
              • krezzzz100 Re: Zdecydowanie moj byly NIE JEST.. 19.09.10, 12:51
                Nie, nie o to mi chodziło. O całość. O perspektywę. Jaką jest zauważenie, ŻE odchodzący mają uczucia.
                • airam.as Re: Zdecydowanie moj byly NIE JEST.. 19.09.10, 12:57
                  Ależ niech je sobie mają. Tylko dlaczego osoba porzucana ma kierować się uczuciami osoby porzucającej, skoro ta, odchodząc, jej uczuciami się nie przejmuje wcale. No dajże spokój. Paranoja jakaś. Matrix.
                  • krezzzz100 Re: Zdecydowanie moj byly NIE JEST.. 19.09.10, 13:41
                    Dlatego, że wszyscy uczestniczy wydarzeń powinni się liczyć wzajemnie z uczuciami drugiej strony. Skąd założenie, ŻE odchodzący nie liczy się z uczuciami tego, od którego odchodzi? To jakiś absurd.
                    • airam.as Re: Zdecydowanie moj byly NIE JEST.. 19.09.10, 14:48
                      krezzzz100 napisała:

                      > Dlatego, że wszyscy uczestniczy wydarzeń powinni się liczyć wzajemnie z uczucia
                      > mi drugiej strony. Skąd założenie, ŻE odchodzący nie liczy się z uczuciami tego
                      > , od którego odchodzi? To jakiś absurd.

                      No bo to jest absurd, albo co najmniej hipokryzja, żadać od ludzi rozchodzących się by się liczyły ze swoimi uczuciami. Przecież ten brak poszanowania uczuć właśnie doprowadzil do rozwodu! To jak ludzie, którzy nie liczyli się zw swoimi uczucia będąc małżenstwem, nagle po rozejściu się mają zapałać do siebie najwyższym szacunkiem. No Krez, no co Ty mowisz. Litości.
                      • nangaparbat3 Re: Zdecydowanie moj byly NIE JEST.. 19.09.10, 15:06
                        To nie jest całkiem bez sensu, bo często po podjęciu decyzji i rozstaniu się ludzie zaczynają z sobą gadac jak ludzie.
                        Ale może byc i tak jak u mojej przyjaciołki - mąż wyszedł, zamieszkał u kochanki, na prośby żony by się spotkac i porozmawiac odpowiedział odmownie. I nie dziwię się, że go po prostu skreśliła - nie za odejście, nie za kochankę - za odmowę spotkania i rozmowy.
                        • airam.as Re: Zdecydowanie moj byly NIE JEST.. 19.09.10, 15:16
                          Zgadzam, ale tylko dlatego sie tak dzieje, bo zaczynają rozmawiać zupelnie na innej płaszczyźnie.
                          Ale do licha, w momencie porzucenia/ zdrady żeby osoba porzucona/zdradzona miala się kierowąc i przejmować uczuciami porzucającego, to to już wymagacie jakiegoś masochizmu od tej osoby i kulpabilizowania się za odejście partnera. Normalne te postulaty nie są z pewnością. I prosze nie trywializować i nie sprowadzać rzeczy do absurdu i na czarne mówić białe.
                          Zaskoczona jestem, jak łatwo proste wartości i relacje mozna naginać i przewartościowywać w zależności od okoliczności i usytuowania.
                          • nangaparbat3 Re: Zdecydowanie moj byly NIE JEST.. 19.09.10, 15:48
                            Jednak myślę, że w tym jest trochę racji - że dobrze jest, kiedy potrafimy wyjsc poza własny bol i gniew. Jest dobrze, ale nie sądzę, by można było tego wymagac albo obrażac się, że ktoś nie jest w stanie. po prostu zawsze dobrze jest wyjsc poza własny bol i gniew (chyba że musimy walczyc o życie).
                          • krezzzz100 Re: Zdecydowanie moj byly NIE JEST.. 19.09.10, 15:54
                            Airam, nie sprowadzam niczego do absurdu, tylko zauważa pewne tendencje. Nie ma się o co obrażać i zabijać posłańca za to, że przyniósł złe wieści wink

                            Przejmowanie się (powiedziałabym raczej: branie ich pod uwagę, bo to o to tak naprawdę chodzi) uczuciami osób bliskich jest chyba charakterystyczne dla relacji, prawda? Tym bardziej dotyczyć to powinno relacji, która znalazła się w kryzysie. A już zwłaszcza, jeśli się chce kryzys zrozumieć, i być może coś wyprostować (czymkolwiek to wyprostowanie będzie).

                            Rozmowa temu jak najbardziej temu służy. Oczywiście, że to inna płaszczyzna rozmowy niż w czasach pokojowych, bo to czas kryzysu właśnie. Ale rozmawiać powinno się, dla dobra wszystkich. Zrozumienie motywacji, powodów, uwarunkowań pomaga wyjść opuszczonemu z roli ofiary, ułatwia pogodzenie się z rzeczywistością choćby przez to, że zobaczy iż druga strona cierpi (może tęskni, może się waha, może walczy). Moim zdaniem to są zyski dla osoby opuszczanej także. Temu samemu zresztą służy także terapia.

                            To nie absurdy, Airam. Dlaczego rozstanie ma niweczyć wzajemny szacunek czy empatię?
                            • airam.as Re: Zdecydowanie moj byly NIE JEST.. 19.09.10, 17:14
                              krezzzz100 napisała:

                              >
                              > To nie absurdy, Airam. Dlaczego rozstanie ma niweczyć wzajemny szacunek czy emp
                              > atię?

                              O jakim szacunku i empatii Ty mowisz, kiedy ktoś posuwa się do zdrady? No o jakim, powiedz?
                              Zdradza i robi to z empatii?
                              Irutyje mnie tylko taki podejście, jak Wasze - wyjdz poza swój ból, wybacz, spojrzyj szerzej itp. No wierutne bzdury pleciecie obie.
                              Inna sprawa, ocenić sytuację realnie, przewartościować, zresetować pewne rzeczy i zacząć wszystko do nowa, ale już bez tej osoby, co odeszła. ale na milośc boska nie wymagajjcie, że czlowiek okradziony będzie gonił złodzieja, by mu powiedzieć, że go przeprasza, a w ogóle to jest mu wdzięczny, że zostal okradziony.
                              Wymagać od ofiary wiekszej empatii niż od sprawcy....
                              • krezzzz100 Re: Zdecydowanie moj byly NIE JEST.. 19.09.10, 17:30
                                No, o normalnej empatii mówię. Zdrada to inna para kaloszy- jest pochodną wielu procesów, do ktorych może także należeć oczywiście brak empatii i to po obu stronach.
                                Nic nie pisałam o wybaczeniu- to jeszcze inna broszka. Nikt nie każe wyjść poza swój ból w takim rozumieniu, by go opuścić. Piszę o potrzebie uznania, że strona odchodząca względem rozpadu związku także przeżywa ból. Przecież jedno nie wyklucza drugiego.
                                Tu nikt nie jest złodziejem, Airam. Wydaje mi się, że problemem jest ustawianie się z góry w roli ofiary. Tymczasem to proces, w którym podział ról nie jest wcale tak oczywisty, ale nawet gdyby był oczywisty, to i tak można widzieć obie strony- ich udział i idące za tym emocje, odczucia, przeżycia, motywacje. Tego się nie da dojść, omijając którąś ze stron.
                                Nie trzeba mylić rozumienia z wybaczeniem.
                                • tricolour To ja mam pytanie... 19.09.10, 17:36
                                  ... w jakim celu osoba porzucająca domaga się uznania swojego bólu przez porzuconego? Dlaczego jest mowa o POTRZEBIE uznania i czyja jest to potrzeba?
                                  • krezzzz100 Re: To ja mam pytanie... 19.09.10, 17:57
                                    Nikt się tego nie domaga. JA ZAUWAŻAM tendencję.
                                    Tryb "domagania się" byłby nieskuteczny. Jak ktoś nie zauważa, no to nie zauważa- co jest kolejną diagnozą dotyczącą relacji, jak i tej osoby: razem i z osobna.

                                    Mogę napisać, dlaczego uważam za korzystne takie liczenie się z usytuowaniem obu stron (nie tylko emocjonalnym). Otóż: 1. dla pełniejszego zrozumienia, co się dzieje i dlaczego; 2. Dla dobrego zamknięcia związku (lub otwarcia jego nowej edycji); 3. Dla wyjścia z diabelnej cezury: kat/ofiara; 4.
                                    • tricolour Zauważasz? 19.09.10, 18:21
                                      Zauważasz takimi słowami: "wszyscy uczestniczy wydarzeń powinni się liczyć wzajemnie z uczuciami drugiej strony"?

                                      To nie jest zauważenie, to jest literalne wskazanie powinności.

                                      • krezzzz100 Re: Zauważasz? 19.09.10, 19:25
                                        Powinno się, w rozumieniu: dobrze by było. Nie oznacza to domagania się.
                                • airam.as Re: Zdecydowanie moj byly NIE JEST.. 19.09.10, 18:01
                                  krezzzz100 napisała:

                                  > No, o normalnej empatii mówię. Zdrada to inna para kaloszy- jest pochodną wielu
                                  > procesów,


                                  No to poczytaj to forum i popatrz ile tutaj wcale nie innych par kalosz znajdziesz, tylko wciąż te same. Bo dla mnie sprawa jest prosta - nie podoba się, rozwodzę się. a nie, nie podoba się - łażę po krzkach latami udając , że nic sie nie dzieje. I takich przypadków jest chyba najwięcej na forum. W tym kontekscie - mówimy o osobach oszukanych. I nie wnikam ilu procesów pochodną jest zdrada. Mogę wnikać ile błędów z jednej i drugiej strony dorpowadzilo do rozwodu, do rozejścia się. Ale sama zdrada i jej ukrywanie i kręcenie, - jest oszustwem cięzkiego kalibru. Dla którego nie można szukać zrozumienia.

                                  Reszta Twoich wniosku opiera się na błędnych założeniach. jw.
                                  • krezzzz100 Re: Zdecydowanie moj byly NIE JEST.. 19.09.10, 18:14
                                    No właśnie ja też zwracam an to uwagę, że na forum taki typ odnoszenia się do sprawy dominuje. Uważam ten tryb za zaburzony. Tri to dobrze określił "mentalny amok". Szkodliwy dla wszystkich: dla tego, który w nim jest, dla odchodzącego oraz dla dzieci, bo tkwienia w pozycji ofiar uruchamia np. wymiar wojny (np. ofiara gra dziećmi jako swoistą rekompensatą za swoje krzywdy, o czym wielokroć już dyskutowaliśmy).

                                    Airam, tyle razy już zwracałam uwagę, że odejście (w tym i zdrada) to nie tylko chowanie się wieloletnie po krzakach (co za obraz((( ) i oszustwa, ale często bolesny proces w prawdzie, proces którego składowe są niezwykle ważne. Dlaczego odmawiasz wzięcia tego pod uwagę?
                                    • airam.as Re: Zdecydowanie moj byly NIE JEST.. 19.09.10, 18:31
                                      krezzzz100 napisała:


                                      > że odejście (w tym i zdrada) to nie tylko
                                      > chowanie się wieloletnie po krzakach (co za obraz((( ) i oszustwa, ale często
                                      > bolesny proces w prawdzie, proces którego składowe są niezwykle ważne. Dlaczego
                                      > odmawiasz wzięcia tego pod uwagę?

                                      Nie zrozumiałaś. Nie dyskutuje nad sytuacją, kiedy ludzi stać by powiedzieć sobie wprost: nie udalo się, rozchodzimy się. I to nie podlega dyskusji, że wtey i ta strona pozostawiana, i ta z ktorej inicjatywy to wychodzi, może czuć ból i rozczarowanie, że jednak nie udalo się.

                                      Ale "w tym" zdrady nie ma. Zdrada to zupelnie inny wymiar, inne zachowanie, własnie dominujące na tym forum.
                                      Dla mnie to jest zrozumiałe, że ludzie na zdradę reagują jak reagują.
                                      Ja bym na Twoim miejscu zastanowiłabym się raczej, dlaczego w spoleczeństwie dominuje moedel (czego wyrazem jest to forum, sądząc po ilości zdradzonych forumowiczek, nomen omen), żeby zamiast się normalnie rozwieść, to wolą zdradzać i kręcić.
                                      A nie - Ty zastanawiasz się, dlaczego osoba zdradzana nie wykazuje chęci zrozumienia motywów zdradzającego. No , Krez... od d...strony zabierasz się za zagadnienie, szczerze powiem.
                                      • krezzzz100 Re: Zdecydowanie moj byly NIE JEST.. 19.09.10, 19:33
                                        Jesteś niesprawiedliwa. Wielokroć się tutaj nad nad tym zastanawiałam. I zwracałam uwagę na cezurę także w podejściu do tego: nie jest dla większości ważne, dlaczego związki kuleją, ale to, ŻE dochodzi do opuszczenia. W tej zaś rozmowie zwróciłam uwagę na konkretny problem.

                                        Podtrzymuję, że świadomość stanu drugiej strony jest korzystny dla wszystkich. Nie mówiłam o wybaczaniu czy wyrozumiałości, mówię o znajomości stanu rzeczy i uznaniu istnienia pewnych wymiarów (tu: ból strony odchodzącej, bo to jest zasadniczy temat tej wymiany zdań)- mylisz perspektywy.
                                        Powtarzam: uznanie czegoś to nie usprawiedliwienie czy wybaczenie. Może ono być skutkiem poznania, ale nie ejst koniecznością. Czy to naprawdę takie trudne do pojęcia?
                                        • airam.as Re: Zdecydowanie moj byly NIE JEST.. 19.09.10, 21:25
                                          krezzzz100 napisała:

                                          > Jesteś niesprawiedliwa. Wielokroć się tutaj nad nad tym zastanawiałam. I zwraca
                                          > łam uwagę na cezurę także w podejściu do tego: nie jest dla większości ważne, d
                                          > laczego związki kuleją, ale to, ŻE dochodzi do opuszczenia. W tej zaś rozmowie
                                          > zwróciłam uwagę na konkretny problem.


                                          Staram się byc sprawiedliwą, Krez. I to nie ja mylę perspektywę.
                                          Na to forum przychodzą mlodziutkie mężatki po dwadzieścia parę lat zostawiane z dziećmi przez swoich mężów, i nie godzi się wmawiac im, że mają rozstrząsać swoje raptem 3-5 lat stażu małżeństwa i doszukiwać się usprawiedliwien dla zdrad swoich mężów. Dlaczego im odmawiasz prawa na skupieniu się na swoim żalu i rozczarowaniu (co też podobno czują zdradzający ich mężowie (sic!)), ale również prawa do zlości i gniewu? Dlaczego?
                                          >
                                          > Podtrzymuję, że świadomość stanu drugiej strony jest korzystny dla wszystkich.
                                          > Nie mówiłam o wybaczaniu czy wyrozumiałości, mówię o znajomości stanu rzeczy i
                                          > uznaniu istnienia pewnych wymiarów (tu: ból strony odchodzącej, bo to jest zasa
                                          > dniczy temat tej wymiany zdań)- mylisz perspektywy.

                                          To nie ja mylę perspektywę. Ja mam wszystko poukladane na półkach i posprzątane już, ale nie będę nikomu wmawiać, że ma czuć to czego nie czuje, i ma zachowywać się tak, jak nie ma kompletnie ochoty się zachowywać, ani mozliwości, siły na danym etapie zyciowym.


                                          "Świadomość stanu drugiej strony"...uooɯ ǝɥʇ ɟo ǝpıs ʞɹɐp, bright side of the moon.
                                          Czasami ciężko jest rozpoznać stan drugiej osoby. Bo wielu z tych zdradzaczy brakuje nie tylko odwagi cywilnej, ale i woli, aby zamknąc poprzedni związek z jak najmniejszymi stratami.
                                          Piekny przyklad micha. Powiedz mi, jak można zrozumieć i wczuć się w "cierpienie" takiego gościa, co najpierw zdradza zone w połogu i zd rugim małym dzieckiem, potem odchodzi, a potem grozi że zabierze mieszkanie, a potem dzieci zonie.
                                          No faktycznie, nic, tylko współczuć. Cierpienia mlodego Wertera...

                                          > Powtarzam: uznanie czegoś to nie usprawiedliwienie czy wybaczenie. Może ono być
                                          > skutkiem poznania, ale nie ejst koniecznością. Czy to naprawdę takie trudne do
                                          > pojęcia?

                                          Czasami faktycznie Cie nie rozumiem.
                                          Za bardzo majstrujesz przy prostych sprawach.
                                          Ale to nic, never mind, clevermind wink

                                          ps. Pa. Na mnie juz czas.
                                          Miło się gaworzyło.
                                          • krezzzz100 Re: Zdecydowanie moj byly NIE JEST.. 19.09.10, 22:19
                                            Airam, ni mom już sił powtarzać, że to nie suma zerowa. Nikt im nie odmawia prawa do zajęcia sie własnym bólem, prawa do złości i gniewu itd. Mówię o nieodmawianiu drugiej stronie uznania, ŻE też odczuwa ból. Tylko to. Nie wiem skąd bierzesz takie wnioski.
                                            Inaczej nie umiem już tego opisać.

                                            Nie wiem, ilu zdradzaczy tai czy nie chce rozmawiać. Mówię o sytuacji, gdy chce rozmawiać i gdy nie tai.

                                            I już zupełnie nie rozumiem Twojej uwagi o tym, że grzebię przy prostych pojęciach w odniesieniu do podstawowego rozróżnienia wiedzy o czymś od wybaczania czy usprawiedliwiania tego. To elementarne rozróżnienie. I chyba o to tu właśnie chodzi. O to pomylenie.

                                            No, miło....

                                            • blaszany.dzwoneczek Re: Zdecydowanie moj byly NIE JEST.. 20.09.10, 12:52
                                              W moim światopoglądzie nie ma usprawiedliwienia dla zdrady.
                                              Istnieją natomiast jej przyczyny.
                                              I wybaczenie, które tak jak wiara - jest łaską - daną /tj. niezależną od woli stron/ nam albo nie
                            • zolta_iwulka Re: Zdecydowanie moj byly NIE JEST.. 19.09.10, 18:43

                              krezzzz100 napisała:
                              > To nie absurdy, Airam. Dlaczego rozstanie ma niweczyć wzajemny szacunek czy emp
                              > atię?

                              Rozstanie nie, Krezzz, zdrada TAK.

                              • krezzzz100 Re: Zdecydowanie moj byly NIE JEST.. 19.09.10, 19:24
                                Zależy, co rozumieć przez zdradę. Ale te pytania już tu padały, i odpowiedzi nie było.
                                Niemniej, nawet jak rozumieć przez zdradę wyłącznie potoczne jej ujęcie- też. Takie jest moje zdanie- że dla zdradzonego także to jest korzystniejsze.
                        • tricolour Nanga, czym innym jest gadanie... 19.09.10, 16:15
                          ... czyli podstawowa komunikacja która rzeczywiście może odżyć po rozwodzie, a czym innym postulat: "wszyscy uczestniczy wydarzeń powinni się liczyć wzajemnie z uczuciami drugiej strony".

                          Ten postulat to znacznie więcej niz gadanie. A zestawiony z celowym zadawaniem bólu, by osiągnąc własny, egoistyczny cel, stawia tenże postulat w obszarze obłudy. Właśnie przez celowe zadawanie krzywd przy jednoczesnej świadomości tego zadawania i wymagania liczenia z uczuciami. Sprawca przedkłada własną przyszłą wygodę nad bieżącą krzywdę ofiary i postuluje, by ofiara bardziej żyła przyszłą wygodą sprawcy niż własną krzywdą.

                          Dlaczego sprawca nie chce żyć swoją krzywdą, a wygodą ofiary? Przecież i taki scenariusz mieści się w zakresie postulatu, prawda?
                          • krezzzz100 Re: Nanga, czym innym jest gadanie... 19.09.10, 17:52
                            Ta podstawowa komunikacja to chyba lepiej by była żywa także w trakcie kryzysu, nie tylko po nim. Może wtedy nie byłoby takich ustawień (albo byłoby ich mniej), jak te, które opisałam.

                            Wątpię, by odchodzący gremialnie zadawali celowo ból. To ujęcie potwierdza moją tezę o nastawieniu z góry. Nikt normalny nie odchodzi po to, BY zadać ból.

                            Nie mówię o redukowaniu bólu strony odchodzącej. Po raz kolejny zapytuję, dlaczego używać tutaj zasady sumy zerowej. Twierdzę, że jest odwrotnie: że to mogłoby się przyczynić do redukcji bólu strony opuszczanej, na co zwracał kilkukrotnie uwagę Z mazur, a także bodajże Ef.endir.

                            Poza tym- kolejny raz akcentuję, że pozostawianie w roli ofiary jest bardzo niekorzystne dla samego opuszczonego, i jest najczęściej nieprawdziwe.
                          • nangaparbat3 Re: Nanga, czym innym jest gadanie... 19.09.10, 21:18
                            Tri, w życiu nie powiem, że wszyscy powinni. Ale dobrze jest, kiedy są w stanie. Co się zresztą bardzo rzadko zdarza, może prawie nigdy.
                            Nie są w stanie ani ci, co odchodzą czy/i zdradzają, ani ci, którzy zostają porzuceni/zdradzeni. I oczywiście pierwsza piłka jest po stronie tych pierwszych, bo oni są stroną aktywną. Oni decydują - pierwsi mogą zahamowac możliwosc liczenia się z uczuciami. Ich rola jest trudna, bo żeby nie zablokowac szansy, muszą przyjąc na siebie pierwszą falę bólu i gniewu. Przetrzymac ją, nie odbijac, nie robic uników. Mało kogo na to stac.
                            • tricolour Ja bym prędzej oczekiwał... 20.09.10, 12:12
                              ... od tych odchodzących odrobiny pokory niż postulatów uznania swojego bólu.
                              • nangaparbat3 Re: Ja bym prędzej oczekiwał... 20.09.10, 15:59
                                Możesz to nazwac pokorą, ja to nazwałam przyjęciem na siebie pierwszej fali gniewu i bólu. Z pokorą, tak.
                      • krezzzz100 Re: Zdecydowanie moj byly NIE JEST.. 19.09.10, 15:43
                        Ja nie żądam, bo tu nie ma czego żądać: tak jest i z faktami nie ma co dyskutować. Ja zauważam stan rzeczy i się zastanawiam, skąd to wynika i co to znaczy.

                        I tak, zauważam (na materiale z tego forum, rzecz jasna), że jest, jak piszesz: że większość osób opuszczonych się z uczuciami odchodzących nie liczy (postrzega ich jako statyczny obiekt pozbawiony uczuć związanych z odchodzeniem). Jesteśmy tutaj zgodne w obserwacji (co się zapewne nie spodoba Tri))), tylko znaczenie temu przypisujemy rożne.
                        Natomiast pragnę zauważyć, że są i tacy, to się liczą.
                        Uważam też, że normalniejszym jest (co nie znaczy: większościowym), jak się luzie wzajemnie z tym liczą.
                        Nie zgadzam się też z taką konstrukcją, że brak poszanowania dla uczuć doprowadził do rozwodu, i że z tego wynika dalszy brak poszanowania wzajemnych uczuć. Ani z pierwszym członem się nie zgadzam, bo rozwód jest wynikiem bardziej skomplikowanych procesów niż "nieposzanowanie uczuć" (co nie oznacza, że nie może i tak się zdarzyć), i tym bardziej z wnioskiem.

                  • kasiapfk Re: Zdecydowanie moj byly NIE JEST.. 21.09.10, 15:57
                    <<<skoro ta, odchodząc, jej uczuciami się nie przejmuje >>>
                    i tu jest problem właśnie. Odchodzący PRZEJMUJĄ się uczuciami. Przynajmniej niektórzy.
                    Przypomnę - ja złożyłam pozew o rozwód, ale to Eks wylogował się z tego związku pierwszy. Ale zawsze miałam świadomosć, że on też przeżywa swoje odejście, mimo, że nie okazywał tego W SPOSÓB jakiego bym oczekiwała. Wtedy.
                    k.
                    ps Eksowi dziękuję za jego decyzję. Teraz jest o niebo lepiej smile))) I tego życzę tu obecnym smile
            • tricolour Skąd ten radykalizm? 19.09.10, 13:09
              "Tą zasadą jest właśnie to że odchodzący są pojmowani "statycznie"- jako obiekty, które nic nie czują poza własną satysfakcją z odejścia, i nie przysługuje im żaden inny status niż zniszczenie".

              Kto napisał, że odchodzący NIC nie czują? Owszem, czują. Tyle, że im więcej czują do kochanka tym łatwiej ochodzą od małżonka i to jasno i dokładnie tymi słowami pisali ludzie. To jest też tak oczywiste, że nawet pisac sie już nie chce.
              • krezzzz100 Re: Skąd ten radykalizm? 19.09.10, 13:15
                Jeżeli to, że odchodzący mają jakieś uczucia jest nową ciekawą perspektywą, to chyba stąd...

                Nie jest tematem, że czują coś do nowego partnera, ale że nie czują nic w związku z odchodzeniem. I nie jest prawdą, że im więcej czują do nowego partnera, tym łatwiej odchodzą.
                • tricolour W takim razie chyba jesteś zmuszona... 19.09.10, 13:22
                  ... zacytować wypowiedzi z których wynika, że odchodzący nic nie czują. NIC. Wypowiedzi z kontekstem, bo czasem pada słowo, które ma grubo ilustrować, a kontekst jest inny. O ten kontekst chodzi, że forum gremialnie twierdzi, że odchodzący nic nie czują.

                  Skoro zarzucasz forum (po raz kolejny) tkwienie w jakimś mentalnym amoku, to taki cytat powinnaś znaleźć z łatwością. Wykazać, że forum ma poważną wadę.

                  Bo moim zdaniem forum takiej wady nie ma i nie mówi tego, co Ty insynuujesz.
                  • krezzzz100 Re: W takim razie chyba jesteś zmuszona... 19.09.10, 13:36
                    Odniosłam się do słów Iwulki. Już je zacytowałam. Cytatem mogą być też Twoje słowa.
                    Nie widzisz, że potwierdzasz nimi moją tezę, którą jest, że na odchodzącego patrzy się jak na obiekt bez uczuć związanych z odejściem. Skoro, według Ciebie, odchodzący, im bardziej czują coś do nowego partnera, tym mnie czują coś w związku z odejściem, to odejście jest owym ekstremum, w którym osiągają owo "nic-nie-czucie". Mam rację zatem, że takie jest Twoje spojrzenie, jak to ujęłam w tezie.

                    • tricolour Problem z dowodem? 19.09.10, 14:04
                      Nie ma cytatu, z którego wynikałoby to, co twierdzisz? No, nie ma... i chyba nie będzie.

                      A tak poza tym powiem Ci w sekrecie: porzucony, pozostawiony sam sobie raczej ma w dupie uczucia porzucającego. Odkrycie, co?
                      • krezzzz100 Re: Problem z dowodem? 19.09.10, 14:11
                        Jest. Z Iwulki i z Ciebie. Podałam i przeanalizowałam. Wnioski Cię zabolały, więc walisz jak zwykłeś walić w takich razach.

                        Tak, odkrycie. A nawet wielkie zadziwienie, że to tak prymitywnie działa. Mój eks nie miał moich odczuć w d..., jak to ślicznie ujmujesz. I ja jego też nie.
                        • tricolour No to świetnie... 19.09.10, 14:20
                          ... Ty nie miałaś uczuć męża w dupie, mąż też, ponadto chciał by Wasze małżeństwo trwało, ale i tak zrobiłaś swoje czyli odeszłaś od męża i związałaś się z kochankiem.

                          W oparach powszechnego cierpienia Ty wybrałaś i zdecydowałaś. Koniec rzewnej opowieści.
                          • krezzzz100 Re: No to świetnie... 19.09.10, 14:23
                            Zrobiłam swoje, ale to w żadnym razie nie oznacza, że nie liczyłam się z jego uczuciami, jako i on z moimi.

                            Twój język obnaża Ciebie, Tri. Już Ci mówiłam o tym, ale wolę przypomnieć.
                            • tricolour Liczysz na medal jakiś? 19.09.10, 14:32
                              Zadawałaś ból, wiedziałaś, że go zadajesz drugiej osobie, ale i tak doprowadziłaś plan do końca. Do takiego końca jaki Tobie był wygodny.

                              Język mam adekwatny do zakłamania adwersarza, który oczekuje usprawiedliwenia swojego działania tym, że jego też bolało przy zadawaniu bólu najbliższemu.
                              • krezzzz100 Re: Liczysz na medal jakiś? 19.09.10, 15:32
                                Czy Ty naprawdę musisz personalizować? Sprawiasz wrażenie jakbyś nie potrafił wyciągać wniosków ogólnych, tylko poprzestał na pierwszym planie przeżywania- tym personalnym właśnie- i tylko w tym obszarze potrafisz się poruszać. Spróbuj wyjść poza to.

                                Każdy z nas zadawał i odczuwał ból. TY ja, pan X i pani Y. Przez to, że dostrzegam czyjś i swój ból, to szukam usprawiedliwienia dla siebie? Nie. Staram się opisywać rzeczywistość, tutaj: forumową.
                                • tricolour Fakty są takie... 19.09.10, 16:06
                                  ... na moją wypowiedź: "A tak poza tym powiem Ci w sekrecie: porzucony, pozostawiony sam sobie raczej ma w dupie uczucia porzucającego. Odkrycie, co?"

                                  odpowiedziałaś: "Tak, odkrycie. A nawet wielkie zadziwienie, że to tak prymitywnie działa. Mój eks nie miał moich odczuć w d..., jak to ślicznie ujmujesz. I ja jego też nie".

                                  Nie ja wprowadziłem Twoją rodzinę do ogólnej rozmowy. Nie mnie więc stawiaj zarzut personalizowania tylko weź na siebie, co sama zrobiłaś.
                                  • krezzzz100 Re: Fakty są takie... 19.09.10, 17:43
                                    Jak mówię o sobie, to nie personalizuję. "Ad personam" oznacza odnoszenie się do kogoś drugiego, nie -do siebie, wykorzystując cechy tej osoby, nie zaś jej argumenty merytoryczne. co jest Twoją ulubioną metodą "konwersacji". Zwracam Ci ciągle na to uwagę, bezskutecznie jak dotąd. Widać nei zależy Ci an rozmowie " prowadzonej metodą "ad rem".

                                    Zacząłeś personalizować Ty. Tu. Zwłaszcza w drugim akapicie:
                                    " Zadawałaś ból, wiedziałaś, że go zadajesz drugiej osobie, ale i tak doprowadziłaś plan do końca. Do takiego końca jaki Tobie był wygodny.

                                    Język mam adekwatny do zakłamania adwersarza, który oczekuje usprawiedliwenia swojego działania tym, że jego też bolało przy zadawaniu bólu najbliższemu".
                                    • tricolour Bo rzecz jest oczywista... 19.09.10, 18:28
                                      ... i Ty tą oczywistość widzisz u innych i na nią często wskazujesz: ludzie piszą z własnej perspektywy i dla własnego celu.

                                      Ty zaś, pod przykryciem (przed własnymi oczyma) rozważań ogólnych, chcesz usprawiedliwić zdradę oraz fakt posiadania kochanka, którego obecność znacznie ułatwiła Ci podjęcie egoistycznej decyzji odejścia od męża. Odejścia tym boleśniejszego, że grubych (w sensie ratowania życia, zdrowia czy majątku) pretensji do niego nie miałaś - tylko fakt niezaspokojonych osobistych potrzeb gdy mąż całkiem dobrze się czuł w swoim małżeństwie i żadnego rozwodu (a nawet zmian) nie chciał.

                                      Więc całe Twoje wywody mają dokładnie taki sam cel, jak u innych. Nic nowego zresztą. Jeśli uznajesz moje wypowiedzi za "ad personam" to trzeba było milczeć, a nie robić z własnego życia publicznego widowiska.
                                      • krezzzz100 Re: Bo rzecz jest oczywista... 19.09.10, 19:22
                                        No i znowu personalizacja. Mistrzem w tym fachu jesteś. I jednak kolosalne nieumiejętności rozumowania. Co robić.

                                        Nie mam zamiaru milczeć, jak ktoś gra nieczysto. Taka jestem. Patrzę, dokąd dotrzesz w tym procederze.

                                        Zabawne są Twoje uwagi))))) Jak z zaciętej płyty))) I widowisko, które tym z siebie robisz smile
                                      • blaszany.dzwoneczek Re: Bo rzecz jest oczywista... 20.09.10, 11:28
                                        Tricolour, a jakie odejście nie jest egoistyczne? Chyba żadne.
                                        Podział na sprawców i ofiary niestety nie jest prosty.
                                        Kto był ofiarą w moim związku - ja zdradzona, porzucona czy on, który był, jakby go nie było, który musiał coś udawać, być kimś, kim nie jest? Ja kochałam, byłam sobą, wszystko, co dawałam było mną. Kto poniósł porażkę? Ja, która chciala ratować ten związek, a nie było z kim, czy on, którego nie stać było nawet na szczerą rozmowę, prócz wytrychu pt. "chcę być sam"?

                                        Napisałeś:
                                        "[...] tylko fakt niezaspokojonych osobistych potrzeb gdy mąż całkiem dobrze się czuł w swoim małżeństwie i żadnego rozwodu (a nawet zmian) nie chciał. [...]"

                                        niezaspokojone potrzeby osobiste w związku to jest dla Ciebie "tylko"?
                                        mój związek - jak się okazało - nie zaspokajał potrzeb żadnej ze stron - tylko, że ja chciałam nad tym pracować (czy słusznie to już inna historia), druga strona wolała odejść

                                        w dobre samopoczucie to ja nie wierzę, jeśli związek nie zaspokaja potrzeb jednej strony, to niszczeje, a jeśli druga w tym czasie świetnie się czuje to albo jest ślepa albo jest jej wszystko obojętne - nie wiem co gorsze, tak na marginesie
                                        • tricolour I w tym jest rzecz... 20.09.10, 11:57
                                          ... że odejście jest zawsze egoistyczne, bo oznacza, że własny cel stawamy wyżej niż wspólny wynikający z małżeństwa. To odejście - rzecz oczywista - może mieć jak najbardziej racjonalne podstawy lub być wręcz koniecznością, ale i tak jest egoistycznym zajęciem się własnym tyłkiem.

                                          Z zawiłości relacji podział na sprawcę i ofiarę jest czasem trudny, ale może lepiej mówić o tym, który podejmuje decyzję o odejściu i tym realnie zostawianym - tak jak w przypadku naszej koleżanki, która zdecyzdowała odejśc do kochanka.

                                          A teraz istota rzeczy: osoba, która odeszła do kochanka oczekuje niby tylko uznania jej bólu (na skutek rozstania) ale zaraz potem otwarcie pisze: "Mogę napisać, dlaczego uważam za korzystne takie liczenie się z usytuowaniem obu stron (nie tylko emocjonalnym). Otóż: 1. dla pełniejszego zrozumienia, co się dzieje i dlaczego; 2. Dla dobrego zamknięcia związku (lub otwarcia jego nowej edycji); 3. Dla wyjścia z diabelnej cezury: kat/ofiara;"

                                          Jest więc tak, że nie chodzi tylko o samo uznanie bólu, ale także o to, by z tego uznania można było uzyskać dobre otwarcie nowej edycji. Zatem uznanie bólu jest narzędziem do akceptacji jej odejścia - to już jest manipulacja i obłuda.

                                          PS. Te "tylko" potrzeby osobiste wynikły z faktu, że żadnego zarzutu pod adresem męża nie było. Można wnioskować, że to w gruncie przyzwoity facet, a jego "wada" jest taka, że nie powinien żenić się z naszą koleżanką mającą inne potrzeby niż możliwości oferenta.
                                          • blaszany.dzwoneczek Re: I w tym jest rzecz... 20.09.10, 12:44
                                            A jaki jest nadrzędny cel małżeństwa?
                                            By trwało?
                                            Trwanie w związku jeśli nie kocham to zbrodnia uczyniona i sobie i drugiej stronie i dzieciom - jeśli takie w związku są.
                                            Nie szafowałabym słowem "ból" w stosunku do osób, które same decydują o odejściu _nie będąc krzywdzone_. Jest pewnie i tam wiele emocji, zawiedzionych nadziei, ale często jest perspektywa nowej relacji, jakichś ramion kochającej i kochanej osoby, do których się wraca. Osoba pozostawiona zostaje z niczym, a ból potrafi zniszczyć nawet dobre wspomnienia. Osoba zdradzona dodatkowo zostaje ograbiona z ostatniej prawdy, jaką są jej uczucia. Nie wie kogo kochała.
                                            Ja w drugiej stronie nie widziałam bólu odejścia, widziałam kompletne odcięcie się od innych, od siebie i swoich emocji. Myślę, że to naturalny mechanizm obronny - nie dopuszczanie do siebie myśli, że kogoś się skrzywdziło.
                                            • tricolour Pełna zgoda. 20.09.10, 12:53
                                            • brel_grl Re: I w tym jest rzecz... 20.09.10, 14:05
                                              Dzwoneczku, jest duza roznica miedzy tym jak sie odchodzi samemu, bo zwiazek mimo prob naprawy traci racje bytu, a tym, kiedy sie odchodzi 'do kogos' , nawet jesli ten ktos tylko majaczy na horyzoncie, nawet jesli zdrady (jeszcze) nie bylo. Patrzac na moj zwiazek z zewnatrz tez mozna by powiedziec, ze krzywdy jakiejs specjalnej nie bylo - ale moze wlasnie dlatego, ze rozstalismy sie ZANIM do tej krzywdy doszlo, kto wie. Zareczam Ci, ze nie mam nikogo na podoredziu i ze slowo BOL nie jest przesada. Zajelo mi ponad 3 lata prob, usilowan ratowania zwiazku i jednoczesnie walki ze soba, bo rozum mowil, ze cos tu mocno nie gra, a serce - ze nie przezyje rozstania. Do tej pory mam wahania (dzieki Bogu coraz rzadsze), kiedy to zaleznie od dnia mysle albo: trudna i bolesna decyzja ale wlasciwa, albo: a moze zostawilam milosc zycia ze wzgledu na glupoty.
                                              • blaszany.dzwoneczek Re: I w tym jest rzecz... 20.09.10, 15:20
                                                Brel_grl, nie chcę licytować się na uczucia i skoro mówisz, że cierpisz, to ja to przyjmuje, bo to jest Twoje odczuwanie. Ile ludzi tyle historii. Tylko jeśli rozmawiamy o bólu odchodzących, to należy zadać sobie pytanie kto jest tym odchodzącym? Ty, bo podjęłaś ostateczną decyzję, czy druga strona, której w związku może już dawno nie było?
                                                • brel_grl Re: I w tym jest rzecz... 20.09.10, 17:53
                                                  Tak jak gdzies juz pisalam, moim zdaniem ja tylko oglosilam oficjalnie to, co juz bylo od jakiegos czasu faktem dokonanym. No ale oficjalnie to ja jestem strona odpowiedzialna za zerwanie. Moge byc, wszystko mi jedno, oficjalna latke strony zrywajacej mam w nosie, to co sie dla mnie liczy (in minus) to fakt, ze ten zwiazek przestal istniec.
                        • ganesza Re: Problem z dowodem? 21.09.10, 18:55
                          krezzzz100 napisała:

                          > Wnioski Cię zabolały, wi
                          > ęc walisz jak zwykłeś walić w takich razach.
                          >
                          > Tak, odkrycie. A nawet wielkie zadziwienie, że to tak prymitywnie działa. Mój e
                          > ks nie miał moich odczuć w d..., jak to ślicznie ujmujesz. I ja jego też nie.

                          a kogo miałaś w d...? dlaczego, jak ktoś pisze nie po twojej mysli, to walisz w niego bez opamiętania. niżej było ciut, duże ciut więcej wycieczek osobistych. w innych watkach duuużo więcej.
                          dlaczego walisz oskarżeniami w jakies mityczne zbiorowisko, że jest takie, tak jednotorowo ukierunkowane, a nie jesteś już władna zauważyć, ze ta jednotorowość wynika z takich, a nie innych, doświadczeń osobistych piszących? czasami zdaża ci sie napisac coś ważnego, mądrego, istotnego. czasami... bo nad resztą króluje potrzeba, chyba jednak nieuświadomiona, otrzymania rozgrzeszenia. juz kiedyś pisałam, że tego rozgrzeszenia nikt ci dac nie może. to twoja sprawa.
                          i wiesz, krezzz, ja bym ci nawet uwierzyła w bezinteresowną potrzebe niesienia kaganka oświaty między maluczkich, ale mi zgrzyta. a wiesz, co mi zgrzyta? gdy pisałaś (sama przywołujesz wciąż i wciąz swój były związek, więc chyba mogę się odnieść) o swoim odejściu i o powodach zostawienia dzieci, to ja bym zrozumiała gdybys napisała 'rozbiłam rodzine, to było traumatyczne przezycie dla dzieci, uznałam, że mniejsza traumą dla nich będzie gdy zostaną z ojcem, w swoim domu, że większą traumą dla nich będzie, gdy zabiorę je ze sobą do nowego domu, gdzie mamusia będzie wić sobie gniazdko z nowym panem', ale nie było czegoś takiego w twoich wypowiedziach, było o targu, o zadośćuczynieniu exowi. jak dla mnie to straszne. dla ciebie chyba też skoro tak bardzo to pragniesz zakrzyczeć. domagasz się współczucia dla odchodzących, identyfikujesz się z michszybami itp. bo widzisz w nich siebie. sorry, ale to co robisz jest nieuczciwe. nieuczciwe w stosunku do pokaleczonych, porzuconych ludzi na forum i nieuczciwe w stosunku do ciebie samej. długo jeszcze będziesz to ciagnąć? taka jesteś mądra, taka oświecona, taka nad ten przyziemny tłum tutaj, a sama sobie w twarz nie potrafisz spojrzeć. powiedzieć sobie 'tak, wybrałam chłopa, nie liczyło się dla mnie dobro człowieka, któremu przyrzekałam, nie liczyły się dzieci, liczył się mój interes.
                          i cos jeszcze ludzie się spotykaja, zakochuja w sobie a potem jest bryndza. czasami powinno się w takich przypadkach powiedzieć 'widziały gały co brały' więc do kogo pretensje. czasami jedna strona idzie do przodu, rozwija sie a druga tkwi w miejscu. to już dwa rózne światy. trudno o porozumienie. i wtedy się odchodzi. i nie jest to wina tego, kto wciąż jest tam , gdzie był na początku. i nie jest to wina tego kto poszedł do przodu. ale obwinianie tego, co wciąż tam, gdzie był, to świństwo. tylko, że jeśli jest źle, bo sie rozmijamy, to się odchodzi. nie dlatego, że jest nowa miłość. a jeśli jest nowa miłość, to odchodzimy, bo ona jest, a nie dlatego, że ślubny nie dorasta. cała ta konstrukcja pachnie zakłamaniem na milę.
                          • airam.as Re: Problem z dowodem? 22.09.10, 18:13
                            ganesza napisała:

                            >'rozbiłam rodzine, to było traumatyczne przezycie dla dzieci, uznałam, że mniejsza traumą >dla nich będzie gdy zostaną z ojcem, w swoim domu, że większą traumą dla nich będzie, >gdy zabiorę je ze sobą do nowego domu, gdzie mamusia będzie wić sobie gniazdko z >nowym panem'
                            ...
                            > a sama sobie w twarz nie potrafisz s
                            > pojrzeć. powiedzieć sobie 'tak, wybrałam chłopa, nie liczyło się dla mnie dobro
                            > człowieka, któremu przyrzekałam, nie liczyły się dzieci, liczył się mój interes.

                            Ganesz, to nie jest tak, jesli chodzi o Krez.
                            Mialam juz zostawić to forum, ale, jak mówi muszka "zawsze coś, zawsze coś". Słowem "mucha nie siada" więc odpowiedzieć trza.
                            To coś, to mail od Krez do mnie. "Zerwała ze mną", bo nie zareagowałam na Twój post.
                            Krez, niesłusznie to zrobiłaś, bo nie czytałam tego. Po prostu. Nie siedzę na forach non stop, bo nie mam takiej mozliwości, ani chęci, ani czasu. Po długiej przerwie przylazłam tu za Tobą, nawiasem mowiąc.
                            I teraz gwoli jasności, Ganeszo, z Krez można się nie zgadzać, można coś zarzucać, może zbytnią wrażliwość, jak ja to widzę, ale nie to co zarzucilaś Ty. To, że ona promuje pewne koncepcje, to niekoniecznie jest związane z nią osobiście i z jej zyciem. I mam nadzieję, że mi wybaczy to, co teraz powiem.
                            Przypadek Krez jest daleki od średniej , styandardu spolecznego w Polsce, lipnych i czułych historyjek ,jakie nieraz panują na tym forum. Wiele aspektów na to się składa, że jest INNY. Chocby to że NA PEWNO nie było takiego przypadku w tym wieku w Polsce, i chyba w zeszłym też nie.
                            Wybacz Krez.
                            Chcę tylko powiedzieć, że lekko ulegamy stadnym instynktom, szczegolnie na forum, i stadnemu rozumowaniu, co niezmiernie wkurze Krez. I trzeba przyznać, że w bardzo wielu sprawach ma rację.
                            Fakt, Krez, jeżeli się Ciebie nie zna, to można Twoje slowa odczytać bardzo różnie, i przypisać Ci wszystkie smiertelne grzechy. Bo w wiekszości ludzie są skłonni do projekcji własnego zycia, znanych sytuacji, na innych, oraz przerzucać własne fobie, kompleksy i domysły na innych. Wtedy jest jakby lżej samemu, czuje się lepszy, .... ale to tylko ludzka natura, i takie zachowania należy nauczyć sie olewać.
                            Dlatego nie rozumiem, dlaczego aż tak się zbulwersowałaś,że nie zareagowałam na post Ganeszy, że "zerwałaś znajomość" ze mną. Szkoda.

                            A wracając do tematu, Krez, zgodziłam się z Tobą w tym wątku, że jeżeli ludzie nie kręcą, nie eskaluja żądań tylko po prostu się rozchodzą, to - tak, czują żal, ból i rozczarowanie.
                            Ale w większości przypadków tak się nie dzieje. Bo ludzi nie stać na otwartość, czego Ty byś bardzo pragnęła. Realia sa kompletnie inne. I o tym wspominalam w innym wątku. Kręcą, bo nie ma gdzie mieszkać, bo trzeba zachować pozory, bo to i tamto. Dlatego w któryms z postów zarzucilam Ci, że zabierasz się do tej kwestii nie z tej strony co trzeba, mimo że ogolnie zgadzałma się z Twoja koncepcją.
                            • tricolour Zerwała z Tobą? 22.09.10, 18:39
                              Za to, że Ty nie postąpiłas tak, jak Krez to sobie wyobraża i odpowiednio szybko nie zareagowałaś na czyjś krytyczny post? Sama nie chciała zareagować, a oczekiwała tego od Ciebie w określonym czasie? Jesteś poddaną?

                              Jaki by ten przypadek szczególny na miarę końca millennium nie był, to tym postem dałaś bezpośredni dowód, że nadaje sie Krez bardziej do piaskownicowej edukacji niż do zwykłego świata, w którym sprawy załatwia sie własnymi rekami, a nie drogą manipulacj, nacisku i chowania za czyimiś plecami. Forma zerwania jest przemocą, byś postepowała tak, jak sobie ktoś wymyslił. Przy okazji dodam od siebie, że forma "zerwania" bardzo mi pasuje do całego obrazu Krez jaki sobie o niej wyrobiłem. Pasuje nie w rozumieniu "podoba" tylko w rozumieniu "komponuje się".

                              W sumie szkoda, że wyszło tak kiepsko... myślałem, że za jej postami jest jednak jakiś większy format.
                              • airam.as Re: Zerwała z Tobą? 22.09.10, 19:08
                                Nie sądzę , by oczekiwała. Napisała pewnie dlatego, że zna mnie lepiej niż kogos innego poznanego na forum i ma do mnie zaufanie. zresztą w jednym na pewno sie zgadzamy, obydwie nie lubimy nie załatwionych spraw czy ciężarow na duszy.
                                Moglam nie pisać, mogłam w ogóle nie zainteresować się jej mailem i go zlekcewazyć.
                                Chiałam napisać i napisłam. Jakby to kto inny napisał, nie Ganesza, to z pewnością nie odpisałabym.

                                Ale jazgotu, bazaru i ujadania nie lubię, więc resztę zostawię bez komentarza.
                                • tricolour Mogłas też napisać na priv do Ganeszy... 22.09.10, 19:22
                                  ... ale to już inna para kaloszy.
                                  • airam.as Re: Mogłas też napisać na priv do Ganeszy... 22.09.10, 19:43
                                    Inna. Racja.
                                    Wolałam jednak tak.
                                    Napisałam na forum, bo faktycznie, forumowa społeczność ma tendencję do plotkowania, wymyslania, leczenia swoich kompleksów, lub tez zwykłego wyzywania się. Spotkało to i Ganeszę w swoim czasie, i mnie, i Krez i przedtem jeszcze parę innych osób.

                                    • tricolour Bardzo źle się stało... 22.09.10, 23:08
                                      ... że napisałaś na publicznym forum o Waszej prywatnej korespondencji. O tym, że trzeba wiedzieć cos poza forum, by móc pisać na forum.
                                      • never_lie Re: Bardzo źle się stało... 23.09.10, 22:12
                                        tricolour napisał:

                                        > ... że napisałaś na publicznym forum o Waszej prywatnej korespondencji. O tym,
                                        > że trzeba wiedzieć cos poza forum, by móc pisać na forum.


                                        zapewniam Cię, że Krez nie o to chodziło, o czym Ty myslisz.
                                        Chodzilo jej o to, że napisałam, że zerwała ze mną, bo nie zareagowałam na wypowiedz Ganeszy, co mi zarzucila w mailu.

                                        Domysły, domysły... Mozna dalej sie produkować.
                                        Już wiem, że parę osób uważa (ło) mnie za Ganeszę. (chociażby mazur dal temu wyraz kiedyś)
                                        Może Krez (lubi mazura) też tak myślala, stąd ten rozpaczliwie oskarżający jej mail do mnie.
                                        Bo inaczej nie jestem w stanie sobie tego wytłumaczyć, dlaczego akurat wystartowała do mnie z postem Ganeszy (którą bardzo lubię, nawiasem mówiąc).

                                        Przykre, i tyle.
                                • tricolour A tak z drugiej strony... 22.09.10, 19:39
                                  ... żeby rzecz powoli zamykać, to jakos Twoja opowieść o tej wyjątkowości sytuacji jest nieprawdopodobna.

                                  Zeby przez dwa lata nie napisać jednym slowem o tej wyjątkowości czy jakos choćby zasygnalizować, że ludzie się mylą w ocenie z braku wiedzy? Za to wielokrotnie kłócić się, wyzywać, wskazywać na niedorozwoj umysłowy wielu forumowiczów! Za co? Za to, że telepatycznie nie odkryli tej wyjątkowej sytuacji na miarę wieków?

                                  Wystarczyłoby jedno zdanie "mam zupełnie wyjątkową sytaucję, co prawda do niczego znanego nie pasującą, ale opowiem - może ktoś skorzysta". Nie byłoby dwuletniej przepychanki.

                                  Z tego powodu mam zupelnie inną ocenę. Z tego powodu, że rozwiązanie prostsze jest bardziej prawdopodobne.
                                  • airam.as Re: A tak z drugiej strony... 22.09.10, 19:45
                                    Bo nie mogła.
                                    O takich sprawach nie rozmawia się na forum.

                                    Z mojej strony temat zamkniety.
                                    b/o
                                    • krezzzz100 Re: A tak z drugiej strony... 22.09.10, 20:37
                                      Wielka szkoda, że zdradzona została tajemnica korespondencji prywatnej (mogłaś napisać to na pocztę gazetową).
                                      Jedną rzecz trzeba wyjaśnić. Nigdy nie powoływałam się na forum na moje prywatne usytuowanie, bo to zupełnie nie ma znaczenia dla tematyki tego forum. Na forum rozwodowym jestem Krez- rozwódką, ponownie zamężną, matką z nietypowym jak na nasz kraj rozwiązaniem sytuacji porozwodowej. Tyle. Reszta jest nieważna. Kilka osób z forum wie, kim jestem, i wiedzą nie dlatego, że to istotne dla spraw okołorozwodowych, ale by rozumieć inny wymiar mojego rozumowania, że tak ogólnie ujmę: światopoglądowy czy właśnie "usytuowaniowy" (bo w tym wymiarze po części moja sytuacja jest nietypowa- tak robię rzeczy jakoś tam nietypowe, ale nie znowu szaleńczo). By wiedziały, że zmagam się także z innym wymiarem problemów, i że moje podejście do życia jest jakoś tam koherentne. Ale to nie ma nic do rzeczy do mojego rozwodu, dzieciowości itd.
                                      Moje usytuowanie nie jest dowodem na cokolwiek w tych sprawach, więcej: nie może być. Bo to byłoby tak, że mnie wolno, a innym kobietom będącym w tym zakresie (okołorozwodowym) w podobnej sytuacji co moja - już nie? Żaden autorytet stojący za moim usytuowaniem nie może być tu przywoływany. Jeżeli jestem wyjątkiem, to tylko moim działaniem. Które może się nie podobać, ale NIE WOLNO KŁAMAĆ względem tego.
                                      To jest protest przeciw niesłychaności tego, co Ganesza mówi nie od teraz, i na co forum nie reaguje. I nie tylko w stosunku do mnie (nie zapomnę, co powiedziała o Kas). Przekroczone zostały wszelkie granice. Kto tego nie rozumie- jego rzecz. Dla mnie to forum wynicowało wszelkie możliwe sensy, Ganesza dołączyła swoimi wypowiedziami do Tri. A to już poniżej wszelkich poziomów. Reszta milczała. Jak już powiedziałam- to nie kwestia różnicy zdania, to kwestia standardów. Wobec pewnych rzeczy nie można milczeć.
                                      Wiem, że nie zostanę zrozumiana. Nie oczekuję tego. Wiem, że kolejny raz zostanę tu przy milczącej aprobacie tych, którym niegdyś zaufałam, zostanę opluta.
                                      Mimo wszystko- nie żałuję. Doświadczenie było (jest) cenne. Wiele rzeczy mi się pooświetlało i nie chodzi o sprawy dotyczące samej tematyki forum. Dla mnie bowiem forum to nie jest "tylko forum"- to "aż forum". Jak życie jest AŻ życiem.
                                      Tym patetycznym akcentem kończę moją bytność tu (tak, wiem, kilka razy kończyłam, ale kiedyś musi być ten ostatni raz smile ) Możecie odetchnąć od dziwnej Krez smile
                                      Pozdrowienia dla przyjaciół, bo i takich tu zyskałam!
                                      • tricolour Skoro to już koniec... 22.09.10, 22:57
                                        ... a zostałem wywołany, to życzę Ci serio nie tylko zwykłego szczęścia, normalnego życiowego usmiechu, ale także tego, bys była rozumiana zgodnie z Twoimi zamysłami.

                                        Gdybym tylko ja miał zdanie takie, jakie mam, to bym teraz uznał, że sie myliłem. Jednak podobne zdanie - o niespójności tego, co piszesz - miało wiele osób. Przez DWA LATA. Ty nie masz problemów z używaniem języka, jestes elokwentną kobietą i trudno było zakładać, że przez dwa lata nie potrafisz wyrazić myśli, które wiele osób rozumie inaczej od Twojego zamysłu, a jest to wina słuchaczy. Uważam, że to - w znakomitej części - Twoja wina.

                                        Dlaczego? Ponieważ napisałaś: "Kilka osób z forum wie, kim jestem, i wiedzą nie dlatego, że to istotne dla spraw okołorozwodowych, ale by rozumieć inny wymiar mojego rozumowania". Wynika z tego, że aby zrozumieć inny sposób Twojego rozumowania trzeba jednak trochę o Twojej sytuacji wiedzieć. Nie możesz zatem zarzucać (a czasem i wyzywać od debili - to odnośnie standardów, o które tak ponoć dbasz), tym co nie wiedzą, że z braku wiedzy nie rozumieją innego wymiaru Twojego rozumowania .

                                        Na tej niespójności opisanej przeze mnie w dwóch powyższych zdaniach zasadzony był Twój konflikt na tym forum.

                                        Ja rozumiem, że są uwarunkowania i nie można o sobie zbyt dużo powiedzieć. Jednak w takiej sytuacji, to autor ponosi odpowiedzialność za to, czy dopuszczalne do publicznych uszu fragmenty nie wykrzywią obrazu, który chce przekazać. Jeśli z fragmentów odbiorcy zbuduja obraz prawidłowy, to dobrze, ale gdy fałszywy - jak Twoim zdaniem w tym przypadku - to nie jest to wina debilizmu odbiorców. Tylko prosta konsekwencja zbyt ubogiego merytorycznie materiału, ale decyzję o nim podejmuje autor wypowiedzi. Proszę, byś się nad tym zastanowiła.
                                      • ganesza Re: A tak z drugiej strony... 22.09.10, 23:14
                                        krezzzz100 napisała:
                                        > Wiem, że nie zostanę zrozumiana. Nie oczekuję tego. Wiem, że kolejny raz zostan
                                        > ę tu przy milczącej aprobacie tych, którym niegdyś zaufałam, zostanę opluta.

                                        a to jest czystej wody manipulacja w stosunku do osób, którym na tobie zależy, manipulacja mająca wiele wspólnego z przemocą psychiczną.

                                        a tak poza tym to doskonale wiesz, że mam, może nie w 100%, ale cholernie duzo racji. i dlatego tak boli. i wcale nie chodziło mi o to, by Ci dokopać. to akurat mogłabym zrobic sprawniej i z większym fasonem. raczej chodziło mi o to byś się, mimo pierwszej, gwałtownej reakcji, zastanowiła nad tym, co napisałam. dla siebie.
                                      • never_lie Re: A tak z drugiej strony... 23.09.10, 21:10
                                        krezzzz100 napisała:

                                        > Wielka szkoda, że zdradzona została tajemnica korespondencji prywatnej (mogłaś
                                        > napisać to na pocztę gazetową).

                                        Przecież napisałam. O 13. Do 18 nie było żadnej reakcji z Twojej strony.
                                        Nie przeczytałaś?

                                        >To jest protest przeciw niesłychaności tego, co Ganesza mówi nie od teraz

                                        Gorsze teksty tu juz leciały. Chociażby z ust Tricolora. I nigdy nie zarzucałaś (przynajmniej mnie), że na coś nie odpowiedziałam i nie zareagowałam.

                                        Jesteś niesprawiedliwa.
                                      • kasper254 Re: A tak z drugiej strony... 23.09.10, 22:33
                                        1. Oj, krez, ależ rozwijasz ogon, jak paw, i to kobieta, no,no: "nietypowe jak na nasz kraj rozwiązanie", "jestem wyjątkiem", "wynicowanie sensów przez forum" , "robienie rzeczy nietypowych" itd. To lepsze, niż "złote myśli" Niesiołowskiego, Palikota i wielu innych, lepsze niż kazania (no przecież nie - psychoterapia) Santorskiego, który toporną logikę 2-3 lat z życia dziecka nakłada na nie-wynicowane sensy i bezsensy.
                                        2. Rzymianie mówili: "kto przyjmuje słowa,dowiaduje się strasznych rzeczy".
                                        3. Ależ zostałaś zrozumiana. Platona rozumiem, Heideggera, Marksa; nie mam kłopotów z innymi wielkimi tego świata, a ciebie bym nie rozumiał? Zdaje się, że patos cię roztroił - to się zdarza, gdy ktoś ma słabą głowę.
                                        4. Nie wygłupiaj się, wróć, jak troche więcej zrozumiesz poza sobą, będzie z ciebie fajna interlokutorka. Ganesza do niczego i nikogo nie dołączyła. Jest wolna - jak ty - i ma prawo pisać, jak pisze i co pisze.
                            • ganesza Re: Problem z dowodem? 22.09.10, 23:00
                              airam.as napisała:

                              >
                              > Ganesz, to nie jest tak, jesli chodzi o Krez.

                              no cóz, czuję się wywołana do odpowiedzi. i powtórzę, z całą odpowiedzialnością, IMHO rzecz jasna, opartej o to co pisała tu i na innych forach. to, co robi Krezzz jest nieuczciwe. mogłabym pociągnąć ten temat, wyjasnić dokładnie dlaczego tak uwazam, pokazać punkt po punkcie z cytatami skąd taka moja opinia, ale to chyba nie o to chodzi i z całą pewnością to forum nie jest właściwym miejscem do tego. ostrożna byłabym również z tym jedynym przypadkiem, ale może masz rację. zgodzę się, że ma sporo madrych przemysleń, ale dopóki nie upora się sama ze sobą, a na mój gust, droga do tego daleka, nic z tego nie wynika. mogę byc pozbawiona wszelkich standardów, why not, ale wolałabym by na ten temat wypowiadał się ktoś kto w rozmowie z innymi trzyma te, czy jakiekolwiek standardy.
                  • nangaparbat3 Re: W takim razie chyba jesteś zmuszona... 19.09.10, 13:57
                    Forum nie twierdzi, bo forum jako podmiot wypowiedzi nie istnieje, jest tylko miejscem. I w tym miejscu rózni ludzie mówią różne rzeczy.
                    • krezzzz100 Re: W takim razie chyba jesteś zmuszona... 19.09.10, 14:01
                      Nigdzie nie napisałam, że forum twierdzi. Napisałam, że jednym z głównych problemów tego forum są wypowiedzi osób, którzy...., czyli poglądy tych osób formułowane wedle odpowiedniego założenia.
                      • nangaparbat3 Re: W takim razie chyba jesteś zmuszona... 19.09.10, 14:07
                        Tri powiedział, przeskoczyło.
                        • krezzzz100 Re: W takim razie chyba jesteś zmuszona... 19.09.10, 14:12
                          To pardon.
                      • tricolour Dziękuję za doprecyzowanie... 19.09.10, 14:15
                        ... bo ze zdania "jeden z bardziej poważnych problemów forum, jeśli wręcz nie jego zasadę" jeszcze by ktoś wysnuł pomysł, że chodzi o forum.

                        Dobrze wiedzieć, że gdy piszesz o "zasadach forum" to nie na myśli forum.
                        • krezzzz100 Re: Dziękuję za doprecyzowanie... 19.09.10, 14:26
                          Tak, chodzi o zdecydowaną większość osób wypowiadających się na tym forum. Wielokroć czytaliśmy : "nie liczył/a się ze mną, to ja mu/jej..." i wielu już było dyskusji tego dotyczących. Nie ma potrzeby cytowania, bo to oczywistość (że takie coś występuje).
                          Nadrzędną perspektywą takiego ujmowania rzeczy jest to, co opisałam.
                        • krezzzz100 Re: Dziękuję za doprecyzowanie... 19.09.10, 14:29
                          Tak, forum jako społeczności wypowiadającej się tu, a nie technicznego internetowego miejsca tych wypowiedzi- to chyba jasne.
                    • tricolour Jak to forum nie istnieje? 19.09.10, 14:01
                      ... Krez dzieli świat na siebie (i w tym świecie ma zawsze rację) oraz na forum, do którego wrzuca wszystkich mających czelnośc mieć odrębne zdanie. Nawet jeśli fakty mówią inną rzecz niż Krez, to fakty się nei liczą...

                      smile
                      • krezzzz100 Re: Jak to forum nie istnieje? 19.09.10, 14:02
                        Fajna odpowiedź. Jakże typowa dla Ciebie.
                        • tricolour Typowa i prawdziwa. 19.09.10, 14:05
                          • krezzzz100 Re: Typowa i prawdziwa. 19.09.10, 19:35
                            W rzeczy samej- wyraża prawdę o Tobie. Przykrą prawdę.
        • brel_grl Re: Zdecydowanie moj byly NIE JEST.. 17.09.10, 23:11
          W moim przypadku tez tak bylo, ze to ja wypowiedzialam slowa: mam dosc, to juz za duzo jak dla mnie. Moj byly uwaza, ze to ja z nim zerwalam, moim zdaniem ja powiedzialam glosno o tym, co bylo juz stanem faktycznym.
    • nangaparbat3 Re: zazdrosc 17.09.10, 19:33
      Jęsli rzeczywiscie chcecie się rozstac, to powinniście się także pożegnac w sferze biznesowej. Będzie nieporównywalnie łatwiej, prościej i mniej boleśnie.
      • brel_grl Re: zazdrosc 17.09.10, 23:20
        W tym momencie usmiecham sie smutno, bo to nie takie proste (chociaz taki jest plan dlugofalowy). Nasze wspolne sprawy finansowe sa tak zwiklane i skomplikowane - wierz mi, mowie to na podstawie znajomosci mojej sytuacji, ktorej Ty sila rzeczy nie masz, i rad ksiegowych i prawnikow - ze jesli nie chcemy sobie nawzajem finansowo poderznac gardel, musimy jeszcze razem przez jakis czas pracowac. Nie zycze ani sobie ani jemu tak zle, wiec bedziemy pracowac. Dzieki Bogu, nie polega to w naszym wypadku na siedzeniu przez 8 godzin w tych samympokoju/sasiadujacych pokojach - latwiej to zniesc.
        Poza tym, przyznam szczerze, czesciowo ciesze sie, ze musimy sie kontaktowac - bo ten kontakt chociaz w takiej postaci jest.
        • kalpa Re: zazdrosc 18.09.10, 09:27
          nie zawsze jest możliwe pelne zerwanie- a nawet jeśli tak jest, wcale nie znaczy, ze nie boli. czasem wręcz przeciwnie- nie ma w takiej sytuacji szansy na wygaszenie naturalne. Dochodzi do zerwania kontaktu, ale wcale nie więzi- bo ona ma swój niezalezny od naszej inteligencji/umyslu/chcenia czas wygasania. Ja mam dobry kontakt z moim ex, jest tata naszych dzieci, wiec widujemy sie regularnie. Wciąz jeszcze mają miedzy nami rozne ciepłe gesty, szczere rozmowy i nadal w jakis sposób sie kochamy i nie chcemy zrywać tego, co jest dobre. Ale już po roku widze, ze jest to słabsze niż na poczatku, on ma swoje życie, ja swoje... czy byłoby mi łatwiej, gdyby zniknal z dnia na dzień- wiem, że nie, nie byłam na to gotowa. na poczatku pomagalismy sobie we wszystkim, teraz juz każde idzie samodzielnie. Ja za nim tsknie, ale już inaczej, powoli godze sie z tym, że nasze wspolne życie we wszystkich wymiarach dobiega końca, pozostanie jedynie wspolna częśc jako rodzice naszych dzieci. Cenię exa jako czowieka i przyjaciela, on mnie, wiec wcale nie chcemy, zeby ta relacja wygasła calkowicie.
          • krezzzz100 Re: zazdrosc 18.09.10, 11:28
            Też tak uważam, jak Kalpa, czyli że nie zawsze pełne zerwanie wszystkich więzów jest dobre. Przyjaźń, jeśli była, i jeśli kontynuowanie jej nie rani obu stron, jest cenna. Ocala bowiem to, co było i jest w ludziach dobrego. Owszem, nie możemy być już mężem i żoną, ale możemy być dla siebie dobrem w inny sposób.
            Uważam, że to, co pozostaje w relacji po rozstaniu, jest obrazem tego, co było dobre w związku. To ogromna wartość- pokazuje bowiem, że nie wszystko w naszym życiu (w wymiarze małżeńskim) było złe, nieudane, było porażką. Nie wszystko.

            Z czasem więź osłabnie. Albo nie (ale raczej tak). Ale to dlatego, że zmieni się nasze życie, a nie dlatego, że chce się coś ze swego życia wyrzucić.
            • kalpa Re: zazdrosc 18.09.10, 11:55
              Podoba mi sie to, co napisaś Krezzz smile
              właśnie tak- mimo, że moje małżeństwo sie rozpadlo czuje, ze warto bylo z M. iśc razem przez te wszystkie lata. To był zysk dla każdego z nas. Mieliśmy duzo szczęścia, że trafilismy na siebie- teraz kazde z nas ma z czym iść dalej przez życie...i ma wiele do owniesienia w kolejny związek. Tak to czuje smilenie żałuje tych 17 lat- to byly dobre lata, dużo zyskalam, dużo sie nauczylam, bardzo go kochalam i stąd nadal mam sentyment, ale nie mam zludzeń. dałam sobie czas, na lzy, na placz, na wszystko, co potrzebne. A teraz po prostu ucze sie zupełnie innego rodaju zycia, bardzo samodzielnego itp i tez mnie to cieszy, pomimo stresów roznistych.
              I mam jakieś takie glebokie przekonanie, ze jeszcze wiele pieknych chwil i lat mnie czeka i ze soba i z kims Drugim smile


              Taniec i wiatr to moje żywioły!
              • krezzzz100 Re: zazdrosc 18.09.10, 14:36
                smile
          • nangaparbat3 Re: zazdrosc 18.09.10, 11:58
            Co innego dzieci (wiążą na cale życie, problem tylko w stopniu i jakości więzi), co innego przyjaźń, wzajemna sympatia, poczucie odpowiedzialności - a zupełnie co innego wspólne interesy, bo to więź czysto zewnętrzna, z więzią emocjonalną nie ma nic wspólnego, za to różne zachowania drugiej strony mogą sę stac niejasne, słabo czytelne, nie możemy wycofac się z kontaktu czy dostosowac się do własnych potrzeb i możliwości, jego jakosc, częstotliwosc jest nam narzucona przez okoliczności, to może powodowac okropny zamęt w głowie. Ufff.
            Chociaż oczywiscie świetnie rozumiem, że trudno takie biznesowe związki od ręki zakończyc, fakt.
    • brel_grl Re: zazdrosc 20.09.10, 12:33
      Widze, ze watek sie mocno rozwinal... wink

      Wydaje mi sie, ze rozpatrujecie Panie zbyt rozniace sie sytuacje. Ktos kto sam odszedl, ktos kto odszedl do kochanka/ki to zupelnie rozne sprawy. Do tego dochodzi obecnosc lub brak dzieci. Niestety, zadnych jeszcze nie mam, ale moge sobie wyobrazic, ze rozstanie wtedy zupelnie inaczej wyglada, na pewno wszystko jest bardziej skomplikowane niz np. w moim przypadku. Kazda sytuacja inna, choc schematy zachowan czesto sie powtarzaja.

      A wracajac do tematu - okazuje sie, ze bardzo dobrym srodkiem zaradczym przeciwko zazdrosci jest zachowanie samego exa. Kazda glupia rzecz, ktora robi, przypomina mi o tym, dlaczego zdecydowalam sie odejsc. Czasem mu sie zdarza dluzszy okres bez robienia glupot, ale wystarczy dac facetowi czas... indifferent

      Tak, jestem dzis wredna, a to dlatego, ze swiezo wkurzona przez 'niefrasobliwosc' bylego i jego postawe pt. "Ale o co te pretensje?"
      • dorata351 Re: zazdrosc 20.09.10, 13:47
        Brel. ja mam podobne odczucia a juz rok po rozwodzie, już było ich mniej i w ciągu ostatnich kilku dni się nasiliły. mam nadzieje, ze to przejdzie, napisz po wizycie u psychologa co tez ciekawego Ci powiedział na temat zwalczania tego typu zazdrości. Pozdrawiam.
        • brel_grl Re: zazdrosc 20.09.10, 14:19
          Napisze, choc wizyta dopiero 12 pazdziernika i to pierwsza dopiero, wiec nie wiem o czym bedziemy rozmawiac. Nigdy nie bylam u psychologa, nie mam pojecia jak to wyglada.

          Myslalam o tym, zeby zrobic sobie liste najgorszych momentow, wyskokow i tekstow bylego. Nie po to, zeby facetowi dowalic, a wylacznie po to, zeby sobie pod nos podetknac, jak sie rozczulac i tesknic zaczne. Jakos mi sie jednak ta lista nie widzi...
          • nangaparbat3 Re: zazdrosc 21.09.10, 19:05
            Słusznie Ci się ta lista nie widzi - byłaby skupianiem się na Exie, a to chyba niepotrzebne.
          • blaszany.dzwoneczek Re: zazdrosc 21.09.10, 21:21
            Pozwól sobie rozczulać się i tęsknić, a potem idź dalej.
            Lista zły pomysł. Zadbaj o swoje uczucia, bez jakiś tam marnych sztuczek.
            • blaszany.dzwoneczek Re: zazdrosc 21.09.10, 21:22
              jakichś, chyba być powinno
      • nangaparbat3 Re: zazdrosc 20.09.10, 15:56
        Rozumiem, że te głupoty to po linii biznesowej?
        • brel_grl Re: zazdrosc 20.09.10, 17:49
          Takze. Choc akurat nie w tym wypadku.

          Moge napisac, czemu nie. Pare dni po naszym rozstaniu moj byly zdecydowal sie odwiedzic rodzine, jak mi po powrocie powiedzial, z powodu choroby matki, w co wierze. Akurat rozmijanie sie z prawda do jego wad nie nalezy. Zabral ze soba aparat fotograficzny, na ktorym bylo full naszych wspolnych, i nie tylko, zdjec. Dzisiaj sie dowiedzialam, ze aparatu zapomnial i zostawil u rodziny (nota bene na innym kontynencie). Na moj lekki zgrzyt zebow na te nowine, zareagowal stwierdzeniem: Mowie, ze zapomnialem! Kup nowy. Zniecierpliwienie, zirytowanie i wzruszenie ramion.

          Na firme bez problemu moge kupic nowy i nie jest to wydatek rozwalajacy budzet, ale:
          - nie lubie takiej postawy (niedbania o rzeczy bo zawsze mozna kupic nowe- co pol roku mam nowy aparat kupowac? to marnotrawienie pieniedzy. ilez ja to razy juz slyszalam, mowie np nie skrob patelni teflonowej nozem bo zniszczysz - no to kupisz nowa)
          - nie pamietam czy wszystkie zdjecia z aparatu mam skopiowane na laptopa
          - nie podoba mi sie sytuacja, w ktorej obce badz co badz osoby maja tyle moich zdjec ( tam ich bylo ponad 2.500)
          • nangaparbat3 Re: zazdrosc 21.09.10, 00:39
            Przesadzasz.
            • brel_grl Re: zazdrosc 21.09.10, 09:40
              Z czym?
              • nangaparbat3 Bardzo Cię przepraszam 21.09.10, 19:06
                Pomyliły mi się fora i napisałam, jakbyś była jak najbardziej aktualną żoną jak najbardziej aktualnego męża.
                • blaszany.dzwoneczek Re: Bardzo Cię przepraszam 21.09.10, 21:19
                  A właśnie Nango, też mi to tak wyglądało.
                • brel_grl Re: Bardzo Cię przepraszam 22.09.10, 23:52
                  Dopiero teraz doczytalam koniec watku - nie ma sprawy, tylko sie troche zdziwilam jak tak napisalas, bo niezaleznie od innych czynnikow, mam prawo zalowac tych straconych zdjec. No i mam nadzieje, ze nie ma tam zadnych zdjec w neglizu ani nic takiego, zazwyczaj takie maniacko kasuje, mojej sekstasmy nie zobaczycie wink. Wiem, wiem, trzeba sie bylo zajac tym wczesniej, zaraz po rozstaniu, ale akurat zupelnie nie o tym wtedy myslalam.
          • blaszany.dzwoneczek Re: zazdrosc 21.09.10, 21:18
            Podzielcie rzeczy.
            Poproś, by rodzina przegrała Ci zdjęcia na płytę CD/pendrive/cokolwiek i przesłała pocztą.
            • brel_grl Re: zazdrosc 22.09.10, 23:59
              Rodzina nie z tych co wiedza co to jest pendrive smile . Obawiam sie, ze to stracona sprawa, z rozmaitych wzgledow.

              Co do podzialu tzw. majatku to nie bedzie problemu, raz, ze niewiele mamy, a dwa, ze mi zalezy tylko na paru rzeczach, kilku prezentach, a mojemu bylemu praktycznie na zadnej z rzeczy nie zalezy. No moze na telewizorze, bo na czyms trzeba ten football ogladac wink . Wspolnie korzystamy z tylko kilku rzeczy: pasty do zebow, wyposazenia kuchni, deski do prasowania, proszkow do prania, jedzenie tez mamy osobne, wspolne tylko rzeczy typu maka czy cebula. Aha, no i ja trzymam ksiazki w tym samym pokoju, w ktorym on trzyma ubrania. I to by bylo na tyle.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka